piątek, 30 września 2016

WRZESIEŃ

     Zgodnie z tym, co zapoczątkowałam w lipcu, nadszedł dzisiaj czas na kolejną serię cytatów - tym razem tych, jakie zachwyciły mnie we wrześniowych lekturach. Łącznie udało mi się przeczytać siedem książek, chociaż recenzja ostatniej, po jaką udało mi się sięgnąć, pojawi się już w październiku. Sporo historii, jakie tym razem pochłaniałam, chwyciło mnie za serducho, bądź też po prostu usatysfakcjonowało, ale były też pewne wyjątki - historie, w których "coś" mi nie grało. O tym jednak więcej w podsumowaniu czytelniczym, które pojawi się niebawem.
     Natomiast teraz zapraszam Was serdecznie do przeczytania poniższych cytatów - być może któryś z nich również i w Was wywoła pozytywne odczucia bądź po prostu zapadnie Wam w pamięci.

7. Sarah Dessen - "Coś świętego"

"Z reguły okazujemy słabość wobec tych, którzy potrafią nas wesprzeć."

6. Carlos Ruiz Zafon - "Więzień nieba"

"-Człowiek czasem ma już dość uciekania - wtrącił Fermin. - Świat staje się bardzo mały, kiedy nie masz gdzie się podziać."

5. Anna McPartlin - "Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu"

"-Chciałabym być teraz gdzieś indziej - oznajmiła w pewnej chwili Bridie.
-Gdzie, mamo?
-Tam, dokąd chodzi Jeremy.
-Czyli gdzie? Dokąd chodzi Jeremy? - Na ułamek sekundy w sercu Maisie pojawiła się nadzieja. Może Jeremy powiedział babci o czymś, co zataił przed resztą rodziny?
-Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu..."

4. Carlos Ruiz Zafon - "Więzień nieba"

"Wariatem jest ten, kto ma się za całkowicie normalnego, a za nienormalnych uważa całą resztę..."

3. Sarah Dessen - "Coś świętego"

"Stojąc w obliczu tego, co najtrudniejsze, pragniemy zawrócić, ukryć się w naszym niewidzialnym miejscu. Ale to niemożliwe. I dlatego tak ważne jest nie tylko to, by ktoś nas widział, ale również i to, byśmy byli potrzebni..."

2. Nadia Hashimi - "Kiedy księżyc jest nisko"

"Los w końcu wszystko naprawia, ale dopiero po tym, kiedy cała praca zostanie wykonana, wszystkie łzy przelane, kiedy już się przetrwa wszystkie bezsenne noce."

1. Carlos Ruiz Zafon - "Więzień nieba"

"-Wie pan, któregoś dnia budzi się pan rano i uświadamia sobie nagle, że wszystkie pociągi już odjechały.
-Zawsze jest jakiś pociąg, do którego jeszcze można wsiąść. Zawsze."



     Kolejny raz prym wiedzie autor Cmentarza Zapomnianych Książek. Jednak nic nie poradzę na to, że sposób, w jaki tworzy słowa, buduje zdania i wrzuca do nich nutkę czegoś, co przyciąga, tak mnie zachwyca. No cóż - powtórzę się kolejny raz, ale Zafon to dla mnie naprawdę Mistrz Słowa. 
     W najbliższych dniach pojawią się natomiast kolejne wpisy - podsumowanie czytelnicze września wraz z planami czytelniczymi na październik, recenzja "Glorii", a później - zobaczymy co jeszcze. Póki co - trzymajcie się! 

poniedziałek, 26 września 2016

Autor: Suzanne Collins
Tytuł: Gregor i Kod Pazura
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 368
Ocena: 5.5/6
Premiera: 28 września 2016r.

    Gdy któregoś dnia postanowiłam sięgnąć po pierwszą z pięciu książek o przygodach Gregora, nie spodziewałam się, że tak bardzo spodoba mi się ta historia - pozornie skierowana dla młodszych czytelników, co więcej z gatunku fantastyki, po jaką wiecie, że sięgam bardzo rzadko. Mimo to Suzanne Collins udało się stworzyć cykl, który pochłonął mnie całkowicie, dlatego też nie mogłam odpuścić ostatniego już tomu tych niesamowitych przygód. "Gregor i Kod Pazura" to zatem książka będąca moją ostatnią wędrówką do świata Podziemnych, która to okazała się być idealnym zwieńczeniem całego cyklu i pozostawiła jedynie lekki żal, że ta cała historia już się skończyła.
     Gregor wciąż pozostaje w Podziemiu. Wyprawa na Ognistą Ziemię przyniosła sporo szkód, a nadal pozostali tam przyjaciele chłopca, do których to postanawia wrócić. Co więcej, Gregor dowiaduje się o Przepowiedni Czasu. Do tej pory wszyscy w Podziemiu usilnie chronili go przed jej przeczytaniem. Okazuje się bowiem, że zapowiada ona coś strasznego - śmierć wojownika. Do Regalii natomiast zbliża się armia szczurów, zwiastująca rozpoczęcie się prawdziwej wojny. Każdy może zginąć - bez względu na gatunek, a to Gregor ma być tym, który sam tracąc życie w walce, pokona Mortifera - najstraszniejszego ze wszystkich szczurów. Dodatkowo, oprócz walk, mieszkańcy Regalii próbują rozwiązać skomplikowany Kod Pazura, a na domiar wszystkiego zjawia się nowa, tajemnicza księżniczka. Jak zatem potoczą się losy mieszkańców Podziemia? Jaki udział w tym wszystkim będzie miał Gregor? Czy chłopiec zgodnie z Przepowiednią Czasu zginie z rąk Mortifera? A może tak naprawdę przepowiednie nigdy nie miały znaczenia? Odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdziecie w książce "Gregor i Kod Pazura".
       Podeszłam do tej książki ze spokojem wiedząc, że do tej pory każda część przygód Gregora została napisana niezwykle ciekawie, od pierwszych stron wciągając czytelnika do tego fantastycznego świata. W pewnym sensie miałam jednak nadzieję, że skoro jest to ostatni tom, to okaże się być najlepszym, idealnie kończącym cały cykl. I wiecie co? Tak właśnie było! Trzeba przyznać, że styl, jakim posługuje się autorka, po raz kolejny wciągnął mnie bez reszty. Tej książki się nie czyta, ją się pochłania, nie spostrzegając się nawet, kiedy zdążyło się czytać te wszystkie strony. Tempo akcji od samego początku jest niezwykle szybkie i ani na chwilę nie zwalnia, wciągając czytelnika w wir wydarzeń. Dodatkowo, wciąż czuć pewnego rodzaju napięcie, jak także nie brakuje nieoczekiwanych zwrotów akcji. Kiedy już wydaje się, że wszystko jasne, nagle pojawia się nowa informacja bądź też sytuacja, która jeszcze bardziej zapętla całą fabułę. Ta część zdecydowanie należy do jednej z lepszych i podobnie jak to było przy okazji chociażby trzeciego tomu - sprawia, że czytelnik z niecierpliwością śledzi losy bohaterów zastanawiając się jaki będzie koniec, bo - chociaż pozornie jest on dość przewidywalny - to mimo wszystko pragnie się na własne oczy zobaczyć, czy przypuszczenia finalnie okażą się prawdziwe.
        Co więcej, najbardziej spodobał mi się motyw samego Kodu Pazura, bo w pewnym sensie był on nieco jak matematyczna zagadka... Dlatego też, przyznam się szczerze, że mnie samej przyniosła frajdę próba rozszyfrowywania go, szczególnie, gdy w kilku miejscach pojawiały się zdania zapisane za pomocą symboli, które dopasowywałam sobie do odpowiednich liter. Jednak oprócz tych wszystkich aspektów o jakich wspomniałam i tym, że tak naprawdę książka przedstawia fantastyczny świat, to jest to opowieść pokazująca różne aspekty życia. Uświadamia, jak wojna - jakakolwiek by nie była - potrafi przynosić jedynie szkody sprawiając, że giną niewinne osoby, które później opłakiwane są przez swoich bliskich. Jednocześnie jest to opowieść o sile przyjaźni, o ogromnym przywiązaniu, a także o tym, że dla ludzi, których kochamy jesteśmy w stanie poświęcić naprawdę wiele. Dlatego też po raz kolejny urzekła mnie historia Gregora i żałuję, że to moje ostatnie już spotkanie z chłopcem i jego rodziną oraz przyjaciółmi.
       Bohaterowie z kolei, podobnie jak w poprzednich częściach, zostali wykreowani niezwykle ciekawie. Autorka tworzy kreacje, które zapadają w pamięci poprzez swoje specyficzne cechy charakteru. Sam Gregor przeszedł przez te wszystkie tomy ogromną metamorfozę - z niepewnego, strachliwego chłopca, stał się prawdziwym wojownikiem. Aż momentami drżałam na myśl, że ciemna strona bohatera może nim zawładnąć, ale - tutaj może lekko spoileruję - na szczęście tak się nie stało. Nie zabrakło tutaj również uroczej Botki, jaka to towarzyszy Gregorowi od samego początku, czy też wielu postaci, jakich nie da się nie polubić: wojowniczej, odważnej Luksy, sarkastycznego, ale jednocześnie troskliwego, Riperda, czy też prawdziwego przyjaciela chłopca - nietoperza Aresa. Powracają też bohaterowie nie do końca lubiani, jak Solovet, dla której liczy się tylko walka. Tak czy siak, autorka po raz kolejny stworzyła ciekawie postacie.
           Podsumowując, jeżeli do tej pory sięgnęliście po poprzednie tomy i wciągnęły Was one do świata Podziemia, to przeczytanie ostatniej części przygód Gregora jest wprost wskazane! Myślę, że się nie zawiedziecie i wraz z bohaterami będziecie przeżywacie te wszystkie przygody, jednocześnie momentami śmiejąc się od ucha do ucha, czując frustrację na niektóre zachowania, a nawet wyciskając z oczu małą łezkę wzruszenia. Natomiast jeśli nie poznaliście w ogóle tej serii, to zdecydowanie polecam - jak dla mnie to książki, które mimo iż początkowo myślałam, że skierowane są do młodszych czytelników, to piąta część utwierdza mnie w przekonaniu, że tak naprawdę historia stworzona przez Suzanne Collins trafi do każdego. Serdecznie polecam.
         Najbliższy tydzień zapowiada się u mnie intensywnie, dlatego mimo że kończę czytać kolejną książkę, to nowych tekstów możecie się spodziewać dopiero pod koniec tygodnia. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

sobota, 24 września 2016

PREMIERY WRZEŚNIA - WYDAWNICTWO IUVI
     Dzisiejszy wpis będzie krótki, zwięzły i na temat - a jaki? Sami dobrze widzicie. Chciałabym krótko napisać Wam o nadchodzących premierach wydawnictwa IUVI, z którym wciąż mam okazję współpracować, co też bardzo sobie cenię. ;) Tym samym nie ma sensu przedłużać tego wstępu, dlatego zapraszam Was serdecznie do przeczytania poniższych, krótkich punktów.

1. Ostatnia podróż do Podziemia - czyli "Gregor i Kod Pazura"

Autor: Suzanne Collins
Tytuł: Gregor i Kod Pazura
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 368
Premiera: 28 września
"Wszyscy w Podziemiu robią, co mogą, by Gregor nie poznał Przepowiedni Czasu. Chłopiec podejrzewał, że jest w niej coś strasznego, lecz nie wyobrażał sobie, do jakiego stopnia: przepowiednia zapowiada śmierć wojownika. Teraz, gdy do Regalii zbliża się armia szczurów, a w mieście pozostały mama i siostra Gregora, wojownik musi odnaleźć w sobie siły, by bezpiecznie zaprowadzić rodzinę do domu i pomóc Regalianom się bronić. Los Podziemia leży w rękach Gregora, a czas płynie. Jest kod do złamania, tajemnicza nowa księżniczka, coraz silniejsza ciemna strona Gregora oraz wojna, która ma zakończyć wszystkie wojny." (źródło: tutaj)

Pamiętam, gdy któregoś dnia stwierdziłam, że chętnie sięgnęłabym po cykl o Gregorze. Dzięki uprzejmości wydawnictwa IUVI dostałam szansę, by towarzyszyć chłopcu w całej jego wędrówce ścieżkami Podziemia. Do tej pory każdy tom zaskakiwał na swój własny sposób. Jedne przekonywały mnie całkowicie, gdy w innych coś mi nie grało, lecz siłą rzeczy wciągnęłam się do tego fantastycznego świata. Dlatego też nie wyobrażam sobie, by nie sięgnąć po tę książkę - mam nadzieję, że własnie ta ostatnia część okaże się być najlepszą i dosadną tak, by zaspokoić ciekawość czytelnika. Cóż - jak będzie, to się okaże, bo książka czeka na mojej półce i zamierzam jak najszybciej wziąć się za czytanie. Wam natomiast polecam serię o Gregorze, a jeżeli również czytaliście do tej pory wszystkie części, to myślę, że sięgnięcie po ostatni, piąty tom cyklu, jest wręcz wskazane!

2. Lubisz świat magii? W takim razie "Królik Iluzjonista" to coś dla Ciebie!


Autor: Patricia Geis
Tytuł: Królik Iluzjonista
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 32
Premiera: 28 września
"Królik Iluzjonista zaprasza na niesamowity Festiwal Sztuk Magicznych! Usiądź wygodnie i daj się porwać wielkiej księdze iluzji, która odkryje przed Tobą sztuczki przekraczające granice między tym, co możliwe, a tym, co nierealne.
Iluzje i złudzenia optyczne, niespodziewane magiczne efekty wystawią Twoje zmysły na próbę.
Pamiętaj! Nic nie jest takie, jakie się wydaje!" (źródło: tutaj)


Jeżeli więc interesują Was wszelkie magiczne sztuczki, a także iluzje optyczne (które swoją drogą są naprawdę ciekawe - kilkakrotnie oglądałam wiele z nich), to myślę, że sięgnięcie po tę, tak naprawdę książeczkę, to strzał w dziesiątkę. Co więcej, uważam, że to lektura, jaka idealna będzie już dla najmłodszych - w końcu to właśnie dzieci chętnie szukają wszędzie magii. ;)

   
PREMIERY WRZEŚNIA - WYDAWNICTWO IUVI

     Tym samym przechodzę powoli do końca tego wpisu, mając nadzieję, że zachęciłam Was do zapoznania się z wrześniowymi premierami wydawnictwa IUVI. Natomiast niebawem pojawi się tutaj przedpremierowa recenzja książki o Gregorze, stąd - bądźcie czujni. Póki co - trzymajcie się!

Zdjęcia udostępnione zostały przez wydawnictwo IUVI.

czwartek, 22 września 2016

"Stojąc w obliczu tego, co najtrudniejsze, pragniemy zawrócić, ukryć się w naszym niewidzialnym miejscu. Ale to niemożliwe. I dlatego tak ważne jest nie tylko to, by ktoś nas widział, ale również i to, byśmy byli potrzebni..."

Autor: Sarah Dessen
Tytuł: Coś świętego
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 383
Ocena: 5.5/6
     Znacie to uczucie, kiedy już poznaliście czyjąś twórczość i w większości przypadków miło spędzaliście przy niej czas, a chociaż czasami nie do końca Was satysfakcjonowała, to jednak macie ochotę ponownie sięgnąć po historię stworzoną przez danego autora/autorkę? Cóż - osobiście taką sytuację mam za każdym razem, gdy widzę nazwisko Sarah Dessen. Do tej pory miałam z nią do czynienia już trzykrotnie. Dwukrotnie jej historie niezwykle do mnie trafiły sprawiając, że miło spędziłam czas przy lekturze i jednocześnie wciąż pamiętam zarys tych opowieści. W jednym z kolei przypadku, przy okazji tytułu "Gwiazda z nieba i jeszcze więcej" nie do końca zostałam usatysfakcjonowana. Mimo to, gdy wśród propozycji recenzenckich ujrzałam nowy tytuł tej autorki, nie wahałam się ani chwili, by sięgnąć po "Coś świętego". Będąc już po lekturze nie żałuję, a wręcz przeciwnie - dzięki tej książce na jeden dzień przeniosłam się do tego czytelniczego świata, chcąc jak najdłużej śledzić losy bohaterów.
       Siedemnastoletnia Sydney - główna bohaterka książki, tudzież narratorka wszystkich wydarzeń, to dziewczyna, która odkąd pamięta czuła się niewidzialna. Będąc w cieniu starszego, charyzmatycznego brata, jednocześnie obiektu dumy i uwielbienia rodziców, czuła się spychana na dalszy plan. Sytuacji nie zmienił nawet fakt, gdy Peyton zaczął wdawać się w złe towarzystwo, a coraz to nowsze wybryki ostatecznie doprowadziły od tragedii. Brat Sydney, wracając pijany od znajomych, potrącił piętnastoletniego chłopca, tym samym skazując siebie na pobyt w więzieniu, a niewinne dziecko do życia na wózku. Jednak i wtedy Sydney pozostaje w cieniu, gdy jej rodzice, w szczególności matka, ciągle zamartwiają się o syna i robią wszystko, by jakoś mu pomóc. Pozostawiona więc sama sobie, zaprzyjaźnia się z rodziną Chathmanów, gdzie życie wydaje jej się być całkowicie inne niż w świecie, w jakim przyszło jej do tej pory przebywać. Szczególna więź łączy ją z Laylą, która to staje się jej prawdziwą przyjaciółką, ale też z jej mamą, która mimo choroby, wydaje się być dla każdego oparciem. Jednak to głównie Mac - opiekuńczy, starszy brat Layli, budzi zainteresowanie Sydney i stopniowo sprawia, że dziewczyna ma wrażenie, iż w końcu staje się widzialna... Jak zatem potoczą się jej losy? Czy między nią a chłopakiem zrodzi się głębsze uczucie? Czy rodzice Sydney w końcu zrozumieją wszelkie emocje, jakie targają ich córką? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście sięgając po książkę "Coś świętego".
      Po raz kolejny muszę przyznać, że co jak co, ale akurat ta autorka może pochwalić się niezwykle lekkim piórem. Jej powieści się nie czyta - je się pochłania, z każdą stroną chcąc więcej i więcej. Chociaż sam język, jakim się posługuje jest lekki, to jednocześnie niebanalny, dzięki czemu kilkakrotnie można znaleźć fragmenty skłaniające do refleksji. Po wcześniejszych doświadczeniach z jej twórczością wiedziałam, że mimo iż tworzy ona młodzieżówki, to nie muszę obawiać się jakiejś płytkiej historii z absurdalnymi wydarzeniami czy też irytującymi bohaterami. Tutaj Sarah Dessen, ponownie urzekła mnie niby tak prostym pomysłem na fabułę, lecz wykonanym w taki sposób, że nie dało się tego nie polubić. Tym, co przyciąga mnie do stylu tej autorki jest fakt, że stopniuje ona napięcie i całą akcję. Wszystko rozwija się powoli, a nie tak, jak to często w młodzieżówkach bywa - po raptem kilku dniach życie bohatera wywraca się do góry nogami, poznaje wielką miłość, z którą to rzucają się na siebie od razu. Na całe szczęście Sarah Dessen za każdym razem stosuje tą spokojną fabułę, dzięki której czytelnik nie dostaje wyłożonego na tacy wszystkiego, co ma się wydarzyć, a stopniowo odkrywa coraz to nowsze sytuacje.
     Tak naprawdę przeczytałam tę książkę w raptem jeden dzień. Gdy tylko zaczęłam przekładać kolejne strony, nie mogłam się od nich oderwać. Historia Sydney niezwykle przypadła mi do gustu, a bohaterowie, jacy się pojawiali, w tym przede wszystkim rodzina Chathmanów sprawiali, że przy tej książce przeżywało się sporo pozytywnych emocji. Chociaż po młodzieżówce zazwyczaj spodziewa się, że romans będzie wiódł pierwsze skrzypce, już kilkakrotnie przekonałam się, że w przypadku tej autorki tak naprawdę sens książek zapisany jest zawsze w czymś innym, a miłość to tylko jeden z wielu wątków, które dodają całości subtelności. Tak było i tym razem. Jest to bowiem historia o tym, że w tym naszym życiu nic nie jest tylko białe lub tylko czarne. Pokazuje, że często popełniamy błędy i powinniśmy za nie zapłacić, by zrozumieć, że niektóre nasze czyny mogą krzywdzić innych. To także historia jaka uświadamia, że na swojej drodze można przypadkiem spotkać życzliwych ludzi, dzięki którym nasz osobisty, mały świat, nabiera dodatkowych kolorów. Jednocześnie to piękna opowieść o prawdziwej przyjaźni, pierwszych zakochaniach, ale też o wszelkich blaskach i cieniach całego, tego niezwykle kruchego, życia.
      To, o czym jeszcze chciałabym wspomnieć, to między innymi tytuł tej historii. Początkowo zastanawiało mnie dlaczego taki, a nie inny. Przez sporą część wciąż nie mogłam tego rozgryźć. Jednak w pewnym momencie stało się to dla mnie jasne. Sam tytuł nawiązuje poniekąd do tego, iż Mac nosił medalik ze świętym, który miał go chronić. Co więcej, wokół wątku właśnie świętych, mieści się jeszcze kilka takich scen, gdzie to "coś świętego", jak głosi tytuł - się pojawia. Stąd też okładka, chociaż początkowo nie przypadła mi do gustu, to po zamknięciu książki zrozumiałam, że pasuje tutaj idealnie. Natomiast jeszcze jedną, ciekawą kwestią jest zakończenie. Podobnie, jak przy ostatniej lekturze, także tutaj dostaje się je nieco w formie otwartej. Jednak tym razem nie przeszkadzało mi to, a wręcz przeciwnie - uważam, że kilka ostatnich zdań świetnie podsumowuje tę historię i nawet jeżeli pozostawia domysły, to mimo wszystko tutaj nie mam problemu z dopowiedzeniem sobie własnego zakończenia.
      Bohaterowie z kolei zostali wykreowani, jak na autorkę przystało, niezwykle ciekawie. Jedni od razu zyskują sympatię czytelnika, kiedy inni nie są w stanie uzyskać jej do samego końca. Sama postać Sydney znowu została stworzona świetnie. Uwielbiam, gdy główna bohaterka jest osobą, z jaką sama chętnie bym się zaprzyjaźniła, a nie tworzy postaci, którą mam ochotę rozerwać na strzępy. Stąd też Sydney urzekła mnie swoim sposobem bycia i chociaż czasami tylko lekko denerwowała mnie jej ciągła uległość w stosunku do wszelkich decyzji rodziców i brak stanowczości, to mimo wszystko jawi się jako wrażliwa, troskliwa i odpowiedzialna dziewczyna. Niezwykle polubiłam też Laylę, która miała w sobie tyle charyzmy, że nie dało się przejść obok niej obojętnie. Natomiast opiekuńczy Mac był typem chłopaka, którego pewnie sporo dziewczyn chciałoby mieć. Też zyskał moją sympatię, jednak brakowało mi w nim momentami czegoś, co bardziej by do niego przyciągało, jakiejś specyficznej cechy charakteru. Natomiast postaciami, jakie troszeczkę doprowadzały mnie do szału była mama Sydney - kobieta, dla której miałam wrażenie, że liczy się tylko syn i co gorsze - traktowała go tak, jakby wcale nie popełnił wykroczenia, za które musi odbyć karę oraz Ames - przyjaciel rodziny, który od początku pełen był fałszywości. Tak czy siak, autorka stworzyła naprawdę dobre postacie.
     Podsumowując, polecam Wam sięgnięcie po książkę "Coś świętego", jeżeli macie ochotę na lekką lekturę na jakiś jesienny wieczór, ale jednocześnie taką, przy której Wasze ciśnienie nie skoczy z nerwów na bohaterów, lecz wręcz przeciwnie - będziecie chcieli śledzić ich losy jak najdłużej. Sarah Dessen po raz kolejny mnie urzekła i mam jedynie nadzieję, że niebawem znowu będę miała okazję sięgnąć po jakąś jej książkę.
    Niebawem pojawi się kilka nowych wpisów - zapowiedź premier jednego wydawnictwa, a także kolejne recenzje. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

środa, 21 września 2016

"Los w końcu wszystko naprawia, ale dopiero po tym, kiedy cała praca zostanie wykonana, wszystkie łzy przelane, kiedy już się przetrwa wszystkie bezsenne noce."

Autor: Nadia Hashimi
Tytuł: Kiedy księżyc jest nisko
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 392
Ocena: 5.5/6
     Są takie historie, które poruszają do głębi sprawiając, że człowiek na chwilę odcina się od tej swojej rzeczywistości i zastanawia się jak zachowałby się na miejscu bohaterów. Taką właśnie książką jest "Kiedy księżyc jest nisko", którą napisała Nadia Hashimi. To opowieść o odważnej kobiecie, która wraz z dziećmi opuściła swój kraj - Afganistan - w poszukiwaniu lepszego świata. Jednocześnie to skłaniająca do przemyśleń historia o życiu uchodźcy, o wszelkich wzlotach i upadkach, jakie towarzyszą próbie odnalezienia życiowego spokoju, a także o ciągłym ryzyku i chęci przetrwania. Bardzo dobra książka, o której nie tak łatwo zapomnieć.
     Feriba - główna bohaterka książki - to kobieta, która od najmłodszych lat spotykała się z cierpieniem. Wraz z jej przyjściem na świat, los zabrał jej ukochaną matkę. Wychowywana przez drugą żonę ojca, przez wiele lat czuje się niedopasowana do świata, w jakim przyszło jej żyć i wielokrotnie odczuwa brak prawdziwej matki, która kochałaby ją całym sercem. Kiedy jednak wychodzi za mąż za Mahmuda, odnajduje wreszcie rodzinę, która w pełni ją akceptuje. Wraz z mężem i dziećmi wiedzie szczęśliwe życie do czasu, gdy Afganistan staje się coraz bardziej niebezpieczny, a wojna, jaka wybucha sprawia, że nagle całe ich życie ulega zmianie. Co więcej, jej mąż, zostaje niesłusznie zamordowany. Feriba wie, że musi zrobić wszystko, by ocalić swoje dzieci. Pod osłoną fałszywych dokumentów i dzięki życzliwości wielu napotkanych na swojej drodze ludzi, stopniowo realizuje plan dostania się do rodziny mieszkającej w Anglii. Jednak w Grecji rozgrywa się dramat - Feriba z dwójką młodszych dzieci zostaje rozdzielona z najstarszym synem - Selimem. Jak zatem potoczą się ich dalsze losy? Co takiego wydarzyło się w Grecji? Czy uda się im dotrzeć do Anglii? Jakie decyzje podejmie Feriba, a jakie Selim? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście sięgając po książkę "Kiedy księżyc jest nisko".
       Muszę przyznać, że gdy zaczęłam czytać tę książkę, początkowo nie mogłam wbić się w jej rytm. Szło mi to troszkę wolno, dlatego obawiałam się, że taki stan potrwa do samego końca. Na szczęście po kilku rozdziałach zdałam sobie sprawę, że nic bardziej mylnego! Wkręciłam się w tę historię na tyle, że nie mogłam się od niej oderwać i z ogromnym przejęciem śledziłam losy bohaterów. Początkowo czytelnik dostaje wiele informacji o życiu Feriby przed poślubieniem Mahmuda. Dzięki nim, może zapoznać się z panującymi w Afganistanie, zwyczajami dotyczącymi przeróżnych spraw, w tym też samego zamążpójścia. Fabuła jest więc spokojna i stonowana do czasu, gdy w kraju wybucha wojna. Akcja momentalnie staje się szybsza, a wszelkie wydarzenia w niektórych momentach stają się błyskawiczne. To właśnie wtedy w czytelniku zasiane zostaje ziarenko niepokoju, jakie towarzyszy już do samego końca i tak naprawdę jeszcze dłużej, bowiem zakończenie ma w pewnym sensie charakter otwarty. Książkę więc, mimo początkowej, wolnej akcji, po raptem kilku rozdziałach, czyta się błyskawicznie, nie mogąc się od niej oderwać i chcąc śledzić losy bohaterów cały czas. 
          Najważniejszym problemem, jaki dotyka ta opowieść to problem nie tylko wybuchu wojny w Afganistanie, co też pojawienia się uchodźców i w zasadzie samego tego pojęcia. Ludzie, którzy do tej pory wiedli szczęśliwe i unormowane życie w Kabulu, nagle ścierają się z mrocznym obliczem wojny. Nikt nie czuje się bezpieczny, a jakikolwiek ruch może sprawić, że będzie on tym ostatnim. Ci, którzy do tej pory czuli się wolni, nagle zostają przyparci do muru i odbieranie jest im wręcz wszystko - możliwość wykonywania zawodu czy uczęszczania do szkół, swobodne poruszanie się po uliczkach, wolność słowa i wiele, wiele innych aspektów, jakie do tej pory były czymś całkowicie normalnym. Dzieci zamiast prowadzić beztroskie dzieciństwo, żyją w ciągłym strachu, a rodzice, którzy zrobiliby wszystko, by wychować swoje pociechy w kraju, gdzie nic im nie grozi, sami drżą na myśl, że jeden wybuch może odebrać im całe dotychczasowe życie. Dlatego też decydują się, często na to, by opuścić swój kraj i szukać spokoju gdzieś indziej. Wielu z nich przemierza kolejne kraje, lecz żyje w ciągłym strachu, iż zostaną odesłani tam, skąd przyszli. Nigdzie nie czują się w pełni bezpieczni, a gdziekolwiek by się nie udali i tak traktowani są jako ktoś obcy, często spotykając się z wrogością... 
      Jest to więc poruszająca historia, która pokazuje, jak tak naprawdę wygląda życie uchodźcy. Co więcej, pełna autentyczności sprawia, że na długo pozostaje w myślach. Bo w tej opowieści nie ma ubarwiania. Nic nie jest pewne, a każdy ruch może okazać się zgubny. Świat nie jest pokazywany jedynie w dobrych barwach, a wielokrotnie ujawnia swoje prawdziwe, brutalne oblicze. Jednocześnie w pewnym sensie daje też nadzieję na to, że mimo przeciwności, da się je pokonać - spotykając na swojej drodze nieliczną, ludzką życzliwość, jak przede wszystkim wierząc w lepsze jutro, nie poddając się ani na chwilę, bo chęć przetrwania przyćmiewa całe zło, jakie staje na drodze. Polecam Wam sięgnięcie po tę pełną emocji książkę, ponieważ to zdecydowanie wartościowa lektura, poruszająca trudne tematy i skłaniająca do przemyśleń.
      Sam styl autorki jest z kolei bardzo przyjemny w odbiorze. Nadia Hashimi ma lekkie pióro, którym jednocześnie wielokrotnie udowadnia, że potrafi budować piękne, skłaniające do refleksji, zdania. Podobał mi się też zabieg związany z narracją. Otóż w większości rolę narratora pełni Feriba, jednak są też rozdziały dotyczące Selima, a one napisane zostały z perspektywy narratora trzecioosobowego. Jedyna rzecz, jaka troszkę mnie, może nie tyle zawiodła, co sprawiła, że nie jestem w pełni usatysfakcjonowana, to zakończenie. Ma ono, jak już wspomniałam, formę otwartą. Sama co do tego typu zakończeń mam podzielone odczucia - raz mi się podobają, innym razem właśnie pozostawiają lekki niedosyt. W przypadku akurat tej historii, czuję tę pewnego rodzaju pustkę, bo bardzo trudno było mi się rozstać z bohaterami.W zasadzie do ostatniej strony pragnęłam poznać takie całkowite rozwiązanie całej tej historii, a tutaj jednak zakończenie w dalszym ciągu utrzymuje ten niepokój i sprawia, że niby można na własny sposób dopowiedzieć sobie tę opowieść, ale ja nie potrafię tego zrobić. Przede wszystkim dlatego, że całość miała na tyle trudną tematykę i pełna była wielu krytycznych zwrotów akcji, że zostawienie otwartego zakończenia wcale nie skłania czytelnika do snucia już pozytywnych wizji i pozostawiania właśnie to uczucie niepewności. 
      Bohaterowie z kolei zostali wykreowani niezwykle ciekawie. Muszę przyznać, że autorka stworzyła świetne postaci, w tym przede wszystkim samą Feribę. To kobieta silna i chociaż kilkakrotnie w swoim życiu spotykała się z rozczarowaniami i smutnymi wydarzeniami, to w dalszym ciągu ma w sobie ogromną determinację. Wszystko co robi, robi z myślą o dzieciach - jedynych jasnych stronach życia, jakie jej pozostały. Podziwiałam jej podejście i to, że kilkakrotnie musiała podejmować niezwykle ryzykowne decyzje. Sporo jest tutaj też Selima, który początkowo nie do końca zyskał moją sympatię, lecz wraz z kolejnymi stronami otrzymywał jej coraz więcej. Natomiast bohaterką, której nie polubiłam, a też było jej sporo, to koko Gul - druga żona ojca Feriby. 
        Podsumowując, "Kiedy księżyc jest nisko" to opowieść, którą warto przeczytać. Porusza trudny temat, jakim jest ucieczka z kraju nękanego wojną, do lepszego świata. Jednocześnie to historia, jaka pokazuje, że życie uchodźcy pełne jest ryzyka i jedyne, co często determinuje do jego podjęcia, jest chęć przetrwania i odnalezienia upragnionego spokoju. Polecam serdecznie.
       Niedługo pojawią się tutaj kolejne teksty - sporo książek do recenzji dotarło do mnie w tym tygodniu, stąd spodziewajcie się książkowej końcówki września. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Wydawnictwu Kobiecemu

P.S. Wraz z tą książką wypełniłam już wyzwanie "52 książki 2016", ale oczywiście zamierzam przeczytać ich w tym roku jeszcze sporo! ;)

poniedziałek, 19 września 2016

     Ostatnio spory czas balansowałam pomiędzy mocnymi brzmieniami, które były mi niezwykle potrzebne i dzięki którym kilkakrotnie negatywne emocje gdzieś ulatywały, a także tymi bardzo spokojnymi utworami, jakie momentami wywoływały melancholię, ale jednocześnie koiły zmysły. Tym samym, trafiłam w ciągu ostatnich dni na parę kawałków, jakie należą do tych zdecydowanie spokojniejszych. Jednocześnie całkowicie chwyciły mnie za serce sprawiając, że nie mogę przestać ich słuchać.
     Dlatego też chciałabym się podzielić z Wami trzema pięknymi utworami. Dwa z nich należą do wykonawców, o jakich nie miałam do tej pory pojęcia, ale dzięki piosenkom, na jakie natrafiłam, zamierzam bliżej przyjrzeć się ich twórczości. Trzeci z kolei utwór należy do grupy, jaką dobrze znam i lubię od czasu do czasu posłuchać, ale dopiero teraz jeden z ich kawałków sprawił, że całkowicie się w nim zakochałam. Stąd też, by już nie przedłużać, zapraszam Was do przeczytania poniższych punktów!

1. Jaymes Young - "I'll be good"

"I'll be good, I'll be good
And I'll love the world like I should..."

     Gdy tylko usłyszałam pierwsze dźwięki tego utworu, przepadłam. A gdy parę sekund później dołączył do tego głos wokalisty, tym bardziej zostałam całkowicie urzeczona. Chociaż słucham tego kawałka od kilku dni nieprzerwanie, to pewnie jeszcze dużo czasu będzie musiało minąć zanim mi się znudzi. A pewnie i wtedy zrobię sobie od niego jedynie przerwę na jakiś czas, by później, w tych specjalnych chwilach, móc do niego powracać.
      Sam tekst jest piękny i chwytający za serce. Do tego dochodzi ta delikatna linia melodyczna i całość jest wprost rajem dla uszu. Gdybym chciała w jakiś sposób zinterpretować słowa, to mam wrażenie, że podmiot tekstu jest człowiekiem, który w swoim życiu popełnił sporo błędów. Być może niejednokrotnie ranił ludzi, którzy powinni być mu bliscy, ale też wątpił w rzeczy, w jakie nie powinien. Mimo to w końcu zdaje sobie on sprawę ze swoich czynów i postanawia sobie, że będzie po prostu lepszy i pokocha świat tak, jak powinien to zrobić dużo wcześniej.
      Polecam Wam więc przesłuchanie tego trwającego raptem cztery minuty utworu - być może i Was urzeknie tak, jak mnie.



2. Seafret - "Oceans"

"We hide our emotions
Under the surface and trying to pretend..."

    Tak się jakoś złożyło, że w tym samym czasie, co utwór "I'll be good", poznałam też "Oceans". W zasadzie stało się to dzięki autoodtwarzaniu na kanale youtube. Co tutaj dużo mówić - przepadłam całkowicie w tym kawałku, ale jednocześnie w twórczości Seafret, gdyż tego samego wieczoru przesłuchałam kilka innych ich piosenek. Każda urzeka mnie tak samo mocno, ale dziwnym trafem to właśnie "Oceans" trafiły jakoś w mój czuły punkt i sprawiły, że nie jestem w stanie przestać słuchać tego kawałka.
    Kiedy tak skupiam się na tej przepięknej, pełnej melancholii, linii melodycznej, do której dochodzą słowa, jakie niby banalne, a jednak uderzają w jakiś czuły punkt wewnątrz człowieka, to aż brakuje mi słów, bym mogła jakoś interpretować ten utwór na swój sposób. Mimo to, gdy go słucham, to cóż - mam wrażenie, że opowiada o ludziach, którzy boją się swoich uczuć. Zamiast jawnie o nich porozmawiać, ukrywają je i udają, że nic się nie dzieje, bądź też nigdy nic się nie stało. Nieważne, że być może stało się aż za wiele... Oni jednak wolą to przemilczeć, pozostawić niedopowiedziane i jedynie błąkające się gdzieś we wspomnieniach. Co więcej, to podmiot tekstu głównie stwierdza, że pomiędzy nim, a tą drugą osobą są oceany i to właśnie on jawnie wyraża swoje uczucia - tego, że tak mocno pragnie i potrzebuje tej właśnie drugiej osoby. Piękny, emocjonalny i wzruszający utwór.
       Dlatego przesłuchajcie, bo naprawdę warto. Może akurat Seafret również i Was zachwycą sprawiając, że zechcecie zapoznać się z innymi ich utworami.



3. Hurts - "Somebody to die for"

"I just need
Somebody to die for
Somebody to cry for
When I'm lonely..."

     Zespół Hurts kojarzę od dawna i od czasu do czasu słucham sobie ich kawałków, kiedy najdzie mnie taka ochota. Jednak nigdy specjalnie nie zagłębiałam się w ich twórczość. Często przesłuchiwałam sobie czy to "Wonderful life" czy też "Stay". Któregoś wieczoru postanowiłam jednak zwrócić uwagę na inne ich piosenki i cóż, przepadłam bez reszty w utworze "Somebody to die for". Wprost powiem nawet więcej - zakochałam się w nim: tekście, linii melodycznej, głosie wokalisty, wszystkim. 
     Pierwsze, co rzuca się w uszy, że tak to ujmę, kiedy wsłuchuje się w ten utwór, to fakt, że podmiot tekstu jest osobą, której brakuje jednego - prawdziwej miłości, kogoś, dla kogo mógłby, jak zresztą głosi tytuł, wręcz umrzeć. Cały czas podkreśla, że byłby w stanie zrobić wiele dla tej osoby i nawet nie potrzebowałby tego całego życia, jakie wiedzie, byle miał świadomość, że to ta właściwa osoba, jakiej może oddać swoje serce, dla której zniesie najgorsze cierpienia, za którą może nawet płakać, kiedy tęsknota będzie zbyt silna. Genialny, chwytający za serce utwór, który mnie osobiście powala na łopatki może tą banalnością, ale jednocześnie tym, że opowiada o czymś oczywistym, bo w końcu kto z nas nie potrzebuje jedynie kogoś, dla kogo wie, że mógłby zrobić wszystko i to z wzajemnością? No właśnie...
     Stąd też, odsyłam Was do poniższego linku, jeżeli jeszcze nie poznaliście tego utworu. Myślę, że to dobra chwila, by to nadrobić. 



     Tym samym przechodzę do końca tego wpisu, mając nadzieję, że dzisiejsza dawka - tym razem znowu melancholijnych utworów - Wam się spodobała. A może sami polecicie mi jakiś ciekawy kawałek, który chwyciłby mnie za serducho? Piszcie, chętnie poczytam. ;) 
     Niebawem znów się tutaj odezwę, najpewniej ze sporą ilością recenzji, bo książek do czytania mam co niemiara, Póki co - trzymajcie się! 

Wszystkie utwory znalezione na: youtube.
Fragmenty tekstów znalezione: tutaj.

sobota, 17 września 2016

"Wariatem jest ten, kto ma się za całkowicie normalnego, a za nienormalnych uważa całą resztę..."

Autor: Carlos Ruiz Zafon
Tytuł: Więzień nieba
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 416
Ocena: 5/6
     Kiedy tylko skończyłam czytać "Grę Anioła" Carlosa Ruiza Zafona, wiedziałam, że muszę jak najszybciej sięgnąć po kolejną część z serii Cmentarza Zapomnianych Książek. Przez długi czas myślałam, że jest to ostatni tom, a jednak okazuje się, że jest i kolejny, chociaż póki co nie wiadomo, kiedy będzie dostępny w Polsce. Mimo to już teraz wiem, że z niecierpliwością będę czekać na czwartą część tych wspaniałych historii, szczególnie, że "Więzień nieba" w pewnym sensie wywołał we mnie mieszane uczucia, ostatecznie jednak sprawiając, że poziom zaintrygowania zdecydowanie skoczył ku górze. To dobra historia, w której chociaż coś trochę mi zgrzytało, to ostatecznie pochłania się ją w mgnieniu oka i Zafon wciąż pozostaje dla mnie Mistrzem Słowa.
      Jest rok 1957. Daniel - główny bohater "Cienia wiatru" - to mąż pięknej Bei i ojciec małego Juliana. W dalszym ciągu wraz z ojcem prowadzi księgarnię Sempere i Synowie, której interesy niestety idą tak marnie, jak nigdy dotąd. Z kolei przyjaciel mężczyzny - Fermin Romero de Torres wkrótce ma porzucić stan kawalerski, jednak dziwnym trafem zbliżająca się ciągle data ślubu sprawia, że Fermin staje się zmartwiony. Daniel zastanawia się, co takiego spędza sen z powiek przyjacielowi, gdy nagle, ni stąd ni zowąd, poznaje odpowiedzi na te pytania. Pewnego bowiem dnia do księgarni przybywa tajemniczy jegomość. Wraz z tym wydarzeniem, Fermin postanawia opowiedzieć Danielowi o swojej przyszłości, a coraz to nowsze informacje sprawiają, że młodzieniec dowiaduje się "rzeczy, o których Barcelona wolałaby zapomnieć". Co takiego wydarzyło się w przeszłości Fermina? Jakie mroczne sekrety przez tyle lat chował w sobie mężczyzna? I jak te wszystkie informacje wpłyną na teraźniejszość, w tym na samego Daniela? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście sięgając po książkę "Więzień nieba". 
       Po raz kolejny Zafon udowadnia, że jego styl jest jedyny w swoim rodzaju i całkowicie nie do podrobienia. Uwielbiam to, w jaki sposób buduje zdania, sprawiając, że z jednej strony wywołują często wybuchy niekontrolowanego śmiechu, a z drugiej skłaniają do przemyśleń. Co więcej, wszystko co opisuje, chociażby dotyczyło najbardziej banalnych rzeczy, nie nudzi czytelnika, a wciąż ciekawi i intryguje. Stąd też, pochłonęłam tę historię w mgnieniu oka, nie mogąc się od niej oderwać i ciągle powtarzając sobie, że "jeszcze tylko jeden rozdział". Co ciekawsze, w przypadku tej książki, wydarzenia dzieją się na dwóch płaszczyznach czasowych. Jedną z nich jest teraźniejszość, czyli rok 1957, drugą natomiast przeszłość Fermina, czyli rok 1939, który to targany wojnami, odbił swoje piętno w każdym kraju, w tym też w Hiszpanii. Wydawać by się mogło, że przez takie przeskoki, czytelnik może pogubić się w wydarzeniach, jednak nic bardziej mylnego. Historia Fermina idealnie zgrywa się z teraźniejszością, lecz co lepsze - dzięki niej uzupełniane zostają fakty poznane we wcześniejszych książkach z serii Cmentarza Zapomnianych Książek. Narracja natomiast jest także różnorodna. Wydarzenia roku 1957 opisywane są z perspektywy Daniela, z kolei te z przeszłości napisane zostały przez zastosowanie narracji trzecioosobowej.
       Całość skupia się więc w dużej mierze na przyjacielu Daniela i faktycznie o wiele więcej jest tutaj tej przeszłości, aniżeli wydarzeń, jakie działyby się w teraźniejszości głównego bohatera "Cienia wiatru". Jednak, jak już wspomniałam, dzięki temu, historia z całego cyklu zostaje świetnie uzupełniona o nowe informacje. Trzeci tom jest więc opowieścią, jaka uświadamia, że w czasie wojny, człowiek jest w stanie dopuścić się wielu czynów, o jakich często wolałby zapomnieć. To także historia, która pokazuje, jak ważna jest prawdziwa przyjaźń i że potrafi ona przenosić wręcz góry, jeżeli tylko zajdzie taka potrzeba. To jednocześnie opowieść o sile zaufania, a także ziarenku niepewności, jakie często zostaje zasiane przez zatajone fakty, które całkowicie przypadkiem wpadają w czyjeś ręce. Dlatego też cieszę się, że mogłam kolejny raz przenieść się do tej Barcelony, by wraz z bohaterami przeżywać wszystkie wydarzenia.
          We wstępie wspomniałam jednak, że coś mi tutaj zgrzytało. Faktycznie, tak jak poprzednie dwie książki z tej serii pochłonęły mnie bez reszty na tyle, że nie znajdywałam niczego, do czego mogłabym się jakoś przyczepić, tak tutaj coś nie do końca mi grało. Przede wszystkim zabrakło mi tego, co szczególnie lubiłam, gdy tylko sięgałam po książki Zafona - uczucia pewnego niepokoju, które trzymałoby mnie w napięciu i sprawiało, że ta mroczna i tajemnicza Barcelona całkowicie by mnie pochłonęła. Nie wiem czy ja nie potrafiłam tego poczuć, czy po prostu ten tom nie miał w sobie tej nutki, ale jakkolwiek by nie było, bardzo zabrakło mi jakiegoś klimatu. Momentami miałam wrażenie, że wszystko jest trochę przegadane, jakby następowało takie typowe wyłożenie na tacy wszelkich faktów, bez większej próby zbudowania napięcia. Co więcej, w tej serii mało było też samej akcji, a przynajmniej jak dla mnie, w porównaniu do poprzednich książek, tutaj fabuła była zdecydowanie spokojniejsza. 
        Dlatego też trochę mi to zgrzytało i pewnie poczułabym się bardziej zawiedziona, gdyby nie fakt samego zakończenia i też sporej ilości stron tuż przed nim. To, w jaki sposób Zafon na nowo zamotał tę pozornie wyjaśnioną historię sprawił, że kiedy dobrnęłam do ostatniej strony, pomyślałam sobie - "kurczę, chcę więcej! Dlaczego to już koniec, no dlaczego?" Myślę więc, że autor celowo w taki sposób to wszystko rozegrał. Uspokoił nieco wydarzenia, dodał nowe fakty, by ostatecznie zaintrygować czytelnika na tyle mocno, by z niecierpliwością wyczekiwał na kolejny tom. Bo wiecie co? Po tym zakończeniu i ostatnich zdaniach, chcę więcej i więcej Zafona, Cmentarza Zapomnianych Książek i całej tej historii Daniela, bo czuję, że jak sam autor stwierdził, "prawdziwa historia jeszcze się nie skończyła. Dopiero się zaczęła". Dlatego nie pozostało mi nic innego, jak czekać na kolejny tom, który mam nadzieję, ponownie przeniesie mnie do tego wspaniałego świata, jaki wykreował autor.
     Bohaterowie natomiast działają na plus tej historii. Pozostają niezmiennie dobrze wykreowani, każdy na swój własny sposób. Oczywiście Fermin wciąż pozostał zabawną, charyzmatyczną postacią, jednak poznawszy jego historię, często zastanawiałam się, jak może mieć w sobie tyle pogody ducha, przeżywszy tak trudne wydarzenia. Daniel natomiast niezmiennie zyskuje moją sympatię. To, co mnie z kolei ucieszyło, to pojawienie się Davida Martina, znanego z "Gry Anioła". Uwielbiam tego bohatera - chociaż to nieco szalony pisarz, to śmiem twierdzić, że dzięki niemu, to właśnie "Gra Anioła" jest chyba moją ulubioną częścią póki co. Pozostałe postaci również zostały wykreowane ciekawie, nic dodać, nic ująć.
      Podsumowując, "Więzień nieba", to książka, którą musicie przeczytać, jeżeli urzekły Was poprzednie tomy z serii Cmentarza Zapomnianych Książek. To jednocześnie opowieść, w której jak wspomniałam, nie wszystko mnie do siebie przekonało, lecz wciąż sprawia, że Zafon na stałe gości w moim serduchu jako jeden z najwspanialszych autorów, z którymi miałam do czynienia, lecz co najważniejsze - intryguje, by z niecierpliwością czekać na kolejny tom.
        Niedługo postaram się napisać dla Was coś nowego - być może muzyczny wpis, jak także recenzje kolejnych książek. Póki co - trzymajcie się! 

piątek, 16 września 2016

      Bardzo lubię zarówno czytać, jak i wykonywać wszelkiego rodzaju tagi książkowe, o czym pewnie wspominałam Wam niejednokrotnie. Dlatego też, gdy tylko dostaję jakąś nominację, zwykle nie waham się ani chwili (no, nie licząc tych momentów opóźnienia w wykonywaniu tagów, ale sami rozumiecie, że różnie to bywa z czasem). Za nominację do tego tagu dziękuję serdecznie Autorce bloga Tylko magia słowa. :) Chociaż faktycznie ostatnio stwierdziłam, że powinnam mniej bawić się w tego typu rzeczy (o czym wspomniała sama Angelika, która do tego tagu mnie nominowała), ale to faktycznie miła odskocznia i pewnie do niej powrócę, a co mi tam! :D
     Stąd dzisiaj chciałabym zaprosić Was do przeczytania niezwykle smacznego tagu książkowego, bo jak głosi tytuł wpisu, jest to "Owocowy Tag Książkowy". Brzmi ciekawie, prawda? Też tak myślę, szczególnie, że owoce są dobre na wszystko. Z kolei w połączeniu z książkami to już w ogóle raj na ziemi. No to, co - chyba zaczynamy, o! 

1. ANANAS - książka z najbardziej egzotycznym miejscem akcji 

Przyznam się szczerze, że do takiego opisu książki, jaką mam wybrać, akurat ten owoc faktycznie świetnie pasuje. Szkoda tylko, że jak widzę samą nazwę, to myślę sobie "brrr, nie lubię ananasów" - no ale cóż zrobić, jakiś tytuł wybrać muszę. ^^ W zasadzie od razu do głowy przyszła mi książka - "Przepisy na miłość i zbrodnię" autorstwa Sally Andrew. Zdecydowanie zawiera opowieść, która rozgrywa się w miejscu bardzo, ale to bardzo egzotycznym, bowiem w Małym Karru. Swoją drogą, to jedna z ciekawszych książek, jakie miałam okazję czytać w tym roku, stąd polecam Wam ją jak najbardziej! 

2. BANAN - książka, która zawsze wywołuje uśmiech na twojej twarzy

Hmm... sporo jest takich książek. Tutaj nawet nie chodzi tyle o fakt, że jest zabawna i dzięki niej mam na twarzy uśmiech, a po prostu o to, że została na tyle dobrze napisania, iż nie sposób się nie radować czytając daną historię. Mogłabym tu zatem wymienić chociażby niektóre tytuły Colleen Hoover, bo mimo, że rozwalają na kawałki, to jednocześnie są tak fantastyczne, że uśmiech mimowolnie się pojawia. Do tego na pewno "Prawo Mojżesza" Amy Harmon. Chociaż wzruszające i również rozwalające czytelnika, do kilkakrotnie się przy niej uśmiechałam. Co dziwne, uśmiech towarzyszył mi też czytając "Ostatnie dni Królika" Anny McPartlin, mimo że tematyka książki wesoła nie jest. Mogłabym tu wymieniać jeszcze sporo tytułów, szczególnie też tych, gdzie występują charyzmatyczni bohaterowie, jak "Kołysanka" Sarah Dessen czy kryminały Cobena z Myronem Bolitarem na czele.

3. MALINA - najsłodszy książkowy pocałunek

Trudne pytanie, serio. Na ogół słowo "najsłodszy" przywodzi mi na myśl jakieś tanie romansidło... Ale cóż, spróbuję jakoś z tego wybrnąć. Dlatego też zastanawiając się nad odpowiedzią na to pytanie, wzięłam pod uwagę taki pocałunek, który został opisany w sposób, jaki rozpala każde serducho. Tutaj na myśl przyszła mi jedna ze scen książki "Prawo Mojżesza", gdy Georgia oraz tytułowy Mojżesz po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, zaczynają się całować i to było opisane tak... pięknie, delikatnie i jednocześnie zmysłowo, że jej. Poza tym pamiętam, że w "Hopeless" Colleen Hoover pierwszy pocałunek Sky i Holdera również był świetnie opisany. Och, no i oczywiście ten Ridge'a i Sydney - chociaż, nieco bolesny, bo w pewnym sensie zakazany, to był uroczy, bo taki nieprzewidywalny, nagły, taki... instynktowny, a czasami te spontaniczne  pocałunki niosą w sobie ogromną magię.

4. TRUSKAWKA - powieść polskiego autora, której akcja nie dzieje się w Polsce

Na myśl przyszła mi książka Kasi Pisarskiej - "Wiedziałam, że tak będzie". Akcja tejże historii dzieje się głównie we Włoszech, stąd do tego punktu pasuje idealnie. Swoją drogą to taka lekka lektura, idealna na wakacyjny czas. 

5. CYTRYNA - książka, po przeczytaniu której miałaś kwaśną minę

Na pewno Kirsty Moseley - "Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno", bo to było... kiepskie - ładnie mówiąc, chociaż tak naprawdę na myśl przyszło mi, że takiego dna nie czytałam dawno. Oczywiście miała kilka swoich plusów i sam pomysł na fabułę był dobry, tylko wykonanie już niekoniecznie, a główna bohaterka doprowadzała mnie do szału swoim idiotycznym podejściem do życia. Brr... 

6. JAGODA - powieść, której akcja dzieje się w lesie 

No, to teraz mam czas na główkowanie... Szczerze powiedziawszy do głowy przychodzi mi "Balladyna" Juliusza Słowackiego. Tam w końcu bohaterki zbierały w lesie maliny i doszło do tych wszystkich, okropnych czynów, o ile dobrze pamiętam. Poza tym nic innego nie przychodzi mi na myśl.

7. ARBUZ - powieść idealna na upał

Tutaj pasowałyby jakieś lekkie, typowo wakacyjne lektury, najlepiej takie, których akcja dzieje się w jakimś ciepłym kraju. Stąd pasuje mi tutaj chociażby cała Saga Argentyńska Sofii Caspari, ale także "Moje rzymskie wakacje" autorstwa Kristin Harmel.

8. WINOGRONO - powieść z dużą ilością bohaterów

Do głowy przyszła mi na myśl książka, jaką czytałam spory czas temu - "Horyzonty uczuć" autorstwa Doroty Schrammek. Było tam wiele postaci i wątków, ale mimo to wszystko łączyło się w spójną całość. Poza tym też "Powrót do Daringham Hall" Kathryn Taylor charakteryzował się sporą ilością bohaterów.

9. CZEREŚNIA - powieść, która fabułą przypomina inną

Szczerze nie przychodzi mi do głowy żaden tytuł, ale sam punkt sprawia, że mam ochotę podzielić się pewnymi swoimi spostrzeżeniami. Faktycznie często widzę, jak ktoś opisując daną książkę twierdzi, że fabułą przypomina jakąś inną historię. Wiecie co sobie wtedy myślę? Dla mnie to tak nie działa, bo każda książka jest inna. Sama nie szukam podobieństw, nie twierdzę, że jakaś historia przypomina mi taką, którą czytałam wcześniej, bo okej - może czasami dany autor inspiruje się innym, chce stworzyć historię na miarę tej, jaką czytał, ale to tylko luźna inspiracja. Każdy pisarz tworzy resztę. Kreuje swoją historię, własnych, specyficznych bohaterów i przede wszystkim pisze indywidualnym stylem. Dlatego dla mnie nie ma książek przypominających inne (no, wyłączam przypadek totalnego plagiatu). Każda jest wyjątkowa na swój sposób.

     To już prawie wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszy wpis, a wraz z nim Owocowy Tag Książkowy. Powinnam teraz jeszcze rozdać nominację, ale wybaczcie, tym razem pójdę nieco na łatwiznę i po prostu nominuję każdego, komu ten tag się spodoba i chciałby zrobić go u siebie. :) 
      Niedługo znowu postaram się coś dla Was napisać, ale różnie to bywa, sami wiecie. Póki co - trzymajcie się!

środa, 14 września 2016

"-Skończ już, kur*a, histeryzować.
-Jak mam nie histeryzować? - Królik spojrzała na matkę. - Przecież, kur*a, umieram!
-W sumie racja. - Molly nie potrafiła powstrzymać śmiechu.
Córka zmierzyła ją spojrzeniem i również zaczęła się śmiać. Chichotały tak długo, aż rozbolały je brzuchy, choć w sumie nie było w tym nic zabawnego. Potem się rozpłakały, pośmiały jeszcze trochę i znów zaczęły płakać..."

Autor: Anna McPartlin
Tytuł: Ostatnie dni Królika
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 400
Ocena: -6/6
     Jakiś czas temu odwiedziłam bibliotekę i cóż - nie mogłam się oprzeć wielu dostępnym tam książkom. Tym samym, gdy tylko zobaczyłam tytuł "Ostatnie dni Królika" autorstwa Anny McPartlin nie wahałam się ani chwili, by ją wypożyczyć. Swego czasu spotkałam się z wieloma pozytywnymi opiniami o tej historii, dlatego też chciałam sama przekonać się jakie wywrze na mnie wrażenie. Miałam nawet w planie przeczytać ją wcześniej niż "Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu", ale cóż - wyszło, jak wyszło. Jednak być może dzięki wspomnianemu tytułowi, wiedziałam już, jakiego stylu powinnam spodziewać się po autorce. I wiecie co? Okazało się, że "Ostatnie dni Królika" wzruszyły mnie tak samo mocno, jak druga książka Anny McPartlin. To opowieść, która wywołuje łzy, ale też sporą dawkę śmiechu. Piękna, emocjonalna historia o tym, jak kruche jest ludzkie życie i pokazująca, że czasami walcząc do samego końca, z niektórymi rzeczami nie da się wygrać...
      Mia Hayes to czterdziestoletnia kobieta, która zachorowała na raka piersi. Wydawać by się mogło, że po operacji i wielu zabiegach, powoli pokona chorobę. Niestety, ale okazało się, że rak zdążył przerzucić się na inne, istotne organy sprawiając, że dla Mii - zwanej przez wielu Królikiem - nie ma już ratunku. Umieszczona w hospicjum, przeżywa swoje ostatnie dni tak, by pozostawić wśród bliskich jak najwspanialsze wspomnienia. Jednocześnie sama przypomina sobie o Johnnym - swojej pierwszej i jedynej prawdziwej miłości. Z kolei bliscy Królika na swój sposób próbują pogodzić się z prawdą - buntem, śmiechem bądź też całkowitym rozbiciem. Jak zatem rodzina poradzi sobie z odejściem kobiety? Kto zajmie się jej dwunastoletnią córeczką? I jakie emocje towarzyszyć będą samej Mii, podczas tych kilku, ostatnich dni? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę Anny McPartlin.
      Ponownie, jak ostatnio, mogłabym długo rozwodzić się nad stylem autorki. Wiecie jednak, że oceniłam go jako niezwykle przyjemny w odbiorze, lecz co więcej - mimo tej całej lekkości, pełen jest on przemyśleń i momentów, które wzbudzają w czytelniku ogrom emocji. Tym razem dostałam to samo - niby proste zdania, od czasu do czasu okraszone wulgaryzmami i chociaż nie przepadam za nimi w książkach, tutaj kompletnie mi nie przeszkadzały. Ba! Wręcz dodawały całości czegoś więcej, bez czego cała ta historia by się nie obeszła. Jednocześnie niektóre fragmenty sprawiały, że doznawałam chwili refleksji nad tym naszym kruchym, ludzkim życiem. Dlatego też ponownie jestem mile zaskoczona książką, jaka wyszła spod pióra Anny McPartlin i już teraz wiem, że na pewno z niecierpliwością będę wypatrywać innych tytułów tej autorki. 
       Mogłoby się wydawać, że całość to historia pełna goryczy, bowiem ukazuje ostatnie dni osoby chorującej na raka. Zresztą ta choroba wywołuje grozę, gdziekolwiek się o niej usłyszy. Każdego roku zbiera ona swoje żniwo - w postaci osób, jakie odchodzą, często zostawiając swoich bliskich, pogrążonych w wielkim smutku i żałobie. Rak nie pyta o płeć ani wiek - równie prawdopodobnie może osadzić się w organizmie siedemdziesięcioletniego mężczyzny, jak też czterdziestoletniej kobiety czy piętnastolatka bądź i trzylatka... Co więcej, często atakuje on ze zdwojoną siłą, sprawiając, że organizm ludzki zabija sam siebie - chore komórki ranią zdrowe, stopniowo niszcząc człowieka... Dlatego też skupienie się na tej tematyce książki od razu wywołuje w czytelniku pewnego rodzaju smutek. Szczególnie, że od samego początku wiadomo, co się wydarzy - w końcu śmierć Mii jest nieunikniona. Jednak tak naprawdę to nie jest książka tylko o umieraniu oraz cierpieniu, jakie towarzyszy chorobie głównej bohaterki. To również opowieść pokazująca jak osoba chora, ale też jej bliscy, radzą sobie z tragedią, która ich spotyka. 
     Królik była niezwykle pozytywną postacią, a wstawki w postaci bloga głównej bohaterki pokazują czytelnikowi, że od samego początku nastawiona była na niezwykłą walkę. Miała dla kogo żyć - dla swojej córeczki, dla rodziców, rodzeństwa, przyjaciół... Nie chciała odejść i podejmowała wszelkie próby, by móc żyć. Ostatecznie godzi się ze swoim losem, jednak nadal wie, że gdyby mogła, to oddałaby wszystko, by wygrać tę nierówną walkę z chorobą. Z kolei jej bliscy przeżywają powolne odejście Królika na wiele różnych sposobów. Rodzice nie mogą się z tym pogodzić i wciąż nic nie da się zrobić, ale mimo to wciąż wierzy, że stanie się cud. Brat Davey boi się dopuścić myśl o śmierci Królika do świadomości, ale jednocześnie boi się o przyszłość swojej siostrzenicy. A sama Juliet - córeczka Mii - przez długi czas wmawia sobie, że mama wkrótce wróci do domu. Każdy więc na inny sposób próbuje stawić czoła tragedii, lecz wszyscy mimo to zdają sobie sprawę, jaki będzie finał. Dlatego też całość stanowi niezwykle poruszającą serce opowieść o życiu i śmierci, o tym, jak to ludzkie istnienie jest niezwykle kruche, ale jednocześnie pokazuje, że w obliczu odejścia, każdy na swój sposób musi poradzić sobie z tym ogromnym bólem. Co więcej - mimo głównego tematu tej opowieści, jest ona w jakiś sposób pełna pozytywów i sprawia, że czytelnik nie raz uśmiecha się do niektórych stron. Piękna, wzruszająca opowieść, która kilkoma fragmentami wycisnęła z moich oczu łzy, lecz wieloma innymi sprawiała, że mimo tej ciężkiej tematyki, wybuchałam śmiechem. 
      Bohaterowie zostali wykreowani naprawdę ciekawie. Każdy był indywidualny, lecz wspólnie budowali wspaniałą, zabawną i charyzmatyczną rodzinę. Molly - matka Królika - była kobietą tak specyficzną, że nie dało się jej nie polubić, mimo niektórych uciążliwych cech charakteru. Ojciec z kolei był już większym wrażliwcem, chociaż i on zrobiłby wszystko, by uratować swoją córeczkę. Rodzeństwo Królika również było specyficzne - temperamentna Grace, a także czarujący, ale jednocześnie uważany przez wielu za nieodpowiedzialnego - Davey, od razu przypadli mi do gustu. Ogromną dojrzałością wykazywała się natomiast Juliet, chociaż miała raptem dwanaście lat. A sam Królik? Podziwiałam ją za tę walkę i za to, że mimo świadomości, iż ją przegrywa, do końca nie chciała się poddać. Wszyscy budowali, jak już wspomniałam, cudowną rodzinę, która mimo że często miała odmienne zdania, zawsze stała za sobą murem. 
       Podsumowując, polecam Wam tę książkę, ponieważ uważam, że poruszanie takich trudnych tematów, jakich podejmuje się Anna McPartlin jest warte przeczytania. Jednocześnie to opowieść, która skłania do refleksji. Jedynie mały minusik daję jej za to, że nie do końca podobało mi się skupianie się na kwestiach wiary w taki sposób, w jaki robiła to momentami autorka. Poza tym - do tej historii nie mam zastrzeżeń i cieszę się, że po nią sięgnęłam, bo czytając takie lektury, uwierzcie mi, docenia się o wiele bardziej to nasze ludzkie życie. O okładce już chyba wiele wspominać nie muszę - ale powiem krótko: urzekająca. Stąd też, osobiście polecam Wam "Ostatnie dni Królika", nie pożałujecie. 
       Niebawem postaram się znowu coś dla Was napisać, chociaż różnie to bywa z inspiracjami i czasem. Póki co - trzymajcie się! 

poniedziałek, 12 września 2016

     Dzisiejszego wieczoru powracam do Was z kolejnym tekstem, w którym prezentuję twórczość własną. Podobnie jak poprzednio, podzielę się z Wami dwoma wierszami, które napisałam jakiś czas temu. Mam nadzieję, że się Wam spodobają, wywołają jakiekolwiek refleksje czy też nawet jeśli nie przypadną Wam do gustu, to i tak poświęcicie te kilka chwil, by zapoznać się z tymi krótkimi tekstami. 

Codzienność

Ten sam dźwięk
Co każdego rana 
Stopniowo dociera do uszu
A dłoń czym prędzej 
Wyłącza ustrojstwo, które wyrywa
Z i tak niespokojnego snu.
Kilka chwil
Miarowych oddechów
Zerknięcie na wskazówki
Czas wstać.
Wziąć ulubionych parę szmat
Umyć włosy
Nałożyć puder
Szczyptę różu nanieść
Na blade policzki
Wachlarz rzęs oprószyć
Głęboką czernią
Usta pociągnąć
Krwistym pocałunkiem
Taniej szminki.
I wyjść przed siebie
Z uśmiechem na ustach
Tak, jakby wcale
Nie zawalił się świat.

Zapewne nie do końca tak wygląda codzienność. W końcu nie zawsze zawala się świat, prawda? Ale nawet jeśli to następuje, to trzeba wstać, zrobić to, co zawsze, po prostu żyć. Nie dać się wciągnąć na dno rozpaczy, nawet jeżeli jest czasami zbyt silna. Wtedy też - ani się spostrzeżemy, a wszystko stopniowo zacznie wracać do normy i jakikolwiek żal odejdzie w niepamięć.

Iluzja

Ciepły oddech 
Owiewa
Bladą skórę.
Cichy szept
Sączy się
W pobliżu ucha.
Delikatny dotyk
Elektryzuje
Płonące ciało.
Miękkość warg
Maluje
Swój własny kształt.
Czułe spojrzenie
Wypala
Znamię w sercu.
By ostatecznie wszystko
Było 
Tylko iluzją.

Nawet jeżeli chciałabym coś dodać do tego tekstu, to tego nie zrobię. Powstał, jest mi dosyć bliski i cóż - zostawiam otwartą interpretację, chociaż chyba za wiele tutaj do interpretacji nie ma. ;)

     Kolejna dawka twórczości za mną. Pozostało mi jeszcze kilka krótkich form, jakimi chciałabym się z Wami podzielić, ale mam też sporo cytatów, jakie sama napisałam i które też pewnie będą się tutaj pojawiać. 
      Niedługo zatem czekają na Was nowe teksty - recenzje, muzyczne wpisy i może też wiele, wiele innych. Póki co - trzymajcie się! 

sobota, 10 września 2016

"-Chciałabym być teraz gdzieś indziej - oznajmiła w pewnej chwili Bridie.
-Gdzie, mamo?
-Tam, dokąd chodzi Jeremy.
-Czyli gdzie? Dokąd chodzi Jeremy? - Na ułamek sekundy w sercu Maisie pojawiła się nadzieja. Może Jeremy powiedział babci o czymś, co zataił przed resztą rodziny?
-Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu..."

Autor: Anna McPartlin
Tytuł: Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 400
Ocena: 6/6
     Powieści obyczajowe mają do siebie to, że zazwyczaj poruszają naprawdę istotne problemy, o jakich powinno mówić się głośno i częściej, niż to bywa w praktyce. Podobnie więc w przypadku książki "Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu" autorstwa Anny McPartlin, zostały poruszone tematy trudne, być może też nieco kontrowersyjne, lecz jednocześnie niezwykle istotne. To opowieść o toksycznym małżeństwie, z mężem - katem na czele, o ogromnym poczuciu straty, jaka następuje po śmierci ukochanej osoby, ale również o poczuciu inności, a co się z tym łączy - miłości do osoby tej samej płci Za dużo jak na jedną historię? Być może. Jednak wierzcie mi lub nie, ale wszystkie te kawałki dopełniają się idealnie, tworząc poruszającą do głębi i wzruszającą opowieść. 
       Już po samym opisie, czytelnik dobrze wie, co się wydarzy, a prolog tylko utwierdza w tym przekonaniu. Maisie Bean po dwudziestu latach od śmierci syna, Jeremy'ego, postanawia opowiedzieć o nim innym, jak także opisać to wszystko, co przyczyniło się do jego odejścia, jednocześnie podkreślając, że mimo, iż umarł 1 stycznia 1995 roku, w wieku zaledwie szesnastu lat, to stanowił światło jej życia. Całość to więc powrót do kilku dni, w ciągu których rozgrywały się wszystkie wydarzenia - zaginięcie chłopca, usilne poszukiwanie go przez rodzinę, aż moment, w którym wszystko okazało się jasne... Jak więc z tym wszystkim poradziła sobie Maisie? Co tak naprawdę przydarzyło się tego dnia chłopcu? I w jaki sposób wszyscy, których w jakikolwiek sposób dotknęła ta tragedia, próbowali sobie z nią poradzić? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście w książce "Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu". 
      Chociaż zaczęłam czytać tę powieść kilka dni wcześniej, to wiele spraw uniemożliwiło mi ostatecznie zagłębienie się w lekturę aż do dnia dzisiejszego. Kiedy więc po nią sięgnęłam, przeczytałam ją w raptem kilka godzin, podziwiając przede wszystkim już sam styl autorki. Było to moje pierwsze zetknięcie się z twórczością Anny McPartlin, lecz od razu zdałam sobie sprawę, jak jej pióro jest niezwykle przyjemne i lekkie w odbiorze, dzięki czemu całość pochłania się w mgnieniu oka i nawet nie spostrzega się, że przez palce przewinęło się już tak wiele stron. Jednocześnie język, jakim posługuje się autorka nie jest zbyt banalny, a chociaż, jak już wspomniałam, lekki, to zawiera też fragmenty skłaniające do przemyśleń. Najbardziej urzekające w tym wszystkim jest to, że całość ma w sobie mnóstwo emocji, a wszystkie, ze względu na samą tematykę książki, oscylują wokół poczucia smutku, straty, lecz w pewnym sensie też nadziei na to, że życie mimo tak bolesnych momentów, może jeszcze jakoś się ułożyć. Jestem pozytywnie zaskoczona tą książką i już teraz wiem, że nie będzie to ostatnia lektura tej autorki, po jaką sięgnę.
        Tak, jak wspomniałam we wstępie, książka porusza niezwykle trudne tematy. Pierwszym z nich jest tkwienie w związku z mężem - katem. Główna bohaterka, chociaż ostatecznie uwolniła się od okrutnego człowieka, z którym dzieliła mnóstwo lat życia, to przez długi czas znosiła jedynie ból, upokorzenie i co gorsza - ogromną przemoc: zarówno tą fizyczną, jaka często kończyła się pobytem w szpitalu, lecz także psychiczną, przez jaką to Maisie straciła poczucie własnej wartości. Myślę, że jest to temat, o jakim zdecydowanie powinno się mówić głośno. Kolejnym tematem poruszonym przez autorkę książki jest homoseksualizm, a co się z nim wiąże - fakt, że ludzie, którzy kochają osoby tej samej płci, bardzo często stają się obiektem kpin innych ludzi. Być może obecnie wygląda to całkowicie inaczej, lecz większość akcji toczy się w 1995 roku, a tym samym zapewne akceptacja tego typu "inności" była dla ogółu o wiele trudniejsza. Chociaż sama co prawda nie rozumiem takiego rodzaju miłości, to wiem jednak, że on istnieje i bez względu na to, czy jest się hetero- czy też homoseksualistą, to każdy z nas jest człowiekiem i zasługuje na szacunek w równym stopniu. Dlatego też podziwiam autorkę za to, że skupiła się na tematach, które śmiało swego czasu można by nazwać tematami tabu i daję tej historii ogromnego plusa. 
          Jednak mimo tego całego ciężaru trudnych tematów, jaki niesie ze sobą ta opowieść, jest to w szczególności historia o tym, jak życie może zmienić się w jednej, krótkiej chwili, sprawiając, że nic nie będzie już takie samo. To historia pokazująca, że często to wypadki są w stanie przyczynić się do tragedii, która pozostawia po sobie pustkę w sercach ludzi, jacy zostają. Począwszy od rodziny, poprzez przyjaciół, aż skończywszy na tych, którzy w jakikolwiek sposób byli związani z daną osobą. Każdy bowiem z bohaterów przeżywał zaginięcie Jeremy'ego na swój własny sposób i do samego końca, momentu, w którym wszystko okazało się jasne, wielu z nich próbowało jakoś się trzymać, bo wiedzieli, że jeżeli na krótki moment pozwolą się sobie rozsypać, to nie będą w stanie już przestać... Jest to jednocześnie historia jaka pokazuje, że śmierć współistnieje z życiem. Często w momencie, gdy umiera jedna osoba, inna zostaje poczęta i po wielu miesiącach przychodzi na świat. To naprawdę piękna, wzruszająca opowieść, jaka porusza poważne problemy i sprawia, że podczas czytania nie można wyzbyć się tych wszystkich emocji. Sama przeżywałam wraz z bohaterami chwile niepokoju, czekając na moment, w którym wyjaśnione zostanie, co stało się z chłopcem. Towarzyszył mi strach, czasami niedowierzanie, a ostatnie strony sprawiły, że jeszcze po odłożeniu tej książki na półkę, z moich oczu spływała ostatnia łza, którą delikatnie ocierałam, próbując poukładać w głowie chaos, jaki wywołała ta historia. 
        Bohaterowie z kolei zostali wykreowani naprawdę ciekawie. Chociaż Maisie była dla mnie postacią, jakiej z jednej strony nie mogłam zrozumieć - bo dlaczego tak długo tkwiła w małżeństwie z mężem - katem? Jednak z drugiej strony podziwiałam ją za tę ogromną siłę, bo miała jej w sobie aż za wiele. Nie wiem, czy będąc na jej miejscu byłabym w stanie podołać tak wielu kłodom, jakie los rzucał jej pod nogi. Valerie - córka Maisie była natomiast osobą, jaka nie budziła początkowo sympatii, ale z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej przekonywała mnie do siebie. Sam Jeremy to skomplikowany chłopiec, który jednak od razu budził sympatię czytelnika. Oprócz tych postaci, jakie wymieniałam, pojawiło się też wiele innych, a każda została wykreowana niezwykle ciekawie, idealnie na swój własny sposób.
        Podsumowując, muszę wspomnieć jeszcze o dwóch rzeczach, które działają na plus tej książki. Pierwszą z nich jest oprawa graficzna - tutaj gratulacje należą się wydawnictwu, ponieważ okładka jest przepiękna. Delikatna, idealnie pasuje do całej historii. Drugą natomiast jest fakt tytułowania rozdziałów. Autorka zrobiła coś wspaniałego. Otóż każdy z nich to tytuł piosenki z lat dziewięćdziesiątych, jaka idealna wpisuje się w klimat opisywanych w danym rozdziale wydarzeń. Co więcej, jak dla mnie są świetne, bo to całkowicie mój gust muzyczny. Znajdziecie tutaj więc utwór Metallicy, Nirvany, Pearl Jam'u, Radiohead, ale też wielu, wielu innych, głównie rockowych grup z tamtego okresu. Sama podczas czytania słuchałam sobie ich w tle, adekwatnie do danego rozdziału. Stąd też, osobiście polecam tę książkę każdemu, kto lubuje się w powieściach obyczajowych i szuka czegoś, co wyciśnie chociaż maleńką łzę z oka. Myślę, że sięgając po "Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu" na pewno się nie zawiedziecie.
      Niedługo postaram się napisać coś nowego. Ostatnio nie miałam za dużo wolnego czasu, dlatego nastąpiła dłuższa przerwa pomiędzy jednym wpisem, a drugim, lecz teraz powinno być nieco lepiej. Póki co - trzymajcie się! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

wtorek, 6 września 2016

Autor: Nicholas Sparks
Tytuł: Prawdziwy cud
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 382
Ocena: -4/6
     
     Kiedy zaczynałam swoją przygodę z historiami miłosnymi, to właśnie romanse Nicholasa Sparksa najczęściej mi towarzyszyły. Wiele z nich sprawiało, że rozczulałam się nad losami bohaterów, śledząc je z ogromnym zaangażowaniem. Wśród jego historii zdarzały się te szczęśliwe, ale także takie, które wyciskały z moich oczu łzy, łamiącym serce zakończeniem. Dlatego też, kiedy w bibliotece zobaczył tytuł "Prawdziwy cud", jakiego do tej pory nie miałam okazji przeczytać, nie wahałam się ani chwili, by go wypożyczyć. Jednak nie wiem, czy to mój gust nieco się zmienił, czy ta lektura nie była po prostu specjalnie wybitna, ale niestety nieco się rozczarowałam, a momentami wręcz stwierdziłam, że ten autor nie uwodzi mnie swoimi powieściami tak, jak dawniej.
     Jeremy Marsh to wschodząca gwiazda mediów. Jako dziennikarz, specjalizuje się w pisaniu artykułów, w których demaskuje "rzeczy niemożliwe" - zjawiska nadprzyrodzone czy oszustwa wielkich jasnowidzów i uzdrowicieli. Kiedy więc któregoś dnia otrzymuje list od mieszkanki Boone Creek, która prosi go, by zbadał pojawiające się na miejscowym cmentarzu światła, według niektórych będące oznaką duchów, Jeremy nie waha się ani chwili i udaje się do tego małego miasteczka. Nie wie jednak, że na swojej drodze spotka niezwykłą kobietę - młodą bibliotekarkę imieniem Lexie. Między nimi powoli zacznie budzić się uczucie, lecz czy uda im się stworzyć prawdziwą relację? Jak potoczą się zatem ich losy? I czy Jeremy - dotychczas sceptyczny w stosunku do cudów - doświadczy go w końcu na samym sobie? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście w książce Nicholasa Sparksa.
       Zacznę od tego, że autor ma całkiem dobry i przyjemny styl. Zauważyłam to już niejednokrotnie, bo naprawdę potrafił zachwycić mnie swoimi historiami. Świetnie posługuje się słowem, tworząc lekkie zdania, które jednak czasami przeplata bardziej twórczymi fragmentami skłaniającymi do przemyśleń. Co więcej, nie ma problemu z opisywaniem emocji - robi to naprawdę dobrze, o czym również przekonałam się już wiele razy. Stąd też, autor miał pomysł na fabułę, który zrealizował w porządku, tworząc historię, jaka sama w sobie jest dosyć ciekawa, przeplatana fragmentami lekko chwytającymi czytelnika za serce, ale jednocześnie całość nie stanowi czegoś, co odmienia życie bądź sprawi, że pozostanie w pamięci na bardzo długo. Jest to więc idealna lektura na taki wakacyjny okres, ale bez większych rewelacji - sama czytałam ją jeszcze w sierpniu, stąd stanowiła pewnego rodzaju umilacz letniego czasu.
      Ten akapit może zawierać małe spoilery. Jednak tym razem, chyba po raz pierwszy odkąd sięgam po Sparksa, zauważyłam wiele rzeczy, jakie mnie rozczarowały, ale też sprawiły, że pomyślałam sobie: kurczę, czy ja serio do tej pory tak się zachwycałam tanimi romansami? Otóż przede wszystkim raziła mnie tu swego rodzaju absurdalność w ukazaniu miłości. Okej, wiem, wiem, że istnieje rzekomo coś takiego, jak miłość od pierwszego wejrzenia, ale być może jestem nieco sceptycznie do niej nastawiona, jednak nie do końca wierzę w to, że można zakochać się w kimś tak szybko. Oczywiście jak to na Sparksa przystało, Jeremy i Lexie po raptem dwóch dniach znajomości mają wrażenie, że łączy ich wspaniałe uczucie, które jest wręcz nie do rozerwania. Rzecz jasna - musi być też trochę dramaturgii - dlatego wizja nieuchronnego powrotu mężczyzny do swojego świata w wielkim Nowym Jorku napawa kobietę rozpaczą i sprawia, że zaczyna powoli wątpić w to, że ich uczucie przetrwa. Może faktycznie coś ze mną było nie tak przy czytaniu tej książki, ale to mnie tak bardzo... bawiło. Bo w zasadzie nawet nie irytowało, a wywoływało śmiech. Co więcej, kolejną rzeczą, którą zauważyłam jest pewna schematyczność. Już chyba kilkakrotnie w książkach Sparksa wiele głównych scen to takich, gdzie bohaterowie spędzają czas w jakimś tajemniczym miejscu, gdzie oczywiście często znajdują się całkowicie przypadkowo, ale nawet jeżeli nie przebywali tam od nie wiadomo jak dawna, to w kuchni mają wszystko, co potrzeba, by przygotować kolację, a do tego na pewno zawsze znajdzie się butelka wina bądź piwo. Tak, właśnie tego typu scena stanowiła mój kolejny wybuch śmiechu i pomyślenia sobie: serio? gdzie tu logika, hę? Jednak tego, czego mi zabrakło, to jakiegoś uczucia, że historia mnie wciąga i sprawia, że nie mogę się od niej oderwać, a moje emocje wręcz szaleją. Tego nie było. Być może spowodowane zostało to poprzez fakt, że odkąd ostatni raz sięgałam po jakiś romans Sparksa, przez moje ręce przewinęło się tyle cudownych tytułów, które rozwaliły mnie doszczętnie, że tutaj nie poczułam po prostu niczego szczególnego.
     Żeby jednak nie było tak gorzko, muszę przyznać, że książka ma kilka swoich plusów. Oprócz wspomnianego stylu autora, jest to między innymi pewnego rodzaju klimat. Samo miasteczko Boone Creak zostało wykreowane w sposób, jaki sprawiał, że czułam się, jakbym tam była, wśród tych wszystkich życzliwych mieszkańców. Co więcej, tajemnicze światła, które pojawiały się na cmentarzu dodawały całości nieco tajemniczy klimat. Dlatego też pod względem klimatu, książka zdecydowanie ma go w sobie i sprawia, że można na chwilę przenieść się w myślach do innego miejsca. Dodatkowo, spodobało mi się w tej książce jej przesłanie. Jest to bowiem opowieść o tym, że czasami to, co wydaje się całkowicie nierealne, może zaistnieć w czyimś życiu. Nawet jeżeli nie wierzy się we wszelkiego rodzaju cuda, to być może któregoś dnia sami doświadczymy czegoś, o czym będziemy w stanie powiedzieć, że jest naszym prywatnym, wspaniałym cudem. Stąd też właśnie ten motyw, a tym samym zakończenie całej książki, przypadło mi do gustu i nieco podreperowało moje wcześniejsze odczucia.
      Bohaterowie z kolei również działają na plus tej historii, chociaż nie wszyscy. Sam Jeremy jest dość ciekawą postacią. Wydawać by się mogło, że to pracoholik, jednocześnie pełen wdzięku i charyzmy, lecz w głębi siebie skrywa pewną tajemnicę oraz wspomnienia wydarzeń, które nieco odbiły się na jego życiu. Z kolei Lexie momentami lekko mnie irytowała swoim niezdecydowaniem bądź też tym, że mówiła jedno, a tak naprawdę czuła całkowicie coś innego. Mimo to, ostatecznie nieco się wybroniła. Najbardziej jednak z bohaterów przypadła mi do gustu postać Doris - babci Lexi. Ta kobieta była po prostu nie dość, że zabawna i towarzyska, to jeszcze troskliwa i służąca każdemu dobrą radą. Stąd też postaci zostały wykreowane całkiem ciekawie.
      Podsumowując, "Prawdziwy cud" to lekka opowieść, która charakteryzuje się typową dla romansów fabułą, w której dwoje ludzi koniecznie musi się w sobie zakochać - najlepiej w bardzo krótkim czasie. Wadziła mi nieco brakiem realności i tym, że nie poczułam zbyt wielu emocji podczas czytania, lecz broniła się całkiem dobrymi postaciami i samym przesłaniem. Stąd  też, jeżeli macie ochotę na niezobowiązującą lekturę na jakiś wieczór - to myślę, że jak najbardziej ta książka jest dla Was. Natomiast jeśli przejadły Wam się już te wszelkie "love story", to raczej darujcie sobie ten tytuł.
       Niedługo postaram się napisać coś nowego, jednak wrzesień jawi się jako miesiąc, w którym nie będę mieć aż tyle czasu na nowe wpisy. Mimo to od czasu do czasu coś tutaj wrzucę. Póki co - trzymajcie się! 

sobota, 3 września 2016

     Wrzesień już zaczyna zaznaczać swoją obecność, stąd też przyszła pora na to, by podsumować pod względem czytelniczym sierpień, a także stworzyć sobie plany książkowe na obecny miesiąc. Muszę przyznać, że jestem zadowolona z mojego wyniku, chociaż szczerze powiedziawszy, nie chodzi jedynie o ilość, a jakość książek, jakie przyszło mi czytać. Pod tym względem sierpień obfitował w naprawdę dobre, wartościowe lektury i mało która totalnie mnie rozczarowała. Oczywiście, zdarzyły się też te nieco słabsze, ale nawet te minusy nie miały większego wpływu na całokształt sierpnia, bo jednak większość książek, po jakie sięgnęłam, były genialne. Stąd też, by już nie przedłużać tego wstępu, zapraszam Was do przeczytania poniższego podsumowania, ale też moich planów czytelniczych na wrzesień. 

1. Podsumowanie czytelnicze sierpnia


W miesiącu sierpniu udało mi się przeczytać osiem książek. Na poniższym zdjęciu brakuje jednej z nich, ze względu na fakt, że musiałam ją już oddać do biblioteki. Natomiast na blogu nie pojawiła się jeszcze recenzja jednej z przeczytanych - lecz spokojnie, na pewno na dniach ją tutaj wrzucę. Stąd też, jak już wspomniałam, jestem zadowolona ze swojego wyniku. Co więcej, w tym miesiącu udało mi się nawiązać nowe współprace recenzenckie, co niezmiernie mnie cieszy. Krótko opisując każdą z historii, wygląda to następująco:
  • Jodi Picoult - "W naszym domu" - książka, jakiej brakuje na zdjęciu. Pierwszy raz zetknęłam się z twórczością tej autorki i byłam zachwycona. Genialna, wciągająca historia poruszająca poważne problemy.
  • Kristin Harmel - "Moje rzymskie wakacje" - przyjemna, lekka i typowo wakacyjna książka. Jednocześnie w jakiś sposób skłaniająca ku przemyśleniom. Miło ją wspominam.
  • Carlos Ruiz Zafon - "Gra Anioła" - co tutaj dużo mówić. Zafon to dla mnie mistrz słowa, który tworzy genialne historie, a klimat jaki bije od jego książek jest nieporównywalny do żadnego innego. Mroczna, przyciągająca Barcelona, barwne postacie - czego chcieć więcej.
  • Nicholas Sparks - "Prawdziwy cud" - na swój sposób przyjemna historia, lecz może jestem czepialska, ale Sparks nie uwodzi mnie już swoją twórczością tak, jak dawniej.
  • Harlan Coben - "Tylko jedno spojrzenie" - ciekawa fabuła, ale jednak czegoś mi w tej książce zabrakło, a przede wszystkim barwnych postaci, bo one akurat były nijakie. 
  • Tomasz Jasturn - "Rzeka podziemna" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Czarna Owca. To lektura poruszająca bardzo poważny problem, bowiem związany z depresją. Intrygująca i na swój sposób ciekawa.
  • Amy Harmon - "Prawo Mojżesza" -  egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Editio Red (Helion SA). Wspaniała, cudowna i jakkolwiek bym jeszcze napisała, to pewnie i tak nie dobiorę słów, które oddałyby moje zachwycenie tą książką. Piękna, wzruszająca historia o życiu i śmierci, pełna emocji rozwalających czytelnika na kawałki. Polecam każdemu - obok "Gry Anioła" to najlepsza lektura miesiąca.
  • Helen Bryan - "Oblubienice wojny" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Editio (Helion SA). Ciekawa historia o przyjaźni i lojalności, jaka potrafiła wytworzyć się podczas II wojny światowej. 
Podsumowując więc, jak widzicie - ten miesiąc zdecydowanie pełen był wartościowych lektur. Najlepsze to jak napisałam wyżej - "Prawo Mojżesza" oraz "Gra Anioła". No, dorzuciłabym do tej puli jeszcze "W naszym domu", bo też zrobiło na mnie wrażenie. Nie było natomiast totalnie słabych lektur, jedynie troszkę rozczarowało mnie "Tylko jedno spojrzenie" i "Prawdziwy cud".

2. Plany czytelnicze na wrzesień

Chociaż tytuł głosi - plany - to... nie do końca postanowiłam je robić. Przede wszystkim wynika to z faktu, że przemyślałam kilka spraw. Otóż wrzesień jawi się już nieco jako miesiąc dla mnie wciąż wakacyjny, ale niekoniecznie skierowany na leniuchowanie. Sporo spraw czeka na to, bym się nimi zajęła i poświęciła im uwagę w większym czy też mniejszym stopniu. Dlatego nie chcę robić sobie listy lektur wiedząc, że pewnie znowu nie uda mi się przeczytać którejś z nich. Tak, jak w sierpniu miałam sięgnąć po cegiełki Bondy, a w końcu tego nie zrobiłam, ze względu głównie na egzemplarze recenzenckie, ale też moje odwiedzenie biblioteki (a wiecie jak to jest - książki przyciągają, by się je wypożyczyło :D). Dlatego w tym miesiącu chciałabym sięgnąć chociaż po kilka ciekawych tytułów. Może, jeżeli mi się uda - przeczytam w końcu kryminały Bondy. Na pewno pojawi się jakiś egzemplarz recenzencki, a także kilka książek z biblioteki wciąż czeka na swoją kolej. Mam jedynie nadzieję, że uda mi się poznać chociaż parę ciekawych historii - nie musi to być nie wiadomo ile książek - bo ja się z nikim nie ścigam na to, że przeczytam więcej. Dla mnie takie czytanie na rekordy nie ma najmniejszego sensu. Może to brzmi trochę jak krytyka, ale naprawdę - jak widzę, że ktoś czyta po 20 i więcej książek, to albo nie ma życia poza nimi, albo ma tyle wolnego czasu, albo ukończył jakiś kurs szybkiego czytania. Bo dla mnie to jest nierealne i tyle. Poza tym mam wrażenie, że im więcej chcę przeczytać, tym mniejszą mam z tego radość. Dlatego też w tym miesiącu nie wiem, po ile historii sięgnę - może będzie o osiem, a może dwie. Zobaczymy. ;) 

      To już wszystko jeżeli chodzi o dzisiejszy wpis, a wraz z nim podsumowanie czytelnicze sierpnia i plany na wrzesień. Niedługo postaram się wrzucić tutaj jeszcze recenzję "Prawdziwego cudu", bo trochę jestem do tyłu z tym pisaniem. Póki co - trzymajcie się!

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *