niedziela, 30 kwietnia 2017

"A jeżeli czasu nie ma? Jeżeli wszystko, co przeżywamy, jest wieczne, jeżeli to nie czas przechodzi obok człowieka, lecz sam człowiek mija to, co przeżył?"

Autor: Benedict Wells
Tytuł: Koniec samotności
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 380
Ocena: 6/6

     Nic nie poradzę na fakt, że od zawsze lubiłam powieści obyczajowe oraz historie miłosne. Kiedy więc przeczytałam opis książki "Koniec samotności", którą napisał Benedict Wells, nie wahałam się ani chwili, by po nią sięgnąć. Chociaż ostatnio nie miałam czasu, by się za nią szybko zabrać, to kiedy już to zrobiłam, nie byłam w stanie się od niej oderwać. To cudowna opowieść o życiu i śmierci, przyjaźni, miłości czy nienawiści, o przemijaniu i o tym, że nigdy nie jest na nic za późno. Ta historia lekko mnie rozwaliła i jak dawno nie byłam w stanie wzruszyć się przy żadnej książce, tak tym razem z moich oczu mimowolnie popłynęło kilka łez. 
    Jules, Marty oraz Liz to rodzeństwo, które wydawać by się mogło, że łączy tylko jedno - tragicznie wydarzenie, jakie spotkało ich w dzieciństwie. Kiedy w wypadku samochodowym zginęli ich rodzice, życie tej trójki zmieniło się diametralnie. Trafili do domu dziecka i chociaż wszyscy przebywali w tym samym miejscu, ich drogi zaczęły stopniowo się rozchodzić. Najmłodszy z rodzeństwa - Jules - tudzież narrator całej powieści, przed śmiercią rodziców tak pewny siebie, w internacie zmienił się w bojaźliwego i nieśmiałego chłopca. Stroniący od rówieśników, często był przez nich wyśmiewany. Aż do czasu, gdy poznał Alvę - dziewczynkę, która stała się jego najlepszą przyjaciółką. Ich drogi jednak wraz z czasem się rozchodzą, lecz gdy spotykają się po latach, mają szansę odkryć jak wiele dla siebie znaczą... Jak zatem potoczy się ich dalszy los? Czy przyjaciele zrozumieją, że od zawsze łączyło ich coś więcej? A może nigdy nie będą w stanie wyznać swoich prawdziwych uczuć? Jak toczyło się też życie Liz oraz Marty'ego? Czy rodzeństwo stało się dla siebie obce, czy może na nowo połączyła ich więź? Odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdziecie sięgając po książkę "Koniec samotności". 
   Pokochałam styl autora od samego początku. To, w jaki sposób buduje zdania, które są lekkie w odbiorze, a jednocześnie momentami tak pełne przesłania, skłaniają do przemyśleń jest po prostu piękne. Można by rzec nawet, że niektóre fragmenty są czasami nieco poetyckie. Co więcej, autor ma niezwykle emocjonalny sposób pisania. Rzadko spotykam się z tym, żeby mężczyzna potrafił tak przepięknie pisać o wszelkich uczuciach. Benedict Wells natomiast zaskoczył mnie mega pozytywnie i sprawił, że chcę więcej historii, jakie wychodzą spod jego pióra. Urzekł mnie całkowicie - nie dość, że sama historia jest niezwykle wciągająca, że aż wprost nie można się od niej oderwać, to przede wszystkim bije z niej tak wiele emocji, że całkowicie dotykają one czytelnika. 
     Tak, jak głosi tytuł recenzji - jest to opowieść tak naprawdę o życiu samym w sobie, tym, co wraz z sobą niesie, jak wielokrotnie wystawia ludzi na próbę i że jak to było w książce - nie zawsze jest "grą o sumie zerowej". To także historia pokazująca czym jest śmierć i że często przychodzi niespodziewanie sprawiając, że cały nasz dotychczasowy świat rozpada się na kawałki. To przepiękna opowieść, która porusza do głębi, wyciskając z oczu łzy wzruszenia, a jednocześnie pozostawiając czytelnika z jakąś taką dawką nadziei na to, że tak długo, jak życie się toczy, powinniśmy korzystać z niego jak najlepiej. To także historia ukazująca czym jest prawdziwa przyjaźń, ale też to, jak często boimy się miłości i ryzyka, tylko dlatego, że nie chcemy kogoś stracić.
     Historia Jules'a oraz Alvy uświadamia, że czasami ludzie dobrowolnie pozwalają sobie na tylko pustą egzystencję i życie w ciągłym myśleniu "co by było gdyby", jak jednocześnie pokazuje, że mimo wszystko nigdy nie jest za późno, by wszystko zmienić i zależy to tylko od nas i naszych wyborów - to my decydujemy, czy pozwalamy sobie na jedynie istnienie czy życie w pełnym tego słowa znaczeniu. Jednak książka nie toczy się jedynie wokół wątku tej dwójki, a to także opowieść o tym, jak bardzo boli strata swoich bliskich. Rodzeństwo w bardzo młodym wieku osierocone, już na zawsze będzie nosić w sobie poczucie straty i tęsknoty za tym, jak mogłoby wyglądać ich życie, gdyby rodzice będący dla nich najważniejszymi osobami w życiu, nie zginęli. To historia jaka pokazuje, że każdy radzi sobie z traumatycznymi wydarzeniami na swój sposób i że musi do nich po prostu z biegiem czasu dojrzeć, chociaż na zawsze będą tworzyć poczucie pustki. 
     Bohaterowie również działają na plus tej historii. Uważam, że autor naprawdę się postarał w kreacji swoich postaci. Jules to mężczyzna, jakiego nie da się nie polubić - zresztą opowiada całą swoją historię, począwszy od najmłodszych lat, poprzez wszystkie wydarzenia, które doprowadziły go do takiego, a nie innego punktu w życiu. Alva została wykreowana także jako postać, jakiej nie dało się nie darzyć sympatią - ot tak, po prostu, biła od niej swego rodzaju emocjonalność pokazująca, że mimo niektórych popełnianych przez nią błędów, to niezwykle krucha istota, szukająca poczucia bezpieczeństwa. Marty z kolei jawił się jako nieco dziwak, gdy Liz zagubiła się sama w sobie i przez długi czas szukała odpowiedzi na to, jak powinna żyć. Krótko mówiąc - postacie zostały wykreowane bardzo dobrze. 
     Podsumowując, nawet gdybym chciała, to nie mam się do czego przyczepić. Ta historia otworzyła we mnie na nowo emocjonalną część, jaka potrafi się wzruszać przy dobrym kawałku literatury, jaka jest w stanie uśmiechać się do przerzucanych kartek, czy irytować na niektóre zachowania bohaterów. Co więcej, jako że od niedawna cierpiałam na zastój czytelniczy, to ta książka na nowo sprawiła, ze pokochałam znowu czytać jak najwięcej i przeżywać tysiące emocji. Cudna historia, jaką każdemu mogę śmiało polecić. Nie zawiedziecie się. 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

niedziela, 23 kwietnia 2017

     Moi Drodzy, dzisiaj mam dla Was małą zapowiedź książkową, jaka to osobiście bardzo mnie uradowała. Już niebawem, bo 26 kwietnia, nakładem Wydawnictwa IUVI ukaże się II tom serii "Piętno Krwawej Hrabiny" autorstwa Toscy Lee, czyli "Pierworodna". Jest to kontynuacja historii zawartej na kartach książki "Potomkowie", jaką to miałam okazję czytać i która to okazała się być tak wciągająca, że z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnej części. Jak widać - długo czekać nie musiałam, bo już niebawem każdy, kogo również urzekli "Potomkowie", będzie mieć okazję zapoznać się z dalszymi losami Audry. 

"Pierworodna"

Autor: Tosca Lee
Tytuł: Pierworodna
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 384
Premiera: 26 kwietnia

"Miłość, tajemnice i nagłe zwroty akcji w fascynującej kontynuacji Potomków!
Nagle, w jednej chwili, powraca cała przeszłość. Audra odzyskuje wymazane na jej własne życzenie wspomnienia. Wreszcie wie, dlaczego pozbyła się przeszłości – by uratować córeczkę. Wie też, że Dziedzice nie pozwolą jej żyć… Musi więc znaleźć i pokonać swojego śmiertelnego wroga Historyka – to
jedyna szansa, by położyć kres trwającej od wieków wojnie między Potomkami a Dziedzicami, raz na zawsze.

Zegar tyka, a sprawy się komplikują, ponieważ Audra musi działać poza prawem. Jednocześnie zmaga się z rosnącą potęgą swojej mocy i jej bolesnymi
skutkami. Z pomocą mnicha heretyka, sprawdzonych przyjaciół i hakerki szuka sposobu, aby pokonać Dziedziców i uratować pozostałych Potomków.
Ostateczna konfrontacja będzie śmiertelnie niebezpiecznym sprawdzianem mocy Audry.

Czy Audra okaże się wystarczająco silna? Tego dowiecie się z najnowszej książki Tosca Lee „Pierworodna”!" (źródło: http://iuvi.pl/)

"Pierworodna"

   No to co, skusicie się na kolejną część z serii "Piętno Krwawej Hrabiny"? Osobiście - biorę to w ciemno, mając jedynie nadzieję, że "Pierworodna" zaskoczy mnie równie pozytywnie, co pierwszy tom dostarczając mnóstwa emocji. 
    Jeżeli chcecie być na bieżąco ze wszystkimi zapowiedziami książkowymi Wydawnictwa IUVI, koniecznie sprawdzcie: 
  • stronę internetową -> tutaj
  • fanpage na facebook'u -> tutaj
    Niebawem znów postaram się coś dla Was napisać, chociaż ostatnio moja doba trwa zdecydowanie za krótko. Póki co - trzymajcie się! 


Zdjęcia oraz tekst udostępnione przez: Wydawnictwo IUVI

piątek, 21 kwietnia 2017

Autor: Magdalena Zimniak
Tytuł: Odezwij się
Wydawnictwo: Prozami
Liczba stron: 364
Ocena: 5.5/6

     Lubię sięgać po thrillery psychologiczne, ponieważ nie dość, że trzymają  w napięciu posiadaniem swego rodzaju zagadek czy tajemnic, to dodatkowo skupiają się w dużej mierze na psychice bohaterów, dzięki czemu czytelnik ma szansę analizować ich zachowania. Stąd też, zapoznawszy się z opisem książki "Odezwij się" autorstwa Magdaleny Zimniak nie wahałam się ani chwili, by po nią sięgnąć. Będąc już po lekturze, przed napisaniem recenzji, musiałam dopiero ułożyć sobie w głowie wszystkie te emocje, jakie towarzyszyły mi podczas czytania... To naprawdę dobra i wartościowa książka, poruszająca trudne tematy i skłaniająca do myślenia.
      Pozornie idealne małżeństwo Mielczarków nagle zostaje wystawione na próbę -  ich dzieci, Ada oraz Rafałek, zaginęły bez śladu. Rodzice od razu wykluczają opcję ucieczki i są niemalże pewni, że to porwanie. Problem w tym, iż jakikolwiek trop prowadzi donikąd... Natomiast policja, która uzyskała dostęp do pamiętnika dziewczynki sugeruje Mielczarkom, że być może Ada, która od lat zmaga się z nerwicą natręctw, mogła zrealizować swoje "fantazje" i skrzywdzić młodszego braciszka. Gdzie są dzieci Mielczarków? Czy faktycznie trzynastolatka byłaby zdolna do tak strasznych czynów? Jeżeli ktoś ich porwał, to kto? I jak to jest tak naprawdę z małżeństwem Joanny oraz Andrzeja - czy rzeczywiście takie idealne, jakby się mogło wydawać? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Odezwij się".
      Zacznę od stylu, jakim posługuje się autorka, gdyż to moje pierwsze spotkanie z jej twórczością. Muszę przyznać, że naprawdę przypadł mi on do gustu. Jest jednocześnie lekki w odbiorze, jak także nie za banalny, dzięki czemu w książce nie brakuje zdań skłaniających do przemyśleń. Co więcej, ten język jest naładowany emocjami, jak to w dobry thrillerze być powinno. Książkę pochłania się zatem w mgnieniu oka, nie mogąc się od niej wprost oderwać - szczególnie od momentu, gdy powoli zaczyna się wyjaśniać, co takiego stało się z dziećmi. Czytelnik przekłada więc kolejne i kolejne kartki, aż wreszcie zaserwowane zakończenie jest w stanie zaspokoić jego ciekawość. Dodatkowo ciekawe jest to, że w książce zastosowane zostały jednocześnie dwa rodzaje narracji  - trzecioosobowa, która tyczy się praktycznie większości wydarzeń oraz pierwszoosobowa, jaką czytelnik znajdzie głównie w momencie czytania "pamiętnika Ady".
     Jest to thriller psychologiczny, stąd też jak sama nazwa wskazuje, skupia się przede wszystkim na psychice bohaterów - w szczególności na lękach dziewczynki, jej objawach obsesyjno - kompulsywnych. Chociaż to dopiero trzynastolatka, to Ada, jak na swój młody wiek, jest osobą niezwykle dojrzałą. Naprawdę podziwiałam ją za to, że pomimo tych wszystkich objawów choroby, próbowała z nią walczyć, często wykazując się niezwykłą siłą i odwagą. Zresztą te dwie cechy widocznie były nie tylko jeżeli chodzi o jej nerwicę natręctw, ale też o fakt, jak dziewczynka radziła sobie w tej całej, zagmatwanej sytuacji, w jakiej znalazła się wspólnie z bratem - jednak nie chcę spoilerować, więc nie zdradzę Wam nic więcej. Poza Adą, autorka sporo miejsca poświęciła też innej postaci i jej psychice, motywom takiego, a nie innego postępowania, dzięki czemu czytelnik sam analizował danego bohatera zastanawiając się dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. Uwielbiam takie książki, które sprawiają, że analizuję psychikę bohaterów i w przypadku "Odezwij się" jestem zatem zachwycona pomysłem autorki na fabułę.
    Dodatkowo tak naprawdę ta książka porusza wiele poważnych i trudnych tematów. To nie tylko trzymający w napięciu kryminał, co tak naprawdę powieść o życiu samym w sobie: o tym, że nie zawsze bywa tak kolorowe jakbyśmy chcieli, o tym, że czasami pozory potrafią mylić. To historia poruszająca wiele problemów współczesnego społeczeństwa takich jak chociażby pedofilia, aborcja czy to, czym jest zdrada i jak czasami wpływa na dalsze życie dwójki osób. Wydawać by się mogło, że jest tego aż za dużo i nic tutaj nie łączy się w całość, a jednak autorka stworzyła historię, która wyryła swego rodzaju piętno w mojej głowie i jaka nawet po odłożeniu nie jest w stanie uciec z myśli czytelnika, dlatego wiem, że jeszcze przez jakiś czas będę do niej wracać swoimi wspomnieniami.
     Bohaterowie zostali wykreowani bardzo dobrze. Jak już zresztą wspomniałam, autorka stworzyła ciekawe portrety psychologiczne i postaci, jakie charakteryzowały się różnymi cechami zarówno swojej osobowości, jak i tym, dlaczego postępowały w taki, a nie inny sposób. Co jednak ważniejsze, bohaterowie wydają się być po prostu ludzcy, stąd też powieść jest jeszcze bardziej autentyczna. Jak dla mnie więc postacie działają na kolejny plus tej książki.
     Podsumowując, polecam Wam sięgnięcie po "Odezwij się", bo to przemyślana, trzymająca w napięciu historia, jaka sprawi, że nawet po jej odłożeniu, jeszcze przez jakiś czas nie będziecie w stanie wyrzucić jej z głowy. Osobiście cieszę się, że miałam okazję po nią sięgnąć i na pewno tego nie żałuję, a wręcz przeciwnie - będę polecać ją każdemu.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

      
Czym jest dla mnie pisanie?

     Kilkakrotnie już tworzyłam tutaj posty, w których dzieliłam się z Wami poniekąd tym, dlaczego tak bardzo lubię pisać i nie wyobrażam sobie swojego aktualnego życia bez tworzenia bloga. Dzisiaj jednak znowu chciałam skupić się poniekąd na swoich luźnych przemyśleniach dotyczących pisania, lecz tym razem w nieco szerszym zakresie - chodzi nie tylko o prowadzenie bloga, ale pisanie w ogólnym tego słowa znaczeniu, czyli mam na myśli tworzenie własnych historii bądź tak zwane "dzieła do szuflady", jakie zapewne nigdy nie ujrzą światła dziennego. 
      Ten wpis będzie zatem taką trochę luźną prywatą, bo obnażam poniekąd samą siebie i swoje podejście do pisania, ale z drugiej strony dzięki temu możecie nieco bardziej zobaczyć, co też ta "Pani Chaosu" ma w głowie (lub czego w niej nie ma, he he). Stąd też zapraszam do przeczytania dwóch poniższych punktów. 

1. Kartka jest jak najlepszy przyjaciel 

     Może tytuł tego punktu brzmi dziwnie, ale czasami przekonuję się, że to się sprawdza. To nie tak, że nie mam ludzi, którzy są mi bliscy i jakim mogę powiedzieć dosłownie o wszystkim. Mam wspaniałą rodzinę, chłopaka, przyjaciół - wiem, że cokolwiek się dzieje, mogę zwrócić się ku tym osobom, a one bez wahania mnie wysłuchają czy też udzielą rady lub pomocy. Jednak są takie rzeczy wewnątrz mnie samej, których nie jestem w stanie wypuścić z ust. 
    Jestem raczej osobą emocjonalną, jednocześnie taką, która nadmiernie potrafi coś analizować i przez to tworzyć sobie problemy, jakich tak naprawdę nie ma. Czasami też jakieś jedno słowo czy nawet głupi żart, ale jest w stanie mnie zdekoncentrować i sprawić, że zaczynam nadmiernie myśleć. Wówczas powstają czasami takie chwile słabości czy buzujące we mnie emocje, o jakich nie potrafię i nie raz nie chcę mówić ludziom, bo wiem, że problem leży gdzieś głęboko we mnie i jeżeli sama sobie z nim nie poradzę, to i tak nikt mi w tym nie pomoże. 
    Wtedy też kartka - czy to tradycyjnego papieru czy otworzonego wirtualnie nowego dokumentu w wordzie działa jak balsam dla mojej duszy. Bo kiedy czasami ubiorę w słowa swoje niepewności czy emocje, od razu robi się lżej na sercu. Wiecie, pisanie potrafi uśmierzyć pojawiający się gdzieś głęboko w środku smutek, jaki czasami nawet nie ma konkretnego powodu. Ot, taki rodzaj jakiegoś wewnętrznego bólu, który powstał nawet jeśli jest się bardzo szczęśliwym, a jego przyczyna leży w tym, że psychika czasami nadmiernie analizuje. 
     Dlatego uważam, że kartka papieru jest dla mnie jak przyjaciel, któremu mogę powierzyć swoje sekrety. To własnie na tę kartkę mogę przelać swoje lęki, o jakich boję się mówić głośno, niepewności, które wyżerają mnie od środka czy smutki, jakie pojawiają się czasami mimowolnie. Kartka zawsze mnie wysłucha. Co prawda nie uraczy dobrym słowem czy radą, ale i tak dzięki niej odnajdę chwilowe pocieszenie i lekkość serca. 
     Stąd też są takie teksty, jakie wiem, że nigdy nie ujrzą światła dziennego. To czasami pisane pod wpływem chwili moje własne emocje. To lęki wyrzucane podczas bezsennej nocy, to strach, jaki pojawiał się zbyt często, gdy coś szło nie tak, to smutek czy rany, jakie przelewałam na papier, gdy za oknem deszcz wygrywał własną melodię, a po moich policzkach spływały łzy. Bo ta niepozorna kartka papieru wie o mnie czasami o wiele więcej niż ludzie, którzy mnie otaczają. Zna moje sekrety, popełniane błędy i wszelkie rany. Jednocześnie może, jak wspomniałam - nie uraczy radą, ale też nie wytknie mi tego, jaka jestem i nie zrani jeszcze mocniej. Ona jedynie wysłucha. 

2. Myślowe fantazje doznają urzeczywistnienia w postaci historii 

     Zawsze lubiłam czytać - w zasadzie moja mama śmieje się, że będąc malutką budziłam ją o 5 rano (wybacz, mamo!) i prosiłam, by mi czytała, szczególnie moją jedną, ulubioną bajkę pt. "Urodziny Puszka"... :D Stąd też nic dziwnego, że z czasem w mojej głowie zaczęły robić się różne pomysły na jakieś krótsze bądź dłuższe historie. Jednak jak pozbyć się ich z myśli? Wystarczyło przelać te wszelkie fantazyjne pomysły na papier. 
     Dlatego marzę o tym, by w końcu w pełni się zmotywować i napisać coś swojego. Tak, mam na myśli prawdziwą powieść - zapewne z pogranicza obyczajówki, no może jakiegoś powiedzmy, że romansu, ponieważ najlepiej wychodzi mi jednak opisywanie emocji i uczuć. Do dzisiaj są chwile, kiedy nagle w mojej głowie pojawia się myśl, jakiś zlepek słów i cokolwiek innego bym robiła, własnie w takim momencie wręcz muszę jak najszybciej przelać dany pomysł na papier - zwykły czy to wirtualny tylko po to, by o nim nie zapomnieć. 
      Do tej pory napisałam kilka pojedynczych opowiadań, jakieś wiersze (chociaż i tak nie jestem pewna, czy moje krótkie, mało składne teksty można nazwać poezją), jak zaczęłam kilka większych projektów, ale... no właśnie - tutaj pojawia się mały problem. Nie będę wykręcać się brakiem czasu, a trzeba spojrzeć temu problemowi prosto w oczy: mam trochę słomiany zapał i jak szybko łapię chęci i jestem w stanie napisać kilka rozdziałów, tak równie szybko przestaję tworzyć, bo wydaje mi się, że już nie potrafię, że straciłam wenę. Chyba tak tłumaczę sobie tylko i wyłącznie swoje lenistwo. Bo prawda jest taka, że jeżeli coś się chce, to znajdzie się na to czas - nawet raptem pół godziny dziennie. Problem leży tylko i wyłącznie w tym, że łatwiej jest położyć się i przeleżeć pół wieczoru wgapiając się w sufit aniżeli wziąć się do roboty i tworzyć. 
      Jednak zrozumiałam, że skoro pisanie pozwala mi przenosić te myślowe fantazje poniekąd do urzeczywistnienia ich w historiach, jakie mogą zainteresować innych ludzi, to chyba pora wziąć się naprawdę w garść i zrealizować te swoje projekty do końca. Szczególnie, gdy mimo wszystko od czasu do czasu wrzucam jakieś swoje fragmenty (napisane pod wpływem impulsu) na ten mój fanpage i spotykam się z naprawdę pozytywnym odzewem z Waszej strony. Dlatego muszę w końcu pociągnąć dalej te wszystkie swoje historie, bo za ileś lat mogę żałować, że tego nie zrobiłam, a nie chciałabym poczucia takiego zaprzepaszczenia swoich marzeń. 

     Tym oto akcentem kończę dzisiejszy, krótki wpis, a wraz z nim te trochę prywatne przemyślenia. Ciekawi mnie natomiast jak to jest z Wami i tym pisaniem - nie tylko w kontekście prowadzenia bloga, bo być może Wy również piszecie inne historie czy też tworzycie coś do szuflady. Jak zatem postrzegacie własne pisanie? Dajcie znać, chętnie poczytam! :)
    Niebawem na blogu pojawi się recenzja kolejnej książki, jak także może jakieś informacyjne wpisy ze świata literatury. Póki co - trzymajcie się! 

piątek, 14 kwietnia 2017

Autor: Joyce Maynard
Tytuł: W sieci złudzeń
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 430 (wersja kieszonkowa)
Ocena: -5/6

     Powieści obyczajowe mają to do siebie, że czasami może w nich wiać nudą, jeżeli autor nie postara się na tyle, by stworzyć nawet nie tylko wciągającą, co po prostu w jakimś stopniu intrygującą fabułę, jaka skłania czytelnika do głębszych przemyśleń. Kiedy więc sięgnęłam po książkę "W sieci złudzeń" autorstwa Joyce Maynard miałam jedynie nadzieję, że okaże się ona na tyle ciekawa, bym nie musiała na siłę jej, że tak to ujmę, przemęczyć. Chociaż początkowo ciężko było mi się wbić w tę historię, to koniec końców śledziłam losy bohaterów z niezwykłym zaangażowaniem, a całość skłoniła mnie do przemyśleń. 
      Głowna bohaterka, tudzież narratorka całej powieści, to kobieta, jaka nie miała w życiu łatwo. Helen od dzieciństwa czuła się odrzucana, a jedynym, co miało sens w jej życiu stał się synek Ollie. Jednak w chwili, gdy mąż postanawia odejść do innej kobiety, Helen załamuje się i popada w alkoholizm przez co traci prawo do opieki nad ukochanym synkiem. Mimo wszystko postanawia, że zrobi wszystko, by odzyskać dziecko - uczęszcza na mityngi AA, pracuje, od kilku lat nie bierze do ust kieliszka. Jednak przełomowym momentem w jej życiu staje się przyjęcie, na którym poznaję Avę i Swifta Havillandów... Helen jest oczarowana małżeństwem, które robi wszystko, by główna bohaterka miała wrażenie, że w końcu znalazła prawdziwych przyjaciół. Pewnego dnia jednak Ollie - synek Helen jest świadkiem wypadku, który spowodował dorosły syn Swifta. Helen zdaje sobie sprawę,  że musi dokonać wyboru między prawdą, a swoimi przyjaciółmi. Jak zatem potoczą się jej losy? Co tak bardzo urzekło ją w Havillandach? Czy oni sami skrywają jakieś mroczne tajemnice? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę Joyce Maynard. 
      Zanim przejdę do tego, co najbardziej urzekło mnie w tej książce, muszę wspomnieć jedynie o fakcie, że początkowo naprawdę nie spodziewałam się, iż koniec końców moja ocena tej lektury będzie tak wysoka. Kiedy zaczęłam ją czytać, miałam wrażenie, że sięgam po jakąś tam, dosyć dobrą historię, ale jednocześnie taką, jaka wydaje się być nieco przegadana i bez większych zwrotów akcji czy przesłań. Po prostu początkowo nie mogłam jakoś wbić się w to, by z zaciekawieniem śledzić losy Helen. Nie wiem jednak w którym momencie to się stało, ale nagle nie mogłam się od tej książki wprost oderwać. Miałam ochotę pochłaniać ciągle kolejne rozdziały, nieważne, że moje oczy mówiły - lepiej idź spać, dziewczyno. Ta historia z każdą stroną zaczęła mnie jednak wciągać coraz bardziej sprawiając, że już przez jakieś ostatnie sto stron autentycznie nie byłam w stanie się od niej oderwać i czekałam tylko na to, jakie zakończenie zaserwuje mi autorka. 
      Joyce Maynard stworzyła przemyślaną historię, która dotyka w dużej mierze aspektu przyjaźni, a w zasadzie poszukiwania odpowiedzi na pytanie, gdzie jest granica między czystym, szczerym koleżeństwem, a manipulacją. Książka ukazuje bowiem, jak często czując się przez większą część życia odrzucanymi przez otaczających nas ludzi, gdy w końcu natkniemy się na kogoś, kogo interesuje nasze życie, jesteśmy w stanie zrobić dla takiej osoby wszystko. Jednocześnie ta historia uświadamia, jak często możemy zostać zaślepieni na tyle, by nie wiedzieć, gdzie zaciera się granica między prawdziwą przyjaźnią, a początkiem manipulacji przez co możemy popełniać błędy, jakie zaważają na naszym życiu. 
    Co więcej, autorka poruszyła w swojej powieści też inne, ważne i trudne tematy, takie jak chociażby problem alkoholizmu. Helen dobrowolnie doprowadziła się do stanu, przez który straciła prawo opieki do syna. Jednak mimo to postanowiła walczyć ze swoim uzależnieniem, bo miała konkretny cel: odzyskać ukochane dziecko. Myślicie, że to wszystko? Nie, Moi Drodzy - jest jeszcze wiele rzeczy, jakie działają na plus tej historii. Ukazuje ona także, że w życiu nie wszystko jest dokładnie tym, czym wydaje się być, jak też, że czasami pozory mogą mylić i nawet tam, gdzie się tego nie spodziewamy, czają się mroczne sekrety. Jednocześnie pokazuje też, że nasze decyzje wpływają na to, jak potoczy się życie i że czasami jeden błąd może sprawić, iż stracimy szansę na stworzenie czegoś wspaniałego. Bardzo dobry pomysł na fabułę, jaka z kolei skłania czytelnika do przemyśleń. Zdecydowanie "W sieci złudzeń" to książka, jaką śmiało mogę polecić każdemu. 
     Bohaterowie zostali wykreowani bardzo dobrze i co ważniejsze - realistycznie. Nie ma tutaj nadmiernego ubarwiania, tworzenia postaci jedynie w superlatywach. Każdy miał swoje specyficzne cechy charakteru, podejmował takie, a nie inne decyzje i większość z nich była po prostu niezwykle ludzka, dzięki czemu całość stawała się jeszcze bardziej autentyczna. Chociaż Helen była bohaterką, która w niektórych momentach zadziwiała mnie swoim zachowaniem (niekoniecznie na plus), to koniec końców uważam, że jej postać świetnie pokazuje jak człowiek jest w stanie się zmienić, a także nawet jeżeli popełniał błędy, to w którymś momencie potrafi przejrzeć na oczy i spróbować naprawić niektóre szkody. Natomiast co dziwne, Havillandowie od samego początku mnie drażnili i pomimo tych wszystkich wspaniałości, jakie niby to sobą ukazywali, nie byłam w stanie się do nich przekonać. Pojawiły się też inne postacie - opiekuńczy Elliot, oczywiście uroczy synek Helen - Ollie czy też Estella i koniec końców uważam, że autorka dopracowała każdego swojego bohatera. 
      Podsumowując, "W siecie złudzeń" to historia, jaka początkowo wydawała mi się być mało wciągająca, by ostatecznie sprawić, że nie mogłam się od niej oderwać i z zaangażowaniem śledziłam poczynania bohaterów. To opowieść, jaka skłania do refleksji i porusza wiele poważnych, jak i jednocześnie trudnych tematów. Osobiście polecam. 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

wtorek, 11 kwietnia 2017

     Moi Drodzy, dzisiaj mam dla Was kolejny wpis, w którym to udostępniam Wam informację prasową o niezwykle ciekawej akcji. Chodzi o "Wiersze w mieście", która rozpoczęła się 1 kwietnia, gdy to 27 tysięcy wierszy pojawiło się w Warszawie. Poezja pojawiła się wszędzie - czy to kawiarniach, księgarniach, metrze czy przystankach autobusowych. Stolica zakwitła w krótkich tekstach, a mi taka akcja bardzo przypada do gustu i żałuję jedynie, że nie dzieje się to także w Krakowie, bym sama, w drodze na uczelnię, mogła odnajdywać wiersze. Szczegóły tego wydarzenia opisane są w poniższej informacji prasowej.     


"Wiersze w mieście"

27 tysięcy wierszy pojawiło się 1 kwietnia w Warszawie. Stolica zakwitła poezją w przestrzeni miejskiej, kawiarniach, klubach i niezależnych księgarniach. Tego rodzaju promocji poezji w Polsce jeszcze nie było. To pierwsza odsłona akcji „Wiersze w mieście”, która zrodziła się ze znanej kampanii „Wiersze w metrze”

„Wiersze w mieście” nie pozostawią warszawiakom wyboru – mieszkając w stolicy nie da się przez cały kwiecień nie przeczytać choć jednego wiersza. A to dlatego, że będzie można obcować z nimi na co dzień w drodze do pracy czy w oczekiwaniu na przyjazd autobusu. Wiersze opanują całe miasto, pojawiając się na 27 tysiącach różnorodnych nośników na plakatach, przystankach komunikacji miejskiej, w centrum Warszawy, na ogrodzeniu Łazienek Królewskich. Ponad sto kawiarni wyda kilkanaście tysięcy kubków z kawą „ubranych” w poezję. Wiersze zawisną też w klubach a kameralne księgarnie i miejskie biblioteki ukryją zakładki z poezją w wybranych książkach.

Wiersze zostały napisane przez szesnastu europejskich poetów, a niektóre z nich zostały stworzone specjalnie na tę okazję. Motywem przewodnim akcji „Wiersze w mieście” jest Europa wraz z całym swoim bogactwem kulturowym, ale też współczesnymi problemami. Wiersze reprezentują różnorodność tradycji, kultury oraz poglądów, są także świadectwem zmian, jakie dzieją się na naszych oczach.

„Jacy jesteśmy dziś, my, Europejczycy? Dokąd dążymy? Czy i jak rozumiemy kulturową wspólnotę europejską? To pytania, które musimy sobie zadawać, jeśli chcemy sprostać wymaganiom czasu próby, w jaki wkroczyliśmy. Czy zadają je sobie, a jeśli tak, to jak na nie odpowiadają poeci? oto, co przyświecało nam przy formułowaniu tematu projektu «Wierszy w mieście»" mówi Bogusława Sochańska, dyrektorka Duńskiego Instytutu Kultury w Warszawie.

„Europejskie perspektywy spotkają się w Warszawie w projekcie EUNIC by tworzyć pełniejszy obraz rzeczywistości. Poezja jest zaprzeczeniem krzywego zwierciadła, warto po nią sięgnąć i poddać rzeczywistość refleksji” komentuje Sabra Daici, dyrektorka Rumuńskiego Instytutu Kultury w Warszawie.

„Po raz kolejny wychodzimy ze sztuką w przestrzeń miejską. Cieszymy się, że mieszkańcy Warszawy zetkną się z poezją. Podróż do pracy, do szkoły stanie się okazją do przeczytania wierszy, które w większości po raz pierwszy zostały przetłumaczone na język polski. Wspaniale móc tworzyć projekt, który ukazuje bogactwo i różnorodność kulturową Europy. Szukajcie wierszy na przystankach, w kawiarniach i bibliotekach” – mówi Tomasz Thun-Janowski, dyrektor Biura Kultury Urzędu m.st. Warszawy

Organizatorem projektu „Wiersze w mieście” jest EUNIC Warszawa, czyli Stowarzyszenie Narodowych Instytutów Kultury Unii Europejskiej w Warszawie. Wśród realizowanych co roku projektów EUNIC Warszawa, które na stałe wpisały się w krajobraz miasta są m.in. Europejski Dzień Języków, Międzynarodowy Dzień Tłumacza czy Spoke’N’Word Festival. Instytuty zrzeszone w EUNIC stawiają sobie za zadanie wspólne działania instytucji kulturalnych, wymianę doświadczeń i umiejętności oraz współpracę z lokalnymi partnerami (w tym organizacjami pozarządowymi i instytucjami kultury) oraz Komisją Europejską. Projekt „Wiersze w mieście” współorganizowany jest przez Miasto Stołeczne Warszawa.

"Wiersze w mieście"

Lista poetów:

Angelika Rainer, Austria
Anise Koltz, Luksemburg
Aušra Kaziliūnaitė, Litwa
Daniel Jonas, Portugalia
Daniela Seel, Niemcy
France Prešeren, Słowenia
Geert van Istendael, Flandria
Joanna Mueller, Polska
Katariina Vuorinen, Finlandia
Leelo Tungal, Estonia
Moniza Alvi, Wielka Brytania
Muharrem Dayanç, Turcja
Rita Chirian, Rumunia
Seamus Heaney, Irlandia
Thomas Boberg, Dania
Valerio Magrelli, Włochy

Organizatorzy:

Europejskie instytuty kultury i działy kulturalne ambasad zrzeszone w EUNIC Warszawa: Austriackie Forum Kultury w Warszawie, British Council, Instituto Camões, Duński Instytut Kultury, Ambasada Estonii, Przedstawicielstwo Generalne Rządu Flandrii przy Ambasadzie Belgii, Ambasada Finlandii, Goethe-Institut, Ambasada Irlandii, Litewski Instytut Kultury i Attache Kulturalny Republiki Litewskiej w RP, Ambasada Luksemburga, Rumuński Instytut Kultury, Ambasada Słowenii, Włoski Instytut Kultury, Yunus Emre Enstitüsü

Współorganizatorem „Wierszy w mieście” jest Miasto Stołeczne Warszawa.

Partner:

Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie

Patronat honorowy:

Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej w Polsce

1-30 kwietnia, przestrzeń miejska, kawiarnie i kluby w Warszawie, www.wierszewmiescie.eu

25 kwietnia odbędzie się spotkanie z poezją w Teatrze Królewskim w Starej Oranżerii w Łazienkach Królewskich.

"Wiersze w mieście"

   Dlatego też, jeżeli jesteście mieszkańcami Warszawy, nie sądzę, byście przeszli obojętnie obok przynajmniej jednego wiersza. Natomiast co do promowania literatury w każdej postaci - powtórzę raz jeszcze: jestem na wielkie TAK!
       Niebawem postaram się opublikować dla Was nowe teksty: recenzję kolejnej książki, być może jakiś muzyczny wpis czy przemyślenia. Póki co - trzymajcie się!  

niedziela, 9 kwietnia 2017

     Drodzy Czytelnicy, Drogie Czytelniczki - tak, szczególnie Wy, Kochane, bo jak widzicie po tytule to właśnie naszą płeć piękną zamierzam dzisiaj wziąć za główny cel tego wpisu. Dawno nie było u mnie żadnych przemyśleń, a dobrze wiem, że te artykuły są najchętniej przez Was czytane. Widać to po wyświetleniach, ale też często słyszę takie głosy od osób z mojego otoczenia, że "przemyślenia są najfajniejsze".
    Tym samym stwierdziłam, że czemu by od czasu do czasu jakichś tutaj nie wrzucić, szczególnie, że życie samo inspiruje do tego, by rozpisywać się na nawet najbardziej błahe tematy. Dzisiaj postanowiłam rozpocząć krótką serię wpisów, którymi ukazuję, co moim zdaniem jest czasami irytujące. Na pierwszy ogień idziemy my, Drogie Panie, dokładnie tak! Postanowiłam Panów i ich "słabe typy" zostawić sobie na drugie danie bądź deserek, a tym razem napisać co nieco o słabych typach nas, kobiet. 
    Co mam na myśli poprzez "słabe typy"? Otóż zachowania niektórych z nas, kochane, jakie to często doprowadzają mężczyzn bądź też inne kobietki do szału. Od razu jednak zaznaczę, że może tutaj być nieco wulgarnie (co też jest niepodobne przecież do tak niewinnej istotki, jak Pani Chaosu, prawda? ^^), ale NIE mam na celu obrażenia nikogo. Żeby było jasne - to tylko moje przemyślenia i nikogo nie chcę nimi urazić. Co więcej - nie opisuję konkretnych osób, a jedynie ogólne zachowania, dlatego wszelkie podobieństwa czy cokolwiek są całkowicie przypadkowe. Dlatego proszę Was o wzięcie ich z dystansem do siebie, co sama też zrobię, bo idealna to nie jestem i dobrze o tym wiem, o! 

1. Niezdecydowane i robiące nadzieję

     Trzeba przyznać, że niezdecydowanie to cecha, jaka często dotyczy nas, kobiet. Być może właśnie dlatego każda z nas, czy też mówi o tym głośno, czy to skrywa, to w głębi duszy marzy o tym, by to mężczyzna był tym zdecydowanym, tym, kto podejmie pierwsze kroki, zacieśni relację czy po prostu będąc już w związku będzie tym, który potrafi decydować. No bo przecież kobietka może być taka krucha, nieogarnięta i wiecznie niezdecydowana. Ta, jasne. 
    Jednak pierwszy typ jaki opisuję to te niezdecydowane kobiety, które robią często nadzieję wielu mężczyznom, by koniec końców wciąż nie wiedzieć, czy powinny się zaangażować w jakąś relację mocniej czy też lepiej byłoby dla nich tak bujać się w nieskończoność. Ten punkt opisuję poniekąd zainspirowana sytuacjami, jakie spotykają mojego dobrego znajomego. Dajmy bowiem na to, że chłopak chciałby się zaangażować i spróbować, ale co otrzymuje w zamian? Robienie dziwnej nadziei, teksty, które świadczą, że dziewczynie niby zależy, po czym nagle zostaje sprowadzony na ziemię ze złamanym sercem. Tak, Kochane, bo to nie tylko mężczyźni potrafią być tymi "złymi", a my same też często nie jesteśmy wobec nich fair. 
    Dlatego uważam, że to naprawdę SŁABY typ kobiety - takiej bawiącej się uczuciami mężczyzn, skaczącymi z kwiatka na kwiatek, wiecznie niezdecydowanymi, czy warto się angażować czy też nie. Sama może nie jestem idealna, ale dobrze wiem, co to znaczy otrzymywać nadzieję, by później została ona odebrana, dlatego nigdy nie byłam w stanie kręcić z kilkoma facetami w jednym czasie, każdemu z nich się przymilając, ale wszystkich koniec końców wystawiając do wiatru. Bo uważam, że jest to najzwyczajniej w świecie nie fair. 

2. Niezależne, prowadzące rozwiązłe "życie miłosne"

    Wiem, że każdy ma swoje sumienie, zasady czy wartości bądź nie ma ich wcale. Ale osobiście mam prawo uważać, że kobiety, które zachowują się w sposób jak tytuł tego punktu ukazują po prostu słabe podejście do życia. Nie mnie je sądzić, nie w tym rzecz, ale nikt nie zabrania mi wyrażać własnej opinii. A jest to opinia nie za bardzo przychylna.
    Zdarzają się bowiem przypadki kobiet, które nie tyle co nie potrafią, co po prostu nie chcą się angażować w nic poważnego, ale jednocześnie nie widzą problemu w tym, by prowadzić rozwiązłe "życie miłosne", czyli mówiąc bezpośrednio: pieprz*ć się z kim popadnie, kiedy popadnie i gdzie popadnie. Smutne to takie trochę, ale cóż, jak już wspomniałam - każdy ma swoje życie i sumienie. Tyle, że o ile każda z nas ma prawo do robienia czegoś zgodnie z własnymi przekonaniami, o tyle skoro już to robimy, to nie czyńmy z siebie jednocześnie hipokrytek. Co mam na myśli? Spokojnie, już wyjaśniam, 
    Słabe zachowanie ujawnia się wtedy, gdy taka oto kobieta, siląca się na bycie niezależną, która nie potrzebuje faceta do szczęścia, ale seks od czasu do czasu się jej przyda, poczuje się urażona, gdy nie daj Boże, jakiś mężczyzna, który być może dziwnym trafem chciałby coś więcej niż jedno nocną przygodę, nazwie taką kobietę nie do końca ładnym epitetem. Wtedy nagle następuje strzępienie języka, poczucie urażenia, ale spójrzmy prawdzie w oczy - robisz jedno, licz się z tym, jak postrzegają Cię inni. Nieważne czemu to robisz - bo boisz się związku, bo dla Ciebie znaczenie ma tylko fizyczna przyjemność, licz się z tym, jak postrzegają Cię niektórzy i nie strzelaj o to focha, skoro dobrowolnie wybrałaś takie, a nie inne podejście do życia. 

3. Feministki od siedmiu boleści 

    Nie wiem, czy to dzisiejsze czasy, czy co to się dzieje na świecie, ale tych kobiet - feministek to się roi i roi, aż niedługo nie pozostaną żadne inne. I nie, tutaj też nie mam na celu mówienia, że dążenie do równouprawnienia, do możliwości posiadania własnego głosu, wolnego wyboru jest złe. Co to, to nie. Tu chodzi jedynie o nieprzeginanie z tym "feminizmem" w niektórych sytuacjach. 
    Sama oczywiście cieszę się, że istnieje równouprawnienie, że jako kobieta mam prawo głosu (chociaż czasami chcące zostać mi zabrane w niektórych kwestiach, ale to aspekt na inny temat), ale jednocześnie nie jestem feministką na siłę bądź też feministką - hipokrytką. Bo to te dwa skrajne przypadki bawią mnie najbardziej i to je uważam za słabe. 
    Feministka na siłę bądź  feministka skrajna, czyli taka, która dąży do bycia silną, niezależną, taką, co to decyduje o sobie, sama otworzy słoik ogórków, a o pomoc nigdy nie poprosi, bo jej duma na to nie pozwoli to moim zdaniem lekkie przegięcie już w jedną stronę. Istnieje różnica między wolnością wyboru, tym, że jako kobieta mogę pracować w równie podobnych branżach, co mężczyźni, a jakie to branże dawniej dla kobiet były niedostępnymi, ale jednocześnie nie będę zgrywać ciągle "twardzielki". No bo litości - jestem kobietą, spójrzmy prawdzie w oczy, ale pozornie słabszą płcią, która czasami potrzebuje silnego, męskiego ramienia, na którym może się oprzeć i jaka potrafi bronić swojej niezależności, ale nie przesadnie i z głową i nawet czasami sobie zapłacze, bo to nic złego.
     Natomiast feministki - hiporytki, czyli te, które uważają, że równouprawnienie w pracy jest spoko, ale za kolację w drogiej restauracji to już koniecznie musi zapłacić facet, które myślą, że ona ma prawo zdecydować, co jest dla niej najlepsze, że nie będzie facetowi pod nos talerza podstawiać, ale oburza się, gdy ten nie przepuści jej w drzwiach. No bo sorry, ale cholera jasna, to jest po prostu zabawne. Chcesz jednego, licz się z drugim albo - znajdź złoty środek i wtedy to jest normalne, a nie po prostu SŁABE. 

4. Zarywające do zajętych mężczyzn 

    Nigdy nie zrozumiem, jak można zachowywać się w tak SŁABY sposób, czy też jak bardzo trzeba być zdesperowanymi, by mimo wszystko próbować zarywać zajętych mężczyzn. Po prostu nie dociera do mnie, czy takie kobiety mają w głowie prawdziwy mózg czy być może jakoś te fale myślowe zostały zakłócone. 
    Sama może nie jestem święta pod wieloma względami, ale jednego sobie nie zarzucę - tego, że kiedykolwiek byłam w stanie i mogłabym próbować podrywać faceta, jaki ma dziewczynę. Rozumiem wszystko - to, że można normalnie rozmawiać z jakimś kolegą, to, że nawet znajduje się z nim tematy do dłuższych konwersacji czy nawet jest się na granicy takiej lekkiej przyjaźni (lekkiej, bo w przyjaźń damsko - męską to też nie do końca wierzę). Wszystko jest okej, ale na stopie czysto koleżeńskiej. Bo nikt nie zabrania drugiej połówce mieć znajomych, nie tylko tej samej płci, ale też przeciwnej. Jednak zagrania pokroju lekkiego flirtu są najzwyczajniej w świecie słabe i nie na miejscu. Bo dobrze wiem, że nie zarywałabym zajętego mężczyzny, bo stawiając się na miejscu jego dziewczyny, na pewno nie byłabym zachwycona, że jakaś koleżanka zarywa mojego faceta. Logiczne, nie?
     Uwierzcie mi, że jeżeli na kimś nam zależy, to mimo wszystko pojawia się ukłucie zazdrości, gdy ukochana osoba ma w gronie znajomych osoby przeciwnej płci. Ale jednocześnie od tego jest zaufanie, by wiedzieć, że nasz facet niczego głupiego nie zrobi, bo nas kocha. Szczególnie, jeżeli sam nie zataja niektórych spraw, a o nich mówi. Jednak jeżeli właśnie wtedy czujesz, że ta jego koleżaneczka dziwnym trafem za bardzo się przymila, to delikatnie mówiąc - szlag Cię trafia. Nie, nie na faceta, ale na tą znajomą. I o ile rozmowy są początkowo czysto koleżeńskie, to jest w porządku, ale o ile nie zaczną przybierać formy flirtu, gdy zdajesz sobie sprawę, że jakaś dziunia próbuje podrywać TWOJEGO faceta, to ho ho, już ona nie wie, z kim zadarła. I powiem Wam w sekrecie, że gdybym zauważyła, że jakaś znajoma zaczyna flirtować z moim facetem, chociaż dobrze wie, że ma on mnie, to jestem cierpliwa, ale do czasu - i wówczas ten czas by minął, a ja sama z milutkiej kobiety byłabym w stanie zamienić się we wredną su*ę, która raz na zawsze rozprawi się z tą zołzą. :P

5. Myślące, że cycki i ładna buzia wszystko załatwią 

   Nie wiem, co czasami my, kobiety sobie myślimy, ale może słodkie oczka i uroczy uśmiech są w stanie załatwić sporo spraw, jednak zastanówmy się - czy na pewno chciałybyśmy mieć świadomość, że udało nam się coś osiągnąć tylko poprzez naszą fizyczność? Cóż - mnie z pewnością by to nie satysfakcjonowało, a wręcz przeciwnie.
    Są jednak takie z nas, które myślą, że jak mają ładną buźkę, to wcale nie muszą mieć też ciekawej osobowości, by poderwać chłopaka, jaki się im podoba (okej - chyba, że facet faktycznie leci tylko i wyłącznie na to, by mieć ładną, ale pustą lalę, to inna sprawa) czy też zdobyć posady, jaka wymaga czegoś więcej niż świecenia cyckami (no, chyba, że szef lubi sobie popatrzeć, a nie obchodzi go jakość wykonywanej pracy). Naprawdę czasami załamuję wówczas ręce myśląc sobie - co my mamy w głowach... 
    Może moje podejście jest inne i nie wiem, może nie zdaję sobie sprawy z siły swojego uwodzącego spojrzenia (dobra, zdaję sobie sprawę, ale ono jest zarezerwowane tylko dla mojego Lubego), a może po prostu uważam, że inteligencja, ciężka praca i starania są w stanie zdziałać więcej niż udawanie uroczej czy naiwnej. Ale cóż, istnieją te słabe przypadki, jakie mimo wszystko wolą myśleć, że buźka załatwi wszystko... I pewnie co smutniejsze - częściej załatwia własnie ona niż ciężka praca czy osobowość. 

    Przechodząc powoli do końca tego wpisu, jeszcze raz podkreślam, by każda z Was wzięła to z dystansem, bo ja sama tak to biorę, szczególnie, że uwierzcie mi, bycie niezdecydowaną pewnie chociaż raz w życiu przerabiałam, podobnie jak czasami silenie się na feminizm. Zainspirowało mnie natomiast do napisania tego artykułu kilka faktów, w tym też spostrzeżenia znajomego, jak to gubi się czasami zrozumieniu nas, kobiet. I wcale się mu nie dziwię, jeżeli pechowo może trafia właśnie na te SŁABE przypadki. 
   Nie popełniajmy więc takich błędów, okej - bądźmy sobą, takimi, jakimi jesteśmy, ale jednocześnie takimi, byśmy nie żałowały niczego. Bo dobrze wiem, że każdy wybiera sobie swoją drogę życia. Sama uważam za słabe zachowania takie jak powyższe, ale może jakaś kobieta stwierdzić, że słabym zachowaniem jest bycie ułożoną i spokojną, mającą własne zasady, kobietą. Może któraś będzie uważać, że słabe jest trzymanie się jakiś wartości i że czyni to mnie nudną  czy sztywną - okej, uszanuję to zdanie, bo każdy może mieć własne i podejdę do takiej opinii z dystansem. :)
    Być może natomiast niektóre z Was się ze mną zgodzą i również zauważają takie zachowania czy to swoich koleżanek czy po prostu jakiś tam kobiet, jakie spotkały na swojej drodze. Nie bójmy się zatem wyrażać własnych opinii.
     Natomiast niebawem kolejne teksty z podobnego klimatu czyli "irytujące typy osób" oraz "słabe typy mężczyzn". Bo przemyślenia dobre są, o! Póki co - trzymajcie się! 

sobota, 8 kwietnia 2017

Autor: Wiktor Orzeł
Tytuł: I tak dalej
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 134
Ocena: 4.5/6

     Czasami lubię sięgać po książki, po których nie do końca wiem, czego mogę się spodziewać, ale coś kusi, by mimo wszystko zaryzykować. Tak też było w przypadku "I tak dalej", którą napisał Wiktor Orzeł. Kiedy otrzymałam możliwość sięgnięcia po ten tytuł, zachęcił mnie wówczas krótki fragment, jaki miałam okazję przeczytać, chociaż już wtedy czułam, że to będzie ciekawa, być może szokująca lektura. Okazało się, że obecnie czuję podobną dezorientację jak w przypadku niedawno recenzowanej "Szmiry" Bukowskiego... I co dziwniejsze - jest mi z tym nawet dobrze. 
     Karol - główny bohater, tudzież narrator całości, to młody mężczyzna, którego spotykają same dziwne sytuacje, można by rzec, że w zasadzie sporo z nich dzieje się na jego własne życzenie. Tak więc Karol pląta się po tym swoim Krakowie - z miejsca na miejsce, odwiedzając podejrzane puby, zalewając się kolejnymi litrami alkoholu, dodając sobie radości mniejszą lub większą dawką narkotyku, spotykając niedoszłe samobójczynie, aż w końcu na chwilę opuszczając to smogowe miasto poprzez podróż na Maltę. No, nie sposób zapomnieć też o jego bujaniu w innym świecie, pełnym dziwnego tykania czy zjaw... Kim tak naprawdę jest Karol? Dlaczego jego życie przybrało taką, a nie inną postać? Jakie dokładnie losy spotykają głównego bohatera? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po "I tak dalej". 
      Zacznę może od stylu, jakim posługuje się autor. Zdecydowanie trzeba przyznać, że jest on lekki w odbiorze i sprawia, że tę w zasadzie dosyć cieniutką książkę, pochłania się migiem. Język jest jednocześnie pełen zdań, które mogą skłaniać do przemyśleń, jak także tych, które pozornie wydają się być banalne. Nie brakuje tutaj również wulgaryzmów i chociaż dawniej irytowały mnie w niektórych książkach, tak obecnie inaczej do nich podchodzę. Pojawienie się ich w "I tak dalej" jest dla mnie w zasadzie jak konieczność i dodaje całości jeszcze większej autentyczności. Dlatego też styl, jakim posługuje się autor działa tutaj jak najbardziej na plus i muszę przyznać, że przypadł mi do gustu. 
     Sama powieść, pomysł na stworzenie takiej, a nie innej fabuły pasuje mi do współczesnych autorów - wielu z nich chce stworzyć coś, co będzie szokować, gdzie powieje kontrowersyjnym tematem. Dlatego uważam, że Wiktor Orzeł w ten kanon poprzez swoją powieść wpisuje się idealnie. Jednak tak, jak napisałam na początku - sama mam względem niej podobne odczucia, jakie towarzyszyły mi po przeczytaniu "Szmiry". Dlaczego? Zarówno wtedy, jak i teraz, nie jestem pewna, co tak naprawdę miałam w rękach... Książka "I tak dalej" to dla mnie więc historia, jaką albo się kocha albo nienawidzi. Jedni pokochają w niej wszystko - od destrukcyjnych bohaterów, w tym głównego - Karola, poprzez momentami szalone wydarzenia, aż po końcówkę, jaka sprawia, że czytelnik pozostaje w poczuciu dezorientacji. Inni z kolei znienawidzą ten zbyt wulgarny język, szokujące opisy czy generalnie chaos, całkowity chaos, jaki niesie ze sobą ta książka. A po jakiej stronie ja się postawię? Szczerze - nie jestem pewna. 
      Na pewno podobało mi się to, że chociaż historia jest zawiła, pełna tego chaosu (ale w sumie ja tam go lubię) i koniec końców pozostałam z poczuciem totalnej dezorientacji, spodobało mi się, że autor zrobił coś innego, nieszablonowego. Chociaż pozornie historia wydaje się banalna, to można się w niej dopatrywać drugiego dna, jakiegoś głębszego przesłania, ukazania, że czasami niektóre wydarzenia są w stanie doprowadzić nas do stanu destrukcji i tylko od nas zależy, czy będziemy się wciąż w tym pogłębiać, czy może odbijemy się od dna. Co więcej, sama doszukiwałam się tam portretu psychologicznego głównego bohatera, dochodząc do różnych wniosków, stąd też cała książka naprawdę daje do myślenia. Jednak z drugiej strony raziły mnie niektóre wydarzenia i chociaż pewnie bez nich, całość by się nie obeszła, to mimo wszystko po prostu mi się nie podobały. Nie będę dokładnie pisać o jakie chodzi, by Wam tutaj nie spoilerować, ale niektóre sytuacje były moim zdaniem aż zbyt przerysowane, ot, taka karykatura.
      Bohaterowie natomiast byli ciekawi. Oprócz Karola - jak dla mnie postaci destrukcyjnej, której egzystencja pozostawia wiele do życzenia, pojawili się też inni bohaterowie. Każdy z nich miał swoją intrygującą osobowość i wielu z nich, podobnie jak główna postać, miała momentami nieco destrukcyjne podejście do życia i niektórych spraw. Jednak widać, że autor włożył sporo pracy w stworzenie takich, a nie innych indywidualności i za to należą się mu ogromne brawa. 
     Podsumowując, książka "I tak dalej" to historia, jaka szokuje, wywołuje mieszane uczucia (i pewnie dokładnie taka miała być), jaką jedni pokochają, inni natomiast niekoniecznie. Sama wciąż czuję się jak pomiędzy młotem, a kowadłem, chociaż mimo wszystko bardziej skłaniam się ku temu, że książka jest dobra na swój pokrętny sposób i warto spróbować doszukać się w niej głębszego dna, bo da się je bez wątpienia znaleźć. Polecam każdemu, kogo intryguje ten tytuł - być może sami zechcecie sprawdzić, czy również w Was koniec końców losy głównego bohatera wywołają dezorientację, a może odnajdziecie w nim jakąś cząstkę siebie? Dlatego zachęcam sięgnąć i się o tym przekonać, o!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Autorowi - Wiktor Orzeł i Wydawnictwu Novae Res

czwartek, 6 kwietnia 2017

     Od czasu do czasu zdarza mi się tutaj wrzucić dla Was jakiś informacyjny wpis, który to ściśle wiąże się z literaturą. Szczególnie, że być może dzięki temu, ktoś z Was dowie się o wydarzeniu, o jakim do tej pory nie miał okazji usłyszeć i jakie to być może kogoś zaintryguje. Tak też będzie i tym razem, kiedy to z przyjemnością udostępniam Wam informację prasową związaną z nominacjami do Nagrody Literackiej miasta Warszawy. Jesteście ciekawi, jakie tytuły zawalczą o bycie tym najlepszym? No to łapcie poniższy artykuł! ;) 


Nagroda Literacka miasta Warszawy

Znamy nominowanych do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy

Spośród ponad czterystu zgłoszeń jury wybrało dwanaście tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, najstarszej i jednej z najbardziej prestiżowych nagród literackich w Polsce. Pula dla laureatów wynosi 200 tysięcy złotych.

W tym roku nazwiska nominowanych zostały ogłoszone równolegle w ponad osiemdziesięciu warszawskich klubokawiarniach i bibliotekach, a także – zgodnie ze starym obyczajem – przez rozproszonych po stolicy „krzykaczy”. Ta akcja ma podkreślić lokalność i tradycję Nagrody, a jednocześnie – nowoczesne podejście do upowszechniania literatury.

- 10 lat Nagrody skłania do podsumowań, a nawet zmian. Zależy mi, aby Nagroda zachowując swój prestiżowy charakter, zyskiwała coraz większe uznanie wszystkich warszawiaków, nie tylko tych najbardziej oddanych czytelników. Będziemy rozbudowywać wokół niej sieć działań wspierających rozwój czytelnictwa, albowiem wyróżnienie w naszym konkursie stanowi rekomendację samą w sobie. Nagrodzone tytuły nigdy nie zawiodły moich oczekiwań, a nominowane w tym roku książki tylko utwierdzają mnie w tym przekonaniu. Zapraszam do lektury - mówi Hanna Gronkiewicz-Waltz, Prezydent Warszawy.

Autorzy mają o co walczyć. Zdobywcy wyróżnień w poszczególnych kategoriach otrzymają po 20 tysięcy złotych. Do laureatów w kategorii literatura dziecięca nagroda trafi zarówno do autora tekstu, jak i ilustratora. Zdobywca specjalnego tytułu Warszawskiego Twórcy otrzyma nagrodę pieniężną w wysokości 100 tysięcy złotych. Zwycięzców Nagrody Literackiej m.st. Warszawy poznamy w trakcie uroczystej gali 27 kwietnia w Teatrze Studio.

Pobiliśmy rekord w tej edycji – mówi Janusz Drzewucki, przewodniczący jury – zgłoszono aż 449 tytułów w czterech kategoriach, a najwięcej w kategorii proza – 174 książki. W kategorii poezja zgłoszono do konkursu 114 tomów poezji. Książki o Warszawie to 40 zgłoszonych pozycji, literatura dziecięca – 121.

Nagroda Literacka miasta Warszawy


Tegoroczni nominowani to (w porządku alfabetycznym wg autorów):

W kategorii „proza”:
- Brygida Helbig „Inna od siebie”, Wydawnictwo W.A.B.
- Stanisław Aleksander Nowak, „Galicyanie”, Wydawnictwo W.A.B.
- Aneta Prymaka-Oniszk, „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy”, Wydawnictwo Czarne

W kategorii „poezja”:
- Jerzy Kronhold, „Skok w dal”, Wydawnictwo Literackie
- Adrian Sinkowski, „Raptularz”, Biblioteka „Toposu”
- Dariusz Suska „Ściszone nagle życie”, Wydawnictwo Znak

W kategorii „literatura dziecięca – tekst i ilustracje”:
- Jolanta Nowaczyk oraz Daria Solak, „Ala ma kota. A Ali?", Wydawnictwo Dwie Siostry
- Łukasz Olszacki oraz Jola Richter-Magnuszewska, „Bajka o tym, jak błędny rycerz nie uratował królewny, a smok przeszedł na wegetarianizm", Papilon
- Marcin Szczygielski oraz Magda Wosik „Klątwa dziewiątych urodzin", Wydawnictwo Bajka

W kategorii „edycja warszawska”:
- Łukasz Lubryczyński i Karolina W. Gańko „Dorożkarstwo warszawskie w XIX wieku”, Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego
- Tomasz Mościcki „Warszawskie sezony teatralne 1944-1949”, Fundacja Historia i Kultura
- Grzegorz Piątek „Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego”, Wydawnictwo: W.A.B.

Nagroda Literacka m.st. Warszawy to jedna z najstarszych i najbardziej prestiżowych nagród literackich w Polsce. Jej historia sięga lat przedwojennych. Po raz pierwszy została przyznana w 1926 r., jej tradycję przerwał wybuch wojny. Powróciła w 2008 r. i w tym roku obchodzi jubileuszową edycję. Laureatami poprzednich edycji byli między innymi Anna Janko, Justyna Bednarek, Urszula Kozioł, Joanna Papuzińska, Ignacy Karpowicz, Andrzej Stasiuk, Eustachy Rylski, Wiesław Myśliwski i Janusz Głowacki.

W jury warszawskiej nagrody literackiej zasiadają: krytyk literacki, poeta, dziennikarz i przewodniczący w tegorocznej edycji konkursu – Janusz Drzewucki, profesor nauk humanistycznych – Grażyna Borkowska, prezes Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek – Rafał Skąpski, dziennikarka– Karolina Głowacka, poetka – Joanna Kulmowa, publicysta Krzysztof Masłoń oraz historyk literatury – Anna Romaniuk.

Fundator i organizator: Miasto Stołeczne Warszawa
Partner: Biblioteka Narodowa
Patroni medialni: RDC, Lubimy czytać, Rzeczpospolita, Okno na Warszawę
Współpraca: Warexpo

Szczegóły tutaj:

      Tym oto akcentem kończę ten krótki, informacyjny wpis. Natomiast już niebawem pojawi się recenzja kolejnej ksiażki, jaka to wywołała we mnie dosyć... mieszane uczucia. Póki co - trzymajcie się! 

Zdjęcia oraz tekst udostępnione przez media: Business & Culture

środa, 5 kwietnia 2017

     Chociaż kwiecień trwa już w najlepsze od kilku dni, sama ostatnim czasem mam nieco problem z ogarnięciem czasowo wszystkiego, co dzieje się w moim życiu, dlatego też dopiero dzisiaj mogę opublikować dla Was podsumowanie czytelnicze marca, jednocześnie wspominając, jakie też ciekawe lektury planuję na miesiąc kwiecień. Krótko mówiąc - jestem zadowolona ze swojego wyniku, ale przede wszystkim z tytułów, po jakie sięgnęłam i mam nadzieję, że te kwietniowe okażą się równie dobre.

1. Podsumowanie czytelnicze marca 

W marcu udało mi się przeczytać łącznie pięć książek, chociaż recenzja jednej z nich pojawiła się już dopiero w kwietniu. Uważam, że ten wynik mnie satysfakcjonuje, chociaż pewnie dawniej myślałabym, że mogę jeszcze więcej i jeszcze lepiej. Obecnie, mimo tego, że na uczelni tego zabiegania aż tyle nie mam, to jest wiele innych zajęć, jakie mnie pochłaniają. Tym samym książki odeszły na nieco dalszy plan, ale mimo wszystko nie wyobrażam sobie miesiąca bez chociaż jednej, dobrej lektury. Tym razem nie wrzucę Wam zdjęcia, gdyż nie mam jak zrobić stosiku - niektóre tytuły pożyczyłam, inne są w domu, inne na krakowskim mieszkaniu. Jednak opisując każdą z tych książek wygląda to następująco:

  • Charles Bukowski - "Szmira" - chyba jedna z ciekawszych książek tego miesiąca pod tym względem, że dosłownie nie wiedziałam, jak ją ocenić. To taka historia, jaką się kocha lub nienawidzi, a ja sama chociaż byłam rozdarta po jej przeczytaniu, chyba bardziej skłoniłam się ku tej miłości do autora i jego dzieł. 
  • Andrzej Kuchta - "Dom w środku lasu" - egzemplarz recenzencki od Autora. To horror, który zbudował napięcie niepokoju i chociaż pewnie niektóre aspekty można było bardziej dopracować, to całość przypadła mi do gustu i nie mogłam się od niej oderwać. 
  • Sarah Knight - "Magia olewania" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Muza SA. To poradnik, który skierowany jest przede wszystkim do osób, jakie chciałyby nauczyć się olewać w życiu niektóre sprawy. Całkiem ciekawie napisany, chociaż może mojego życia nie odmienił, to podobał mi się styl autorki.
  • Rupi Kaur - "Mleko i miód" - ten, tak naprawdę zbiór wierszy, ciężko zaliczać jako przeczytanie jakiejś bogatej w strony historii, ale... to moja ulubiona książka tego miesiąca. Przeczytałam każdy wiersz, większość zarówno w wersji angielskiej, jak i polskiej (dysponuję wydaniem dwujęzycznym) i jestem urzeczona twórczością tej autorki. Sporo tekstów trafiło do mnie idealnie i skłoniło do przemyśleń. Cudowny zbiór wierszy, jaki polecam każdej kobiecie - bo to coś przede wszystkim dla nas, Drogie Panie. 
  • Anna Snoekstra - "Córeczka" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa HarperCollins Polska. Niedawno dopiero zrecenzowałam ją na blogu, ale muszę przyznać, że był to dobry, trzymający w napięciu i ze świetnym, mrocznym klimatem, thriller, jaki śmiało mogę Wam polecić. 
Większość książek marca przypadło mi do gustu. Najbardziej właśnie wiersze Rupi Kaur chwyciły mnie za serducho i sprawiły, że na pewno nie raz jeszcze do nich powrócę, by rozkoszować się tymi niby prostymi słowami, a niosącymi wraz z sobą ogrom emocji. 

2. Plany czytelnicze na kwiecień

Na ogół nie robię sobie wielkich planów, bo nigdy nie wiem, czy uda mi się je wszystkie zrealizować. Jednak na pewno sięgnę po "I tak dalej", którą to książkę napisał Wiktor Orzeł, jak również "W sieci złudzeń" Joyce Maynard, bo obie te książki są już u mnie (pierwszą dzisiaj zaczęłam kartkować) jako egzemplarze recenzenckie. Poza tym pewnie jakiś tytuł do recenzji się pojawi, a może też książka z mojej półki w końcu zostanie przeczytana. Mam jedynie nadzieję, że lektury, po jakie sięgnę okażą się być ciekawymi. 

    To już wszystko jeśli chodzi o dzisiejszy wpis. Jak u Was wyglądał marzec pod względem czytelniczym? Udało Wam się pobić własne rekordy? Jakie książki planujecie na kwiecień? Piszcie, chętnie poczytam! Natomiast niebawem czekają na Was nowe teksty, więc bądźcie czujni. Póki co - trzymajcie się! 

poniedziałek, 3 kwietnia 2017


Autor: Anna Snoekstra
Tytuł: Córeczka
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 272
Ocena: 5/6

    Po thrillery lubię sięgać w równie mocnym stopniu, co po obyczajówki czy typowe historie miłosne. Kiedy już jestem przesycona lekkością płynącą z romansów, potrzebuję doznać chwili napięcia i niepokoju, jaką niosą wraz z sobą właśnie thrillery. Dlatego gdy miałam możliwość wyboru lektury na ten miesiąc od wydawnictwa HarperCollins Polska, w oko od razu wpadł mi tytuł "Córeczka" Anny Snoekstry, a opis sprawił, że poczułam się mocno zaintrygowana. Książka okazała się być wciągająca i nawet jeżeli początkowo nie potrafiłam doszukać się intrygi, tak niepokój towarzyszył mi przez cały proces czytania i ostatecznie sprawiło to, że jestem pod wrażeniem. 
      Pewna kobieta przez kilka lat żyła na ulicy, aż któregoś dnia, wpadając w poważne kłopoty, wpada na pomysł, dzięki któremu jest w stanie przetrwać. Łudząco podobna do zaginionej przed dziesięcioma laty dziewczyny imieniem Rebeca Winter, decyduje się na szalony krok - kradnie jej tożsamość. Zyskuje więc nowe życie. Śpi w łóżku dziewczyny, nosi jej ubrania, spędza czas z jej rodziną i wydawać by się mogło, że to najlepsze, co do tej pory ją spotkało. Jednak wkrótce kobieta zaczyna zdawać sobie sprawę, że być może zaginięcie Bec wcale nie było takie przypadkowe, a jej morderca może czaić się tam, gdzie najmniej się tego spodziewa... Jak zatem potoczą się dalej jej losy? Czy grozi jej niebezpieczeństwo, przed którym musi jak najszybciej uciekać? Co tak naprawdę stało się z Rebecą Winter? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie, sięgając po książkę "Córeczka".
       Przede wszystkim autorka miała pomysł na oryginalną fabułę i co lepsze - zrealizowała go bardzo dobrze, tworząc klimat pełen niepokoju i sprawiając, że do ostatniej strony czytelnik nie był pewny, czego ostatecznie może się spodziewać. Co więcej, jak dobrze wyczytałam jest to debiut autorki, stąd też tym bardziej jestem pod wrażeniem, że okazał się być tak udany. Styl, jakim się posługuje sprawia, że całość pochłania się w mgnieniu oka, a przez ostatnie kilka rozdziałów przechodzi się już z mocno bijącym sercem i w napięciu oczekuje się na finał, który, jak już zresztą wspomniałam - naprawdę zaskakuje. Jednak najlepsze w tym thrillerze było to, że Anna Snoekstra stworzyła klimat, w którym od pierwszych stron wyczuwało się swego rodzaju mrok i niepokój.
      Ciekawym zabiegiem, dzięki któremu czytelnik stopniowo dociekał prawdy był fakt, że rozdziały napisane zostały zarówno w narracji pierwszoosobowej, gdzie rolę osoby opowiadającej pełniła główna bohaterka podszywająca się pod zaginioną Bec, jak również w narracji trzecioosobowej, w których to rozdziałach czytelnik cofa się dziesięć lat wcześniej i ma szansę krok po kroku odkrywać, co tak naprawdę spotkało wówczas szesnastoletnią Rebecę Winter. Dzięki temu miałam szansę sama powoli dopasowywać do siebie elementy tej zawiłej układanki.
     To, co najbardziej mi się jednak spodobało, było wykreowanie tak naprawdę rodziny, która pozornie wydająca się być taką, jak wszystkie inne, kryje swoje własne tajemnice. Chociaż początkowo czytelnik ma wrażenie, że to całkowicie normalna rodzina, z każdą stroną zaczyna odczuwać, iż być może początkowe przypuszczenia wcale nie były słuszne. W pewnym sensie dopatrzyłam się tutaj stworzenia portretów psychologicznych poszczególnych bohaterów - zarówno rodziny zaginionej Bec, jak i głównej bohaterki, która spójrzmy prawdzie w oczy - ukradła czyjąś tożsamość, by uratować się z opresji. Każdy z tych portretów był inny, lecz co ważniejsze - niektóre okazały się wręcz mrozić krew w żyłach.
         Jest to więc nie tylko trzymający w napięciu thriller, ale też coś więcej - historia pokazująca, że każdy dom może mieć swoje tajemnice, nawet jeżeli wydaje się być całkowicie normalny. To jednocześnie opowieść o tym, że często lepiej przyznać się do niektórych błędów, niż dopuszczać się czasami decyzji, jakich możemy żałować i które pozornie wydające się być tymi, które uratują nam skórę, mogą okazać się naszym przekleństwem. Jednak ta książka uświadamia także, że nawet osoby, jakim wydawać by się mogło, że jesteśmy w stanie bezgranicznie zaufać, mogą okazać się tymi, które wbiją nam przysłowiowy "nóż w plecy".
      Bohaterowie zostali wykreowani w sposób ciekawy, zresztą jak już wspomniałam przy okazji portretów psychologicznych każdej postaci - niektóre z nich budziły grozę, inne z kolei dały się nawet lubić, gdy jeszcze inne sprawiały, że podchodziło się do nich raczej neutralnie. Tak czy siak, autorka postarała się, by stworzyć indywidualne postaci, a co więcej takie, które wydawały się być naprawdę autentyczne. Nie było tutaj raczej ubarwiania, tworzenia bohaterów jak najwspanialszych, a były to postaci z krwi i kości. Stąd też uważam, że i w tym aspekcie Anna Snoekstra wykonała kawał dobrej roboty.
        Podsumowując, polecam Wam sięgnięcie po książkę "Córeczka", jeżeli lubicie od czasu do czasu pochłonąć jakiś thriller. Jednak nie spodziewajcie się też tutaj zbyt wielkiego, że tak to ujmę, rozlewu krwi, a raczej stworzenia dobrych portretów psychologicznych bohaterów oraz trzymającego w napięciu i niepokoju klimatu. Osobiście się nie zawiodłam.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *