środa, 31 grudnia 2014

     Nigdy jakoś szczególnie nie przepadałam za zimą. Ta pora roku wprowadzała mnie w bardziej pesymistyczny nastrój, śnieg padający za oknem sprawiał, że myślałam tylko o tym, iż wychodząc z domu, znów będę musiała marznąć. Mnóstwo śnieżnych zasp wokół mnie dodatkowo przygnębiało, a kiedy już faktycznie idąc ulicą czułam jak te białe śnieżynki sypią mi się w twarz i na włosy... Och nie, zima nie należy do moich ulubionych pór roku. Ale tym razem jest nieco inaczej. Co prawda nadal nie przepadam za wszechobecnym śniegiem, bo najzwyczajniej w świecie nie lubię marznąć, a niestety termometr idzie w dół i w dół... A jednak dzisiejszy dzień rozpoczęłam długim spacerem do lasu, z aparatem w ręku... I choć mistrzynią w robieniu zdjęć nie jestem, po prostu musiałam uwiecznić piękno otaczającego mnie świata. Chciałam zacząć ten dzień dobrze, jednocześnie podczas przechodzenia pomiędzy jedną zaspą a drugą myśląc o tym, jaki był ten cały 2014 rok i zastanawiając się, co mogę zmienić w swoim życiu podczas nadchodzącego - 2015...
    Tym oto sposobem przechodzę powoli do sedna dzisiejszego wpisu. Tak jak obiecywałam w ostatnim artykule, będzie on poniekąd moim własnym podsumowaniem przemijającego roku - tego, co udało mi się osiągnąć, swoich błędów i wniosków jakie z nich wyciągnęłam. Będzie także o postanowieniach, których my ludzie, często pochopnie się podejmujemy, a nic z nich nie wychodzi, ale również pojawi się wzmianka o konkretnych celach, jakie powinniśmy sobie założyć i jakie sama chcę zrealizować w Nowym Roku. Zapraszam zatem już do konkretnych punktów.

niedziela, 28 grudnia 2014

     
      Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, iż moje opowiadanie spotka się z tak wieloma pozytywnymi komentarzami i nie chodzi mi nawet o te na blogu (za które tak czy siak bardzo dziękuję!), ale także otrzymywane od paru znajomych. Dało mi to naprawdę dużą motywację do tego by w końcu stworzyć jakąś nową, dłuższą formę. Problemem jedynie bardzo często jest brak czasu, zwłaszcza, że powinnam w końcu zabrać się za naukę, bo kolokwia i zaliczenia czekają, a od lutego maraton egzaminów... Ach, ta moja matematyka. Ale spokojnie - wierzę, że dam radę, a także iż z Nowym Rokiem parę moich celów zostanie osiągniętych, jednak ten temat zostawię sobie na inny wpis. Właściwie to tak drogą wstępu, natomiast sama powinnam przejść już do konkretnego tematu dzisiejszego postu.
   Jakiś czas temu na blogu pojawiały się artykuły z serii "still love - czyli niedzielna piątka", jednak któregoś dnia ślad o nich zaginął... Wszystko przez nadmiar obowiązków i zajęć, ale także zbyt rozbudowanego życia "poza nauką", które to pojawiły się wraz z rozpoczęciem nowego roku akademickiego. W wakacje miałam na to naprawdę sporo czasu i nie zaniedbywałam tych wpisów, a później... wyszło jak wyszło. Jednak dzisiaj wracam do Was z piątką ulubieńców - jest to można by rzec, że taki jednorazowy wyskok, przynajmniej jak na razie. Natomiast myślę, że co jakiś czas jednak te piątki będą powracać - może wbrew założeniu, że miały być co tydzień, ale postaram się je pisać, zachowując oczywiście tą zasadę, że ma być to niedziela. 
       Co prawda, jest już po świętach, ale z drugiej strony nadchodzą następne - Boże Narodzenie przeminęło, lecz czeka nas jeszcze Nowy Rok, a jak dla mnie te "zimowe święta" są długie bez względu na to, że jest pomiędzy nimi jakaś przerwa. Dlatego dzisiejszym tematem piątki ulubieńców będzie... to, co właśnie lubię w świętach Bożego Narodzenia i towarzyszącym im czasem związanym z Sylwestrem i Nowym Rokiem. Tak, tak, zdaję sobie sprawę z tego, że patrząc na ilość tych świątecznych wpisów typu "moja wigilia", "jak spędzam święta" itp. macie już pewnie dość jednego i tego samego tematu. Osobiście też nie przepadam za takim natłokiem wpisów związanych z konkretnymi wydarzeniami (już mnie mdli na widok artykułów wychwalających "Zniszcz ten dziennik" jednak ponarzekałam na to w którymś wpisie więc nie będę się powtarzać jakie to dla mnie irytujące), jednak święta... to jest czas, który uwielbiam, więc tym razem podążam za tłumem i sama tworzę u siebie coś związanego z tym pełnym klimatu okresem roku. Zapraszam zatem do lektury!

środa, 24 grudnia 2014

     Dzisiaj 24 grudnia, czyli dzień związany oczywiście z Wigilią. Uwielbiam to, gdy wstaję wcześnie rano i razem z mamą rozpoczynam przygotowywanie dań na wigilijną kolację. W kuchni unosi się wtedy zapach tych wszystkich pysznych potraw, w salonie stoi już pięknie ubrana choinka, przyozdobiona mnóstwem bombek, własnoręcznie zrobionych i udekorowanych pierniczków i oczywiście światełek, natomiast stół czeka na to, by rozłożyć na nim serwetki, sztućce, talerze, opłatki - rzecz jasna, nie można o nich zapomnieć i wiele innych rzeczy... Magia, totalna. Tak i było dzisiaj - rano jeszcze dokończyłam strojenie ciasteczek: pierniczków, bo przecież święta bez nich? Nie ma mowy! Ich korzenny zapach i smak jest genialny, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, kto uwielbia właśnie nutę orientu, z kolei cynamon mogłabym dodawać do wszystkiego. Oprócz pierniczków mojej uwagi wymagały jeszcze muffiny bananowe, uraczone polewą czekoladową i przyozdobione zrobioną również z czekolady gwiazdką. Mama z kolei zajęła się jeszcze innym ciastem nieco wcześniej. Potem - gotowanie, czyli coś co lubię i te wspomniane wyżej zapachy unoszące się w kuchni... Wigilijna kolacja była więc udana, spędzona w ciepłej, rodzinne atmosferze i docenianiu tego wszystkiego, co mamy. 
     Właściwie możecie zapytać po co dzielę się z Wami tymi informacjami, skoro nie do końca lubię tutaj skupiać się wyłącznie na sobie? Chciałam po prostu wprowadzić Was w ten świąteczny klimat, chociaż sami na pewno go czujecie we własnych domach. To zabieg mający na celu skupienie Waszych myśli w tej chwili właśnie na Bożym Narodzeniu, a szczególnie tym wigilijnym dniu, gdyż opowiadanie, które tutaj opublikuję związane jest właśnie z tym okresem roku. Jak wspomniałam w poprzednich wpisie, napisałam je jakoś w wieku 16/17 lat, więc może nie jest idealne (czytając je widzę swoje niedociągnięcia i to, że obecnie nieco inaczej zabieram się za pisanie dłuższych form), miałam wtedy nieco inne spojrzenie na niektóre sprawy, ale postanowiłam się nim z Wami podzielić. Stąd - co tu więcej mówić? Zapraszam do czytania!

poniedziałek, 22 grudnia 2014

   
Autor: Nicholas Sparks
Tytuł: List w butelce
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 328
Ocena: 5/6
  Czasami bywam naprawdę uparta. Kiedy już sobie coś postanowię, to nawet gdybym miała nie wiadomo jak wiele innych rzeczy na głowie i jak bardzo byłabym zmęczona, to zrobię tą zaplanowaną czynność. Tak właśnie jest z dzisiejszym wpisem na blogu. Chciałam przed  dniem 24 grudnia (na który to dzień planuję opublikować opowiadanie związane ze świętami Bożego Narodzenia) napisać coś jeszcze i właśnie to robię, chociaż z góry przepraszam jeśli w jakichś momentach będzie totalny brak składni, ale naprawdę nie miałam dziś ani chwili wytchnienia i zaraz po opublikowaniu tego wpisu idę spać. 
    Po przyjeździe do domu na święta postanowiłam posprzątać sobie troszkę półki, m.in. te, w których trzymam książki różnego rodzaju i tym samym natknęłam się na jedną, jaką to przeczytałam nie tak dawno, lecz nie wiem dlaczego nie dokonałam jej recenzji na blogu. Może nie chciałam mieć nadmiaru historii miłosnych, na dodatek takich, które wyszły spod pióra tego samego autora? Nie wiem... Jednak prawda jest taka, że nic nie poradzę na fakt, że ciągnie mnie właśnie do romansów i to jeszcze w wykonaniu Nicholasa Sparksa. Dlatego dzisiaj chciałabym krótko opisać/dokonać recenzji jednej z jego książek, na podstawie której (jak zresztą większości) powstał chyba nawet film. Osobiście nie oglądałam, może kiedyś się na niego skuszę. Natomiast przechodząc już do konkretów, chodzi mianowicie o "List w butelce". Jest to historia o wielkiej miłości, związanej poniekąd z przeznaczeniem, ale także o tym, że życie nie zawsze jest tak kolorowe jakbyśmy chcieli. To jednocześnie opowieść o zaufaniu, nadziei, przebaczaniu, próbie odnalezienia prawdziwego szczęścia, ale także o tym, że czasami trzeba po prostu zostawić przeszłość za sobą.

piątek, 19 grudnia 2014

     Nastał w końcu piątkowy wieczór, który spędzam w domu, z myślą w głowie, że aż do 7 stycznia nie muszę zamartwiać się tym, czy zaśpię na wykład, jak trudne będzie kolokwium oraz czy oby na pewno dobrze wszystko zrozumiałam... Oczywiście i w tym czasie nauka gdzieś tam się pojawi, nie mogę sobie tak po prostu rzucić jej w kąt i cały ten czas spędzić na tzw. "nicnierobieniu". Mimo wszystko, najpierw - chwila oddechu, odpoczynek, nadrobienie zaległości na blogu i co do tego to przede wszystkim przepraszam, że tak długo nie pojawiło się nic nowego. Jednocześnie studia, ale także poniekąd dość ostatnio rozwinięte życie towarzyskie sprawiło, że nie miałam ani zbyt dużo czasu albo też w ogóle siły i jedyne co robiłam po powrocie na mieszkanie to pójście spać, ani też jakiejś odpowiedniej motywacji oraz inspiracji... Stąd - jeszcze raz przepraszam i już staram się to jakoś wynagrodzić. 
      Jakiś czas temu powstała tutaj rubryka "still love - czyli niedzielna piątka", jednak wraz z początkiem kolejnego roku akademickiego nie miałam na nią aż tyle czasu i okazało się, że jakąś zawaliłam, stąd postanowiłam na jakiś czas ją zawiesić. Mimo wszystko kiedyś postaram się do niej wrócić... Jednak nie o tym dokładnie miała być mowa. Skoro stworzyłam cykl ulubionych rzeczy, tak jakoś dzisiaj (mimo że wewnątrz czuję jakiś spokój spowodowany tym, że zbliżają się święta, siedzę sobie w domku i tym podobnie) natchnęło mnie by napisać coś podobnego, jednak parę rzeczy, które totalnie doprowadzają mnie do szału. Co prawda - nie będzie to za bardzo pozytywny wpis, ale dzięki niemu wyleję na chwilę swoje frustracje, a przecież dobrze jest się poczuć wyzwolonym od negatywnych myśli, zwłaszcza na ten okres nadchodzących świąt, które powinno się spędzić w gronie rodziny i przyjaznej atmosferze. Nie wiem, ile tych punktów będzie, być może jedynie parę, jakie to najbardziej dokuczały mi w ostatnim czasie, a być może jeszcze kiedyś wyleję swoje frustracje? Chociaż nie do końca to lubię... No cóż, tak czy siak, żeby nie przedłużać, zaczynam swoją listę, a nuż w niektórych aspektach sami się ze mną zgodzicie.

sobota, 6 grudnia 2014

 
Autor: Danny Wallace
Tytuł: Charlotte Street
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 440
Ocena: 4.5/6
    Nadszedł weekend i zgodnie z zapowiedzią w ostatnim wpisie, powracam z czymś nowym.... Tym razem będzie to recenzja książki, jaką ostatnio czytałam, a właściwie skończyłam ją wczoraj wieczorem. Muszę przyznać, że skusiłam się na nią będąc w jednej z krakowskich księgarni oferujących książki w cenach tańszych niż w wielu innych miejscach czy też mających często świetne promocje. Oczywiście jako, że jestem chyba uzależniona od książek, a opis wydawał się być ciekawy, tym oto sposobem powieść znalazła się w moich rękach. I tym samym rozpoczęłam swoją podróż przez ponad czterysta stron zabawnej, można by rzec, że książkowej (nie filmowej!) "komedii romantycznej". Jednak jeśli miałabym krótko powiedzieć o czym jest, to na pewno pokazuje, jak ludzie potrafią się zmienić, dojrzeć do niektórych spraw czy też zrozumieć błędy jakie kiedyś popełnili... Jednocześnie to książka o przyjaźni, oczywiście miłości, bo przecież inaczej nie byłoby mowy w ogóle o tej komedii romantycznej, a także o tym, że w naszym życiu oprócz wzlotów, bardzo wiele jest upadków, a grunt to w końcu się z nich podnieść.
    Jednak by już nie przedłużać, a jednocześnie przejść do konkretnych informacji, pora zdradzić tytuł tej książki. Jest to "Charlotte Street", którą napisał Danny Wallace. Właściwie dotąd nieznany mi autor, a mimo wszystko jak już napisałam wyżej - ten krótki opis na okładce, zachęcił do sięgnięcia po tę lekturę... I muszę przyznać, że mimo niektórych słabszych wątków, nie zawiodłam się, a wręcz przeciwnie: jednocześnie czułam się poruszona historią bohatera, a także śmiałam się do łez w niektórych momentach.

czwartek, 4 grudnia 2014

     Kiedy mija już środa, mój tydzień automatycznie staje się luźniejszy... No, chyba, że to akurat czas ważnego kolokwium z analizy matematycznej, jakie to zwykle są w piątki, ale poza tym - naprawdę czwartek i piątek to już dni w których mogę złapać oddech, zrobić coś dla siebie, wyjść gdzieś z przyjaciółmi... Lubię to, zdecydowanie. Stąd dzisiaj nie mogłoby obejść się bez nowego wpisu na blogu. Oczywiście jak zawsze zastanawiałam się nad tematem i muszę przyznać, że przychodził mi do głowy pewien felieton, ale stwierdziłam, że z tym jeszcze poczekam.  
    Natomiast o czym napiszę tym razem? Będzie to interpretacja utworu, którym zaraziła mnie przyjaciółka (stąd artykuł z dedykacją dla Ciebie, N. :D). Oczywiście jego tematem jest dobrze znana wszystkim miłość, ale równocześnie poniekąd tęsknota i... pokazanie, że odległość pomiędzy dwójką zakochanych w sobie osób wcale nie musi być przeszkodą jeśli wierzymy, że nasz związek może przetrwać. Żeby już jednak nie przedłużać tego wstępu, zdradzę tytuł utworu, a jest to"Already home" autorstwa A Great Big World (myślę, że jeśli chodzi o twórcę to większość z Was kojarzy przepiękne "Say something", które swoją drogą pewnie kiedyś jeszcze zinterpretuję). Zapraszam w takim razie do przeczytania poniższej interpretacji, sama przechodząc do pierwszego fragmentu.

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *