sobota, 30 kwietnia 2016

"-Nigdy nie mieszkałaś w wynajmowanym mieszkaniu? - zapytała młodsza.
-Owszem, ale nie razem z właścicielem. To zmienia postać rzeczy. Właściwie to jest taki trochę hotel. Hotel Bankrut."

Autor: Magdalena Żelazowska
Tytuł: Hotel Bankrut
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 272
Ocena: 5/6


     Są książki, których czasami nieco się obawia. Po przeczytaniu krótkiego opisu, ma się mieszane uczucia, czy dana historia przypadnie do gustu. Jednak najlepiej jest wtedy, gdy okazuje się, że wszelkie wątpliwości były niepotrzebne, bo tak bardzo zostaliśmy wciągnięci do książkowego świata. Tak było w przypadku "Hotel Bankrut" Magdaleny Żelazowskiej. Początkowo bałam się, że nie będę potrafiła wprowadzić się w całą historię głównie ze względu na dużą ilość bohaterów i tego, że ich losy są opowiadane naprzemiennie. Jednak kiedy zaczęłam przekładać kolejne i kolejne strony, wciągnęłam się w tę książkę bez reszty. To świetna lektura pokazująca tak naprawdę samo życie. Do bólu autentyczna i uświadamiająca człowiekowi, że w dobie kryzysu ekonomicznego, nic nie jest łatwe. Cieszę się, że mogłam sięgnąć po "Hotel Bankrut". 
      Tak, jak już wspomniałam, czytelnik spotyka się tutaj z historią kilku bohaterów. Początkowo odosobnieni, z czasem ich losy zaczynają się ze sobą łączyć. Jest zatem Leon - właściciel lombardu, który przed laty prowadził wraz z żoną osiedlowy sklep spożywczy, lecz w momencie pojawienia się supermarketów - zbankrutował. Weronika z kolei to bohaterka, której pozornie poukładane życie nagle rozsypuje się w momencie, gdy traci pracę. Jest także Kinga - pracująca na śmieciowej umowie i mająca marzenie o zostaniu projektantką mody oraz Łucja - emerytowana kobieta, zapomniana przez rodzinę, wiąże koniec z końcem... Ich losy splatają się, kiedy Leon postanawia wynająć pokoje w swoim mieszkaniu, w których zamieszkują oczywiście trzy wspomniane kobiety. Jak zatem potoczą się dalej ich losy? Jakie jeszcze przeciwności spotkają na swojej drodze? Czy uda im się wyjść z kryzysu i poukładać własne życie? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań znajdziecie w książce Magdaleny Żelazkowskiej. 
      Zacznę od tego, że po raz kolejny wydawnictwo zachwyciło mnie okładką. Jest świetna i zdecydowanie wpada w oko na tyle, że pewnie gdybym zobaczyła tę książkę na półce w księgarni, mimowolnie bym po nią sięgnęła. Jednak przechodząc do samej historii, muszę przyznać, że mi się podobała. Obawiałam się, że skupienie się na kryzysie ekonomicznym - w tym przypadku głównie na tym, co dzieje się w Łodzi, bo to właśnie to miasto stanowi tło dla wszystkich wydarzeń - sprawi, że ciężko będzie mi przebrnąć przez tę książkę. Nic bardziej mylnego. Historie bohaterów zostały świetnie zarysowane, a wszelkie opisy sytuacji mieszają się z wieloma fragmentami, które są niezwykle trafne w odniesieniu do ludzkiej egzystencji w dobie dzisiejszych czasów. To, jak już wspomniałam, bardzo autentyczna książka, pokazująca wszystko takim, jakie jest. Uświadamia, że chcąc założyć własną działalność, zawsze trzeba liczyć się z ryzykiem, że coś może pójść nie tak. Pokazuje, że życie młodych ludzi wcale nie jest tak kolorowe - każdy ma swoje ambicje i marzenia, lecz niewielu udaje się je spełnić, a większość zgadza się na "jakieś tam" życie. To także książka,w której widać jak często w dzisiejszych czasach zapomina się o swoich rodzicach - gdy się starzeją, zostają nagle sami, zapomniani przez resztę rodziny. To jednak też książka, która w jakimś sensie daje nadzieję na to, że mimo przeciwności losu, kiedyś w końcu wszystko się ułoży i nawet gdy jest źle, zawsze istnieją opcje, które trzeba łapać i wykorzystywać by było lepiej. Polecam zatem każdemu tę książkę, bo ma w sobie to, co najważniejsze - prawdę. 
      Jeśli chodzi o bohaterów, każdy z nich został wykreowany niezwykle ciekawie. Mają oni zarówno swoje zalety, jak i wady, a mimo to są w stanie wspólnie mieszkać. Szczególnie polubiłam Łucję. Ta starsza kobieta miała w sobie mnóstwo ciepła i empatii. Ciekawą postacią była też Kinga, mająca swoją pasję i marzenia, lecz mimo to w zderzeniu z rzeczywistością zdaje sobie sprawę, że nie jest łatwo spełnić swoje cele. Również Weronika i Leon posiadali pewne cechy charakteru, które dało się lubić, chociaż oni momentami lekko mnie irytowali. Oprócz tej czwórki bohaterów, ciekawą postacią jest jeszcze Damian - chociaż ten typ działał mi na nerwy i to bardzo. Tak czy siak, autorka świetnie wykreowała swoje postaci. 
      Podsumowując, polecam tę książkę każdemu, bo chociaż porusza trudne tematy, to zostały one przekazane w sposób przystępny czytelnikowi. Poza tym ta autentyczność sprawia, że całość czyta się w mgnieniu oka i kiedy już wsiąknie się w życie bohaterów, trudno jest z niego potem wyjść. Dlatego też jeżeli macie ochotę na kawał dobrej, polskiej literatury, z czystym sercem mogę polecić Wam książkę Magdaleny Żelazowskiej. 
       Niebawem znów postaram się tutaj napisać - na pewno na dniach pojawi się jeszcze jedna recenzja. A później - cóż... czytanie niestety odłożę na jakiś czas. Póki co - trzymajcie się! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

środa, 27 kwietnia 2016

     Przyszedł czas, by ogłosić wyniki konkursu książkowego, w którym do wygrania była wspaniała opowieść "Wyprawa po klucz" autorstwa Małgorzaty Borkowskiej. Zanim jednak przejdę do konkretów, czyli wskazania zwycięzców, chciałabym serdecznie podziękować wszystkim, którzy wzięli udział w tym konkursie. Cieszę się, że Was zainteresował i poświęciliście tę krótką chwilę, by odpowiedzieć na pytanie, które wymagało od każdego z Was chwilę refleksji nad tym, jaki to klucz jest dla Was tym najważniejszym w życiu. 
    Przyznam się szczerze, że pomimo niedużej ilości zgłoszeń, każde było na tyle wyjątkowe, iż podjęcie decyzji o wyborze trójki zwycięzców, wcale nie było dla mnie łatwe. W każdej odpowiedzi kryły się czyjeś myśli i pragnienia... Dlatego też musiałam skupić się nad każdą wypowiedzią i wraz z pomocą obiektywnego głosu doradczego, wybrałam te osoby, które moim zdaniem udzieliły najbardziej kreatywnej i chwytającej za serce odpowiedzi. Kolejność, w której ogłaszam zwycięzców jest przypadkowa. Zatem - są to... 

1. Księgarnia Wspomnień


Ta odpowiedź chwyciła mnie za serce samym pomysłem rozbicia słowa "KLUCZ" na pięć wartości, jakich szczególnie poszukuje autorka tych słów. Co więcej, napisana pięknym językiem i mówiąca o tych rzeczach, jakie chyba mimowolnie każdy z nas poszukuje. 

2. Julia (pseudonim - Aivalar)


Samoakceptacja to niezwykłe ważna sprawa i ciągłe dążenie do niej to podstawa, jeżeli chce się osiągnąć wszelkie cele i uwierzyć, że "to właśnie ja mogę to zrobić!". Dlatego ta odpowiedź również chwyciła mnie za serce. 

3. Dagmara (pseudonim - Wiktoria Guziewicz)


Pięknie opisane marzenie - móc zrealizować to, co się pragnie i chociaż czasami przeciwności stają na naszej drodze bądź my sami musimy odetchnąć, to jednak grunt to się nie poddawać.

     Gratulacje dla zwycięzców! Proszę Was o sprawdzenie skrzynek mailowych i odpowiedź zwrotną z adresem do wysyłki książki. Dla uściślenia: po otrzymaniu wszystkich trzech adresów, przekażę je autorce i to ona zajmie się wysyłką, dlatego mam nadzieję, że niebawem każda z Was otrzyma swoje egzemplarze. :)
    Jeszcze raz dziękuję za wszystkie odpowiedzi - aż żałuję, że nie mogłam nagrodzić Was wszystkich! Jednak nie martwicie się - niebawem planuję kolejny konkurs, w którym do wygrania będą świetne książki, więc... śledźcie blog, bo jak tylko "stuknie" 50 tyś. wyświetleń, pojawi się konkurs! :) Póki co - trzymajcie się! 

sobota, 23 kwietnia 2016

    Zauważyłam u siebie ostatnio pewnego rodzaju muzyczny stan, polegający na tym, że odeszłam na jakiś czas od cięższych brzmień, skupiając swoją uwagę na tych bardziej melancholijnych kawałkach. Stąd też dzisiaj chciałabym przedstawić Wam, jak to mam w tradycji tych wpisów - dokładnie trzy - utwory zespołu, który odkryłam totalnie przez przypadek. 
   Czasami zadaję sobie pytanie, jak to jest, że we wszystkich tych komercyjnych stacjach radiowych, kanałach muzycznych w telewizji, ciągle powtarzają się jedne i te same piosenki, które często są o niczym, a brakuje naprawdę dobrej muzyki? W dodatku, kiedy jest ona polska, a ja dowiaduję się o niej przypadkowo, bo akurat przeglądam sobie słynny youtube w poszukiwaniu wartościowych kawałków, wtedy ogarnia mnie tego rodzaju refleksja. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego o niektórych zespołach tak mało słychać, gdy inne, nie mające wiele do przekazania, plasują się gdzieś na wyżynach. 
  Dlatego dzisiaj chciałabym przenieść Was do świata, jaki tworzy zespół Mikromusic. Głos wokalistki jest tak magnetyzujący, a teksty tak niby proste, a jednocześnie skłaniające do głębszych analiz, że przepadłam w ich utworach od razu. Stąd też, by już nie przedłużać, zapraszam Was serdecznie do przeczytania i przesłuchania poniższych punktów. 

1. "Lato 1996" 

"Z zimnej piwnicy kompot wiśniowy
W głowie się kręci po pierwszym łyku."

     Ten właśnie utwór znalazłam całkowicie przypadkowo, dowiadując się jednocześnie o istnieniu grupy Mikromusic. Co więcej, ta piosenka idealnie wręcz poprawiła mi wtedy nastrój, sprawiając, że na chwilę zapomniałam o tym, co spędza mi sen z powiek i jakoś tak zapragnęłam, by jak najszybciej nadeszło lato, tak pełne słońca i beztroski...
      Jak już wspomniałam, ten utwór kojarzy mi się właśnie z tytułowym latem - może nie tym w 1996 roku, bo wtedy akurat miałam raptem dwa latka i nie wiem czy cokolwiek pamiętam z tego okresu. Jednak ogólnie ta piosenka sprawia, że nagle pojawia się więcej słońca, nawet wtedy, gdy za oknem pogoda nie satysfakcjonuje, nie chcąc się poprawić i przybrać tej całkowicie wiosennej formy. Jednocześnie "Lato 1996" napawa mnie taką beztroską, gdzie nie muszę myśleć o mnóstwie obowiązków, jakie na mnie czekają, a w moich myślach pojawiają się same przyjemne wizje. 
      Dlatego też, zachęcam do przesłuchania poniższego linku. Jak zresztą wyczytałam, utwór był związany z projektem muzycznym marki Dilmah. Może i Was ten kawałek nastroi w sposób pozytywny.



2. "Bezwładnie"

"Bezwładnie, 
Czekam aż miłość
 Swoim impetem
Walnie o ziemię..."

   Ten utwór, który Mikromusic nagrali wraz ze Skubasem (którego też dzięki tej piosence przypadkiem odkryłam) jest tak piękny, że rozpływam się za każdym razem gdy go słucham. Tekst niby tak prosty, a jednocześnie głęboki sprawia, że ten utwór potrafi mnie niezmiernie wzruszyć. Uwielbiam i mogę słuchać cały czas. 
      Jak już napisałam, wzrusza mnie ta piosenka, bo gdy jej słucham, to czuję mnóstwo sprzecznych emocji. Jest w niej tak wiele oczekiwań - przede wszystkim na miłość i szczęście. Te proste zdania mają w sobie mnóstwo uczuć, pełnych z jednej strony jakiejś niewyobrażalnej tęsknoty, lecz z drugiej niosą jakieś ciepło. Szczególnie refren, który można w pewnym sensie przyrównać do odejścia - co napawa smutkiem, a z drugiej strony pokazuje, że często odchodzi jedynie ciało, lecz osoby nam bliskie są zawsze gdzieś obok nas... To jest niewyobrażalnie tak banalnie przepiękny utwór. 
     Jak przeczytałam, pochodzi on z filmu "Chemia", którego nie znam, lecz obejrzałam sobie od razu zwiastun i już teraz wiem, że jak tylko uda mi się go znaleźć gdzieś w czeluściach internetu, muszę go zobaczyć. Koniecznie. Stąd też, polecam Wam przesłuchać poniższy link, bo warto.




3. "Dom"


"Kocham Cię za to, że jesteś kim jesteś
Nie muszę lepsza być przy Tobie."

     Kolejny utwór pochodzący ze ścieżki dźwiękowej do filmu "Chemia". Dlatego podkreślam drugi raz, że koniecznie muszę go obejrzeć, bo czuję, że będzie to wyciskacz łez. Jeśli chodzi o piosenkę - to zaledwie dwie zwrotki - tak niby banalne, a piękne i wyrażają chyba więcej niż mnóstwo innych zdań.
     Miłość. Jedno słowo, a zmienia wszystko. Sprawia, że człowiek nie jest w stanie skupić się na niczym innym, bo jego myśli wciąż zaprząta ta jedna, konkretna osoba. Kiedy następuje dłuższa chwila rozłąki, tęsknota jest tak silna, że to aż boli. Miłość ogarnia wszystkie zmysły i... najważniejsze, jeśli to uczucie jest prawdziwe. Takie, gdy wiemy, że nie musimy się zmieniać, bo ta osoba akceptuje nas takimi jakimi jesteśmy - ze wszystkimi swoimi niedoskonałościami... Tak, właśnie takie przemyślenia wywołuje we mnie ten krótki, magiczny utwór.
     Dlatego też, polecam przesłuchać poniższy link - być może przypadnie Wam do gustu i skłoni do jakiś przemyśleń.


     To już wszystko jeśli chodzi o dzisiejszy wpis, a wraz z nim kolejne przeniesienie Was na chwilę do świata pełnego muzyki. Być może znaliście już ten zespół, a jeśli nie, to mieliście okazję dowiedzieć się, że istnieje w tej naszej polskiej muzyce coś tak wspaniałego. 
      Niedługo szykuję dla Was kolejne wpisy - chociaż wiem, że będą pojawiać się one coraz rzadziej, bo czasu niestety mam niewiele i ucieka mi w mgnieniu oka. Póki co - trzymajcie się!

Wszystkie utwory znalezione na: youtube

wtorek, 19 kwietnia 2016

"Los. To słowo często towarzyszyło mi, kiedy byłam dzieckiem. Szeptał do mnie z ciemnych kątów pokoju w czasie samotnych nocy. Był pieśnią ptaków na wiosnę i wołaniem wiatru w nagich gałęziach zimowego popołudnia. Los. Zarówno moja udręka, jak i pociecha. Mój towarzysz i moja klatka."

Autor: Leslye Walton
Tytuł: Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender
Wydawnictwo: SINE QUA NONE
Liczba stron: 300
Ocena: 6/6
     Zdarzają się takie książki, które wywołują w czytelniku tak wiele myśli i emocji, że nie sposób ich poukładać i jeszcze chwilę po odłożeniu danej lektury, ma się w głowie ten cały wykreowany przez autora świat. Ostatnio coś za często trafiam chyba na tego typu książki, ale zdecydowanie tego nie żałuję. Tym razem mętlik w głowie wywołała we mnie historia "Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender", którą napisała Leslye Walton. Przyznam się szczerze, że o tej książce było głośno zanim nastąpiła jej premiera. Gdy tylko po raz pierwszy zobaczyłam okładkę i pokrótce przeczytałam o czym będzie, już wtedy wiedziałam, że po nią sięgnę. Z kolei coraz więcej pojawiających się w sieci pozytywnych opinii jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu, że koniecznie muszę ją przeczytać. W końcu znalazłam chwilę czasu, którą poświęciłam historii Avy. I wiecie co? Przepadłam bez reszty w tej baśniowej, ale przepięknej opowieści.
      Można by rzec, że główną bohaterką książki jest tytułowa Ava. W zasadzie pełni ona również rolę narratora opowiadając całą historię swojego życia... I nie tylko swojego. Sens w tym, że tak naprawdę jest to typowa saga rodzinna, gdzie czytelnik dowiaduje się o tym, jak wyglądały losy trzech pokoleń. Babci Avy - Emilienne, jej mamy - Viviane oraz oczywiście samej Avy. Wydarzenia są tutaj opisywane krok po kroczku - począwszy właśnie od Emilienne, której postać towarzyszy czytelnikowi praktycznie cały czas, aż po kolejnych bohaterów, tudzież w końcu życie Avy, jak też jej brata bliźniaka - Henry'ego. Ava bowiem jest zwykłą dziewczyną, lecz z jedną, niezwykłą cechy. Posiada ona skrzydła... Coś, co stanowi zarówno jej piękno i wyjątkowość, lecz równie dobrze może zamienić się w nieustanną udrękę. Narratorka pięknie dobiera słowa nakreślając obraz wszelkich wydarzeń mających miejsce w życiu rodziny Lavenderów. Jak zatem toczyły się losy bohaterów? Czy w ich życiu więcej było tych dobrych chwil, czy może prześladował ich nieustanny pech oraz złamane serca? Jakie "osobliwe i cudowne przypadki" spotkały główną bohaterkę? Odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdziecie, jeśli zechcecie sięgnąć po książke Leslye Walton. 
      Pokochałam styl tej książki. Język, jakim posługuje się autorka jest wręcz poetycki i niezmiernie radował moje oczy, ale też artystyczną duszę. Czytając kolejne zdania, wręcz rozkoszowałam się każdym słowem, a co jakiś czas w ruch szedł ołówek, którym zaznaczałam fragmenty, jakie szczególnie do mnie trafiły. Stąd też, język tej powieści działa na wielki plus i sprawia, że całość czyta się bardzo dobrze. Co więcej, sama historia jest zdecydowanie baśniowa. Wydarzenia, jakie miały miejsce w rodzinie Avy (począwszy od skrzydeł, jakie posiadała dziewczyna) były w większości przypadków nierealne, by mogły pojawić się w prawdziwym życiu, dlatego też wspomniałam o tej baśniowości. Jednak mimo wszystko świat, jaki wykreowała autorka jest niezwykle przyciągający. Z jednej strony pełen tych właśnie osobliwych i cudownych wydarzeń, lecz z drugiej pojawiają się też sytuacje, jakie wręcz mrożą krew w żyłach. 
    Na pewno nie jest to łatwa w odbiorze książka i w wielu osobach może wywołać mieszane uczucia. Osobiście się przyznam, że w pewnych momentach nie wiedziałam jak odczuwać te wszelkie wydarzenia i co powinnam o nich myśleć. Niektóre fragmenty były tak... dziwne, że ciężko było je pojąć. Lecz mimo to, im bardziej zagłębiałam się w tę historię, tym chciałam więcej i więcej. Przede wszystkim pragnęłam czytać kolejne zdania, szukając tych, jakie dogłębnie poruszą moje serce. Znalazłam je - właściwie to całkiem sporo. Jednak najbardziej istotnym plusem tej książki jest to, że pomimo całej tej magicznej otoczki, jest ona do bólu autentyczna. Pokazuje, jakie jest to ludzkie życie i najwięcej miejsca poświęca uczuciu miłości. Bo - cytując: "Miłość potrafi zrobić z nas głupców" i sprawia, że wszystko się zmienia. Ta książka pokazuje, że miłość potrafi ranić, nawet wtedy, kiedy wydawać by się mogło, że ta druga osoba zarzeka się, iż nigdy nas nie skrzywdzi. Historia zawarta na łamach tej lektury uświadamia jednak także, że czasami nie dostrzegamy tych właściwych osób, bo nasze serce ciągle nosi w sobie dawną miłość. Lecz najważniejsze to w końcu przejrzeć na oczy, prawda? To także książka, jaka pokazuje siłę matczynej miłości, która czasami może nie jest ukazywana zewnętrznie, lecz w najbardziej istotnych momentach ujawnia się ze zdwojoną siłą. Lecz to również opowieść o przyjaźni, o ludziach oraz ich upodobaniach i o tym, że nigdy nie wiadomo co nas czeka... 
      Nie jestem w stanie chyba do niczego się przyczepić, bo nie dostrzegłam praktycznie żadnych minusów tej książki. Osobiście przepadłam całkowicie w tej historii i jestem nią w stu procentach urzeczona. Co więcej, już o tym wspomniałam, ale powtórzę raz jeszcze: oprawa graficzna jest przepiękna i jeszcze bardziej dodawała klimatu samemu czytaniu... Ach! Stąd z czystym sercem mogę polecić Wam sięgnięcie po "Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender". Jeśli tylko lubicie sagi rodzinne z domieszką baśniowości, to ta powieść bez dwóch zdań jest dla Was. A jeżeli jeszcze się nie przekonaliście, zachęcam do przeczytania poniższych cytatów - czyli tych fragmentów, jakie najbardziej mnie urzekły. 
  • "Miłość jak powszechnie wiadomo, kieruje się własną logiką. za nic mając nasze plany czy zamiary."
  • "Nauczyła się o nas troszczyć. Ona, która zawsze uważała, że jedynym towarzyszem miłości jest smutek, przekonała się, że także troska idzie w parze z miłością."
  • "I to może być sedno problemu: wszyscy boimy się siebie nawzajem, bez względu na to, czy mamy skrzydła, czy nie."
  • "Znalezienie logiki w miłości mógłby porównać do szczepienia się na jakąś okropną chorobę: pomyślny efekt, ale początkowy etap bardzo nieprzyjemny. Zaczął zauważać, że życie bez miłości nie jest najgorszą rzeczą, jaka mogłaby go spotkać."
  • "To, że miłość nie wygląda tak, jakbyś tego chciała, nie znaczy, że jej wokół ciebie nie ma."
  • "Myślała o uroku takich chwil, podziwiając deszcz i szarzejące niebo w sposób, w jaki podziwia się obraz dobrze zapowiadającego się artysty."
  • "Zapisywałam wszystko w sercu: to, że miłość zjawia się w najmniej oczekiwanym momencie, a także to, że ktoś, kto twierdził, że nie chce cię zranić, w końcu to zrobi."
     Tym oto akcentem, pełnym prawdy bijącej szczególnie od tego ostatniego cytatu, kończę powoli swoją recenzję. Jeszcze raz polecam tę książkę, bo ma ona swój urok i zdecydowanie okazała się być tak "osobliwa i cudowna", jak miałam nadzieję, że będzie. 
     Niebawem znów postaram się coś tutaj napisać, chociaż nie obiecuję, że prędko to nastąpi - ciężkie czasy nadchodzą na uczelni, Moi Drodzy. Przypominam jednak o ciągle trwającym konkursie i gorąco zachęcam do wzięcia udziału - wygrywają AŻ trzy osoby. Szczegóły: TUTAJ. Póki co - trzymajcie się!

sobota, 16 kwietnia 2016

    Muzyka stanowi nieodłączny element mojego życia. Chociaż nie mam zdolności wokalnych, jak i do tej pory nie nauczyłam się na niczym grać, to jednak nie wyobrażam sobie by w moim życiu mogło zabraknąć muzyki. Kiedy tylko się budzę, od razu pierwsze co robię, to włączam jakąś playlistę - w zależności od nastroju, jaki mi akurat towarzyszy. W ciągu dnia, przemierzam drogę z jednego miejsca w drugie oczywiście ze słuchawkami w uszach. Gdy kładę się spać, muzyka nadal mi towarzyszy, często dając ukojenie po dniu pełnym obowiązków. 
    Dlatego dzisiaj ponownie piszę dla Was artykuł z serii tych muzycznych. Tym razem jednak chcę skupić się na jednej, konkretnej wokalistce, wspomnianej już zresztą w tytule tego wpisu. Melę Koteluk kojarzę od dawna i od czasu do czasu słuchałam jakiś jej utworów. Jednak od pewnego czasu towarzyszą mi one praktycznie nieustannie, a ja odkrywam coraz więcej tytułów, któjrych do tej pory nie słyszałam i cóż - zachwycam się głosem tej wokalistki. Lecz co więcej - najpiękniejsze są teksty jej piosenek, których większość nauczyłam się już chyba na pamięć. Stąd tego wieczoru, przedstawiam Wam trzy takie utwory, jakie szczególnie łapią mnie za serce. Jednak myślę, że do Meli powrócę jeszcze nie raz. 

1. "Melodia ulotna" 

"Przyglądam sama sobie 
Smaruję usta miodem 
Włosy upinam w kok..."

    Mam niezwykły sentyment do utworów danych twórców, które usłyszałam jako pierwsze. Wtedy też zawsze taka piosenka staje się moją ulubioną, bo gdyby nie ona, często nie miałabym pojęcia o kimś tak utalentowanym. W przypadku Meli Koteluk wszystko zaczęło się oczywiście od "Melodii ulotnej", którą pokochałam od razu. Ten utwór ma w sobie coś takiego, że mogę go słuchać kilkakrotnie i nigdy mi się nie znudzi.
     Teksty tej wokalistki są na tyle przemyślane, że nie potrafię pokuszać się o jakąkolwiek ich interpretację, bo nie chcę w jakiś sposób ich, że tak to ujmę, zniszczyć. Mogę jedynie napisać o tym, jakie emocje towarzyszą mi podczas słuchania takiego, a nie innego utworu. W przypadku melodii ulotnej, odczuwam pewnego rodzaju tęsknotę - za czymś, czego jeszcze nie ma, ale w głębi duszy czuję, że może się wydarzyć. Jednocześnie ta piosenka skłania mnie do przemyśleń związanych z przemijaniem - w końcu coś "ulatuje", gdzieś odchodzi i zostaje po tym jedynie wspomnienie. 
      Dlatego zachęcam Was do zapoznania się z poniższym linkiem, jeśli do tej pory nie mieliście w ogóle styczności z twórczością Meli Koteluk. Być może i Was urzeknie jej głos.



2. "Fastrygi" 

"I nie zatopi nas 
Pokusa ani strach."

     Ten utwór poznałam całkowicie przypadkowo, ale to jest tak... dobre, że nie umiem nawet wyrazić słowami zachwytu nad tymi prawie pięcioma minutami, podczas których po prostu się rozpływam. Zdecydowanie jedna z moich ulubionych piosenek tej wokalistki, którą mogę, podobnie jak "Melodię ulotną" słuchać bez końca. 
     Nie wiem, jak Mela to robi, ale teksty jej utworów są dla mnie w pewnym sensie wręcz poetyckie. Wydawać by się mogło, że to jakiś zlepek słów, ale mają one w sobie coś takiego, co sprawia, że człowiek (a przynajmniej ja) mimowolnie chce się nad nimi głębiej zastanowić. Osobiście ten utwór napawa mnie w pewnym sensie jakąś nadzieją. Na to, że czasami może być źle - naszemu istnieniu towarzyszy jakiś strach przed nieznanymi, a mimo to, my musimy się trzymać i nieważne, co będzie się działo, to "nie zatopi nas". Piękny utwór. 
     Jeśli "Melodia ulotna" chociaż trochę Was zachęciła, a liczę na to, że jednak ją przesłuchaliście, tak teraz zapraszam Was do kliknięcia w poniższy link i przeniesienia się na chwilę do innego świata. 


3. "Żurawie origami" 

"Pamiętam, że u ciebie tak 
Od zawsze jest bezpiecznie
U ciebie nie czuć
Żadnych żadnych żadnych
Ruchów tektonicznych."

     Można by pomyśleć, że skoro piszę o tym utworze na samym końcu, to jest on najmniej lubiany spośród tych trzech. Nic bardziej mylnego. Każdą piosenkę lubię w takim samym stopniu, chociaż... "Żurawie origami" chyba o mały procent lubię nawet bardziej. Już pominę fakt, jak często włączam sobie to w tle, robiąc tysiąc innych rzeczy i śpiewam pod nosem, jeśli tylko mam wolne mieszkanie i nikt nie musi słuchać mojego jazgotu. :D 
     Ten utwór wywołuje we mnie silnie, hm, że tak to ujmę, ciepłe wspomnienie. Chociaż tak naprawdę mówiąc "wspomnienie" często mamy wrażenie, że chodzi o coś, co już przeminęło i nie wróci. Okej, faktem jest, że żaden moment nie powtórzy się dokładnie w ten sam sposób, ale niektóre rzeczy trwają ciągle, a jedynie mają pewne, przerywniki czasowe, o. Jakkolwiek to tajemniczo brzmi, sens w tym, że ten utwór nastraja mnie nieco melancholijnie, ale w taki pozytywny sposób, wywołując nie tylko wspomnienia, ale też pewnego rodzaju pragnienie ponownego poczucia bezpieczeństwa. Dlatego jest mi tak bliski i uwielbiam go słuchać. Co więcej, opowiada poniekąd o zmęczeniu nadmiernymi obowiązkami i tym, że często chcielibyśmy na chwilę gdzieś zniknąć, rzucając wszystkim w kąt, bo często nie pamiętamy już, co to znaczy mieć w ogóle czas na cokolwiek innego niż rzeczy, jakie musimy zrobić. Stąd tekst jest taki prawdziwy. 
      Dlatego zachęcam Was z całego serca, byście kliknęli "odtwórz" w poniższym linku. Mam nadzieję, że nie pożałujecie i przepadniecie w tym utworze, jak ogólnie w głosie Meli na długo.


     To już wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszy wpis. Oczywiście tak jak wspomniałam na początku, to jedynie trzy utwory, które szczególnie mnie zachwycają, jednak ta wokalistka ma mnóstwo pięknych, życiowych piosenek, jakie naprawdę Wam polecam. Co więcej, mam nadzieję, że niebawem wybiorę się na jej koncert... Ba! W zasadzie nie mogę opuścić takiej okazji, skoro 10 maja pojawi się w krakowskim klubie "Studio". :D 
     Niedługo znów postaram się coś napisać, natomiast teraz przypominam oczywiście o ciągle trwającym KONKURSIE i zachęcam Was serdecznie do wzięcia w nim udziało. Wystarczy kliknąć w ten LINK .

Wszystkie utwory znalezione na: youtube

czwartek, 14 kwietnia 2016

   
Autor: Paweł Hajduczenia
Tytuł: Mizantropia
Liczba stron: 97
Ocena: 5/6

"Jednostajność życia prowadzi do jego odrealnienia. Człowiek doprowadzony jest do stanu, w którym uczucia i przeżycia stają się odległe, sztuczne. Obserwuje siebie z zewnątrz, jakby otaczający go świat zmienił się w jakiś sposób. Zachowując trzeźwość, traci jednak spójność z otoczeniem. Ciało wykonuje rutynowe czynności, ale umysł znajduje się gdzie indziej." 

    Czasami trafiają się takie książki, które sprawiają, że po ich przeczytaniu, czytelnik nie jest w stanie zebrać myśli w spójną, logiczną całość. Jednocześnie, wrażenia - zarówno te pozytywne, jak i czasami negatywne, kumulują się w takiej ilości, że wydawać by się mogło, iż wybuchną. Taką właśnie książką, która sprawiła, że musiałam chwilę odetchnąć zanim ją zrecenzuję, jest "Mizantropia", którą napisał Paweł Hajduczenia. Nie została ona jeszcze wydana w wersji papierowej, lecz autor się o to stara poprzez pewien projekt, o którym wspomnę nieco dalej, jednak dzięki uprzejmości twórcy, mogłam zapoznać się z elektroniczną wersją tej książki. Mam mętlik myśli i uczuć i powiem szczerze, że brakuje mi słów, by określić tę historię. 
      Jest to powieść zdecydowanie psychologiczna, pełna mnóstwa przemyśleń odnośnie otaczającej rzeczywistości. Głównym bohaterem jest pewien pan X - tak po prostu, bezimienny. Podobnie jak pozostałe postacie nie są tutaj konkretnie uosobione. Mamy więc dziewczynę Y, jak i wiele innych osób które nazwane zostały prawdopodobnie od pierwszej litery imienia, pseudonimu czy nazwiska (przykładowo: P., N. i tym podobnie). To od razu sprawia, że historia staje się nadzwyczaj uniwersalna, bo przecież takim bohaterem X może być każdy, kto popiera przedstawiane przez niego poglądy. O czym więc opowiada ta książka? Można by rzec, że w te wszystkie przemyślenia, wpleciona została całkiem dobra, przemyślana fabuła oscylująca wokół uczucia zwanego miłością, a co często się z nią wiąże to pożądanie, zauroczenie, stopniowe docieranie się, a czasami też rozstanie. Co najlepsze, narrator jest tutaj pierwszoosobowy i jest nim właśnie mężczyzna imieniem X. Wszystko zaczyna się w teatrze, gdzie któregoś wieczoru główny bohater ma okazję oglądać sztukę, jaka całkowicie nie przypadła mu do gustu. Mówi o tym następnie reżyserowi, którego o dziwo, broni pewna, intrygująca kobieta... Od tamtej chwili, X mimowolnie wraca myślami do jasnowłosej dziewczyny, mając nadzieję, że uda mu się ją odnaleźć. Jak zatem potoczą się losy głównego bohatera? Jak w ogóle wygląda życie pana X? I jakimi poglądami kieruje się mężczyzna? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań znajdziecie w książce "Mizantropia" - jeśli tylko kiedyś będziecie mieli możliwość po nią sięgnąć. 
    Wiecie co? Autor, kiedy zaproponował mi przeczytanie tej książki, podkreślił od razu, że tę historię albo się kocha, albo nienawidzi. No cóż - pomiędzy jednym, a drugim jest dosyć cienka granica. Jednocześnie są to dwie, sprzeczne emocje. Będąc już po przeczytaniu jestem skłonna stwierdzić, że tę książkę można kochać, jednocześnie nienawidząc niektórych jej aspektów. Jak już wspomniałam we wstępie, musiałam nieco poukładać swoje myśli zanim postanowiłam przenieść opis wrażeń na ten wirtualny papier. Jednak najlepsze w tym wszystkim jest to, że pomimo swojej kontrowersji, ta książka jest dobra. Wręcz powiedziałabym, że cholernie dobra. Ukazuje świat taki, jakim jest. Autentyczność aż bije od tej historii, co sprawia, że ją pokochałam. Mimo paru rzeczy, a może lepiej to ująwszy - poglądów, z którymi nie do końca się zgadzam bądź też nie jestem w stanie zrozumieć niektórych ludzkich zachowań, ta książka skradła moje serce samym przekazem. Tym, że kiedy tak pochłania się kolejne strony, można pomyśleć: "kurcze, to jest akurat niezwykle trafne - myślę tak samo!". 
      Zdecydowanie widać ten aspekt psychologiczny. Ale osobiście bardzo lubię sięgać po tego typu historie, bo zawsze mają one swoje drugie dno. Tutaj nie mogło być inaczej. Mnóstwo rozważań głównego bohatera rysuje całość. Oprócz tego, jak wspomniałam, wszystko oscyluje poniekąd wokół uczucia zakochania, a co się z nim wiąże - sporo tutaj o pożądaniu i namiętności. Miłość, jaka została tutaj przedstawiona ma swój wymiar duchowy, jak i cielesny. Tak, w tej książce znajdziecie sporo seksu, ale opisy zbliżeń bohaterów są zrobione dobrze. Jak przy wielu typowych romansach, często sposób opisywania tego aktu totalnie mnie raził, tak tutaj język, jakim posługuje się autor jest dobrze wysublimowany. No bo właśnie - co ważne, autor ma dobry styl - lekki, przyjemny w odbiorze. Okej, może w pewnych momentach rażący wulgaryzmami taką osobę jak ja, czyli lubującą się w poetyckim języku. Jednak przyznaję, że akurat tej książki nie wyobrażam sobie bez tych wulgaryzmów, bo dodają one jedynie autentyczności. Cóż, ta historia ma naprawdę sporo plusów i zdecydowanie przypadła mi do gustu. Ostatnim pozytywem, o jakim muszę wspomnieć, to fakt, że już dawno czytając jakąkolwiek książkę, tak się nie uśmiałam z niektórych fragmentów, jak przy okazji "Mizantropii". Autorze wiedz, że kąciki moich ust aż za często unosiły się ku górze, a w głowie miałam myśl - "jak on świetnie dobiera słowa, które tworzą z kolei tak ironiczne zdania, jaie co lepsze - idealnie odzwierciedlają rzeczywistość". 
      Jednak żeby nie przesłodzić... Ta książka nie każdemu przypadnie do gustu. Jeśli ktoś nie jest fanem nadmiernych rozważań, to akurat tutaj może nie odnaleźć tego, co szuka, a te ciągłe wręcz rozkminy życiowe głównego bohatera momentami mogą nużyć. Fakt faktem osobiście lubię się zagłębiać w takie przemyślenia, ale nie każdemu przypadną one do gustu. Co więcej, jak wspomniałam, z wieloma kwestiami poruszanymi w tej książce się zgadzałam, ale były też takie, jakich po prostu nie akceptuję jako człowiek i tym samym ciężko było mi przez nie do końca polubić głównego bohatera. Bo cóż - dla mnie przypadkowy seks jest czymś, czego nigdy nie zrozumiem i nie wiem, dlaczego ludzi ku temu ciągnie. To do mnie nie przemawia, tak po prostu. Było też parę przemyśleń, z jakimi nie do końca bym się zgodziła i które niekoniecznie działały na korzyść tej książki. Na szczęście jednak przeważyły te, w moim odczuciu, bardzo trafne.        
     Podsumowując, osobiście większa część mojego serducha została uwiedziona tą historią. Co prawda, jest kontrowersyjna, ale to, co mi się podoba - autor na samym początku napisał, że "Nigdy nie twierdziłem, że to nie jest zwykła prowokacja...", a kończąc książkę dodał "...albo ironia", co sprawia, iż na tę historię mimo wszystko można spojrzeć z przymrużeniem oka. Dlatego mam nadzieję, że uda się ją wydać w papierowej wersji, bo wiecie czego nie rozumiem? Tego, że ktoś mający wielki potencjał i potrafiący na zaledwie ponad dziewięćdziesięciu stronach zawrzeć tak trafne przemyślenia często ma problem z wydaniem swojego dzieła, kiedy na rynku czytelniczym pojawiają się często słabe historie, ale ważne, by zgadzało się znane nazwisko. Cóż - paranoja. 
     Dlatego przy tej okazji, chciałabym wspomnieć Wam o projekcie. Otóż każdy z nas może przyczynić się do wydania "Mizantropii". Wystarczy wejść tutaj:


A następnie wesprzeć finansowo ten projekt. Uwierzcie mi, warto, bo myślę, że jeśli interesujecie się chociaż trochę psychologią, ta książka jest dla Was. A chyba fajnie byłoby mieć taki papierowy egzemplarz, czyż nie? ;)
      Niebawem znów postaram się coś tutaj napisać. Przypominam o konkursie i zachęcam do wzięcia udziału. Wystarczy kliknąć w ten LINK. Póki co - trzymajcie się! 

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję:

środa, 13 kwietnia 2016

    Wypełniam jak mogę zaległe tagi książkowe - szczególnie, że każdy z nich jest naprawdę wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Co więcej, często dzięki nim przywołuję sobie pozytywne wspomnienia związane z danymi historiami i przypominam pewne książki przeczytane spory czas temu, a do jakich kiedyś chętnie na nowo bym powróciła. 
      Dlatego też dzisiaj zapraszam Was do przeczytania Kwiatowego Tagu Książkowego, do wykonania którego nominowała mnie autorka bloga Zaczytana Majka, za co serdecznie dziękuję! Tak więc by już nie przedłużać, zapraszam do przeczytania poniższych punktów. 

1. BRATEK - czyli książka, o której zawsze pamiętasz i masz nadzieję, że główny bohater o Tobie pamięta

Co prawda główny bohater raczej o mnie nie pamięta - niestety, ale fikcyjne postaci nigdy nie staną się tymi realnymi, nie wiadomo jak bardzo byśmy chcieli. Jednak osobiście zawsze pamiętam o fenomenalnej książce "Maybe someday" Colleen Hoover, jak również o "Lawendowym pokoju" Niny George oraz historii stworzonej przez Zafona, czyli "Cień wiatru".

2. FREZJA - czyli książka, którą darzysz szacunkiem i uznaniem 

Nie jestem w stanie wymienić tutaj jednego, konkretnego tytułu. Mogę jednak przyznać, że darzę szacunkiem i uznaniem dosłownie każdą książkę, która ma w sobie coś takiego, co sprawia, iż po prostu czuję ogrom emocji bądź też mimowolnie skłania mnie ona do głębszych przemyśleń. Nieważne czy to świetna fabuła, czy może trzymanie czytelnika w napięciu lub też poetycki język - cokolwiek w danej książce jest w stanie wywołać we mnie burzę uczuć i myśli, trafia do tych książek, jakie darzę ogromnym uznaniem. 

3. CYKLAMEN - czyli książka, której szczerze nienawidzisz 

Nie ma takiej książki, jaką byłabym w stanie znienawidzić. Fakt, zdarzają się słabsze lektury, jakie często nudzą bądź wywołują we mnie ogromną frustrację, ale nie potrafię czuć do nich aż tak negatywnych uczuć i w nawet największej, że tak to ujmę, szmirze, staram się znaleźć chociaż małe przebłyski pozytywów, bo wiem, że ktoś mimo wszystko włożył w stworzenie swojego dzieła sporo pracy - i doceniam chęci, jak i wysiłek. 

4. HIACYNT - czyli książka, która sprawiła Ci przykrość przez głównego bohatera 

Zdecydowanie "Amber" Gail McHugh, ponieważ główna bohaterka doprowadzała mnie do lekkiego szału swoim zachowaniem. Dlatego tak trudno było mi się wbić w czytanie tej książki i ratowały ją momenty, w których pojawiała się postać Rydera. Podobnie miałam w przypadku "Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno" Kirsty Moseley. Nie wiem, może z tym imieniem Amber jest coś nie tak, bo tutaj główna bohaterka właśnie tak się nazywa, ale również sprawiała mi przykrość swoim nieco egoistycznym zachowaniem.

5. ŻONKIL - czyli tak świetny fikcyjny świat, że aż wzbudza w Tobie zazdrość

Może nie chodzi nawet o fakt, że jakiś fikcyjny świat wzbudza we mnie zazdrość, ale zdecydowanie jest kilka takich właśnie książkowych miejsc, które są genialne. Oczywiście nie sposób tutaj nie wymienić całej serii o Harrym Potterze. Czasami marzyłam, by znaleźć się kiedyś w tym słynnym Hogwarcie, ach! Poza tym podobał mi się też świat wykreowany przez Małgorzatę Borkowską w książce "Wyprawa po klucz". 

6. KONWALIA - czyli książka z delikatną i nieśmiałą bohaterką 

Myślę, że pasuje mi tutaj sporo książek, gdzie bohaterka była właśnie taka delikatna, dziewczęca, czasami też nieśmiała. Na pewno Allyson z historii stworzonej przez Gayle Forman w "Ten jeden dzień", jak również Sydney z "Maybe someday" czy Anna z "W krainie kolibrów". Pewnie jeszcze sporo innych postaci mogłabym wymieniać.

7. CZERWONY TULIPAN - czyli książka, którą darzysz gorącą miłością 

Mnóstwo tytułów, naprawdę. Pewnie Was nie zaskoczę, jak wymienię tutaj cudowne "Maybe someday" Colleen Hoover. Ale gorącą miłością darzę też serię stworzoną przez Victorię Scott, czyli "Ogień i woda" oraz "Kamień i sól" - te książki są genialne! Podobnie jak "Czerwona królowa" oraz "Szklany miecz" autorstwa Victorii Aveyard - cudowne historie, które uwielbiam całym swoim serduchem! 

8. IRYS - czyli książka, którą czytałeś/aś tak dawno, że już nie pamiętasz co o niej myślałeś/aś

Hmm... na ogół mam całkiem dobrą pamięć do przeczytanych historii, nawet jeśli były dawno. Chociaż przyznam się szczerze, że mogłabym tutaj zaliczyć tytuły, po jakie sięgałam w okresie chociażby gimnazjum. Pamiętam, że czytałam coś z serii "Wampiry z Morganville" i w sumie nie pamiętam, czy mi się to podobało, czy nie.

9. FIOŁEK - czyli książka, którą masz zamiar przeczytać po raz kolejny 

Zdecydowanie (wymieniane po raz któryś, wiem :D) "Maybe someday", ale ta książka jest tak emocjonalna, że brak mi słów. Poza tym na pewno sięgnę kiedyś ponownie po "Anatomię istnienia" Tomasza Mazura. Ten zbiór felietonów poruszył mnie do głębi sprawiając, że miałam pewnego rodzaju kac książkowy. Dlatego kiedyś, po paru latach zamierzam do tej książki powrócić i zobaczyć, jakie wtedy będzie moje spojrzenie na rozważane przez autora tematy.

10. CHRYZANTEMA - czyli osoby, które nominujesz do wykonania tego tagu 

Jakoś nieszczególnie pozytywnie kojarzy mi się ten kwiatek... No ale skoro jest, to cóż. :D Niemniej, nie będę tutaj nominować konkretnie i podobnie, jak przy Unpopular Book Tag, nominuję każdego, komu spodobał się ten kwiatowy tag książkowy. Jeśli tylko macie ochotę, wykonajcie go u siebie! 

      To już wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszy wpis, a wraz z nim wykonanie tego tagu. Mam nadzieję, że miło czytało Wam się moje odpowiedzi i cóż - ciekawe, czy byście się z nimi zgodzili, czy wręcz przeciwnie. 
      Niebawem znów coś dla Was napiszę - na pewno recenzję pewnej książki, która wywarła na mnie spore wrażenie (głównie pozytywne), jak również być może pojawi się muzyczny wpis. Póki co - trzymajcie się!

Jednocześnie przypominam o konkursie i zachęcam Was serdecznie do wzięcia w nim udziału - WARTO! :) Im więcej zgłoszeń, tym lepiej, więc nie wahajcie się i klikajcie TUTAJ!

poniedziałek, 11 kwietnia 2016


     Moi Drodzy! Dzisiejszy wpis będzie krótki, zwięzły i na temat. Otóż być może pamiętacie, że jakiś czas temu recenzowałam tutaj książkę "Wyprawa po klucz" autorstwa Małgorzaty Borkowskiej (link do recenzji), którą Chaos Myśli objął patronatem medialnym. Książka w dniu dzisiejszym ma już swoją oficjalną premierę, stąd teraz każdy z Was może zapoznać się z tą niezwykle ciekawą, nieco baśniową, lecz co najważniejsze - pełną prawdy dotyczącej życia, historią. Jednak dla trójki szczęśliwców mam świetną wiadomość... Tak - to właśnie zapowiadana niespodzianka, czyli KONKURS! Jesteście zaintrygowani? Mam nadzieję, że tak! W takim razie zapraszam do przeczytania poniższych szczegółów. 


REGULAMIN KONKURSU
  • Organizatorem konkursu jest autorka bloga Chaos Myśli.
  • Sponsorem nagród jest autorka książki "Wyprawa po klucz" - Małgorzata Borkowska.
  • Konkurs trwa od 11 kwietnia 2016 roku do 25 kwietnia 2016 roku. 
  • Aby wziąć udział w konkursie, należy udzielić odpowiedzi na poniższe pytanie konkursowe, a także podać swoje imię i adres mailowy. 
  • Zwycięzców będzie trzech i zostaną oni wyłonieni spośród osób, których wypowiedzi będą najbardziej kreatywne. 
  • Wyniki konkursu pojawią się na blogu w ciągu 3 dni od jego zakończenia, a osoby, które otrzymają nagrodę, zostaną dodatkowo poinformowane mailowo. 
  • Jeżeli w ciągu 5 dni od ogłoszenia wyników, osoba nie zgłosi się po wygraną, wybrana zostanie kolejna odpowiedź. 
  • W konkursie może wziąć udział każdy odwiedzający bloga (nie jest koniecznie posiadanie własnego bloga), wystarczy, że poda swoje imię i adres mailowy oraz udzieli odpowiedzi na pytanie konkursowe. 
  • Konkurs organizowany jest jedynie dla osób zamieszkałych na terenie Polski. 
  • Będzie mi miło, jeżeli zamieścicie baner konkursowy na swoim blogu (o ile go posiadacie), jednak nie jest to warunek konieczny. 
PYTANIE KONKURSOWE: 

Główny bohater książki bierze udział w wyprawie, w której musi odnaleźć pewien klucz. 
Każdy z nas w swoim życiu odbywa taką wyprawę po klucz - szukając odpowiednich wartości czy też spełniając swoje marzenia. Jakiego klucza Ty szukasz? Może jest to szczęście, miłość, wymarzona kariera, a może coś jeszcze innego? Swoją odpowiedź zamieść poniżej (ilość zdań - bez ograniczeń), podając swoje imię i adres mailowy. 

      Życzę Wam Moi Drodzy powodzenia i czekam z niecierpliwością na Wasze zgłoszenia. Wierzę w to, że każda odpowiedź będzie wspaniała i dostarczy mi wielu przyjemnych chwil podczas ich czytania. Zatem... czas start! :)

niedziela, 10 kwietnia 2016

Autor: Kirsty Moseley
Tytuł: Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 352
Ocena: 3.5/6

     Młodzieżówki na ogół nie wymagają od czytelnika zbyt wielkiego zaangażowania umysłowego. Są zazwyczaj lekkie i pisane prostym językiem. Jednak równie często mimo wszystko mają w sobie coś, co zachwyca i sprawia, że chce się czytać więcej i więcej historii tego pokroju. Kilkakrotnie już udało mi się przekonać, że książki młodzieżowe potrafią być wartościowe i często sprawiają, że podczas ich czytania wylewa się morze łez. Może myślałam, że w przypadku tytułu "Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno" Kirsty Moseley będzie podobnie. Może miałam nadzieję, że zostanę uraczona młodzieżówką, ale taką, jaka porusza istotny problem i pełna jest emocjonalności. I teraz, będąc już po przeczytaniu, pytam siebie - jak mogłam tak bardzo się rozczarować? Jednak żeby nie było tak gorzko - ta książka ewidentnie ma swoje plusy. Szkoda tylko, że w moim odczuciu, sporo było także wad, jakie zepsuły świetny pomysł na fabułę. 
       Główną bohaterką książki, a jednocześnie narratorem (oprócz kilku rozdziałów pisanych z perspektywy Liama) jest Amber. Ta szesnastoletnia dziewczyna nie miała łatwego życia. Jej ojciec znęcał się nad swoją rodziną: żoną oraz dziećmi - zarówno nad Amber, jak również nad jej starszym bratem Jakiem, który mimo wszystko starał się ze wszystkich sił chronić siostrę. Po feralnym wydarzeniu, podczas którego ojciec prawie zgwałcił swoją córkę, Jake wraz z pomocą najlepszego przyjaciela Liama brutalnie pobija swojego rodziciela każąc mu się wynosić i nigdy nie wracać. Życie Amber toczy się więc swoim rytmem, lecz ma ona swego rodzaju traumę związaną z dotykiem... Dotykać może ją tylko mama, brat Jake oraz - no właśnie, Liam. Chłopak, odkąd skończył dziesięć lat, co noc przychodził pocieszać dziewczynkę z naprzeciwka, co w ostateczności sprowadzało się do tego, że zasypiali, wtuleni w siebie. Amber jednak po latach widzi w Liamie dwie twarze - dziennego podrywacza, który może mieć każdą oraz tego nocnego, troskliwego przyjaciela... Jednak w pewnym momencie ich relacja zaczyna się komplikować... Jak zatem potoczą się ich losy? Czy ta dwójka zakocha się w sobie i stworzy normalny związek? Jak wpłyną na tę relację wydarzenia sprzed lat? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań znajdziecie oczywiście sięgając po książkę Kirsty Moseley. 
        Na ogół, kiedy jestem nieco rozczarowana przeczytaną historią, rozdzielam swoją recenzję na dwie części. W pierwszej podkreślam zalety lektury, a w drugiej skupiam się na tych aspektach, jakie całkowicie mnie do siebie nie przekonały. Tym razem zrobię podobnie. Zacznę może od mało istotnego faktu, ale jaki od razu rzucił mi się w oczy. Otóż - okładka książki jest przepiękna i idealnie pasuje do całej tej historii. Czerń, biel i ten delikatny róż odpowiada zawartej historii - jest ona bowiem w pewnym sensie słodko - gorzka tak, jak te barwy. Stąd gratulacje dla wydawnictwa za zrobienie tak dobrej oprawy graficznej. Jeśli natomiast chodzi o samą historię, pierwsze strony niezwykle mnie zaintrygowały. Można by rzec, że po przeczytaniu kilkunastu zdań, myślałam sobie - "hmm, możliwe, że ta historia będzie dobra i to bardzo". Niestety, nieco się przeliczyłam - ale o tym za chwilę. Właściwie książka najlepsza jest na samym początku i na końcu. Muszę przyznać, ze w pewnym sensie ostatnie strony, jak i samo zakończenie uratowały cały mój odbiór tej historii. To, co mi się podobało, to pomysł na fabułę. Może jest dosyć przewidywalny jak dla młodzieżówek - ojciec znęcający się nad rodziną, przez co pozostawia pewnego rodzaju traumę, ale gdyby wzięty zostałby bardziej kontekst psychologiczny, to całość mogłaby być jeszcze lepsza. Plusem tej historii może być język, który jest dosyć prosty w odbiorze, przez co książkę czyta się wręcz błyskawicznie. Mimo to, dla mnie samej pozostawia on sporo do życzenia, ale to dlatego, że uwielbiam, gdy język jakim posługuje się autor jest jednak bardziej "poetycki", że tak to ujmę. No i cóż - trzeba przyznać, że sama historia w pewnym sensie ma swego rodzaju urok i potrafi momentami rozbawić czytelnika. Jednocześnie ostatnie kilkadziesiąt stron, jak już wspomniałam, są na tyle dobre, że Wasz puls zdecydowanie przyspieszy. Ostatnią już rzeczą, jaka mi się podobała, to "epilog" tej historii. Nie chcę Wam zdradzać za dużo, ale zadziałało to na plus w kontekście całej powieść i stanowi świetne dopełnienie całości.
       Jednak to by było na tyle, jeśli chodzi o plusy. Być może miałam zbyt wysoko postawioną poprzeczkę, jeśli chodzi o tę historię i przez to się rozczarowałam. Sam fakt, że jak napisałam - pomysł na fabułę był i to bardzo dobry. Tylko wykonanie już niestety niekoniecznie było takie, jakie by do mnie przemówiło. Po pierwsze, wszystko tutaj dzieje się za szybko. Za szybko ludzie się zakochują, za mało czasu mija, odkąd zaczynają być razem i - Matko Jedyna - za szybko idą ze sobą do łóżka. Co więcej, nie mogłam znieść tego ciągłego opisu strojów bohaterów oraz faktu zachwycania się jacy oni są wspaniali, słodcy, dziewczyny - piękne, a mężczyźni - seksowni i męscy. To sprawiało, że całość stawała się tak przesłodzona, że to aż mdli. Za mało było też tutaj ogólnej emocjonalności, która w kontekście poruszanego problemu, czyli znęcania, sprawiałby, że nie wiem, może by łezka uroniła się z mojego oka? Niestety nic takiego się nie stało, a szkoda. To, o czym jeszcze muszę wspomnieć, to za dużo absurdalnych wydarzeń. Było tutaj tak wiele sytuacji, że można lekko się pogubić, poważnie. Szkoda, że autorka miała pomysł, ale zrealizowała go tak kiepsko i chaotycznie, ostatecznie tworząc dosyć mizerną młodzieżówkę.
       Jeśli chodzi o kreacje bohaterów, pozostawiają niestety wiele do życzenia. Kiedyś, przy okazji recenzji jakiejś książki napisałam, że jeśli główna bohaterka zaczyna mnie irytować, to historia od razu spada u mnie z oceną niżej. Niestety, ale Amber jest w moich oczach nieco egoistyczną, napaloną nastolatką, która niby przeżyła w swoim życiu wiele złego, ale mało kiedy to po niej widać. Gdyby Kirsty Moseley wykreowała bardziej autentyczny portret psychologiczny tej postaci, mogłoby być świetnie, a tak to czytelnik otrzymuje nastolatkę, która sama nie wie czego chce od życia. Liam - okej, on miał coś w sobie i śmiem twierdzić, że jest bohaterem, którego polubiłam i jaki swoimi cechami ratuje całość. No, może momentami był zbyt przesłodzony, ale ogólnie działał na plus całej tej historii. Podobnie jak brat głównej bohaterki - Jake. Jego kreacja dosyć przypadła mi do gustu. Był zabawny, opiekuńczy i chociaż porywczy, to jednocześnie wrażliwy. Pozostali bohaterowie byli mi dosyć obojętni - ani specjalnie do mnie nie przemawiali, ani też mnie nie irytowali. 
      Podsumowując, mnie osobiście rozczarowała nieco ta historia i nie jestem w stanie zrozumieć jej fenomenu, a porównywanie twórczości autorki do chociażby Colleen Hoover sprawia, że mam ochotę roześmiać się z politowaniem. Mimo podobieństw do "Hopeless", Kirsty Moseley ani w jednej czwartej nie stworzyła tak autentycznej i emocjonalnej historii. Miała świetny pomysł, którego nie potrafiła w pełni wykorzystać. I chociaż książka jest lekka, czyta się ją błyskawicznie i w celu oderwania się od rzeczywistości, może stanowić dobre dopełnienie jakiegoś wolnego wieczoru, tak do mnie niestety nie do końca przemówiła. Może gdybym była młodsza to fakt, taka młodzieżówka zapewne by mi się spodobała, bo wiem z doświadczenia, że w wieku nastu lat ma się inne spojrzenie na wiele spraw. To już jednak nie te czasy i obecnie wymagam od literatury czegoś więcej. Mogę jednak polecić tę historię przede wszystkim osobom, które szukają niezobowiązującej lektury w celu zrelaksowania. Wtedy "Chłopak który zakradał się do mnie przez okno" idealnie spełni to kryterium.
      Niebawem znów postaram się coś tutaj napisać. Na pewno szykuję dla Was coś świetnego, dlatego bądźcie czujni, bo na dniach pojawi się niespodzianka. Póki co - trzymajcie się! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
     

sobota, 9 kwietnia 2016

     Pamiętam, że dawniej często pojawiały się tutaj różnego rodzaju tagi książkowe. Zawsze lubiłam je robić, bo były świetną okazją do przypomnienia sobie niektórych, ciekawych tytułów. Dlatego też niezmiernie się cieszę, że ponownie jak ostatnio, tak i dzisiaj znowu powrócę do tego typu wpisów. Jak napisałam w tytule, wykonam "Unpopular Opinions Book Tag" - czyli jeden z tagów, jaki od dawna bardzo mi się podoba, ale jakoś dotychczas nie miałam możliwości go zrobić. Zostałam do niego nominowana przez Autorkę bloga Books N' Roses, za co serdecznie dziękuję! :) Stąd też myślę, że nie ma sensu przedłużać, więc zapraszam Was do przeczytania poniższych punktów. 

1. Popularna książka lub seria, której nie lubisz 

Musiałam dłuższą chwilkę zastanowić się nad odpowiedzią, ale ostatecznie wybrałam serię "Oddechy" Rebecci Donovan. Właściwie nie sposób mi do końca mówić o serii, gdyż czytałam do tej pory tylko dwie pierwsze części, a ostatnia wciąż przede mną (chociaż jak mam być szczera nie mam bladego pojęcia czy kiedykolwiek jeszcze po nią sięgnę). Pamiętam, że gdy czytałam tamte książki, dałam im nawet dosyć pozytywne recenzje, bo miały w sobie trochę emocjonalności i ciekawy pomysł na fabułę. Mimo to, biorąc pod uwagę inne aspekty - w moich oczach są mizerne. Wiem, że swego czasu o książce "Powód, by oddychać" było niezwykle głośno i naczytawszy się mnóstwa pozytywnych opinii, liczyłam chyba na jakieś wielkie "łał". Osobiście otrzymałam historię z ciekawym pomysłem, ale o wiele gorszą realizacją, już nie wspominając o tym, że główna bohaterka strasznie mnie irytowała, swoim zachowaniem doprowadzając wręcz do szału. Co prawda, druga część była minimalnie lepsza, ale nadal nie satysfakcjonowała mnie w pełni. Dlatego też z perspektywy czasu muszę to powiedzieć: nie przepadam za tymi książkami. 

2. Popularna książka lub seria, której wszyscy nienawidzą, ale Ty kochasz 

Ciężko to przyznać, ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Jednak gdybym już miała żywcem coś znaleźć, to wiem, że sporo osób nie rozumie fenomenu serii o Mare Barrow. Spotkałam się już z kilkoma opiniami, w których "Czerwona królowa" oraz jej kontynuacja czyli "Szklany miecz" nie zachwyca, a główna bohaterka jest doszczętnie krytykowana. Jednak osobiście uwielbiam tę serię pełną emocjonalności, która przeniosła mnie na chwilę do innego świata. 

3. Trójkąt miłosny, w którym główny bohater/bohaterka, według Ciebie, wybrała złą osobę LUB literacka para, której nie lubisz

Jak uwielbiam książkę "Plan" Patrycji Gryciuk, tak do tej pory nie zgadzam się z wyborem głównej bohaterki. Co prawda, zarówno Siergiej jak i Lorcan byli intrygującymi mężczyznami, wnoszącymi do życia Anny wiele dobrego (jak i czasami trochę złego). Mimo to, chociaż spodziewałam się takiego wyboru głównej bohaterki, to jednak od samego początku kibicowałam jej i Lorcanowi, bo ta miłość była taka... młodzieńcza, szalona i całkowicie bezgraniczna. 

4. Popularny gatunek literacki, po który rzadko sięgasz

Fantastyka - dawniej byłam skłonna częściej po nią sięgać, a później miałam pewnego rodzaju zastój. Obecnie co prawda od czasu do czasu czytam coś z tego gatunku, ale i tak pojawia się on niezwykle rzadko. Natomiast jeszcze rzadziej (o ile w ogóle) sięgam po horrory. Nie przepadam za taką tematyką książek, która wzbudzałaby we mnie nadmierną grozę.

5. Popularny, bądź uwielbiany bohater, którego Ty nie lubisz

Hmm... Jakoś tak nikt konkretny nie przychodzi mi do głowy. Jedynie jeśli już, to wzięłabym tutaj Mavena z "Czerwonej królowej". Wiele osób kibicuje temu bohaterowi mimo wszystkich jego cech i decyzji, jakie podejmował w tej serii, a ja od samego początku go nie lubiłam i wręcz czułam, że nie jest do końca szczery i taki, za jakiego się podaje. Nadal przystaję przy opinii, że nie przepadam za tym bohaterem.

6. Popularny autor, do którego nie jesteś przekonany

Kompletnie nie przekonała mnie do siebie wspomniana już dzisiaj Rebecca Donovan. Jednak oprócz niej, nie do końca przekonuje mnie John Green. Co prawda czytałam książkę "Gwiazd naszych wina", która była całkiem dobra, ale chyba spodziewałam się czegoś więcej. Tym samym nie ciągnie mnie do innych jego książek.

7. Popularny wątek/motyw, którego masz już dosyć 

Nie będę pewnie oryginalna, jeśli powiem, że są to trójkąty miłosne. Jednak uwaga, uwaga! Czasami nie mam ku nim nic przeciwko, o ile są zrobione całkiem dobrze. Tylko niestety, na ogół właśnie są one tragiczne... Ba! Tragicznie komiczne. Szczególnie wieczne niezdecydowanie jakiejś bohaterki/bohatera, kogo ma wybrać. Inny wątek, jaki mnie lekko irytuje, to "główna bohaterka - ofiara losu", czyli postać, na którą spada tyle cierpień, że normalny człowiek pewnie już dawno nie dałby sobie z nimi rady, ale ona jakoś tam funkcjonuje, niemniej jest taka biedna i krucha... Ale oczywiście na szczęście zawsze znajduje się jej książę na białym koniu, jaki ją uratuje i sprawi, że nagle nabierze pewności siebie. Mówię już "nie" takim wątkom.

8. Popularna seria, której nie chcesz przeczytać

Na pewno nie sięgnę po te wszystkie Greye... Szczerze powiedziawszy szkoda byłoby mi czasu na coś, co raczej nie wniesie nic ciekawego do mojego życia. Nie ciągnie mnie także do wychwalanych przez wszystkich "Igrzysk śmierci" - chociaż tutaj nie mówię "nigdy", bo może kiedyś mnie natchnie do tego, by w końcu zapoznać się z tą serią.

9. Mówi się, że "książka jest zawsze lepsza od filmu", ale który film lub serial podobał Ci się bardziej niż książka?

Przepraszam bardzo, ale tak się nie mówi - tak naprawdę jest. Książka jak dla mnie zawsze wygrywa z filmem. Jedyne co, to ewentualnie ekranizacja może w jakiś sposób dorównać temu, co zostało przedstawione w książce. Pod tym względem nie mam niestety zbyt wielu filmów, jakie byłyby całkiem dobrze zrobione. Jedynie może "Zostań, jeśli kochasz" oraz "Jeden dzień" dorównały (ale nie były lepsze) książkom.

     To już prawie wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszy tag. Zostało mi oczywiście rozdanie nominacji. Nie mam pojęcia, kto już robił ten tagu siebie, a kto jeszcze nie, a jako, że mam nieco zastój w odwiedzaniu Waszych blogów (chociaż robię to, gdy tylko mam wolną chwilę, niemniej nie zawsze udaje mi się nadrobić każdy artykuł), tak więc dzisiaj nominuję KAŻDEGO, kto ma ochotę zrobić ten tag u siebie! :)
      Niebawem znów coś dla Was napiszę, bo stworzyłam sobie kilka wpisów tzw. "na zaś", gdyż wiem, że z moim czasem będzie coraz gorzej. Póki co - trzymajcie się! 

czwartek, 7 kwietnia 2016

     Przyszedł czas, bym w końcu napisała dla Was nieco spóźnione podsumowanie czytelnicze marca. Muszę przyznać, że ten miesiąc pod względem ilości przeczytanych lektur, jak na mnie i mój ciągły brak czasu, był naprawdę świetny. Udało mi się przeczytać aż siedem książek i co lepsze - większość z nich pozytywnie mnie zaskoczyła. Jednak na kwiecień nie planuję wiele, bo wiem, że muszę zająć się innymi sprawami. Mimo to nie wyobrażam sobie miesiąca bez przynajmniej jednej książki, stąd na pewno coś sobie przeczytam. Okej, żeby już zatem nie przedłużać, zapraszam Was serdecznie do przeczytania poniższych punktów. 

1. Podsumowanie czytelnicze marca



Jak już napisałam, jestem zadowolona ze swojego wyniku. Udało mi się przeczytać te przepiękne książki, jakie widzicie na zdjęciu. Jedne zaparły mi dech w piersiach, gdy inne może nie do końca przekonały, to mimo wszystko miło spędziłam czas z każdą z tych lektur. Co więcej, wszystkie książki z powyższego stosiku to egzemplarze recenzenckie... Aż jestem w szoku, że tyle ich miałam w tym miesiącu, jednak wiem także, że w kolejnym już nie biorę ich zbyt wiele, bo po prostu czasowo z tym nie wyrabiam. Wracając do książek przeczytanych w marcu, pokrótce je opiszę.
  • Anna Bednarska - "Trudny Mężczyzna" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Akurat. Tę książkę wspominam bardzo ciepło. Historia niezwykle autentyczna, a jednocześnie dająca w pewnym sensie nadzieję. Polecam każdemu z całego serca.
  • Faye Kellerman - "Pętla" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa HarperCollins Polska. Thriller psychologiczny, który zdecydowanie do mnie przemówił. Miał jakieś drobne wady, ale mimo wszystko stanowił dobre oderwanie od towarzyszących mi ciągle obyczajówek.
  • J.M.R. Michalski - "Szepty miłości" - egzemplarz recenzencki od Autora. Historia, jaka wywołała we mnie mieszane uczucia. Ciekawy pomysł na fabułę, przyjemny język, ale jednocześnie za dużo dramaturgii. 
  • Victoria Scott - "Kamień i sól" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa IUVI. Kontynuacja fenomenalnego "Ognia i wody". Książka, na którą czekałam z niecierpliwością i się nie zawiodłam. Genialna. Najlepsza lektura tego miesiąca - zdecydowanie. 
  • Suzanne Collins - "Gregor i Przepowiednia Zagłady" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa IUVI. Druga część przygód Gregora. Przyjemny język, łatwość w odbiorze - po prostu całkiem dobra książka, chociaż zbyt przewidywalna.
  • Suzanne Collins - "Gregor i Klątwa Stałocieplnych" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa IUVI. Trzeci tom o Podziemiu jak dla mnie najlepszy do tej pory. Zaskakujący i trzymający w napięciu, w dodatku z zakończeniem, jakiego totalnie się nie spodziewałam.
  • Kathrin Lange - "Serce w kawałkach" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa MUZA S.A. Kontynuacja losów Juli i Davida z książki "Serce ze szkła". Zdecydowanie lepsza niż pierwszy tom, a swoim zakończeniem sprawia, że czytelnik chce jak najszybciej sięgnąć po kolejną część. 
Stąd też był to udany miesiąc. Jak napisałam, najlepsza książka jak dla mnie to "Kamień i sól", z kolei najmilej zaskoczyła mnie historia zawarta w lekturze "Trudny mężczyzna". 

2. Plany czytelnicze na kwiecień



Jak możecie zauważyć, tym razem postawiłam sobie za cel przeczytać tylko cztery książki. Wynika to z faktu, że muszę skupić się bardziej na obowiązkach związanych ze studiami. Nie wiem nawet czy uda mi się zapoznać z wszystkimi powyższymi historiami, jednak mam nadzieję, że mimo wszystko dam radę. Dlaczego wybrałam właśnie te lektury? Już Wam wyjaśniam.
  • Kirsty Moseley - "Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa HarperCollins Polska. Zaciekawił mnie ten tytuł. Myślę, że będzie to młodzieżówka, ale mam nadzieję, że poruszy jakąś głębszą tematykę, a nie będzie jedynie tkliwą historyjką. 
  • Leslye Walton - "Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender" - nie mogłam się oprzeć tej książce. Urzekła mnie okładka, zaintrygowały recenzje... Więc mam i ja swój egzemplarz i oby historia okazała się tak magiczna, jak o niej piszą.
  • Jojo Mojes - "Zanim się pojawiłeś" - od dawna ten tytuł czeka na mojej półce, a jakoś nie miałam kiedy zabrać się za tę książkę. Jako, że chcę iść do kina na ekranizację, bo gra aktor, którego akcent uwielbiam i do którego ogólnie mam słabość, tak więc muszę spełnić swoją zasadę: najpierw książka, potem film. 
  • Cecelia Ahern - "Zakochać się" - książka, na którą skusiłam się podczas wielkiej wyprzedaży książkowej wydawnictwa MUZA S.A. Było to jakiś czas temu, ale nie miałam okazji sięgnąć po tę opowieść i tak sobie cierpliwie czekała Uwielbiam historie tworzone przez tę autorkę i mam nadzieję, że również tym razem się nie zawiodę. 
Być może uda mi się zapoznać z wszystkimi tymi historiami i kto wie - a nuż jeszcze wpadnie w moje ręce coś więcej? Zobaczymy. Miałam do tego stosika wrzucić jeszcze "W krainie wodospadów" Sofii Caspari, którą zresztą chciałam nawet przeczytać w marcu. Jednak póki co postanowiłam zostawić ją na jakiś bardziej wolny i klimatyczny czas (tak, mam na myśli lato :D). 

     To już wszystko co chciałam zawrzeć w dzisiejszym wpisie. Jak u Was wygląda marzec pod względem czytelniczym? Planujecie ciekawe lektury na kwiecień? Piszcie, chętnie przeczytam! 
       Niebawem znów postaram się coś dla Was napisać. Na pewno pojawi się jeden z zaległych tagów książkowych, a później - zobaczymy, bo z moim napiętym harmonogramem, nie obiecuję, że wpisy będą pojawiać się regularnie. Póki co - trzymajcie się!

wtorek, 5 kwietnia 2016

Autor: J.M.R. Michalski
Tytuł: Szepty miłości
Wydawnictwo: Lucky
Liczba stron: 224
Ocena: 4.5/6

      Lubię czytać dzieła naszych polskich autorów, szczególnie, że dzięki nim często utwierdzam się w przekonaniu, że jeśli bardzo chce się pisać i wydawać coś swojego, to można. Dlatego też chętnie sięgnęłam po książkę "Szepty miłości", którą napisał J.M.R. Michalski. Czy udało mi się usłyszeć szepty tego wyjątkowego uczucia? Cóż... w ogólnym rozrachunku niestety nie do końca. Ta historia wywołała we mnie niezwykle mieszane uczucia. Z jednej strony ma to "coś", co przyciąga, lecz z drugiej posiada w moim osobistym odczuciu również sporo wad. 
   Główną bohaterką tej książki jest Agnieszka. To kobieta, której nagle zawala się cały dotychczasowy świat. Jej ukochany zostawia ją dla innej, przez co popada w ogromną rozpacz. Poznaje jednak nagle mężczyznę niczym księcia z bajki, lecz okazuje się, że i on jest zwykłym kłamcą. Agnieszka ma wrażenie, że już nigdy nie będzie w stanie zaufać nikomu, chociaż w głębi duszy wciąż pragnie miłości. Co więcej, najbliższa osoba w jej życiu - ojciec - zaczyna chorować. Wszystko wydaje się być bez sensu, aż do czasu, gdy przypadkowo kobieta poznaje Filipa... Jak zatem potoczą się jej losy? Czy mężczyzna okaże się wart jej zainteresowania? Czy kobieta będzie w stanie jeszcze kiedykolwiek komuś zaufać? Jak Agnieszka poradzi sobie z chorobą ojca? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście w książce "Szepty miłości".
      Jak już wspomniałam we wstępie, mam bardzo mieszane uczucia po przeczytaniu tej historii. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli swoją recenzję podzielę na to, co mi się podobało i na te elementy, które mnie do siebie nie przekonały. Zacznę zatem od pozytywów, jakie zawiera w sobie ta opowieść. Na całe szczęście jest ich o wiele więcej i to zaważyło na ogólnej ocenie tej książki. To, co mi się podobało to język, jakim posługuje się autor. Jest jednocześnie lekki i przyjemny, jak również pełen emocjonalności i momentami wręcz poetycki. Mogłabym się nawet pokusić o stwierdzenie, że język autora przypomina mi mój własny, którym posługuję się podczas pisania opowiadań czy innych, dłuższych historii (co prawda ja jeszcze niczego niestety nie wydałam, ale kto wie, co będzie w przyszłości :D). Co więcej, plusem jest dla mnie ogromna emocjonalność bijąca od tej opowieści, a osobiście bardzo lubię, gdy w książce zawartych jest sporo uczuć. Zdecydowanie do pozytywów muszę zaliczyć fakt, że podziwiam autora za to, że potrafił tak dobrze opisać kobiecą psychikę. Często autorzy mają problem z dogłębnym ukazaniem psychiki płci przeciwnej do ich własnej, a tutaj J.M.R. Michalski poradził sobie bardzo dobrze. Podobał mi się też taki nieco melancholijny wydźwięk tej historii. Mam tutaj na myśli fakt, że zawiera ona sporo przemyśleń dotyczących wiary, miłości, przyjaźni i ogólnie życia samego w sobie. Zresztą pomysł na fabułę, chcącą pokazać jak przewrotne bywa życie, jest dobry... I wszystko to byłoby świetne, gdyby autor nie przesadził jednak nieco ze swoją kreatywnością. 
       Tak, to moment, gdzie wytknę wszelkie, jak dla mnie, wady tej historii. Przede wszystkim jest przerysowana. Jak już napisałam, był dobry pomysł, ale zrealizowany niestety przesadnie. Czytając tę książkę zastanawiałam się czy to naprawdę możliwe, by jedna osoba przeżyła tak wiele cierpień w tak krótkim czasie. Niestety, ale dochodziłam do wniosku, że pewne momenty życia Agnieszki były jak dla mnie nierealne. Tak, tak, wiem, że życie nie każdego doświadcza jednakowo, ale na pewno nie jest aż tak brutalne dla jakiejś osoby w sposób, w jaki zostało to przedstawione. Dla mnie było w tej książce po prostu zbyt dramaturgii. No i zakończenie - zdecydowanie do mnie nie przemówiło. Być może ktoś dostrzegłby w tym coś "ponad", ale dla mnie było takie... dziwne. Nawet nie umiem tego lepiej określić. A szkoda. 
       Jeśli natomiast chodzi o bohaterów są dosyć specyficzni. Uważam zatem, że te kreacje były ciekawe dzięki swojej indywidualności. Agnieszka co prawda jawiła się w moich oczach jako kobieta zbyt przesadnie szukająca miłości. W pewnym sensie ją rozumiałam, bo każdy z nas pragnie odnaleźć w końcu swoją bratnią duszę. Jednak momentami jej charakter, pełen depresyjnych stanów, napawał mnie lekką irytacją. Polubiłam natomiast Filipa, pomimo niektórych jego decyzji, jak faktu, że nie do końca zgadzałam się z jego poglądami. Jednak miał jednocześnie w sobie coś takiego, co sprawiało, że nie dało się go nie polubić. Pozostali bohaterowie byli raczej poboczni i nie tak bardzo zarysowani, ale również wnieśli co nieco do całej tej fabuły. 
    Podsumowując, książka "Szepty miłości" to historia, która we mnie wywołała szereg sprzecznych odczuć. Z jednej strony miała w sobie coś, co przyciąga uwagę czytelnika i co więcej - bardzo szybko się ją czyta. Lecz z drugiej strony jak mnie troszeczkę została przerysowana. Mimo to, polecam ją szczególnie osobom, które wciąż poszukują miłości i wierzą, że któregoś dnia usłyszą jej szepty. Pod tym względem sama nie żałuję, że po nią sięgnęłam, bo w pewnym sensie dotarła do mojej czasami zbyt romantycznej duszy. 
        Kończąc, wiem, że jakiś czas nie pojawiło się nic nowego. Wynikało to jednak z nadmiaru innych obowiązków. Chociaż samą książkę "Szepty miłości" przeczytałam już w tamtym tygodniu, to nie miałam ani chwili wolnego, by zabrać się za recenzję aż do dzisiaj. 
        Niebawem znów postaram się coś napisać - na pewno zaległe podsumowanie czytelnicze marca, jak również jeden z tagów. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję:
Autorowi - J.M.R. Michalski

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *