poniedziałek, 28 listopada 2016

Autor: Dinah Jefferies
Tytuł: Córka handlarza jedwabiem
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 415
Ocena: 4/6

     Lubię sięgać po powieści obyczajowe. Bardzo często zdarza się, że historie stworzone w tym nurcie są w stanie w pełni mnie usatysfakcjonować. Postanowiłam więc znowu sięgnąć po tego typu powieść. Tym razem spędziłam trochę czasu przy tytule "Córka handlarza jedwabiem", który napisała Dinah Jefferies. Nie miałam pojęcia, czego mogę się spodziewać, gdyż była to pierwsza książka tej autorki, po którą sięgnęłam. Będąc już po przeczytaniu mam nieco mieszane uczucia. Jest to bowiem historia, która ma zarówno swoje plusy, jak i minusy. Z jednej strony pełna autentyczności, poruszająca trudną tematykę, a z drugiej trochę niedopracowana, ze zbyt banalnym stylem. To taka lektura na jakiś niezobowiązujący wieczór, ale nie odmieniająca szczególnie życia czytelnika.
      Nicole, pół - Wietnamka, pół - Francuska, główna bohaterka książki, właśnie kończy osiemnaście lat. Wkraczając w dorosłość ma nadzieję, że w końcu zostanie doceniona przez ojca, który od lat zajmuje się handlem jedwabiem. Okazuje się bowiem, że postanawia przekazać swoją firmę w ręce jednej z córek. Jednak ku rozczarowaniu Nicole, to jej starsza siostra Sylvie ma sprawować władzę nad firmą. Młodszej natomiast przypada w udziale zajęcie się małym sklepikiem mieszczącym się w wietnamskiej dzielnicy. Akcja rozgrywa się w drugiej połowie XX w., w Hanoi, które powoli staje się niebezpieczne - wietnamscy buntownicy na czele z Viet Minhu chcą wypędzić ze swojego kraju kolonistów - Francuzów i przejąć władzę. Co więcej, Nicole poznaje w tym samym czasie dwóch mężczyzn - Marka, Amerykanina, który wspiera Francję oraz Trana, młodego, wietnamskiego idealistę, wspierającego rebeliantów. Dziewczyna coraz bardziej zaczyna zastanawiać się, którą "połową" czuje się bardziej... Staje zatem przed problemem prowadzenia sklepu, ciągłej rywalizacji z siostrą, sercowymi rozterkami oraz zaostrzającą się sytuacją w Hanoi. Jak zatem potoczą się jej losy? Czy uda jej się osiągnąć sukces? Który z mężczyzn bardziej zawładnie jej sercem? I jak ostatecznie potoczy się wojna? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie, sięgając po książkę "Córka handlarza jedwabiem".
      Tak, jak wspomniałam na samym początku - książka wywołała we mnie nieco mieszane uczucia. Dlatego też, jak to mam w zwyczaju, w swojej recenzji najpierw chciałabym zawrzeć to, co mi się podobało, a dopiero później skupię się troszkę na tych, moim zdaniem, lekkich niuansach. Przede wszystkim autorka stworzyła opowieść niezwykle klimatyczną. Wszystko dzieje się bowiem w Wietnamie, w dużej mierze w mieście Hanoi, dodatkowo w drugiej połowie XXw. Może nie ma tutaj aż tylu opisów miejsca, a jednak czuje się ten wyjątkowy klimat i ma się wrażenie, jakby samemu było się właśnie w Hanoi. Jednak co więcej, autorka podjęła się trudnego tematu - wojny, która w tamtym okresie opanowała Wietnam, gdy to rebelianci na czele z Viet Minhu postanowili dojść do władzy, usuwając ze swojej ziemi Francuzów. Dlatego też cała historia owiana jest pewnego rodzaju grozą - wojna przedstawiona jest w realistyczny sposób. Stąd nie brakuje tutaj też pełnych krwi i może nieco brutalnych opisów. Oczywiście nie martwcie się - jest ich niewiele, a według mnie, dzięki nim, całość nabiera autentyczności. Podobało mi się także to, że autorka podjęła się kwestii związanych z poszukiwaniem własnej tożsamości. Główna bohaterka, mająca korzenie zarówno wietnamskie, jak i francuskie, przez długi czas nie wiedziała, którą "połową" siebie powinna się bardziej czuć. Dodatkowo, sporo miejsca poświęcono w tej książce także relacji pomiędzy rodzeństwem - Nicole oraz Sylvie nigdy nie potrafiły zbyt dobrze się dogadywać ani zrozumieć. Autorka pokazała jednak, że do wszystkiego trzeba jakoś dążyć. Stąd też jest to książka, która ma zdecydowanie sporo swoich plusów.
      Jednak muszę przyczepić się do raptem kilku kwestii. Po pierwsze - styl. Co prawda jest lekki w odbiorze, co powinno działać na plus, bo w końcu nie lubię, gdy książkę czyta mi się topornie. Jednak tutaj język, jakim posługuje się autorka jest zbyt banalny. Proste zdania, mało rozwinięte wypowiedzi, za dużo skupiania się na faktach mało istotnych (jak opisy chociażby ubrań bohaterów - nie lubię tego, bardzo), zamiast zwrócenia uwagi na bardziej ważne wątki. Co więcej, miałam wrażenie, że niektóre sytuacje zbyt szybko następowały po sobie. Tak, jakby autorka musnęła jakiś temat, ale nie wiedziała jak go dalej rozwinąć, więc czym prędzej przechodziła dalej. Drugą sprawą jest trójkąt miłosny - nie przepadam za nimi i ten tutaj również mi się nie podobał. Co prawda, na szczęście nie ciągnie się jakoś szczególnie przez całą książkę, ale początkowo to niezdecydowanie głównej bohaterki, którego z mężczyzn bardziej by chciała, doprowadzało mnie do szału. Ostatnią już kwestią jest lekka przewidywalność tej historii. Nie ma tutaj zbyt wielu sytuacji, które byłyby dla czytelnika niespodzianką. A szkoda.
      Bohaterowie zostali wykreowani w miarę ciekawie, ale bez większego szału. Myślę, że niektóre postaci autorka mogła stworzyć lepszymi. Jeżeli chodzi o samą Nicole - początkowo była denerwująca, między innymi pewnego rodzaju zazdrością jaką czuła w stosunku do siostry, ale także tym niezdecydowaniem co do mężczyzn, o jakim już wspomniałam. Z czasem na szczęście zaczęła zachowywać się bardziej dojrzale i w zasadzie całkiem sprawnie się wybroniła. Również nieco niedopracowaną postacią była Sylvie - tak pojawiała się i znikała, niby coś wnosiła do książki, ale też bez przesady. Wśród mężczyzn początkowo bardziej podobała mi się postać Trana, ale z czasem przekonałam się także do Marka. Stąd też bohaterowie zostali wykreowani poprawnie, ale mogło być nieco lepiej.
     Podsumowując, książka "Córka handlarza jedwabiem" to opowieść, która ma swoje plusy: jak autentyczność, wietnamski klimat, skupienie się na poszukiwaniu własnej tożsamości, ale posiada też pewne minusy, w tym głównie zbyt banalny styl autorki. Stąd też to książka, po jaką można sięgnąć w ramach zrelaksowania się przy jakiejś lekturze, ale nie odmienia ona życia.
     Niebawem znów postaram się coś tutaj napisać - chociaż może być ciężko z czasem. Przypominam natomiast o KONKURSIE i zachęcam do wzięcia udziału, klikając TUTAJ. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

piątek, 25 listopada 2016

     Współpraca recenzencka. Dwa słowa, a gdy tylko bloger książkowy się na nie natknie, jego oczy od razu zaczynają się świecić z zaciekawienia. Wydawnictwa, księgarnie, autorzy czy portale czytelnicze tworzą inicjatywy, które zarówno dla tych początkujących blogerów, jak dla tych z pewnym "stażem" wydają się być niezwykle kuszące. Każdy wcześniej czy później zacznie garnąć się do współpracy - wysyła maile, udziela się w obrębie jakiegoś wydawnictwa i tak dalej - a wszystko po to, by móc często sięgać po nowości, w dodatku praktycznie za darmo (no okej - za recenzję, ale jeżeli ktoś lubi czytać, to co to dla niego napisać opinię?). 
     Jednak dzisiaj chciałabym co nieco pokazać Wam, jak sama widzę tę współpracę recenzencką. Bo uwierzcie mi, że chociaż jest to fajna sprawa, to ma też, jak wszystko, nie tylko swoje blaski, ale też cienie. Czasami można się w niej za bardzo pogubić i zatracić samego siebie. Grunt to zatem znaleźć ten tzw. "złoty środek", ale to nie zawsze jest łatwe.

1. Nie zawsze łatwo jest zacząć

    Chociaż pozornie nawiązanie współpracy recenzenckiej z jakimś wydawnictwem bądź autorem wydaje się rzeczą prostą, to w rzeczywistości wcale taką nie jest. Myślisz, że wystarczy, gdy znajdziesz adres e - mailowy, wyślesz jedną wiadomość i od razu otrzymasz odpowiedź? Cóż, żebyś się nie przeliczył, bo może się okazać, że trochę sobie na nią poczekasz, o ile w ogóle ją otrzymasz. 
     Prawda jest taka, że nawiązanie współpracy zależy od wielu czynników. Mam wrażenie, że jednak najczęściej od popularności bloga, co zresztą nie jest żadną niespodzianką ani nie szokuje. No bo to logiczne, że jeżeli daną stronkę wyświetla multum ludzi, to i opinia o danym tytule dotrzesz do szerszego kręgu odbiorców. Jeżeli dodatkowo wydawnictwo jest znane i poważane, to w dużej mierze wybierze właśnie tych blogerów, którzy są w sieci znani. Jednak to nie jest (na całe szczęście - bo mój Chaos myśli aż taki popularny to nie jest) żaden wyznacznik. Niektóre wydawnictwa bez problemu nawiązują współpracę, jeżeli tylko widzą, że osoba jest rzetelna i jej recenzje mają odpowiednią jakość. No bo przyznajmy się szczerze - ale chyba jest różnica pomiędzy poprawnie napisanym tekstem, który skupia się na wielu aspektach danej książki, aniżeli zrobionej "na odczep" recenzji, która pojawiła się tylko dlatego, że ktoś tę lekturę do recenzji otrzymał.
     Stąd też, ze swojego doświadczenia wiem, że zaczynając, trzeba przede wszystkim stworzyć naprawdę dobrą wiadomość - taką, która w jakiś sposób zaintryguje dane wydawnictw, a po drugie - no właśnie, pobuszować w sieci i wybrać te wydawnictwa, z którymi nawiązanie współpracy recenzenckiej wydaje się najbardziej realne. Sama z doświadczenia wiem, że wysyłałam maile do naprawdę wielu wydawnictw, a odpowiedź otrzymywałam od tych pojedynczych. Jednak to wcale mnie nie zrażało - wręcz przeciwnie: cieszyłam się, że w ogóle mam okazję z kimś współpracować.

2. Darmowa książka - czemu by się nie skusić?

     Dużo osób decyduje się na rozpoczęcie współpracy recenzenckiej między innymi dlatego, że oznaczana ona otrzymanie darmowej książki. Jak napisałam we wstępie - okej, jest ona za recenzję, ale przecież po to nawiązuje się współpracę, by otrzymywane egzemplarze czytać i recenzować. Muszę jednak przyznać, że trochę z dystansem podchodzę do tego punktu. 
     Dobrze, sama przyznam się Wam, że to naprawdę super sprawa, móc otrzymać książkę tak naprawdę za darmo i poszerzać swoją biblioteczkę, nie nadszarpując swojego budżetu. Pewnie i to w jakiś sposób skusiło mnie do współpracy recenzenckiej. Szczególnie, że bardzo często zdarzają się mi tytuły, które tak czy siak by mnie do siebie ciągnęły - a skoro nie muszę wydawać na nie pieniędzy, bo i tak otrzymam do zrecenzowania, to czemu by się tego nie podjąć. 
      A jednak uważam, że to nie powinien być wyznacznik. Okej, darmowa książka jest fajną sprawą, ale to nie oznacza, że będę ich brała multum tylko po to, by mieć dany tytuł na półce. Skoro wiem, że muszę ją przeczytać do jakiegoś terminu (ale o tym to za moment), to dla mnie głupota zawalać sobie półkę książkami, które potem tylko chyba przekartkowuję co jakiś rozdział, bo czas mnie goni. Dlatego tytuły do recenzji wybieram z głową i nie rzucam się na wszystko, co często jest mi proponowane. Bo uważam, że to niedorzeczne.
     Może to zabrzmi w pewnym sensie jak nadmierna krytyka z mojej strony i z góry przepraszam, jeśli kogoś z Was to dotknie, ale gdy widzę, że niektórzy toną wręcz w tych egzemplarzach recenzenckich, a potem nagle w ciągu danego miesiąca są w stanie przeczytać je wszystkie, a i pewnie jeszcze więcej, to często zastanawiam się, jak oni to robią. No sorry, ale chyba nie mają życia poza książkami - gdzie tam praca, studia, obowiązki, spędzanie czasu z bliskimi czy znajomymi, albo po prostu robią to właśnie na odczep. No, dopuszczam jeszcze opcję odbycia kursu szybkiego czytania, ale nie wierzę, że każdy go zrobił. 
     Stąd też, jak już podkreśliłam kilkakrotnie, dla mnie ta opcja, że otrzymuję książkę za recenzję to świetna sprawa, ale też uważam, że trzeba wybierać sobie tytuły z głową, a nie rzucać się na wszystko, bo "darmowe". 

3. Deadline, deadline... Jak tu z tym wyrobić?! 

     Mam problem z terminami w wielu kwestiach, nie tylko czytelniczych. Na ogół oczywiście wyrabiam z nimi (no, poza nielicznymi wyjątkami), ale często gdy ten deadline mnie goni, to przyznam Wam się, jest stres. A to właśnie niestety czyni współpraca recenzencka.
    Często można dogadać się z danym wydawnictwem ile mniej więcej czasu potrzebuje się na przeczytanie danej lektury i jej zrecenzowanie. Czasami jednak zdarza się, że to wydawnictwo narzuca konkretny termin np. 14 dni od chwili otrzymania książki. Jako, że są to najczęściej premiery bądź egzemplarze przedpremierowe, wysyłka następuje właśnie w dniu premiery, bądź x - dni wcześniej, jeżeli wydawnictwo chce się doczekać recenzji przedpremierowej. No cóż, raczej nie da się nikogo oszukać (nie żebym sama chciała to robić), że książka dotarła jakoś na tyle późno, że z napisaniem recenzji jesteśmy spóźnieni o miesiąc lub więcej. Dlatego też deadliny to coś, co najmniej lubię we współpracy recenzenckiej. 
        Niestety, ale zauważyłam, że to właśnie przez terminy, czasami zaczynam odczuwać niechęć do czytania. Naprawdę. To brzmi brutalnie, ale tak właśnie jest. Kiedy robiłam to tylko dla siebie, nikt nie czekał na recenzję jakoś bardzo, ja sama mogłam sobie czytać książkę we własnym tempie, dzięki czemu czerpałam z tego 100% przyjemności. Wraz z egzemplarzami recenzenckimi, czasami to uczucie gdzieś ucieka. Zastępowane jest przez myśl: no nie, termin goni, a ja jeszcze nie skończyłam tego czytać, już więcej nie biorę nic! Ale - tutaj wtrącę jeszcze jedną sprawę - na ogół mimo takich zapewnień, nadal bierze się te egzemplarze. Wiem o tym doskonale - to uzależnia. Sprawia, że nie da się czasami oprzeć jakiemuś tytułowi. Chociaż obiecuje się sobie, że przez jakiś czas zrobi się przerwę, to jednak tak nie działa. Tym samym egzemplarze napływają, terminy gonią, a czytanie zniechęca...
     Sama, jak napisałam, mam takie chwile, gdy nie mogę właśnie przez te egzemplarze recenzenckie, już patrzeć na książki ani myśleć o czytaniu. Jednak na ogół szybko mijają i potem znowu z radością wracam do tych wszystkich, wspaniałych lektur. 

4. Tyle tytułów, tak mało czasu - co wybrać i jak recenzować?

    Kiedy już decydujemy się na nawiązanie współpracy recenzenckiej, często musimy się pogodzić z faktem, że do naszych rąk wpadać będą głównie nowości. One jednak bywają różne - myślę, że każdy z Was dobrze o tym wie. Co gorsza, czasami wśród nich znajdują się tytuły, jakie wcale nie intrygują, a coś pasowałoby wybrać, a czasami jest ich za wiele i aż żal niektóre odrzucać.
    Tak jak wspomniałam, nowości. To właśnie one są głównymi lekturami, jakie mamy możliwość przeczytać. No bo to oczywiste, że wraz ze zbliżającą się datą premiery danego tytułu, wydawnictwo chce je jak najbardziej wypromować i tym samym zwiększyć później sprzedaż. To właśnie w dużej mierze od recenzentów zależy, czy znajdą się potencjalni czytelnicy, czy może dana książka praktycznie się nie sprzeda. Wśród tych nowości, sama bardzo często odkrywam świetne historie. Jednak często jest tak dlatego, że zanim zdecyduję się na egzemplarz recenzencki, uważnie czytam opis, rozważam, czy dana książka będzie w stanie do mnie trafić czy lepiej ją sobie odpuścić. Dzięki temu unikam zbędnego rozczarowania, a i też oszczędzam sobie nerwów. Zdarza się jednak, że wybierając dany tytuł, okazuje się on kiepski... I tutaj pojawia się pewnie pytanie - jak to potem recenzować?
    Otóż wielu osobom, z tego co zauważyłam, wydaje się, że gdy nawiążą współpracę recenzencką, to koniecznie muszą pisać tylko na plus. No bo potem pewnie wydawnictwo się rozczaruje, zerwie współpracę i tak dalej. Strasznie mnie irytuje takie podejście. Sama podkreślam od razu, że recenzuję książki w sposób subiektywny, więc to logiczne, że coś może mi się nie do końca podobać. Piszę więc szczere opinie. Okej, staram się znaleźć pozytywne cechy danej książki, nawet jeżeli mi się nie podobała, ale koniec końców, wspomnę też o tym, dlaczego według mnie jest słaba i z jakiego powodu po prostu do mnie nie trafiła. To w końcu moja recenzja. Ktoś może mieć odrębne zdanie. Bo gusta są różne. Ale to, że współpraca, nie znaczy - tylko na plus.
    Dlatego - po pierwsze: warto dobierać sobie tylko te tytuły, które naprawdę nas przyciągają, nie powinno czytać się czegoś na siłę. Po drugie: szczera recenzja, według mnie, to podstawa. 

5. Co wydawnictwo, to inne podejście do blogera

     Przekonałam się o tym niejednokrotnie. Poważnie - są wydawnictwa, z którymi współpracuje mi się super i na całe szczęście te przeważają, ale zdarzają się takie wybryki, przez jakie to najchętniej dałabym sobie spokój z tą całą współpracą recenzencką.
     Nie będę wymieniać tutaj nazwami, ale opowiem Wam o kilku sytuacjach, jakie do tej pory mnie spotykały. Zacznę oczywiście od tych pozytywów. Bardzo lubię, gdy wydawnictwo jest konkretne - pisze, czego wymaga od blogera, określa te swoje zasady, wysyła egzemplarz, ja dostosowuję się do tych reguł i współpraca często nadal się ciągnie, bo po prostu obie strony są zadowolone. Jednocześnie bardzo lubię także, gdy wydawnictwo jest słowne - dotrzymuje obietnic odnośnie tego, co pisze w wiadomościach. Powiecie mi pewnie zaraz, że przecież to chyba niemożliwe, by było inaczej, skoro już decyduje się na współpracę z blogerami, ale uwierzcie mi, że różnie bywa. ;) 
    Mogę Wam jedynie w sekrecie powiedzieć, że bardzo cenię sobie i uwielbiam współpracę z wydawnictwem IUVI. To chyba najmilsi ludzie, z jakimi przyszło mi współpracować - bezkonfliktowi, konkretni i słowni. :) Zresztą wiele innych też wydawnictw, z jakimi współpracowałam lub nadal współpracuję, również miało/ma normalne, dobre podejście do blogera. 
     Natomiast nie powiem głośno, jakie wydawnictwo mnie rozczarowało, ale nakreślę pewną sytuację. Otóż otrzymałam możliwość zrecenzowania książki X, która była w formie pdf-u. Po zrecenzowaniu i wysłaniu linków, miałam także podać adres, gdyż w zamian za recenzję miały zostać wysłane do mnie dwie książki. Fajna sprawa, prawda? Szkoda tylko, że do dzisiaj nie dotarły. Jednak wiecie - nie chodzi o te książki - byłby to fajnie, nie, to też nie jakiś problem, ale o zasadę. O to, że dane wydawnictwo było po prostu niesłowne. Lecz co zabawniejsze - gdy napisałam ponownie, czy linki w ogóle dotarły i tak dalej, to otrzymała odpowiedź zwrotną, jako że mail musiał zostać przeoczony, że przepraszają i na pewno książki zostaną wysłane w taki czy inny dzień. Oczywiście nie dotarły i ja sama nie łudzę się, że po kilku miesiącach w końcu dotrą. ;) Właśnie dlatego z tego typu wydawnictwami raczej współpracować więcej nie zamierzam i nawet gdy dostaję od nich jakąś propozycję, to po prostu nie odpowiadam. 
     Dlatego w świecie blogosfery różnie bywa, ale na całe szczęście, większość wydawnictw dba o recenzentów, tudzież tak naprawdę swoich czytelników. Trzeba tylko zawiązać te odpowiednie współprace, które przyniosą obopólną korzyść.

     Myślę, że tym samym to wszystko, jeżeli chodzi o dzisiejszy wpis. Powiedzmy, że tak ogólnie nakreśliłam, jak to sama widzę współpracę recenzencką. Jest to zdecydowanie fajna sprawa pod wieloma względami - darmowe egzemplarze, czasami różne, fajne akcje organizowane przez wydawnictwa, możliwość jakiegoś szerszego "zaistnienia" w blogosferze. Jednak z drugiej strony - wszystko ma swoje plusy, jak i minusy. Sporo zależy od tego, jak bardzo staramy się nawiązać współpracę, od podejścia wydawnictw do blogerów, a także trzeba pamiętać, że deadliny czasami gonią, oj gonią. 
    Osobiście na pewno nie zrezygnowałabym z tych współpracy, jakie udało mi się nawiązać, bo każda z nich przynosi mi nowe doświadczenia, dzięki nim mam szansę dotrzeć do co dopiero wydanych tytułów i moja biblioteczka staje się coraz większa bez nadszarpywania budżetu.
    Niebawem znów postaram się coś dla Was napisać - na pewno pojawi się recenzja kolejnej książki. Natomiast przypominam Wam o KONKURSIE - klikajcie TUTAJ i bierzcie udział, czekam na Wasze zgłoszenia z niecierpliwością! Póki co - trzymajcie się!

środa, 23 listopada 2016

 
KONKURS

   Dzisiaj przychodzę do Was z czymś, do czego zamierzałam się od jakiegoś czasu. Jeżeli śledzicie mój fanpage, to być może Waszym oczom ukazywało się ciągłe zapowiadanie konkursu. Z powodu wielu czynników, przesuwałam sobie ciągle ten moment, aż w końcu stwierdziłam, że nadeszła właściwa chwila. W końcu zbliża się grudzień, a wraz z nim 6 grudnia, czyli tzw. "Mikołajki" - no więc także prezenty, święta Bożego Narodzenia, czyli kolejne prezenciki pod choinką, stąd też sama chciałabym wywołać uśmiech na czyiś twarzach takim właśnie książkowym prezentem. :) 
   Co trzeba zrobić, aby wygrać? Odpowiedzieć na jedno, proste pytanie, ale w sposób jak najbardziej kreatywny. Zresztą, co tu dużo mówić - łapcie szczegóły! 

REGULAMIN KONKURSU
  • Organizatorem konkursu jest autorka bloga Chaos Myśli.
  • Sponsorem nagród jest autorka bloga Chaos Myśli.
  • Nagrodami w konkursie są: egzemplarz książki "Cień wiatru" oraz egzemplarz książki "Ember in the ashes - Imperium Ognia".
  • Konkurs trwa od  23 listopada 2016 roku do 7 grudnia 2016 roku do godziny 23:59.
  • Aby wziąć udział w konkursie, należy udzielić odpowiedzi na poniższe pytanie konkursowe, a także podać swoje imię i adres mailowy. 
  • Zwycięzców będzie dwóch (jedna osoba może wygrać tylko jeden egzemplarz) i zostaną oni wyłonieni spośród osób, których wypowiedzi będą najbardziej kreatywne. 
  • Wyniki konkursu pojawią się na blogu w ciągu 3 dni od jego zakończenia, a osoby, które otrzymają nagrodę, zostaną dodatkowo poinformowane drogą mailową. 
  • Jeżeli w ciągu 5 dni od ogłoszenia wyników, osoba nie zgłosi się po wygraną, wybrana zostanie kolejna odpowiedź. 
  • W konkursie może wziąć udział każdy odwiedzający bloga (nie jest koniecznie posiadanie własnego bloga), wystarczy, że poda swoje imię i adres mailowy oraz udzieli odpowiedzi na pytanie konkursowe. 
  • Konkurs organizowany jest jedynie dla osób zamieszkałych na terenie Polski. 
  • Organizator ma prawo do przedłużenia lub odwołania konkursu w przypadku zbyt małej ilości zgłoszeń.
  • Organizator zastrzega sobie możliwość wprowadzania zmian w regulaminie w trakcie i po zakończeniu konkursu.
  • Będzie mi miło, jeżeli zamieścicie baner konkursowy na swoim blogu lub fanpage'u (o ile go posiadacie), jednak nie jest to warunek konieczny. 
PYTANIE KONKURSOWE

Wybierz jeden z poniższych tytułów i napisz, dlaczego to właśnie tę książkę najbardziej chciałbyś/chciałabyś otrzymać? Odpowiedź zamieść w komentarzu, podając swoje imię i adres mailowy (ilość zdań - bez ograniczeń, niech poniesie Was kreatywność!). 

NAGRODY

    Osobiście mogę polecić Wam zarówno jedną, jak i drugą książkę, bo są genialne. Jeżeli jeszcze macie wątpliwości, który tytuł chętnie przygarnęlibyście do Waszej biblioteczki, odsyłam tutaj:
  • Carlos Ruiz Zafon - "Cień wiatru" - RECENZJA
  • Sabaa Tahir - "Ember in the Ashes - Imperium Ognia" - RECENZJA
   Mam zatem nadzieję, że zgłosi się jak najwięcej chętnych, a sama będę mogła przeczytać mnóstwo pięknych odpowiedzi, nagradzając dwie z nich tymi wspaniałymi, nowiutkimi egzemplarzami. :) Zatem - życzę Wam powodzenia i z niecierpliwością czekam na Wasze zgłoszenia! 

poniedziałek, 21 listopada 2016

    Gdy tak patrzę na mój Chaos myśli, mam wrażenie, że od pewnego czasu zatraciłam się jedynie w tych książkowych tematach. Pojawiają się głównie recenzje, a jeżeli nie one, to jakiekolwiek inne wpisy związane właśnie z czytelnictwem. Stwierdziłam więc, że pora nieco ożywić blog o inne teksty - w końcu nie bez powodu nazywa się on chaosem, prawda? Jako, że ostatnim czasem słucham różnego rodzaju utworów, w tym sporo polskich, postanowiłam polecić Wam kilka kawałków naszych rodzimych wykonawców, które zdecydowanie do mnie trafiają. Stąd też, zapraszam Was serdecznie do przeczytania poniższych punktów. 

1. Dodająca sił Daria Zawiałow i jej "Kundel bury"

"Nie! Nie! Nie będę łkać i wciąż zachodzić w głowę (...)
Nie! Nie! Nie zacznę wyć i wiecznie lamentować."

     Pamiętam, że już utwór "Malinowy chruśniak" tej wokalistki bardzo do mnie trafił. Potrafiłam słuchać go nieustannie, aż do znudzenia. Jednak gdy po raz pierwszy usłyszałam kawałek "Kundel bury", stwierdziłam, że Daria stanie się moją kolejną, ulubioną, polską wokalistką. Tej piosence towarzyszy, nie dość, że energetyczna linia melodyczna, to w dodatku pewnego rodzaju przesłanie.
       Tym, co najbardziej mi się podoba jest tekst. Być może też jakoś te słowa uderzyły we mnie akurat w momencie, gdy miałam wrażenie, że pochłania mnie tak zwana "jesienna deprecha". Zbyt wiele wspomnień nagle do mnie wracało, sama nie wiedziałam czego chcę w wielu kwestiach, a tu nagle pojawia się znikąd taki "Kundel bury", który dodał mi sił. Tak po prostu nagle poczułam, że sama mogę zaśpiewać, że "Nie będę łkać i wciąż zachodzić w głowę". Pomyślałam sobie, że może tak właśnie trzeba - przestać wiecznie analizować, a po prostu iść dalej, do przodu. Bo właśnie o tym jest dla mnie ten utwór - pokazuje, że trzeba ruszyć z miejsca, zostawić przeszłość za sobą i poczuć się w końcu wolnym. 
        Dlatego też polecam Wam przesłuchanie poniższego utworu, bo warto. Poza tym odsyłam Was także do magnetycznego "Malinowego chruśniaku" - równie dobry. Dlatego sama z niecierpliwością czekam na płytę Darii. ;) 



2. Powrót Agnieszki Chylińskiej do rockowego brzmienia w "Królowej łez"


"Umiera się ten pierwszy raz,
By zacząć liczyć lepszy czas."

    Przyznam się Wam szczerze - nie rozumiałam początkowo fenomenu tego utworu. Naprawdę. Kiedy pierwszy raz usłyszałam go w radiu, akurat w dniu premiery i tym samym powrotu Agnieszki Chylińskiej po 7 latach, ten kawałek wcale mnie nie porwał. Ale wiecie co? Potem przesłuchałam go ponownie i przepadłam. Całkowicie. Teraz mogę słuchać "Królowej łez" bez końca.
      Podobnie jak w przypadku pierwszego utworu, tutaj pierwsze skrzypce gra dla mnie tekst. Jest on taki pełen emocji, chociaż pozornie wydaje się dosyć banalny. Jednak sama odczytuję w nim tak wiele - ból, te wszystkie straty, a jednocześnie nadzieję na lepsze jutro. W jakiś sposób te słowa uderzają też w samą mnie. Czasami czuję się jak ta tytułowa "Królowa łez" - chociaż trawi mnie niepewność do niektórych swoich uczuć, pochłania smutek z powodu strat, to wciąż wierzę, że ten lepszy czas jest dopiero przede mną. Co więcej, całość idealnie dopełnia linia melodyczna, taka z lekkim pazurem, co bardzo lubię. Stąd też - czasami warto dać jakiejś piosence drugą szansę, bo może się okazać, że dzięki temu ożywimy swoją playlistę o nowe kawałki.
     Myślę, że sporo z Was chociaż raz słyszało ten utwór, ale jeżeli nie mieliście okazji, to zachęcam do kliknięcia w poniższy link. Być może i Wam "Królowa łez" przypadnie do gustu. 



3. Genialny, klimatyczny HEY w utworze "2015"

"To pierwszy taki rok
Gdy samotność znudziła mnie
Pierwszy taki rok
Gdy przez fosę rzuciłam most..."

     Do tej pory nie słuchałam grupy HEY jakoś nałogowo. A i owszem znałam sporo ich kawałków, od czasu do czasu je sobie puszczałam, gdy naszła mnie taka chęć, ale jeszcze żaden utwór tak długo nie grał w moich słuchawkach (no, może jeszcze był takim "Sic!"). Znalazłam go przypadkowo, a skończyło się na tym, że jestem od niego uzależniona, nadrabiam niektóre kawałki tej grupy i jakaś część mnie ma nadzieję, że jeszcze uda mi się kupić bilet na ich grudniowy koncert w Krakowie. 
     Nie będzie niespodzianką, gdy powiem, że tutaj znowu zadziałał tekst. Ma w sobie coś takiego, co sprawia, że chce się go interpretować na swój własny sposób. Uwielbiam tego typu teksty, które skłaniają do przemyśleń, próby zrozumienia, co dany artysta miał na myśli. Co więcej, nawet jeżeli moja analiza rozmija się z prawdziwą interpretacją, to nie ma znaczenia. Liczy się to, jak sama czuję dany utwór. Tutaj w jakiś sposób czuję pewnego rodzaju nostalgię, taki powrót do przeszłości, a jednocześnie skupienie się na teraźniejszości i na tym, że "to pierwszy taki rok..." - no własnie, gdy w końcu podjęte zostały niektóre decyzje, a inne sprawy same się poukładały. Do tego głos Katarzyny Nosowskiej i ta niby prosta, a klimatyczna linia melodyczna - czego chcieć więcej.
     Dlatego też, Moi Drodzy, klikajcie poniższy link i słuchajcie, bo warto. Kto wie - być może i Was przyciągnie ten utwór tak mocno, jak mnie.



     To już wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszy wpis. Mam nadzieję, że chociaż jeden z tych kawałków przypadł Wam do gustu. Osobiście uwielbiam polecać naszych, polskich wykonawców. Jednak szczególnie tych, którzy potrafią tworzyć utwory "o czymś". ;)
     Niebawem znów coś tutaj napiszę - zgodnie zresztą z obietnicą na fanpage'u, ma się pojawić jeszcze kilka tych wpisów. Póki co - trzymajcie się!

Utwory znaleziona na: youtube
Fragmenty tekstów znalezione: tutaj.

piątek, 18 listopada 2016

Autor: Mitchell Kriegman
Tytuł: Być jak Audrey Hepburn
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 425
Ocena: 5/6
Premiera: 18 listopada 2016r.

     Każdy z nas ma swoich tak zwanych idoli - czyli osoby, które szczególnie podziwia. Mogą nimi być aktorzy, wokaliści, pisarze, projektanci mody i wiele, wiele innych osobowości, które w ten czy inny sposób zaznaczyły swoją obecność w świecie. W przypadku książki Mitchell Kriegman- "Być jak Audrey Hepburn" to właśnie tytułowa aktorka, znana między innymi ze słynnego "Śniadania u Tiffany'ego" jest inspiracją dla głównej bohaterki. Chociaż sama, może wstyd to przyznać, oczywiście kojarzę postać Audrey Hepburn, to do tej pory nie oglądałam żadnego filmu z jej udziałem. Jednak ta książka sprawiła, że chyba w końcu zapragnę poznać kreacje, w jakie wcielała się aktorka. To zdecydowanie barwna opowieść, która jest idealną lekturą na jesienny wieczór. 
     Głowna bohaterka, tudzież narratorka całej historii - Lisabeth jest wielką fanką Audrey Hepburn. Obejrzała każdy film z udziałem aktorki. Co więcej, to właśnie na tej postaci próbuje się wzorować. Audrey jest dla niej symbolem gustu, klasy, wyczucia smaku. Sama Lisabeth pochodzi z nieco dysfunkcjonalnej rodziny. Matka swoje problemy i wszelkie smutki topi najczęściej w alkoholu, starsza siostra rzuciła szkołę i notorycznie wszczyna kłótnie z rodzicielką, młodszy brat non stop zostaje zawieszany i to jedynie Lisabeth stanowi dla matki symbol osoby, która może coś w życiu osiągnąć. Szkoda tylko, że plany dziewczyny mijają się z wizją, jaką tworzy dla niej rodzina. Jednak gdy któregoś dnia, dzięki swojej przyjaciółce Jess pracującej w muzeum, Lisabeth ma okazję przymierzyć słynną suknię Audrey Hepburn, nie wie jeszcze, że to właśnie ta mała czarna odmieni wszystko... Zrządzenie losu sprawia, że w ciągu jednego wieczoru Lisabeth w pięknej sukni swojej idolki trafia na salony. Od tej pory, na jednym niewinnym kłamstwie, zaczyna wtapiać się w świat bogaczy... Tylko pytanie - jak długo ujdzie jej to na sucho? Co zatem spotka Lisabeth? Czy udając kogoś, kim nie jest, odkryje tak naprawdę samą siebie? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście sięgając po książkę "Być jak Audrey Hepburn". 
     Słowo, jakie od razu przychodzi na myśl po przeczytaniu tych ponad czterystu stron to, jak już wspomniałam we wstępie: barwna. Ta historia jest po prostu pełna kolorów. Począwszy od samej inspiracji - niezwykłej Audrey Hepburn, poprzez wszystkie wydarzenia, jakie towarzyszyły głównej bohaterce. Muszę przyznać, że jest to historia, która przeszła moje oczekiwania. Tak naprawdę sięgając po egzemplarz, nie byłam pewna czego mogę się spodziewać - czy będzie to książka bardziej biograficzna, czy może wręcz przeciwnie. Okazało się, że jest to opowieść o dziewczynie zafascynowanej postacią Audrey Hepburn, lecz mimo to, co jakiś czas pojawiają się informacje o samej aktorce. Może nie do końca biograficzne, ale takie, które pokazują, jaką postacią według wielu osób, była ta gwiazda kina. Jednak w gruncie rzeczy jest to również opowieść o tym słynnym świecie show - biznesu. Ukazane zostało to, że pozornie wspaniałe, celebryckie życie wcale nie jest aż tak usłane różami. Chociaż kusi i przyciąga, bo wydaje się pełne wspaniałości, to często liczy się w tym świecie jedynie pieniądz. Inne wartości - jak prawdziwa przyjaźń czy przede wszystkim uczciwość, schodzą na dalszy plan. To także historia o dziewczynie, która trochę zagubiła się w swoim własnym świecie, a jednak mimo wszystkich wydarzeń, jakie miał miejsce w jej życiu, ostatecznie odnalazła w sobie "prawdziwe ja". Jest to więc książka, która chociaż lekka w odbiorze, to opowiada o czymś więcej i skłania do przemyśleń.
       Tym, o czym warto wspomnieć jest także styl... uwaga - autora. Muszę przyznać, że byłam w ogóle zaskoczona, że mężczyzna stworzył tak świetną kreację dziewiętnastoletniej dziewczyny z całymi tymi jej perypetiami. Język, jakim się posługuje, jest bardzo lekki i przyjemny w odbiorze, a jednocześnie nie zalatuje całkowitą banalnością, dzięki czemu książkę pochłania się szybko i z uśmiechem na twarzy. No, może momentami można lekko się pogubić od nadmiaru wydarzeń i tego wielkiego świata show - biznesu. Jednak tak, jak wspomniałam we wstępie, jest to idealna opowieść na jakiś listopadowy wieczór. Gdy za oknem deszcz i ciemność, to właśnie z tą książką w ręku, można bardzo miło spędzić czas. Może nie odmieni waszego życia, ale na pewno będzie czymś, przy czym możecie się zrelaksować. 
      Bohaterowie zostali wykreowani ciekawie. Lisabeth była postacią, którą bardzo polubiłam. Miała oczywiście zarówno swoje zalety, jak i wady, a jednocześnie była nieco zagubioną dziewczyną, która dopiero co wkroczyła w dorosłość i sama nie wiedziała do końca, co chciałaby robić w życiu. Jednak mimo wszystko, wśród swoich najbliższych, charakteryzowała się największą dojrzałością emocjonalną. Ostoją dla niej była Bunia - dokładnie jej babcia, która wspierała wnuczkę we wszystkich działaniach. Również ciekawą postacią była Jess - przyjaciółka głównej bohaterki. Z kolei celebryci byli różni - jedni intrygujący, gdy niektórzy od razu mnie od siebie odrzucali. Tak czy siak, postacie miały to "coś". 
      Podsumowując, książka "Być jak Audrey Hepburn" to idealna opcja dla osób, które mają ochotę na niezobowiązującą, lekką historię, dzięki której na chwilę przeniosą się do świata dziewczyny, która z przysłowiowej szarej myszki staje się wręcz celebrytką. Być może to taka trochę baśniowa historia XXI wieku, ale przede wszystkim niezwykle barwna. 
     Wiem, że moja aktywność w tym tygodniu na blogu nieco spadła, ale postaram się nadrobić ją w ten weekend. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

piątek, 11 listopada 2016

"Słowa są wieczne.
Chwile - ulotne."

Autor: Tosca Lee
Tytuł: Potomkowie
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 392
Ocena: 6+/6

     
Do tej pory już zapewne zdążyliście zauważyć, że rzadko sięgam po fantastykę. Chociaż zdarza mi się czytać książki z tego gatunku, to mimo wszystko robię to sporadycznie. Kiedy jednak do moich rąk wpada historia taka, jaką zaserwowała mi Tosca Lee w lekturze "Potomkowie" zastanawiam się, dlaczego nie pozwalam fantastyce pojawiać się w moim książkowym świecie o wiele częściej. Jestem całkowicie urzeczona historią stworzoną przez autorkę i chcę więcej. Jak najszybciej. Teraz. Już. Natychmiast. Ta książka jest genialna. 
      Wyobrażacie sobie moment, gdy tuż po przebudzeniu nie pamiętacie zupełnie niczego? Nie wiecie jak się nazywacie, kim jesteście, kogo kiedyś znaliście i kochaliście, a jedyne, co otrzymujecie to krótka wiadomość od Was samych tuż przed momentem, gdy pozwoliliście sobie na zapomnienie wszystkiego, co do tej pory było w Waszym życiu. Taka sytuacja spotyka Emily - a w rzeczywistości Audrę - dziewczynę, która postanowiła poddać się zabiegowi utraty pamięci by ocalić swoich bliskich. Jednak nie zdawała sobie sprawy, że przeszłość się o nią upomni szybciej niż mogłoby się wydawać. Tym samym okazuje się, że jest ona potomkinią "Krwawej Hrabiny" Elżbiety Batory i co gorsze - jest ścigana. Jeżeli nie odzyska utraconych wspomnień, skaże na śmierć wiele bliskich osób... Jak zatem potoczą się losy głównej bohaterki? Jakich ludzi spotka na swojej drodze i komu z nich tak naprawdę będzie mogła w pełni zaufać? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście sięgając po fenomenalną historię "Potomkowie". 
      Zacznę może od tego, co mi się nie podobało... Otóż jest tym jedynie fakt, że chcąc poznać dalszą część tej genialnej i wciągającej historii, której zakończenie wręcz wciska czytelnika w fotel, muszę czekać na kolejne tomy z cyklu "Piętno Krwawej Hrabiny". No ale powiedzcie mi, jak mam uzbroić się w cierpliwość, skoro to, co zaserwowała mi autorka na tych prawie czterystu stronach przeszło moje najśmielsze oczekiwania? No cóż - jakoś będę musiała to zrobić, ale wiem, że gdy tylko pojawi się kolejny tom, to pierwsza ustawię się w kolejce do jego przeczytania. Tak dobrej książki z pogranicza fantastyki i science fiction nie czytałam już dawno. Przyznaję, że już sam opis mnie zaintrygował (nie wspominając nawet o przecudonej okładce). Gdy tylko przeczytałam zarys historii, pomyślałam sobie, że chętnie zapoznam się z całością. Nie wiedziałam jednak, że tak bardzo mnie ona wciągnie i dostarczy tak wielu emocji, że chyba przez kilka dni ta historia będzie siedzieć w mojej głowie. Nie zmienił to nawet fakt, że pewnym sensie całość ma powiązania z historią, która co rusz się tutaj w pewnym sensie pojawia. Jak na ogół nie przepadam za wątkami historycznym, tak ten był tutaj niezbędny i wcale mi nie wadził.
       Styl autorki jest świetny. W pewnym sensie jest on lekki w odbiorze, bo całość pochłania się w mgnieniu oka, a z drugiej strony naładowany emocjami sprawia, że czytelnik czuje je całym sobą. Skupmy się jednak najpierw na samej fabule. Bałam się, że ta książka okaże się jakąś próbą stworzenia historii, w której autorka będzie miała dobry pomysł, ale nie wykona go w stu procentach. Jednak już po kilku pierwszych rozdziałach wiedziałam, ze to będzie po prostu dobre. Historia jest całkowicie przemyślana i wszystkie wątki, jakie się tutaj pojawiają, zlepiają się w jedną, logiczną całość. Nie brakuje tutaj akcji, a wręcz wiedzie ona prym. Co rusz pojawiają się nowe sytuacje i docierają kolejne informacje. Wydawać by się mogło, że doprowadzi to do chaosu, ale nic bardziej mylnego. Wszystko świetnie ze sobą współgra, dzięki czemu czytelnik z zaciekawieniem śledzi poczynania głównej bohaterki. Jednak to, co wywarło na mnie największe wrażenie, to fakt, że co jakiś czas sama Audra - a wraz z nią czytelnik - dowiaduje się o faktach z jej życia, jakie to dobrowolnie wymazała z pamięci, które wręcz szokują. Dowodem na to jest chociażby samo zakończenie. Po prostu wciskające w fotel i genialne. Sprawiające, że najchętniej od razu pochłonęłabym cały ten cykl "Piętna Krwawej Hrabiny". 
      Co więcej, nie brakuje tutaj emocji. Przede wszystkim towarzyszy często strach i pewnego rodzaju napięcie. W każdej chwili może wydarzyć się jakaś nieprzewidziana sytuacja. Wraz z bohaterami czytelnik przeżywa zarówno wspomniany lęk, ale także gniew czy rozgoryczenie. Nie brakuje jednak także radosnych chwil czy uczuć, które chwytają za serce. Ale tym, co chyba najbardziej uderza w tej książce to fakt, że jest ona historią o ogromnym poświęceniu. Mimo, że pozornie wydaje się, iż decyzja Audry o wymazaniu pamięci jest jakaś samolubna, skierowana głównie ku temu, by zapragnąć normalnego życia, to w rzeczywistości była ona ogromnym poświeceniem z jej strony i próbą ocalenia najbliższych. Jest to także opowieść o sile zaufania, prawdziwej miłości oraz przyjaźni. Piękna, a jednocześnie pełna akcji, historia, którą każdemu polecam. 
        Bohaterowie zostali stworzeni bardzo dobrze. Polubiłam główną bohaterkę, a to było niezwykle ważne, gdyż pełni ona także rolę narratora. Naprawdę podziwiałam ją za wszelkie decyzje, jakie podejmowała. Nawet wtedy, gdy okazywały się błędne, to cokolwiek robiła, kierowała swoje działania tak, by uchronić bliskich. Jest to jednocześnie zagubiona dziewczyna - w końcu dobrowolnie wymazała swoją pamięć - jak również waleczna Potomkini, która jest w stanie zginąć, jeżeli tylko zapewni to bezpieczeństwo kochanym przez nią ludziom. Kolejną postacią, która ma ogromne znaczenie w tej historii jest Luka. To pełen odwagi mężczyzna, chcący ocalić Audrę za wszelką cenę. Początkowo czytelnik może być do niego trochę... zniechęcony, lecz im dalej zagłębia się w tę historię, zaczyna lubić go coraz bardziej i bardziej. Osobiście uważam, ze obie te postaci zostały wykreowane świetnie i do każdej pałałam sympatią. Pojawiają się także inni bohaterowie - pragnąca zaznać normalnego życia - Claudia, odważny Piotrek, jak także te czarne charaktery - niektórzy Dziedzice, na czele z Historykiem siejącym grozę, jak także fałszywymi Potomkami. Widać, że autorka włożyła sporo pracy w to, by jej postacie były jak najlepsze.
      Podsumowując, polecam tę książkę każdemu, kto ma ochotę na historię, która wciąga całkowicie i sprawia, że jeszcze po odłożeniu jej na półkę, ma się ją w głowie. Osobiście wiem, że będę z niecierpliwością wyczekiwać kolejnych tomów, bo historia Audry pochłonęła mnie bez reszty. 
      Niedługo postaram się dla Was napisać coś nowego.Chociaż czas goni mnie z wieloma sprawami, to chociaż dwa razy w tym tygodniu spróbuję coś dla Was wrzucić. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

czwartek, 10 listopada 2016

     Nie tak dawno udostępniałam Wam tutaj informację o akcji CZYTAJ PL, dzięki której, jak nie tak trudno się domyślić, promuje się czytelnictwo. Wspominałam między innymi o tym, że dzięki tej inicjatywie, macie okazję przeczytać całkowicie za darmo, naprawdę kuszące tytuły. To wszystko oczywiście dzięki kodom QR, które umożliwiają "wypożyczenie" książki na całe 30 dni. Dobra sprawa, prawda? Tym lepsza, że możecie udostępnić ją także znajomym. Wystarczy, że ze strony wydarzenia pobierzecie specjalne grafiki i umieścicie je w swoich kanałach społecznościowych. Pamiętajcie tylko o jednym - ten krok to obietnica, że zgadzacie się zarażać czytaniem innych! ;) 

CZYTAJ PL

Chciałbyś komuś zrobić niespodziankę? Czerpiesz przyjemność z uszczęśliwiania przyjaciół? A może chcesz pomóc poprawić stan czytelnictwa w Polsce? Jeśli chociaż na jedno z pytań odpowiedziałeś twierdząco, to znaczy, że musisz dołączyć do akcji Czytaj PL! Od 9 listopada można dzielić się ze znajomymi grafikami z kodem do darmowych e-booków i audiobooków. Zupełnie za darmo. Wystarczy złożyć obietnicę.

CZYTAJ PL

Czytaj PL
jest największą na świecie kampanią promującą czytelnictwo. Od 2 listopada plakaty z okładkami 12 bestsellerów i ko
dem QR, który umożliwia ich bezpłatne wypożyczenie na 30 dni, znalazły się na ulicach 16 miast Polski. Organizatorzy akcji postanowili odpowiedzieć na głosy internautów i umożliwili akcji dotarcie do mniejszych miejscowości, a także poza granice kraju. W tym roku aplikacja po raz pierwszy pozwala na dzielenie się darmowymi e-bookami i audiobookami ze znajomymi. Wystarczy ze strony www.czytajPL.pl pobrać specjalne grafiki z kodem QR umożliwiającym wypożyczenie książek i umieścić je w swoich kanałach społecznościowych. Można również wydrukować plakat i powiesić go w zaprzyjaźnionym sklepie, domu kultury, czy kawiarni w swojej miejscowości. Pobranie grafik i plakatów jest jednocześnie złożeniem obietnicy rozpowszechnienia ich i zarażania czytaniem innych. Osoby, które zdecydują się promować czytanie w ramach akcji, mogą wziąć udział w konkursie, w którym do wygrania są: podświetlany czytnik e-booków Kindle Paperwhite 2, góra słodyczy, bony na zakupy w księgarni Woblink oraz kody rabatowe na e-booki gwarantowane dla wszystkich uczestników. Jako pierwsza obietnicę złożyła redakcja jednego z najpopularniejszych portali literackich, Niestatystyczny.pl.

Kolekcję Czytaj PL tworzy 12 książek, które dobrano tak, by każdy, niezależnie od literackiego gustu, znalazł coś dla siebie. Wszystkie tytuły są bestsellerami, a ich łączny nakład przekracza 10 milionów egzemplarzy. Są wśród nich pozycje zaliczane do klasyki swoich gatunków, jak „Inne pieśni” Jacka Dukaja czy „Lśnienie” Stephena Kinga, jak i nowe tytuły, jak „Trawers” napisany przez Remigiusza Mroza, określanego mianem najgorętszego nazwiska polskiego kryminału, „Co nas nie zabije” Davida Lagercrantza, następcy Stiega Larssona, czy „Czerwony kapitan” Dominika Dana, na podstawie którego nakręcono film z Maciejem Stuhrem w roli głównej. Na półce wirtualnej wypożyczalni znalazła się także biografia największego wizjonera XXI wieku Elona Muska i książki dla poszukiwaczy ciekawostek naukowych – „W rzeczy samej” Marka Miodownika, oraz dla miłośników języka polskiego i Pauliny Mikuły. Pulę dwunastu tytułów zamykają „Złodziejska magia”, czyli pierwsza część popularnej trylogii fantasy „Prawo millenium” Trudi Canavan, kultowy „Kajko i Kokosz. Szkoła latania”, popularna na całym świecie opowieść dla młodzieży o magicznym krześle stworzona przez Andrzeja Maleszkę oraz „Ósme życie” gruzińskiej pisarki Nino Haratischwili.

Aby skorzystać z darmowych książek należy ze sklepu App Store lub Google Play pobrać aplikację Woblink i przejść do zakładki Czytaj PL. Następnie można już skanować kody QR umieszczone na ponad 600 nośnikach w 16 miastach dające darmowy dostęp do konkretnych książek. Czytaj PL trwa od 2 do 30 listopada. Lokalizator darmowych wypożyczalni e-booków można znaleźć na stronie www.czytajPL.pl

CZYTAJ PL

Organizatorzy:
Krakowskie Biuro Festiwalowe jako operator programu Kraków Miasto Literatury UNESCO oraz platforma Woblink.com

Wydawcy: Audioteka, Filia, Galeria Książki, Karakter, Media Rodzina, Prószyński i S-ka, Sound Tropez, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Otwarte, Znak, Czarna Owca

Miasta partnerskie: Częstochowa, Gdańsk, Katowice, Poznań, Toruń, Wrocław

Pozostałe miasta biorące udział w akcji: Warszawa, Łódź, Bielsko-Biała, Bydgoszcz, Białystok, Lublin, Rzeszów, Sosnowiec, Szczecin

Partnerzy: Instytut Książki

Patronat medialny: Lubimy Czytać, Kawerna, Niestatystyczny.pl

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa

    Tym samym przechodząc powoli do tego wpisu, mogę jedynie mieć nadzieję, że chętnie weźmiecie udział w tej inicjatywie i być może również będziecie promować tę akcję, bo warto! 
       Niebawem znów postaram się coś tutaj napisać. Na pewno pojawi się w końcu recenzja książki "Potomokowie". Póki co - trzymajcie się! 

Materiały oraz zdjęcia zostały udostępnione przez media.

wtorek, 8 listopada 2016

   Kiedy tak sobie w wolnych chwilach (których niestety za wiele nie mam) śledzę blogosferę, to widzę, że wielu z Was wrzuca tutaj swoje relacje z 20 Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie. Sama również wzięłam w nich udział, chociaż może nie tak bardzo, jak większość z Was. Mimo to stwierdziłam, że warto będzie napisać chociaż kilka słów o tym, jak sama postrzegam tego typu wydarzenia, nie tylko jeśli chodzi o tegoroczną edycję, a właśnie w kontekście ogólnym.
      Na 20 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie nie mogłabym się nie wybrać, bo pewnie byłby to wstyd, że stacjonując na co dzień w tym pięknym (aczkolwiek wiem, wiem - pełnym smogu) mieście, ominęłam wydarzenie, które przyciąga każdego książkoholika. Stąd też, postanowiłam pojawić się tam w piątek, zaraz po porannych, dodatkowych zajęciach. Początkowo chciałam wybrać się też w sobotę, lecz pewnego rodzaju obowiązki i inne sprawy sprawiły, że ostatecznie dałam sobie spokój, chociaż przyznam, że może leciutko żałowałam. Jednak targi, jak i lekkie zakupy w ramach tego wydarzenia, zaliczyłam w piątek, więc ten żal szybko gdzieś się ulotnił.
        Poniżej, w kilku punktach chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami, jak także może kiepsko to brzmi, ale pochwalić się też swoimi zdobyczami. Nie ma ich wiele, ale zawsze to coś. ;)

20 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

1. Targi same w sobie - co myślę o tego typu wydarzeniach?

Muszę przyznać, że z racji, iż książki uwielbiam, tego typu wydarzenia zawsze chętnie mnie przyciągają. Niektórzy zapytają - co też ciekawego może być na takich Targach Książki. Tak, tak, odpowiedź wydaje się banalna: książki, dużo, dużo książek! Ale nie tylko. To przecież także możliwość spotkania wielu wspaniałych autorów, zdobycia ich autografów czy też zrobienia sobie z nimi słynnego #selfie. To również fajne inicjatywy, jak wymiana książek, różnego rodzaju konkursy, warsztaty dla blogerów (sama nie wzięłam niestety udziału w żadnym z nich, tak to jest jak ilość miejsc ograniczona, a Ty jesteś nieogarniętym życiowo człowiekiem :D) i wiele, wiele innych. To także możliwość spotkania się z innymi blogerami książkowymi (chociaż moje planowane spotkania się niestety nie udały, może za rok - kto wie). Stąd też, osobiście jestem zdecydowanie pozytywnie nastawiona do tego typu wydarzeń. Chociaż, jak już wspomniałam, pojawiłam się tam tylko na jeden dzień, to wiem, że ludzi bardziej zakręconych na punkcie książek, hala EXPO na pewno przywołała na kilka dni. Jedyną sprawą, jaka mnie osobiście czasami przeraża na tego typu wydarzeniach to tłum. Ogromny tłum ludzi, który sprawia, że czasami ciężko jest się przebić gdziekolwiek i pozostaje jedynie popłynięciem wraz z tym tłumem dalej i dalej. Nie jestem fanką miejsc pełnych ludzi - to nie znaczy, że od nich stronię oczywiście. Sama poza tym byłam częścią tego tłumu. Jedynie chodzi o fakt, że czasami, gdy wokół mnie panuje zbyt duży ścisk to cóż, nie czuję się szczególnie komfortowo. Tak czy siak, Targi Książki w Krakowie i tak mi się podobały.

2. Oferty wydawnictw - czy naprawdę takie zachęcające?

To zależy. Sama buszując pomiędzy stoiskami zauważyłam pewnego rodzaju rozbieżność. Jakie wydawnictwo, taka oferta. Jedne mają naprawdę fajne zniżki, dzięki którym można obłowić się w mnóstwo świetnych tytułów. Inne z kolei nie szaleją i wtedy od razu w głowie pojawia się myśl, że chyba taniej to sobie książkę znajdę w internecie. Tak czy siak, stoiska same w sobie przyciągały, by chociaż na chwilę się przy nich zatrzymać. Sama chociaż nie szalałam, to kilkakrotnie odbyłam ciekawe rozmowy z przedstawicielami danych wydawnictw i powiem Wam, że jeszcze trochę, a pewnie by mnie skusili na większe zakupy. Natomiast same stoiska były dosyć podobne do tych zeszłorocznych. Może trochę szkoda, że niektóre wydawnictwa nie zrobiły czegoś nowego, a postawiły na dotychczasowe standardy.

3. Moje zakupowe szaleństwo, a raczej niewielkie zmniejszenie budżetu

Chociaż książki i wszelkiego rodzaju gadżety dla książkoholików kusiły, to zanim jeszcze dojechałam do EXPO (a trzeba przyznać, że dotrzeć tam dla osoby mieszkającej w Krakowie to swego rodzaju wyzwanie, co dopiero dla przyjezdnych - także szacun dla Was wszystkich! :D), postanowiłam sobie, że szaleć nie będę. Tak też zrobiłam - bo jak widzicie na poniższym zdjęciu, tych zdobyczy za wiele nie miałam. Nie mogłam jednak oprzeć się przepięknemu etui na książkę od "Książka w Mieście", szczególnie, że polowałam na nie od dawna. Przeglądałam sobie stronę internetową i w oczy zawsze rzucał mi się właśnie ten wzór. Jednak któregoś dnia okazało się, że już go nie ma... Stąd też, gdy na targach po przybyciu do stoiska C77 (o ile dobrze pamiętam) natknęłam się na OSTATNIE etui w tym wzorze, to nie wahałam się zbyt długo. Nawet żałowałam, że nie pokusiłam się jeszcze na szydełkowaną zakładkę z biedronką (bo w sekrecie Wam powiem, że czasami zwracano się do mnie tą ksywką, a moja przyjaciółka wciąż od czasu do czasu tak mówi). Jednak cóż - nie mam jej, no trudno, być może kiedyś zaszaleję, zamawiając ją ze strony. Poza tym, jedyną książką, jaką musiałam mieć jest "November 9", które miało naprawdę świetną cenę jak na targi, a poza tym cóż - kolekcjonuję książki Colleen Hoover, bo je uwielbiam. Pozostałe rzeczy to tzw. gratisy, podobnie jak z darmo dostałam książkę o Czesławie Mozilu (no w zasadzie za podanie jedynie e-maila do newslettera Moondrive). Stąd też, jak widzicie, nie szalałam. Ale wiecie dlaczego? Przedstawię Wam to pokrótce:

  • Recenzuję książki, stąd często interesujące mnie tytuły, po prostu przychodzą do mnie, stąd też nie czułam potrzeby, by tak bardzo szaleć z wydatkami;
  • Wiem z doświadczenia, że czasami kupuję książki, które potem czekają na to, aż je przeczytam, gdyż w pierwszej kolejności skupiam się na egzemplarzach do recenzji, dlatego stwierdziłam, że nie ma sensu gromadzić książek, co do których nie jestem w 100% przekonana, a jakie to będą czekać wieki, aż po nie sięgnę;
  • Jestem akurat osobą dosyć oszczędną (chociaż i tak na książki to wydaję o wiele, wiele więcej niż przeciętny Polak :D), dlatego nie chciałam aż tak nadszarpywać swojego budżetu. Poza tym to, co bardzo chciałam to zakupiłam i wyszłam z EXPO z uśmiechem na twarzy.
Jedynie mogę powiedzieć, że żałuję kilku gadżetów, jak wspomniana zakładka, czy jakiejś fajnej torby ekologicznej, bo kusiły, kusiły, ale w końcu ich nie wzięłam. Niemniej - nic straconego, bo wiem, że zawsze mogę się w nie jeszcze zaopatrzyć, nieważne, że nie na targach. :) 

Targowe zdobycze
     Podsumowując, Targi Książki w Krakowie były niezłą gratką dla każdego nałogowego czytelnika. Sama nie szalałam, jak także nie zabawiłam tam długo i to w dodatku w jednym dniu, ale mimo wszystko cieszę się, że w ogóle wzięłam w nich udział. Wiem też, że jak życie pozwoli, to każdego roku będę odwiedzać EXPO chociażby na chwilę, podobnie jak kuszą mnie też Targi Książki w innych miastach. Kto wie, czy nie skuszę się na warszawskie? Zobaczymy. 
    Niedługo na blogu pojawią się nowe teksty - mam ambitny plan, by zrobić kilka wpisów "na zaś", oprócz jedynie recenzji, jakie są na bieżąco. Jednak czy mi się uda - zobaczymy. Jeśli nie, to pewnie na blogu znowu co jakiś czas będzie panować cisza, bo obowiązki wzywają. Póki co - trzymajcie się!

niedziela, 6 listopada 2016

"Zwyczajną prawdę bywa najtrudniej dostrzec, kiedy dotyczy ciebie samego. Jeżeli nie chcesz poznać prawdy, zrobisz wszystko, żeby ją ukryć..."

Autor: Sara Pennypacker
Ilustracje: Jon Klassen
Tytuł: Pax
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 296
Ocena: 6/6

     
Czasami wydaje nam się, że niektóre książki skierowane są przede wszystkim do jednej grupy wiekowej. Być może wiele osób widząc krótki opis historii zawartej w książce "Pax" autorstwa Sary Pennypacker pomyślało sobie, że będzie to raczej historia dla młodszego pokolenia. Jednak sama, będąc już po przeczytaniu tej książki, jestem w stu procentach pewna, że ta przepiękna opowieść dotrze do każdego z Was, jeżeli tylko jej na to pozwolicie. To urocza i wzruszająca historia o przyjaźni, lecz także o miłości i przywiązaniu czy też stracie, wolności oraz wojnie.
      Peter i Pax są nierozłączni, od kiedy chłopiec znalazł małego liska, tym samym ratując mu życie. Od tamtej pory zawiązała się między nimi prawdziwa przyjaźń. Dlatego też, gdy ojciec chłopca musi iść do wojska, wszystko zmienia się diametralnie. Peter ma zamieszkać u dziadka, a liska wypuścić do lasu. Jednak już pierwszej nocy w nowym domu chłopiec zdaje sobie sprawę, że postąpił źle. Postanawia przejść pięćset kilometrów, by odnaleźć Paxa. Natomiast lisek będzie musiał przez ten czas nauczyć się na nowo żyć w lesie... Jak zatem potoczą się ich losy? Czy Peterowi uda się odnaleźć swojego przyjaciela? Jak Pax, dotychczas przyzwyczajony do życia w domu, poradzi sobie na wolności? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę Sary Pennypacker.
       Ilekroć myślę o tej historii, to pierwsze, co pojawia się na mojej twarzy to ogromny uśmiech, ale jednocześnie wraz z nim czuję pewnego rodzaju nostalgię. Przede wszystkim pierwszą myślą, jaka pojawiła się w mojej głowie, kiedy dotarłam do samego końca, było: "Co, to już? O nie, ja chcę więcej i więcej..." Autorka stworzyła przepiękną opowieść o chłopcu i jego najlepszym przyjacielu - lisie, lecz tak naprawdę wraz z tym głównym wątkiem pojawia się wiele uniwersalnych prawd o tym całym naszym życiu. Jest to przede wszystkim, jak wspomniałam w tytule, opowieść o przyjaźni i jej ogromnej sile. Pokazuje, że to, co łączy człowieka z jego zwierzęciem jest czasami silniejsze niż nawet relacje z innymi ludźmi. Chociaż tutaj również pojawia się postać, z którą Petera połączyła nić porozumienia, więc zdecydowanie jak wspomniałam, to opowieść o sile przyjaźni. Co więcej, to historia o miłości i przywiązaniu, a jednocześnie stracie i tym, jak wiele szkód jest w stanie ze sobą nieść. Uświadamia, że kiedy nagle ktoś, kogo kochamy, zostaje nam odebrany, to ten nasz mały świat wydaje się całkowicie obcy. To także opowieść o wolności, gdyż pokazuje, że czasami dopiero, gdy jej zaznamy, to zrozumiemy, jak cenną wartością jest w naszym życiu. A skoro o wolności mowa, to także jest to historia o wojnie, jaka tę wolność niejednokrotnie odbiera, lecz co więcej - sieje spustoszenie i sprawia, że nic nie jest takie, jak wcześniej... To zatem naprawdę mądra książka, o której nie zapomina się zaraz po odłożeniu jej na półkę.
      Co więcej, styl autorki niezwykle przypadł mi do gustu. Jest jednocześnie lekki w odbiorze, dzięki czemu całość pochłania się błyskawicznie, a z drugiej strony nie jest zbyt banalny. Dzięki temu miałam okazję zaznaczyć sobie znowu kilka ciekawych cytatów, do jakich to na pewno kiedyś z przyjemnością powrócę. Spodobało mi się też to, że rozdziały naprzemiennie ukazują losy Petera, jak także Paxa. Autorka pięknie opisywała zarówno wydarzenia towarzyszące chłopcu, jak także te, które na swojej drodze spotykał lisek. Kolejnym plusem tej książki są zdecydowanie ilustracje. Pewnie by się bez nich obyło, lecz to, że pojawiają się co ileś stron, dodaje całości jedynie uroku. Bo w gruncie rzeczy ta opowieść jest po prostu urocza. Nie zabrakło w niej jednak także emocji. Co rusz towarzyszył mi zarówno uśmiech, jak także strach o bohaterów czy moment wzruszenia, bo tak Moi Drodzy, i bez jakiejś łezki się nie obyło. Muszę przyznać, że czytałam tę historię z taką przyjemnością, że być może, podobnie jak to było w przypadku "Małego Księcia", kiedyś jeszcze do niej powrócę. Wewnętrznie czuję, że warto co jakiś czas przypominać sobie właśnie takie książki, bo dzięki nim w jakiś sposób odkrywam w sobie na nowo, zaszyte gdzieś głęboko, dziecko, nie tracąc jednak poczucia, że ta książka jest idealna dla każdej grupy wiekowej. Piękna opowieść, którą z całego serca Wam polecam, bo uwierzcie mi, że warto.
         Bohaterowie zostali wykreowani bardzo dobrze. Peter to chłopiec, który z jednej strony jest wciąż tym trochę zagubionym dzieckiem, lecz z drugiej wchodzi on już w wiek nastoletni i odkrywa w sobie cechy, o jakich wcześniej nie miał pojęcia. Dopiero strata najlepszego przyjaciela uświadamia mu, że ma w sobie siłę, by walczyć z przeciwnościami losu, byle przekonać się, że jego lisek wróci bezpiecznie do domu. Podobała mi się jego postać i bardzo szybko go polubiłam. Natomiast Pax - cóż, niby tylko lisek, a jednak ten świat zwierząt został pokazany w taki sposób, że śledziło się losy Paxa z ogromnym zaciekawieniem. Niezwykle istotną postacią tej książki jest również Vola - kobieta, która dużo wniosła w życie Petera. Nie chcę Wam zdradzać za wiele, by nie spoilerować, ale powiem tylko tyle, że podobała mi się jej kreacja i też pewnego rodzaju metamorfoza, jaką przeszła. Stąd też uważam, że autorka stworzyła naprawdę dobrych bohaterów.
      Podsumowując, książka "Pax" to urocza, a jednocześnie emocjonalna historia, obok której nie da się przejść obojętnie. Zdecydowanie polecam ją każdej grupie wiekowej, bo mam wrażenie, że stanie się ponadczasową książką, po którą będzie chciało się sięgać kilkakrotnie. Osobiście mnie chwyciła za serducho i wiem, że jeszcze kiedyś do niej powrócę.
      Niedługo pojawią się kolejne wpisy - moje kilka słów o Targach Książki w Krakowie, a także recenzja książki "Potomkowie". Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

sobota, 5 listopada 2016

     Dzisiaj przychodzę do Was z wpisem o akcji, obok której nie da się przejść obojętnie i jaką to powinno się jak najbardziej rozgłaszać. W końcu wszystko, co w jakikolwiek sposób wiąże się z czytelnictwem mnie osobiście przyciąga. Tym samym chciałabym, by ta świetna inicjatywa dotarła także do Was, szczególnie, że już się rozpoczęła i trwać będzie do końca listopada. Otóż dzisiaj chciałabym przekazać Wam informację związaną  z CZYTAJ PL - czyli świetną akcją promującą czytelnictwo. Wchodzicie w to? Mam nadzieję, że tak! ;) 

CZYTAJ PL
CZYTAJ PL - największa na świecie akcja promująca czytelnictwo już wystartowała. Swoją skalą przebija pilotażowy projekt z zeszłego roku. Dzięki darmowym wypożyczalniom e -booków i audiobooków umiesczonym na 600 nośnikach w 16 miastach oraz szerokim wejściu w świat wirtualny Czytaj PL dotrze do milionów Polaków. Do czytelników trafi za darmo 12 tytułów autorstwa m.in. Stephena Kinga, Davida Lagercrantza i Jacka Dukaja. 

Na ulicach polskich miast od dziś można spotkać darmowe wypożyczalnie e-booków i audiobooków. To wykorzystywane zazwyczaj w celach reklamowych citylighty na przystankach oraz plakaty. Na każdym z nośników znajduje się kod umożliwiający bezpłatne wypożyczenie książek. Do pobrania zachęcają hasła, m.in.: „Co byś zrobił, aby otrzymać dostęp do 12 bestsellerów za darmo?” czy „Ten kod QR nie rozczarowuje”. Ale to nie wszystko. Użytkownicy będą mogli dzielić się kodami ze swoimi znajomymi za pomocą aplikacji, czynnie angażując się w promowanie czytelnictwa. – Ubiegłoroczny pilotaż w 6 miastach pokazał, że znaleźliśmy sposób na przekonanie do czytania. To niebanalna forma, duża skala i tytuły zarazem dobre, jak i popularne. W tym roku Czytaj PL to nie tylko akcja w pełni ogólnokrajowa, ale i zorganizowana na niespotykaną gdziekolwiek indziej na świecie skalę – mówi Izabela Helbin, Dyrektor Krakowskiego Biura Festiwalowego organizującego kampanię.

Kampania Czytaj PL jest innowacyjna nie tylko ze względu na swój zasięg i wykorzystanie przestrzeni miasta, ale także dzięki doborowi książek, wśród których znalazły się bestsellery i kultowe tytuły. Na kolekcję Czytaj PL składają się zarówno pozycje zaliczane do klasyki swoich gatunków, jak „Inne pieśni” Jacka Dukaja czy „Lśnienie” Stephena Kinga, jak i nowe tytuły, jak „Trawers” napisany przez Remigiusza Mroza, określanego mianem najgorętszego nazwiska polskiego kryminału, „Co nas nie zabije” Davida Lagercrantza, następcy Stiega Larssona, czy „Czerwony kapitan” Dominika Dana, na podstawie którego nakręcono film z Maciejem Stuhrem w roli głównej. Na półce wirtualnej wypożyczalni znalazła się także biografia największego wizjonera XXI wieku Elona Muska i książki dla poszukiwaczy ciekawostek naukowych – „W rzeczy samej” Marka Miodownika, oraz dla miłośników języka polskiego i Pauliny Mikuły. Pulę dwunastu tytułów zamykają „Złodziejska magia”, czyli pierwsza część popularnej trylogii fantasy „Prawo millenium” Trudi Canavan, kultowy „Kajko i Kokosz. Szkoła latania”, popularna na całym świecie opowieść dla młodzieży o magicznym krześle stworzona przez Andrzeja Maleszkę oraz „Ósme życie” gruzińskiej pisarki Nino Haratischwili.Osiem tytułów będzie dostępnych w dwóch wersjach, jako e-book oraz audiobook. Są wśród nich dwie superprodukcje, zrealizowane z rozmachem i nagrane z udziałem czołowych polskich aktorów. Po raz pierwszy w akcji udostępniamy również komiks – mówi Paweł Polański z platformy Woblink.com, współorganizatora akcji.

Aplikacja, za pomocą której można pobierać książki, została całkowicie zmieniona, użytkownicy mogą korzystać z wielu nowych funkcji. Obecnie do wypożyczenia wszystkich książek wystarczy jeden kod. Wprowadzona została także możliwość zaproszenia do akcji 5 znajomych i podarowania im dostępu do całej kolekcji. Aby skorzystać z darmowych książek należy ze sklepu App Store lub Google Play pobrać aplikację Woblink i przejść do zakładki Czytaj PL. Następnie można już skanować kody QR dające darmowy dostęp do konkretnych książek. Czytaj PL trwa od 2 do 30 listopada. Lokalizator darmowych wypożyczalni e-booków można znaleźć na stronie www.czytajPL.pl


Organizatorzy: Krakowskie Biuro Festiwalowe jako operator programu Kraków Miasto Literatury UNESCO oraz platforma Woblink.com

Wydawcy: Audioteka, Filia, Galeria Książki, Karakter, Media Rodzina, Prószyński i S-ka, Sound Tropez, Świat Książki, Wydawnictwo Literackie, Wydawnictwo Otwarte, Znak, Czarna Owca

Miasta partnerskie: Częstochowa, Gdańsk, Katowice, Poznań, Toruń, Wrocław

Pozostałe miasta biorące udział w akcji: Warszawa, Łódź, Bielsko-Biała, Bydgoszcz, Białystok, Lublin, Rzeszów, Sosnowiec, Szczecin

Partner: Instytut Książki

Patronat medialny: Lubimy Czytać

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa

      Myślę, że to świetna inicjatywa i przyznam się Wam w tajemnicy, że chyba sama chętnie wezmę w niej udział, bo sporo ciekawych tytułów, jakie od dawna chciałam przeczytać zdecydowanie zachęca. Poza tym, jak już wspomniałam, każda akcja promująca czytelnictwo jest przeze mnie popierana i dlatego mam nadzieję, że również CZYTAJ PL dotrze do jak największej ilości ludzi, dzięki czemu czytelnictwo w Polsce może nieco się zwiększy. :)
     Niebawem znów coś dla Was tutaj napiszę - na pewno pojawi się na dniach nowa recenzja, krótka relacja z Targów Książki w Krakowie oraz... może pewien felieton. Póki co - trzymajcie się! 

Zdjęcie oraz informacja prasowa o akcji CZYTAJ PL została udostępniona przez media.

piątek, 4 listopada 2016

"Nie będziesz się zastanawiał, czy to, co czujesz, to prawdziwa miłość, bo kiedy przyjdzie, będziesz nią przerażony. Nagle zmienią się twoje priorytety. Nie będziesz myślał o sobie ani o swoim szczęściu. Będziesz myślał tylko o tej osobie i o tym, że zrobiłbyś wszystko, by uczynić ją szczęśliwą. Nawet gdyby oznaczało to odejście od niej i poświęcenie dla niej swojego szczęścia." 

Autor: Colleen Hoover
Tytuł: November 9
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 330
Ocena: -6/6
Premiera: 9 listopada 2016r.
     Gdy jakaś historia sprawi, że zaczynacie uwielbiać danego autora bądź autorkę, to chcielibyście, żeby tak było przy każdej kolejnej książce. Oczekujecie, iż dana opowieść ponownie wywoła w Was ogrom emocji i sprawi, że nie będziecie w stanie przez długi czas zapomnieć o losach bohaterów. Od dawna jestem urzeczona twórczością Colleen Hoover, dlatego też sięgając po jakąkolwiek jej książkę, za każdym razem mam nadzieję, że ponownie dostarczy mi ona ogromu wrażeń, a tym samym uniknę wszelkiego rozczarowania. Stąd też, kiedy na Targach Książki w Krakowie ujrzałam na stoisku Wydawnictwa Otwartego książkę "November 9" nie wahałam się ani chwili przed jej zakupem. Tym samym udało mi się ją przeczytać jeszcze w październiku, gdy w raptem jeden dzień pochłonęłam tę książkę. To kolejna, świetna historia, jaką zaserwowała mi autorka.
      Fallon i Ben - główni bohaterowie tej książki, tudzież narratorzy poszczególnych rozdziałów, spotykają się całkowicie przypadkowo właśnie 9 listopada. Od tej pory zaczynają tworzyć dwie historie. Jedna to ta realna, w której postanawiają sobie, że co roku, przez pięć lat, właśnie 9 listopada o tej samej porze będą się spotykali i spędzali ten raptem jeden dzień swoim towarzystwie, natomiast przez kolejne miesiące nie będą się ze sobą w żaden sposób komunikować. Druga z kolei to historia pisana na papierze, gdyż Ben, jako początkujący pisarz, zainspirowany swoją nową muzą, postanawia stworzyć książkę o ich skomplikowanej relacji. Jednak lata mijają, a to, co zapisane na papierze zaczyna się różnić od tego, w co wierzy Fallon... Jak zatem potoczą się losy tej dwójki młodych ludzi? Czy któreś z nich skrywa jakieś mroczne sekrety? Czy nie pogubią się pomiędzy fikcją, a rzeczywistością? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście sięgając po książkę "November 9". 
        Jak to zwykle bywa z książkami Colleen Hoover, po odłożeniu na półkę właśnie tej historii, długo nie mogłam zebrać myśli. Zastanawiałam się, jak ona to robi, że mimowolnie zawsze rozwala mnie na kawałki, które potem skrupulatnie staram się na nowo posklejać. Jednak zanim przejdę tylko do superlatywów, muszę wspomnieć, dlaczego w ogólnej ocenie tej historii pojawił się ten niewielki minus. Otóż nie wiem czym było to spowodowane, jednak na początku kompletnie nie mogłam znaleźć rytmu tej historii. Przez kilkanaście pierwszych stron miałam wrażenie, że chyba za wysoką poprzeczkę postawiłam temu tytułowi, a jakoś szczególnie mnie nie wkręca i nie sprawia, że chcę to czytać zapartym tchem. Jednak tak było tylko przez chwilę, bo wraz z przekładaniem kolejnych kartek, moje emocje się obudziły, a ja sama do końca z ogromnym zainteresowaniem śledziłam losy bohaterów. Tak, to własnie ten moment, gdy zamierzam przekonać Was, dlaczego "November 9" skradło moje serce, pomimo początkowych problemów z wbiciem się w tę opowieść. 
         Emocje. To pierwsze, co przychodzi mi na myśl, gdy wracam pamięcią do tych raptem ponad trzystu stron książki. Przyznaję, że lubię sięgać po tkliwe romanse, ale do tej pory jedynie Colleen Hoover oraz Amy Harmon (dla jasności - autorka "Prawa Mojżesza") były w stanie emocjonalnie rozwalić mnie swoimi powieściami. Nie da się przebrnąć przez historię Fallon i Bena z obojętną miną. Podczas czytania emocje towarzyszyły mi nieustannie. Pojawiły się chwile, gdy uśmiech gościł na mojej twarzy bądź też niektóre momenty wywoływały napady niekontrolowanego śmiechu. Czasami czułam pewnego rodzaju frustrację względem takich, a nie innych decyzji bohaterów. Nie zabrakło także wzruszenia i tym samym łez, jakie mimowolnie podczas niektórych fragmentów pojawiały się w kącikach oczu, po czym powoli spływały po moich policzkach. Dla mnie "November 9" to kolejna emocjonalna opowieść, jaka rozwala czytelnika na kawałki. 
        To, co pozostaje również niezmienne to styl autorki. Jest on jednocześnie niezwykle lekki i przyjemny w odbiorze, ale też nie za banalny, dzięki czemu nie brakuje tutaj mnóstwa wspaniałych zdań, jakie skrupulatnie sobie zaznaczałam. Dlatego też całość pochłania się w mgnieniu oka, a kiedy już jest się przy samym końcu, to czuje się pewnego rodzaju żal, że za moment trzeba będzie zamknąć książkę. Co więcej, każdy rozdział czy też może nazwijmy to - większa część - skupia się na tym, co dzieje się danego roku, właśnie tytułowego 9 listopada. Jednak to, co mi się spodobało to poprzedzenie wydarzeń krótkim wierszem autorstwa Bena, jaki idealnie odzwierciedla sytuację mającą miejsce właśnie w danej części. Ten zabieg, pozornie błahy, pięknie uzupełnia tę powieść.
           Jednak tym, co sprawia, że obok książki Colleen Hoover nie da się przejść obojętnie, jest fakt, że to nie tylko tkliwa opowieść o miłości. Oczywiście, że uczucie, jakie zaczyna łączyć Fallon i Bena wiedzie prym, a mimo to całość opowiada o czymś więcej. Ukazuje różne oblicza ludzkiego życia. Uświadamia, że czasami jeden moment może zmienić nasz dotychczasowy świat diametralnie, równie często pozostawiając po sobie pewnego rodzaju gorycz, jak też nutkę radości. Pokazuje jednocześnie, że nigdy nie wiadomo co nas czeka, a ludzie, którzy do tej pory wydawali się nam tacy, a nie inni, nagle odkrywają swoje sekrety. Jest to także opowieść o tym, jak ważne jest przezwyciężanie swoich słabości i odkrywanie tego, co w nas najlepsze, dzięki czemu pewność siebie nie zniknie. Stąd też autorka całkowicie kupiła mnie tą książką sprawiając, że z ogromną przyjemnością będę wracać pamięcią do historii Fallon i Bena. 
        Bohaterowie zostali wykreowani, jak na Colleen Hoover przystało, bardzo dobrze. Postać Fallon przypadła mi do gustu, mimo kilku momentów, podczas których lekko mnie irytowała. Przeżyła ona w swoim młodym życiu wydarzenia, które całkowicie odmieniły jej wszelkie plany i wręcz zrujnowały marzenia. Mimo to, dziewczyna postanowiła jakoś walczyć z przeciwnościami losu, a spotkanie Bena sprawiło, że bardziej uwierzyła w siebie. Natomiast skoro już jestem przy postaci mężczyzny, to przyznaję, iż nie dało się go nie polubić, chociaż również w pewnej, jednej sytuacji niezmiernie mnie zdenerwował, ale na całe szczęście szybko się ogarnął. Był on takim typowym, lekko rozkojarzonym pisarzem, momentami zagubionym chłopcem, by następnie zamieniać się w odpowiedzialnego mężczyznę. Poza głównymi bohaterami, pojawiły się też inne postacie, a każda z nich została wykreowana na swój własny sposób, niezmiernie ciekawie. 
       Podsumowując, "November 9" może nie będzie moim numerem jeden, jeżeli chodzi o książki Colleen Hoover, bo tutaj niezmiennie na najwyższym miejscu stoi genialne "Maybe someday", jednak wiem, że historia Fallon i Bena również na długo pozostanie w mojej pamięci. Polecam każdemu, kto podobnie jak ja uwielbia tę autorkę, jak także tym osobom, które być może nie miały z nią styczności, a lubią od czasu do czasu sięgnąć po jakiś romans. 
      Niebawem postaram się dla Was napisać coś nowego. Na pewno pojawi się recenzja książki "Pax", którą już powoli kończę czytać. Póki co - trzymajcie się! 

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *