niedziela, 28 lutego 2016


Autor: Gail McHugh
Tytuł: Amber
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 590
Ocena: 4.5/6
    Luty powoli dobiega końca, a wraz z nim tego wieczoru pojawia się ostatnia recenzja, jaką zaplanowałam na ten miesiąc. Swoją drogą - jestem zadowolona z ilości przeczytanych książek, ale o tym napiszę więcej w podsumowaniu, które niebawem się tutaj pojawi. Dzisiaj natomiast chciałabym opisać Wam swoje wrażenia po przeczytaniu książki "Amber", którą napisała Gail McHugh. Jeśli miałabym krótko opisać, jak podziałała na mnie ta opowieść, powiem jedno: jestem pełna sprzecznych uczuć i nie umiem nawet zdecydować, czy ta książka ostatecznie mi się podobała, czy wręcz przeciwnie.
      Amber to jedna z głównych bohaterów tej książki, gdyż tak naprawdę cała akcja kręci się wokół niej, jak również dwóch mężczyzn - Brocka i Rydera. Jest to dziewczyna, która ciągle zmaga się z ponurą przeszłością. Jej rodzice byli narkomanami, przez co od dzieciństwa Amber widziała jedynie samo zło świata. Zamiast wychowywać się w domu, który powinien być synonimem ciepła i miłości, któregoś dnia spotkała się ze strasznym wydarzeniem - jej ojciec zamordował matkę, po czym sam popełnił samobójstwo. Dziewczyna jednak rozpoczyna studia w jednej z znanych uczelni, gdzie spotyka niezwykle intrygujących mężczyzn. Brock to uroczy i troskliwy młodzieniec, można by rzec, że wręcz ideał faceta. Z kolei Ryder to niegrzeczny, wytatuowany mężczyzna, który tak naprawdę wewnątrz jest nadal nieco zagubionym chłopcem. Obydwoje zakochują się w Amber do szaleństwa i co gorsze - ona również nie jest w stanie zdecydować, do którego z nich serce bije jej mocniej... Jak zatem potoczą się losy całej trójki? Czy tylko Amber skrywa jakieś cienie przeszłości, a może również Brock oraz Ryder mają własne tajemnice, jakie zrujnowały ich życia? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań znajdziecie oczywiście sięgając po książkę Gail McHugh. 
   Przyszedł ten trudny moment, ponieważ powinnam teraz opisać swoje wrażenia, a jak wspomniałam wyżej, są one niezwykle sprzeczne. Ta książka ma tak naprawdę zarówno swoje plusy, jak i wiele minusów, które mnie osobiście wręcz raziły. Zacznę zatem od tego, co niezmiernie mnie irytowało, po czym dosłodzę tę nutkę goryczy, odrobiną cukru, pisząc o tym, co z kolei w jakiś sposób mnie zachwyciło. Otóż nie sięgam często po książki, w których pojawia się tak wyolbrzymiony trójkąt miłosny. Jednak tym razem postanowiłam spróbować, czy powieść mi się spodoba, szczególnie, że opis wydawał się naprawdę zachęcający, jak również okładka przyciągnęła mój wzrok. Kiedy już zaczęłam przerzucać kolejne strony tej historii, momentami nie mogłam zrozumieć, skąd autorce przychodziły do głowy tak durne pomysły na wiele sytuacji... Tak naprawdę trójkąt miłosny wykreowany przez Gail McHugh nie do końca przypadł mi do gustu i myślę, że to głównie sprawiło, iż książkę początkowo czytało mi się nieco opornie. Te wszystkie sposoby "podrywu" Amber przez obydwu mężczyzn były tak płytkie, że osobiście nie mogłam zrozumieć, co dziewczyna w tym widzi, bo mnie raczej by to odrzucało, aniżeli przyciągało. Co więcej, naprawdę niektóre sytuacje jak dla mnie były niedopuszczalne i sprawiły, że zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno ta książka jest o miłości... Bo widzicie, Moi Drodzy, przez większość stron miałam wrażenie, że tutaj nie ma tego uczucia. Jest jedynie pożądanie - a to coś całkowicie innego. Pożądanie towarzyszy miłości, ale często zdarza się, że występuje samoistnie. W tym przypadku miałam wrażenie, że autorka nie do końca wiedziała, co to prawdziwa miłość i że tak ważnym uczuciem nie dzieli się z kim popadnie i nie opiera się ono jedynie na seksie...
       Jednak by nie było tak gorzko, nie sposób nie wspomnieć o kilku pozytywnych stronach tej książki. Podobał mi się język, jakim posługuje się autorka, ponieważ w większości przypadków był on bardzo prosty, przez co przyjemny w odbiorze, ale co więcej - były takie fragmenty, które radowały moje serducho. Dlatego też skrupulatnie podkreślałam sobie te wszystkie zdania, jakie niosły w sobie jakiś rodzaj przesłania, coś, co zdecydowanie chciałabym zapamiętać na dłużej. Co więcej, spodobała mi się problematyka tej powieści oparta na fakcie, jak przeszłość potrafi sprawić, że czasami człowiek gubi się w teraźniejszości. Ta historia pokazuje, że niektóre wydarzenia, jakie mają miejsce w dzieciństwie czy jakichkolwiek latach życia człowieka, mają ogromny wpływ na jego dalsze funkcjonowanie. Stąd też spodobało mi się, że autorka każdej z tych postaci przypisała jakieś wydarzenie, które sprawiło, że zmienili się nieodwracalnie. Jednak największym plusem tej książki i doprawdy jedną z ważniejszych rzeczy, które sprawiły, że mimo wszystkich tych moich frustracji, pragnę sięgnąć po kontynuację, było jej zakończenie. Co prawda, w pewnym sensie przewidywalne, ale jednak było naprawdę dobre. Wręcz powiedziałabym, że te zaledwie kilka ostatnich stron zaważyło na mojej całościowej ocenie tej książki. Szczególnie, iż ciekawość brała górę i bardzo chciałam dowiedzieć się, jaki scenariusz zaserwuje autorka. Pozostawiła ona jednak czytelnika w niepewności, przy okazji nawet zwiększając jego ciekawość. Dlatego zakończenie i dobór wszystkich słów, jakie się w nim pojawiły, było dla mnie świetne i jak już napisałam, sprawiło, że sięgnę po kolejny tom z cyklu "Torn Hearts" bez wahania. 
      Przechodząc natomiast do bohaterów, tutaj również moje uczucia są mieszane. Z całej tej głównej trójki, o dziwo, polubiłam jedną postać i nie była to tytułowa Amber. Ta dziewczyna doprowadzała mnie momentami do szału swoim egoistycznym sposobem bycia. W pewien sposób podziwiałam to, że mimo tak traumatycznych wydarzeń, prowadziła w miarę normalne życie, ale jednak miałam wrażenie, że ciągle chciała być w centrum zainteresowania i chociaż zdawała sobie sprawę z faktu, że rani każdego z mężczyzn, nie potrafiła zrezygnować z żadnego z nich. Również Brock nie przypadł mi do gustu i jak mam być szczera, nie mam bladego pojęcia, co Amber w nim widziała. Natomiast Ryder - ach, ten niegrzeczny Ryder. Tak, to jego polubiłam. Chociaż początkowo również mnie irytował, z każdą kolejną stroną, zyskiwał moją coraz większą sympatię. Na pozór wydawał się taki zimny i pewny siebie, lecz w głębi duszy był niezwykle dobrym człowiekiem, potrafiącym prawdziwie kochać, a nie jedynie pożądać. Byli oczywiście też inni bohaterowie, jednak nie rzucali się aż tak w oczy i myślę, że to nawet dobrze, bo nie stworzyło to większego zamieszania. 
      Dlatego też, kończąc powoli tę recenzję, muszę przyznać, że "Amber" to książka, jaka wzbudza sprzeczne emocje. Potrafi irytować, jak również zachwycać. Jest w stanie sprawić, że czytelnik ma ochotę jak najszybciej się jej pozbyć, po czym jednak nadal wciąga mocno do swojego świata. To zdecydowanie też słodko - gorzka opowieść o życiu, o zmaganiu się z demonami przeszłości i o tym, że tak naprawdę nigdy nie można mieć wszystkiego i któregoś dnia trzeba podjąć pewne decyzje.
    Stąd też, osobiście uważam, że nie jest to może arcydzieło, które zmieni Wasze życie, ale to całkiem lekka, niezobowiązująca lektura, jaka może umilić Wam wieczór, a swoim zakończeniem sprawi, że zechcecie więcej i więcej. Ma ona też, jak wspomniałam, kilka dobrych fragmentów, które chętnie zacytuję. 
  • "Zabawne, że sprzeczności targają nami zawsze. Zupełnie jakby pod naszymi czaszkami toczyła się nieustanna walka nieba z piekłem. Jedna strona twierdzi, że poszczęściło się nam w życiu, podczas gdy druga przygotowuje nas do najbardziej znienawidzonej roli na świecie: swojego najgorszego wroga." 
  • "-Jesteś niczym puzzle. - Wzrusza ramionami. - Układanka, która rozpaczliwie pragnie, żeby ktoś ją złożył w całość - dodaje cicho."
  • "-Papier jest lepszym słuchaczem niż najbardziej renomowany psychoterapeuta. - szepcze, krzywiąc usta w bólu. - Nie osądza mnie. Nie rozdrapuje każdego dnia ran."
  • "Czy miłość jest wyłącznie wynikiem sentymentu, który chwyta ludzi w sidła wspólnie dzielonych chwil? Dwie wrażliwe dusze, skrawki rozmów, niewypowiedziane słowa i skradzione spojrzenia również się liczą, podobnie jak małe gesty, śmiech, łzy w oczach i to uczucie, które rodzi się w samym środku, tuż pod sercem, i zmienia w coś, co potrafi przywieść każdego do szaleństwa."
  •  " Miłość nas zmienia. Zmienia wszystko, w co wierzymy. Miłość jest czysta i jednocześnie samolubna. Potrafi sprawić, że pragniemy rzeczy, których nie powinniśmy pragnąć. Że nienawidzimy osoby, jaką się stajmy. Miłość jest szczodra i chciwa, niezdecydowana i zaborcza, mściwa i magiczna zarazem. Sprawia, że przeskakujemy z jednej urojonej emocji w drugą, trzymając nas jednocześnie w euforii, uplecionej z najpiękniejszych kłamstw i najstraszniejszych prawd."
     To już wszystko jeśli chodzi o dzisiejszy wpis, a wraz z nim recenzję tej książki. Niebawem znów postaram się coś napisać - jednak rozpoczyna się kolejny semestr zmagań z matematyką i z tym moim czasem będzie coraz gorzej. Niemniej, spróbuję nadal pisać w miarę regularnie. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję:

Zdjęcie okładki znalezione: tutaj.

piątek, 26 lutego 2016

     Ostatnim czasem znowu byłam nieco zabiegana, przez co nie miałam za bardzo chwili na to, by napisać dla Was coś nowego. Dzisiejszy wieczór jest kolejnym, podczas którego marzę jedynie o owinięciu się w cieplutką kołderkę i odpłynięciu do krainy snu. Jednak postanowiłam się przełamać i naskrobać chociaż kilka słów. Dlatego też dzisiaj nie będzie zbyt rozbudowanie jak dotychczas. ponieważ uwierzcie mi, Moi Drodzy, mimo szczerych chęci, zmęczenie bierze powoli górę i w ciągu weekendu zamierzam nieco podładować te swoje baterie. Wtedy z kolei możecie spodziewać się większej ilości artykułów - postaram się pisać w miarę regularnie, na ile pozwoli mi uczelnia i ogrom różnego rodzaju dodatkowych zajęć. Jednak okej - nie wybiegajmy aż tak w przyszłość. 
     W dzisiejszym wpisie chciałabym podzielić się z Wami krótkimi strzępkami własnej twórczości. Otóż jeśli śledzicie mój fanpage na facebook'u, możecie zauważyć, że od czasu do czasu dzielę się na nim krótkimi cytatami - czy to na ogólne tematy czy też związane są one z motywem przewodnim - czyli historią pewnej Lilki (swoją drogą jest to część mojego pewnego "projektu"). Stąd też, chciałabym wrzucić tutaj dzisiaj kilka tych moich cytatów, z krótkim uzasadnieniem, dlaczego akurat taki przyszedł mi do głowy i co on dla mnie oznacza - bądź po prostu jak sama go interpretuję. Być może ta forma wpisu przypadnie Wam do gustu, w końcu dzielę się dzisiaj z Wami częścią moich własnych myśli. :)

1. Czasami warto ściągnąć maskę... 

"Czasami przychodzi taki wieczór, kiedy nie ma się ochoty już dłużej udawać. Odkleja się ten uśmiech błądzący po twarzy przez cały dzień i odkłada na odpowiednią półkę z napisem "misja - wszystko jest w porządku". Zmywa się z siebie tę maskę emocji, pod którą chowa się swoje prawdziwe oblicze. Marzy się jedynie o tym, by rzucić tym całym światem o ścianę i patrzeć, jak rozbija się niczym sople lodu spadające z dachu i z łoskotem uderzające o ziemię. Zaszywa się gdzieś we własnych czterech ścianach, mając nikłe pokłady nadziei, że w jakiś sposób odgrodzą nas od tej szarej rzeczywistości, tak pełnej powszechnego fałszu, jakiego udajemy, że nie zauważamy, byle tylko przetrwać każdy, kolejny dzień. Swoją wewnętrzną siłę tłumi się gdzieś w głębi duszy, pozwalając na jakiś czas pojawić się słabościom, które sprawiają, że staje się na nowo tak kruchym człowiekiem, usilnie szukającym poczucia bezpieczeństwa. Na ten krótki moment uwalnia się własne demony przeszłości i pozwala im, by zrobiły z nami cokolwiek zechcą - nawet jeśli tym samym z naszych oczu zaczną płynąć kryształowe łzy. Nieważne, że to wszystko potęguje jedynie same negatywne emocje. Nie ma to znaczenia. Bo czasami tylko to pozwala poczuć się dziwnie wolnym i budząc się następnego dnia, uśmiech wyciągamy z całkowicie innej półki. Tej, która zatytułowana jest autentycznym szczęściem."

Pierwszy z cytatów, jakie sama stworzyłam, powstał któregoś wieczoru pod wpływem impulsu. Po prostu w mojej głowie pojawiło się tak wiele myśli, że chciałam jak najszybciej przenieść je na papier. Widzicie, zauważyłam po prostu, że czasami my wszyscy zakładamy na swoją twarz różnego rodzaju maski. Nie ma w tym w zasadzie niczego dziwnego - w końcu każdy jest aktorem swojego własnego losu i decyduje o tym, jak chce zostać odebrany w oczach innych ludzi. Chodzi jedynie o fakt, że często wewnątrz nas czai się tak ogromny smutek, że ciężko nawet opisać go słowami. Mimo to, my wolimy przybierać ten uśmiech zatytułowany "misja - wszystko jest w porządku". Wszystko ma jednak swoje granice i przychodzi taki dzień bądź wieczór, podczas którego pozwalamy sobie na chwile słabości i często dzięki temu tak naprawdę dodajemy sobie sił - by kolejne dni nie były znowu marnym przedstawieniem, a pokazywały, że emocje opadły, więc i my możemy przestać udawać. 

2. Czym tak naprawdę są słowa?

"Słowa. Niby zwykły zlepek liter, które odpowiednio ułożone tworzą logiczną całość. Czasami jednak słowa znaczą o wiele więcej i kryją w sobie emocje, o jakich nawet nam się nie śniło. Jedno słowo może sprawić, że kąciki ust zaczną delikatnie unosić się do góry. Dwa słowa są w stanie całkowicie nas zaskoczyć i przyśpieszyć bicie serca, które wręcz ma ochotę wyrwać się na zewnątrz i wykrzyczeć światu ogrom własnego szczęścia. Coraz większa ilość słów może zacząć wypełniać nasze wnętrze słynnymi motylkami, jeśli tylko pozwolimy im wydostać się z klatki obojętności na rzecz najwspanialszych emocji. Jednak równie dobrze tych kilka słów jest w stanie rozedrzeć naszą duszą na strzępy. Dwa słowa mogą odebrać jakąkolwiek dotychczasową nadzieję. A jedno słowo może przyczynić się do upadku - takiego, z którego już nie potrafimy się pozbierać, tonąc w morzu nieprzelanych łez."

Słowa to dla mnie coś pięknego. W końcu dzięki nim tworzę swoje teksty. Każda literka dopasowana odpowiednio do innej sprawia, że na ekranie przed moimi oczami pojawia się takie, a nie inne zdanie, które później Wy, Moi Drodzy, możecie przeczytać. Jednak słowa to nie tylko to, co napisane, lecz przede wszystkim to, co wypowiedziane. Dlatego mają tak wielką wagę. Mogą zarówno mocno nas zranić, jak także sprawić, że nasze życie nabierze całkowitego blasku. Stąd nie powinno się rzucać pochopnych słów. Wiem, iż czasami ciężko jest przemyśleć każde, ale mimo wszystko, trzeba pamiętać, by te wypowiadane przez nas zdania, były dokładnie tymi, jakie chcieliśmy komuś przekazać. Słów nie da się bowiem cofnąć - one zostaną gdzieś w pamięci człowieka na zawsze.

3. Istnieją idealne dni!

"Czasami przychodzą dni, które są dobre. Tak po prostu. Wszystko wydaje się lepsze - począwszy od porannej kawy, która nagle staje się bardziej aromatyczna, poprzez wszelkie wydarzenia, jakie mają miejsce w tym dniu, a skończywszy na wieczorze, podczas którego nawet cisza wokół nie przytłacza, a wręcz przeciwnie - stanowi cudowne ukojenie duszy. Tak, istnieją te całkowicie dobre dni. I nieważne, co przyniesie jutro, liczy się to, że ten jeden dzień był dokładnie taki, jaki chcielibyśmy by był zawsze." 

Chciałam dzisiejszą serię swoich własnych cytatów zakończyć takim pozytywnym akcentem. Wiem, że nic nie jest nigdy idealne - w ogólnym tego słowa znaczeniu. Jednak dla nas, nawet jeden, banalny dzień może stać się właśnie tym "idealnym", dokładnie takim, jaki chcielibyśmy by powtarzał się częściej. Często wiąże się to z ludźmi, jakich spotykamy na swojej drodze, czasami z naszymi własnymi decyzjami, lecz tak naprawdę nieważne, co wywołuje, że na naszej twarzy gości uśmiech. Najważniejsze to uczucie, iż jest po prostu dobrze. A my sami zamiast analizować poszczególne wydarzenia, czujemy je całym swoim sercem, napawając się każdą, kolejną sekundą ich trwania... 

     To już wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszy wpis. Mam nadzieję, że spodobała Wam się taka forma artykułów, bo nie ukrywam, iż chciałabym ją stosować częściej. W zasadzie dobrze byłoby zebrać tu, na blogu, własne teksty - żeby nie zginęły gdzieś w czeluściach facebook'a. Poza tym uwielbiam dzielić się swoimi myślami i może akurat jakaś z nich idealnie do Was trafia. 
     Niebawem odezwę się z recenzją książki "Amber. Nadal jednak jestem pod wpływem cudownego języka, jakim posługuje się autor "Anatomii istnienia", stąd czytanie kolejnej książki szło mi nieco topornie. Na szczęście w końcu się przełamałam i coś ruszyło, więc na dniach pojawią się moje wrażenia. Póki co - trzymajcie się!

niedziela, 21 lutego 2016

     
Autor: Tomasz Mazur
Tytuł: Anatomia istnienia
Wydawnictwo: Barbelo
Liczba stron: 160
Ocena: 5.5/6
"Jeśli liczysz na ratunek z zewnątrz - krzycz.
Krzyk o ratunek jest końcem milczenia.
Jeśli poszukujesz rozwiązania -
słuchaj ciszy wnętrza."

    Z każdym kolejnym wpisem obiecuję Wam nowe recenzje. Otóż tak się składa, że w końcu mam więcej czasu, by móc spędzić go przy szeleście przekładanych kartek, wpatrując się w te wszystkie zapisane zdania. Tak, kocham czytać i wykorzystuję swój wolny czas na to, by móc pochłaniać kolejne, intrygujące lektury. Stąd też, tym razem chciałabym dokonać recenzji książki "Anatomia istnienia", którą napisał Tomasz Mazur. Przyznam się Wam szczerze, że nie jest mi łatwo opisywać swoje wrażenia, jakie towarzyszyły mi czytaniu, jak również emocje, jakie odczuwam będąc już po odłożeniu tej książki na półkę. Jest to bowiem bardzo dojrzała lektura skłaniająca do refleksji. 
    Opisując krótko o czym tak naprawdę jest "Anatomia istnienia", otóż Moi Drodzy, jest to zbiór esejów pisanych ręką dojrzałego mężczyzny. Znajdziecie tutaj mnóstwo rozważań nad całym ludzkim życiem: począwszy od dorastania, jakie niesie ze sobą mnóstwo odczuć, poprzez dorosłe życie, poszukiwanie prawdy, wolności czy też nawet miłości. Wszystko to natomiast przedstawione zostało w bardzo wnikliwy i wręcz anatomiczny sposób. Jest to zbiór życiorysów bezimiennych osób, okraszonych nutą mnóstwa przemyśleń, z jakich płynie tak naprawdę życiowa mądrość. Łącznie wszystkich esejów jest dwadzieścia pięć i chociaż na pozór każdy opowiada o czymś innym, to w moim odczuciu łączy je jedno: wszystkie bowiem składają się na tytułową "anatomię istnienia" - czyli bardzo wnikliwe znalezienie odpowiedzi na pytanie o to ludzkie istnienie. Jeśli zatem chcecie poświęcić trochę czasu na rozważania, jakie zdecydowanie skłaniają czytelnika do własnych przemyśleń, to książka Tomasza Mazura jest dla Was. 
      Jak już napisałam we wstępie, bardzo trudno zebrać mi do końca myśli, które towarzyszyły mi cały czas podczas czytania, jak również kotłują się w mojej głowie także w tym momencie, gdy delikatnie stukając o klawisze klawiatury, próbuję zawrzeć w tej recenzji wszystko to, co istotne. Muszę przyznać, że nie jest to łatwa książka, a wiele esejów powinno się czytać w całkowitym skupieniu, analizując wręcz każde zdanie, bo żadne nie jest tutaj przypadkowe. Jednak to, co pozytywnie mnie zaskoczyło to fakt, że mimo, jak wspomniałam, nie jest to książka banalna, to przeczytałam ją bardzo szybko. Obawiałam się bowiem, że będę miała trudności w przejściu poprzez te eseje, a tutaj wręcz przeciwnie - pochłonęłam je w mgnieniu oka, w wielu momentach zakreślając takie fragmenty, jakie najbardziej do mnie przemówiły. Wiem jednocześnie, że będąc dopiero na którymś etapie swojego życia - w zasadzie dosyć wczesnym - nie sposób jest mi zrozumieć wszystkiego, a mimo to wiele z tych przemyśleń było bliskich mojemu postrzeganiu świata. Stąd też uważam, że autor wykonał naprawdę kawał dobrej roboty swoimi esejami skłaniając czytelnika do własnych przemyśleń i refleksji dotyczących całego ludzkiego istnienia.
    Postanowiłam, że pokrótce napiszę, które z tych esejów najbardziej mi się spodobały. Zdecydowanie moim numerem jeden jest ostatni z nich zatytułowany "Między ciszą, a milczeniem" - ten naprawdę krótki tekst jest tak wspaniale dopracowany i tak idealnie odzwierciedla różnice pomiędzy milczeniem, a ciszą, że wręcz rozpływałam się podczas czytania. Co więcej - zamierzam wracać do niego nie raz, bo urzekł mnie, całkowicie. Natomiast bardzo podobały mi się także eseje: "Tożsamość Boga" - który to tekst jest specyficzny, ale samo jego podsumowanie, bardzo trafne, "Podróż we dwoje" oraz "Love story" - które to dla mnie są ze sobą niezwykle spójne i co więcej - to zdecydowanie klimatyczne teksty, "Spiralność" - z której wyniosłam wiele ciekawych prawd, jak również "Zbawienie przez humor" - mam wrażenie, że w jakiś sposób ten esej odwzorowuje też moje własne spostrzeżenia dotyczące ogólnego jego tematu. Jednak każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowy i przede wszystkim pełen dojrzałości.
        To, co bardzo mi się spodobało, to właściwie sam spis treści kolejnych esejów. Otóż każdy tytuł jest napisany wytłuszczonym drukiem, a pomiędzy jednym i drugim, widnieje zdanie, jakie je łączy. Ten zabieg od razu rzuca się w oczy czytelnikowi i jedynie pogłębia poczucie zaintrygowania, które z kolei sprawia, że jak najszybciej chce się przeczytać każdy z tych tekstów, by móc wynieść z nich coś więcej. Właściwie jedyne, co mogę jeszcze dodać, to zacytowanie kilku (dość długich) fragmentów, jakie szczególnie do mnie przemówiły.

  • "Tak więc nauczyłem się, że cierpienie jest pochodną małości, bo śrut dla mrówki jest głazem, a dla słonia - pyłkiem. Ból zależy od naszych rozmiarów. Im bardziej rośniemy, tym mniejsze są na naszym ciele ślady ukąszeń losu, tym mniejsza skuteczność wrogich strzał - te dotykają bowiem jedynie fragmentów, a nie całości. Rosnąć, rosnąć - oo jest metoda przeciwko cierpieniu!"
  • "Zdarza się, że najpierw zanika moralność i to ona, staczając się w dół, pociąga za sobą obowiązujące prawa, zmienia je tak, aby sankcjonowały narastającą podłość. Upadająca moralność powoduje, że prawa te stają się coraz bardziej okrutne, zimne i złe. Taki proces trwa jednak niezwykle długo. Tymczasem dobre prawo, którego przestrzegania nikt nie strzeże, pociąga za sobą śmierć moralności zaledwie w kilka godzin lub minut. Niemalże natychmiast. Czy moralność jest tylko cienką zasłoną utkaną z lęku przed karą?"
  • "Nic nie czuję oprócz ciebie. I nawet gdy jesteś tuż przy mnie, tęsknię. (...) Poszukuję cię w każdej treści, dostrzegam we wszelkiej formie. Moje życie bije rytmem nieustępliwego pożądania."
  • "Miłość otwiera. Wdzięczność zamyka. Pasjonaci zawsze więc wybiorą niepewność kochania, nad godnością wdzięczności. Miłość jest smakowaniem wytrawnego dania. Wdzięczność jest skinieniem głowy tego, kto oddaje pusty talerz, jest porą trawienia, samozadowolenia, ale już nie walki. Wdzięczność to akta sprawy i pierwszy krok do agonii uczucia."
  • "Istnieją dwa rodzaje spirali. Pierwsze przypominają wiry rzeczne - wciągną cię w głębie, wyjść na powierzchnię nie pozwolą, na dnie uduszą. Tych unikaj. Istnieją jednak również spiralne przypominające w swej naturze prądy wstępującego powietrza. One sprawią, że niczym ptak wielki, tylko rozpostarłszy skrzydła, bez poruszeń unosić się będziesz ku niebu. Tych poszukuj."
  • "Unikaj trucizny - nieunikanie trucizny jest głupotą. Istnieją trujące substancje, trujące rośliny, trujące zwierzęta, trujące czasy i trujące miejsca. Ale nade wszystko niebezpieczni są trujący ludzie."
  • "Doświadczenie życiowe nie zawsze może rodzić optymizm, ale powinno rodzić uśmiech przekory. I to wystarczy. Bowiem pomiędzy trupią powagą fanatyka, a idiotycznym chichotem głupca rozciąga się pas zbawczego humoru, na którym ludzie, zwierzęta oraz rośliny żyją w harmonii, radości i pokoju jak króliczki na rajskiej łące."
  • "Tak, jestem mową. Jestem językiem - pisanym poruszeniami, mówionym przez czyny. (...) Ty też jesteś mową. I on też. I ona. A także oni. Dlatego największą pogardą dla drugiego człowieka jest odmowa dialogu."
     Mam nadzieję, że powyższe fragmenty zaintrygowały Was na tyle, byście zechcieli sięgnąć po książkę Tomasza Mazura, bo uwierzcie mi - warto. Mimo tego, jak wspomniałam, że nie jest to łatwa lektura, to jednak przysporzy Wam wielu refleksji, nad którymi powinno się dłużej zastanowić.
      Podsumowując, "Anatomia istnienia" to zbiór intrygujących esejów, a w każdym z nich kryje się wnikliwa analiza ludzkiego życia, wszystkiego, co nas otacza, jak i nas samych. Osobiście - polecam Wam tę książkę z czystym sercem. Nie żałuję ani minuty spędzonej przy przekładaniu kolejnych jej kartek, a wręcz przeciwnie - dzięki niej mogłam jedno popołudnie i jeden wieczór poświęcić na refleksje.
      Niebawem szykuję dla Was natomiast kolejną recenzję, jak również pewne, własne przemyślenia i muzyczny wpis. Stąd też, bądźcie czujni, bo sporo tych artykułów się pojawi. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania (oraz dedykację) serdecznie dziękuję autorowi:

Zdjęcie okładki znalezione: tutaj.
Wszystkie cytowane fragmenty pochodzą z książki Anatomia istnienia

sobota, 20 lutego 2016

    Na początku chciałam krótko napisać, że jak możecie zauważyć, na blogu pojawiły się pewne zmiany. Tak, tak - w końcu powstał szablon, który jest o wiele bardziej przejrzysty, czytelny i profesjonalny niż dotychczas. Nie byłoby go tutaj jednak, gdyby nie pomoc Literackiego Kota. Mam nadzieję, że nowy wygląd przypadnie Wam do gustu i sprawi, że będziecie chcieli jeszcze częściej spędzać czas na tym moim "Chaosie myśli". Jak również możecie zauważyć - w górnym rogu znajdują się odnośniki do miejsc, gdzie możecie mnie znaleźć. Część z nich działa systematycznie, część dopiero będę rozwijać, ale mimo to - wchodźcie i obserwujcie, będzie mi miło!
    Przechodząc już jednak do sedna dzisiejszego postu, dobrze wiecie, że oprócz literatury, często na blogu pojawiają się wpisy inspirowane muzyką. Jednak już jakiś czas nie było żadnych artykułów, w których polecałabym Wam godne przesłuchania utwory. Dzisiaj natomiast nadszedł właśnie taki wieczór, który z miłą chęcią spędzam w zaciszu swojego pokoju, ze słuchawkami w uszach i blogiem, a zapewne później z jakimś edytorem tekstowym, gdyż powoli zaczynam wprowadzać w życie pewien projekt. 
    Tym razem chciałabym przedstawić Wam trzy utwory jednego zespołu. Być może niektórzy z Was go kojarzą, inni pewnie zupełnie nie mają pojęcia o jaki chodzi. Jednak już śpieszę z wyjaśnieniami. Jak dobrze wiecie, uwielbiam wszelkie mocniejsze brzmienia - zarówno tych zagranicznych zespołów, jak również polskich. Dlatego też dzisiaj chciałabym przedstawić Wam kilka kawałków polskiej grupy Koniec Świata. Lubię od czasu do czasu ich posłuchać przede wszystkim dlatego, że ich utwory mają dosyć prostą linię melodyczną, nie tak bardzo mocną jak chociażby grupy typu Rise Against czy Bullet For My Valentine, a do tego teksty są świetne. Najpierw wydają się być totalnie banalne, lecz wystarczy się w nie wsłuchać, by znaleźć to drugie dno. Każdy utwór opiszę krótko, starając się zachęcić Was do przesłuchania. 

piątek, 19 lutego 2016

Autor: Aneta Krasińska
Tytuł: Szukając szczęścia
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 240
Ocena: 5/6
   Chyba każdy z nas, bez względu na to, kim jesteśmy i jak wygląda nasze życie, szuka swojego szczęścia. Czasami przychodzi ono bez większego trudu i sprawia, że każdy dzień jest dokładnie taki, jaki chcielibyśmy by był zawsze. Jednak często los weryfikuje nasze plany i rzuca nam pod nogi kłody, które ciężko jest przezwyciężyć. Ważne, by mimo wszystko się nie poddawać i próbować znaleźć to swoje prawdziwe szczęście...
    Może zaczęłam ten wpis nieco melancholijnie, ale natchnęła mnie do tego historia zawarta w książce Anety Krasińskiej - "Szukając szczęścia". Jest to bowiem opowieść o ludziach, którzy myśleli, że mieli wszystko, co potrzebne do tego, by wieść spokojne, pełne radości życie. Małżeństwo, mieszkanie, wymarzona praca i oczekiwanie na dziecko... A jednak los sprawił, że to szczęście zostało zaburzone. To piękna opowieść o poświęceniu w imię miłości i o tym, że nawet jeśli czasami popełniamy błędy, to zawsze można je naprawić. 
   Główna bohaterka Malwina to kobieta, która samotnie wychowuje swoją córeczkę - Dagmarę. Jej mąż odszedł kilka lat wcześniej, nie mogąc poradzić sobie z tym, co ich spotkało. Otóż dziewczynka od urodzenia cierpi na zespół Pierre'a Robina. Mimo to, Malwina kocha swoją córkę tak bardzo, że robi wszystko, by zapewnić jej szczęśliwe życie. Wychowanie niepełnosprawnego dziecka nie jest dla niej łatwe, ale na szczęście stale może liczyć na pomoc swojego kochanego ojca, jaki często wyręcza ją w wielu sprawach, jak również przyjaciół - Alicji czy też Agnieszki. Kobieta zdaje sobie sprawę z faktu, że jej córeczka nigdy nie będzie tak sprawna, jak większość dzieci, a mimo wszystko, nie poddaje się i cały czas szuka tego prawdziwego szczęścia... Po wielu latach, do jej drzwi puka były mąż - Artur. Czy mężczyzna potrafił się zmienić i spróbuje uzyskać przebaczenie? Co na to Malwina? Czy kobiecie uda się odnaleźć to upragnione szczęście? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście w książce Anety Krasińskiej.

niedziela, 14 lutego 2016

     Miałam tego nie robić. Obiecałam sobie, że nie będę pisać na ten temat. Ale oczywiście ciągle pojawiające się w blogosferze artykuły mnie sprowokowały. Tak, tak, Moi Drodzy, zamierzam również napisać co nieco o Walentynkach. Poniekąd naczytałam się za dużo dobrych wpisów, między innymi na stronach: Wypstrykando oraz Drugi Akapit (polecam zajrzeć na obydwa - świetne felietony!) Ale jednak w jakiś sposób się wybiję i tym razem nie napiszę, dlaczego to "święto" momentami mnie irytuje. Zresztą o tym możliwe, że już kiedyś wspominałam, więc po co znowu się powtarzać. 
  Dzisiaj chciałabym zaprosić Was do przeczytania kilku krótkich punktów pisanych z przymrużeniem oka - otóż obalę pewne mity, jak to wedle niektórych ludzi, single spędzają ten tzw. dzień rozpaczy dla samotnych serc. ;)

czwartek, 11 lutego 2016

Autor: N.Coori
Tytuł: Zaryzykuję dla ciebie
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 315
Ocena: 4/6
     Jak dobrze wiecie, jestem zakręcona na punkcie książek - nie tylko ich czytania, ale również posiadania własnych egzemplarzy, które po skrupulatnym przejściu przez fabułę, mogę odłożyć do swojej ciągle powiększającej się biblioteczki. Książkę, jaką dzisiaj mam okazję dla Was zrecenzować, udało mi się wygrać podczas wydarzenia na facebook'u - "Sylwestrowa noc czytania 2015/2016" organizowanym przez Książkowe "kocha nie kocha" oraz Redakcję Essentia. Biorąc udział, krótki opis tej historii, jak i sama okładka przyciągnęły mój wzrok, w dodatku wymóg jej zrecenzowania nie stanowił dla mnie problemu. Stąd też, gdy tylko egzemplarz "Zaryzykuję dla ciebie" autorstwa N. Coori (drogą wyjaśnienia - jest to pseudonim młodej, polskiej autorki) do mnie dotarł, po uporaniu się z innymi książkowymi zdobyczami, zabrałam się w końcu za jej przeczytanie. Muszę przyznać, że historia stworzona przez autorkę wywoła we mnie ogrom mieszanych uczuć. Z jednej strony ta powieść ma coś w sobie, a z drugiej strony posiada też wiele wad. Jednak jako, że jest to debiut literacki, muszę pochwalić autorkę przede wszystkim za odwagę.
    Główna bohaterka - Rosemaria Jenkins - to młodziutka kobieta, która uciekła przed cieniami przeszłości oraz despotycznymi rodzicami do Nowego Jorku. Tam też ukończyła studia, rozpoczęła pracę i mieszkała ze swoją najlepszą przyjaciółką, Holly. Któregoś dnia powraca ona do rodzinnego miasta na ślub swojej siostry. Nie spodziewa się, że spotka tam swoją młodzieńczą miłość - Taylora Harta, który w jej oczach uchodzi za łamacza damskich serc. Los jednak chce inaczej i tym samym, drogi tej dwójki bohaterów na nowo się schodzą. Rose początkowo nie ma ochoty wdawać się z mężczyzną w głębszą relację, stąd podczas przyjęcia kilkakrotnie daje mu to do zrozumienia. Mimo wszystko on nie ma zamiaru się poddać i usilnie próbuje przekonać do siebie kobietę, którą pokochał osiem lat wcześniej i jakiej do tej pory nie zapomniał. Rose powoli zaczyna uświadamiać sobie, że ten mężczyzna niezwykle ją przyciąga... Jak zatem potoczą się losy tej dwójki? Czy pozwolą swoim uczuciom zadecydować o dalszych wydarzeniach? Jakie demony przeszłości kryje Rose? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań znajdziecie oczywiście w książce "Zaryzykuję dla ciebie".

wtorek, 9 lutego 2016

Autor: Victoria Aveyard
Tytuł: Szklany miecz
Wydawnictwo: Moondrive, Otwarte
Liczba stron: 556
Ocena: 6+/6


"Jestem mieczem wykutym przez błyskawicę i ogień - Cala i Mavena. Jeden już mnie zdradził, drugi może odejść w każdej chwili. Ja jednak nie boję się tego, że będę miała złamane serce. Nie boję się bólu. Boję się, że pewnego dnia obudzę się w próżni, gdzieś, gdzie nie będzie przyjaciół ani rodziny, będę tylko ja, samotna błyskawica, w sercu mrocznej zawieruchy. Nawet jeśli jestem mieczem, to nie zostałam zrobiona ze stali, ale ze szkła i czuję, że powoli zaczynam pękać."

     Zaledwie kilka dni wcześniej nie mogłam pozbierać swoich myśli oraz emocji po przeczytaniu fenomenalnej "Czerwonej królowej" Victorii Aveyard. Jednak miałam to szczęście, że od razu mogłam zabrać się za jej kontynuację, czyli "Szklany miecz", jaka to książka swoją premierę będzie mieć 17 lutego bieżącego roku. Jako, że pierwszy tom tej serii okazał się dla mnie niezwykle pozytywną niespodzianką, tak też liczyłam, iż kontynuacja będzie na tym samym poziomie. Będąc już po przeczytaniu z czystym sercem mogę przyznać, że się nie zawiodłam, a nawet więcej - drugi tom jest zdecydowanie lepszy, jeszcze bardziej nieprzewidywalny i naładowany tyloma emocjami, że musiałam wziąć głęboki oddech po dotarciu do ostatniej strony.

poniedziałek, 8 lutego 2016

      Dawno na blogu nie było żadnego tagu, chociaż ciągle pamiętałam, że miałam jakieś zaległe nominacje. Niestety w tym sesyjnym zawirowaniu, kiedy już pisałam coś, to najczęściej była to recenzja danej książki bądź sporadyczne, luźne przemyślenia. Dzisiaj natomiast chciałabym znów zaprosić Was do przeczytania kolejnego książkowego tagu, który bardzo mi się spodobał i cieszę się, że w końcu znalazłam chwilę by móc go zrobić. Nominowała mnie do jego wykonania Autorka bloga Tylko Magia Słowa - za co serdecznie dziękuję! :)
      Stąd też, nie będę za bardzo przedłużać już tego wstępu, tym samym zapraszam Was serdecznie do przeczytania poniższych punktów, w których postaram się jak najlepiej odpowiedzieć na każde pytanie.

niedziela, 7 lutego 2016

     Jest niedziela, czyli ten dzień tygodnia, który najczęściej kojarzy mi się ze spędzaniem czasu w dowolny sposób. No, okej - na ogół to nie wychodzi do końca tak, jak mogłoby być, bo najczęściej jestem zawalona mnóstwem nauki. Jednak tym razem postanowiłam zrobić sobie krótkie wolne od obowiązków. Pomyślałam sobie więc, że nadrobię zaległości czytelnicze na wielu blogach, jakie chętnie obserwuję, jak również może znajdę inne, ciekawe miejsca w sieci, w których do tej pory nie byłam. Oczywiście rundka po tych odwiedzanych przeze mnie blogach poszła szybko i bardzo przyjemnie - w końcu nie klikam tego magicznego "obserwuj", jeśli dany blog mi się nie podoba. Natomiast kryzys zaczął się w momencie, gdy jak napisałam wcześniej, chciałam odnaleźć te strony, których jeszcze nie udało mi się poznać. To było niezwykle bolesne doświadczenie, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - zainspirowało mnie to bowiem do dzisiejszego wpisu. 
     Otóż na jednej z grup na facebook'u postanowiłam poprosić o linki do blogów o tematyce, jaka najbardziej by mnie interesowała, czyli jak łatwo się domyślić: głównie recenzje oraz właśnie felietony, różnego rodzaju przemyślenia. Podkreśliłam jednak, że pragnę znaleźć takie blogi, gdzie te teksty będą dłuższe niż pięć zdań i przede wszystkim pisane poprawną polszczyzną. No i oczywiście rozpętała się burza, a moje ręce całkowicie opadły... 

piątek, 5 lutego 2016

Autor: Victoria Aveyard
Tytuł: Czerwona królowa
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 488
Ocena: 6/6
"Stworzenie nadziei, gdy w rzeczywistości jej nie ma, to okrucieństwo. Fałszywa wiara wywołuje rozczarowanie, ból i wściekłość, przez co niełatwe sprawy stają się jeszcze trudniejsze."

     Powyższy cytat to jeden z wielu trafnych fragmentów książki "Czerwona królowa" autorstwa Victorii Aveyard, która to historia porwała mnie bez reszty. Czytałam o niej swego czasu bardzo wiele opinii i stopniowo utwierdzałam się w przekonaniu, że powinnam w końcu po nią sięgnąć. Kiedy więc zdarzyła się ku temu okazja, nie wahałam się ani przez chwilę. Tym oto sposobem zostałam zabrana na kilka dni do świata, w którym wszystko może się wydarzyć i gdzie "każdy może zdradzić każdego". Fenomenalna, trzymająca w napięciu, młodzieżówka w stylu fantasy, która sprawiła, że pochłonęłam ją w mgnieniu oka i śmiało mogę dołączyć do swoich ulubionych książek. 
     Główną bohaterką, jak i również narratorką całej historii jest Mare Barrow - nastoletnia dziewczyna, której życie w wiosce Pale wkrótce zamienia się w przebywanie na dworze króla. Żyje ona bowiem w świecie, gdzie istnieje ewidentny podział na dwa rodzaje ludzi: Czerwonych - tych niżej urodzonych, z których wywodzi się Mare. Ich życie to pasmo udręki, jaką zrzucają na nich Srebrni - czyli tak zwana klasa wyższa, mająca nadprzyrodzone zdolności poprzez które ciągle udowadnia Czerwonym, gdzie jest ich miejsce. Jednak Mare okazuje się być wyjątkowa. Kiedy zyskuje posadę na dworze króla, tym samym uwalniając się z obowiązkowej służby wojskowej, której to termin zbliżał się nieubłaganie, okazuje się, że nie jest taką zwyczajną dziewczyną... Mimo że w jej żyłach płynie czerwona krew, posiada ona niezwykłą umiejętność - potrafi w mgnieniu oka wzniecić błyskawice, jakie są w stanie pokonać praktycznie każdego. Odkrywszy prawdę, król wraz ze swoją żoną, zmusza Mare do oszustwa - ma od tej pory udawać jedną ze Srebrnych. Jednak ona nie zamierza tak łatwo się poddać i pragnie pomóc tajnej organizacji Czerwonych - Szkarłatnej Gwardii - w walce z wrogiem... Czy jej się uda? Jak wiele Mare będzie musiała poświęcić, by jej podwójne działania nie wyszły na jaw? Komu dziewczyna może zaufać - swojemu przyszłemu narzeczonemu Mavenowi czy może jego bratu Calowi, z którym odnajduje pewnego rodzaju więź? I czy walka o lepszy świat przyniesie jakikolwiek efekt? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań znajdziecie oczywiście sięgając po książkę "Czerwona królowa".

wtorek, 2 lutego 2016

     Od początku istnienia tego bloga nie nastawiałam się na jedną, konkretną tematykę. I wiecie co? Dzisiaj nadal uważam, że to lepsza z rzeczy, jakie zrobiłam odnośnie swojego pisania. Dzięki temu mogę dzielić się z Wami sowimi wrażeniami po przeczytaniu danych książek, polecać Wam utwory, które szczególnie do mnie trafiają i co najważniejsze - mogę dzielić się z Wami tym, co wytworzyło się w mojej głowie, przelewając te tysiące myśli na wirtualny papier. Tak, tą drogą wstępu chciałam napisać Wam, Moi Drodzy Czytelnicy, że nadszedł czas na kilka luźnych przemyśleń, czyli serii na tym blogu, którą zauważyłam, że sporo z Was lubi czytać. Mnie to niezmiernie cieszy, dlatego kiedy tylko pojawiają się w mojej głowie kolejne pomysły na przemyślenia, bądź też gdy to życie samo w sobie je kreuje podsuwając mi inspiracje, nie waham się ani chwili i po prostu zasiadam do laptopa pośród swoich czterech ścian i piszę - wylewając z siebie prawie wszystko. 
     Dlatego też, by już nie przedłużać, chciałabym zaprosić Was do przeczytania poniższych punktów, w których jak zawsze może być nieco chaotycznie, ale to tylko pokazuje, że wszystko, co tutaj dla Was tworzę jest pisanie pod wpływem nagłego impulsu, jakiegoś tchnienia i przez to staje się po prawdziwe. Zero udawania. Tylko prawda płynąca z moich myśli. 

poniedziałek, 1 lutego 2016

     Styczeń przeminął, więc przydałoby się jakieś czytelnicze podsumowanie tego miesiąca. Niestety, tym razem nie był to miesiąc bogaty w mnóstwo lektur, gdyż studia stanowiły mój priorytet. Mnóstwo zaliczeń, zbliżająca się sesja, którą oficjalnie dzisiaj rozpoczęłam i raczej nieprędko skończę, sprawiły, że nie miałam czasu by zagłębiać się w ciekawych historiach. Nawet nie wiecie, jak książkoholika boli serduszko na myśl, że tyle cudownych książek czeka, a nie można po nie sięgnąć, bo trzeba zrobić coś innego... Ale cóż, może luty, mimo trwającej sesji, pozwoli mi jednak nadrobić trochę zaległości. Stąd też, oprócz podsumowania stycznia, przedstawię Wam pokrótce moje plany czytelnicze na luty. Tak więc, nie przedłużając, zapraszam Was na do przeczytania poniższych punktów. 

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *