środa, 30 września 2015

Autor: Dan Brown
Tytuł: Zaginiony symbol
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 624
Ocena: 5/6
     Są autorzy, o których słyszę wiele, a jednak przez długi czas mam z nimi nie po drodze. Sama nie wiem, co jest przyczyną tego typu "blokady", a mimo to ciągle omijam szerokim łukiem niektórych twórców. Tak było w przypadku Jo Nesbo czy też Stephena Kinga. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku gdy tylko w końcu dorwałam jakąś ich książkę z zamiarem przeczytania, to będąc już po lekturze wiedziałam, że nie będzie to moje ostatnie spotkanie z tymi autorami. Podobnie stało się tym razem, kiedy w grę wszedł "Zaginiony symbol" Dana Browna, autora, o jakim wiedziałam wiele dobrego, a gdzieś mi ciągle umykał. W końcu postanowiłam to zmienić i pożyczywszy od znajomego (dziękuję raz jeszcze i wybacz, że tyle czasu zajęło mi czytanie) tę książkę, miałam nadzieję, że i tym razem zostanę pozytywnie zaskoczona. Tak właśnie się stało i mimo iż przez długi czas nie mogłam się przełamać by zacząć czytanie "Zaginionego symbolu", gdy już po niego sięgnęłam, historia niezwykle mnie pochłonęła. Jednak po kolei...
     Robert Langdon - główny bohater tej książki - to wykładowca na Harvardzie, zafascynowany historią oraz badaniem różnych symboli. Któregoś dnia, wcześnie rano dostaje wiadomość od swojego przyjaciela, Petera Solomona, który niezwłocznie prosi go o przybycie do Waszyngtonu w celu wygłoszenia wykładu podczas wieczornej uroczystości. Langdon ma zastąpić jednego z nieobecnych w tym dniu prelegentów. Jednak kiedy główny bohater przybywa na miejsce, okazuje się, że został oszukany, a zamiast wieczornego odczytu, na środku Rotundy znajduje coś, co całkowicie go przeraża... Ucięta dłoń, gdzie na jednym palcu widnieje masoński pierścień, a na opuszkach wytatuowane zostały pewne symbole mówi Robertowi wszystko. Jego przyjaciel został porwany, a on sam natomiast otrzymał zaproszenie do odnalezienia dawno zaginionego świata. Chcąc ocalić Petera, musi współpracować z szaleńcem, który zmusza go do odszukania tajemniczego portalu, dając mu jedynie kilka wskazówek... Jak zatem potoczą się losy Roberta Langdona? Czy uda mu się uratować przyjaciela? Jak trudne będą do rozszyfrowania wszelkie zagadki? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań, znajdziecie oczywiście w książce "Zaginiony symbol".

poniedziałek, 28 września 2015

Autor: Dorota Schrammek
Tytuł: Horyzonty uczuć
Wydawnictwo: Szara Godzina
Liczba stron: 239
Ocena: 5/6
   Wraz ze zbliżającymi się wielkimi krokami zajęciami na studiach, coraz bardziej pochłaniają mnie rzeczy związane z matematyką, jak również samym Krakowem. Stąd też, wisi nade mną nadal wizja tagów książkowych, które muszę wykonać (a ciągle dochodzą nowe, z czego jednak niezmiernie się cieszę) i na początku października w końcu się za nie zabiorę, jak również ciągle staram się pochłaniać kolejne książki... Tyle, że najczęściej plany z początkiem miesiąca, szybko się zmieniają i czasami sięgam po inne tytuły. Stąd też dzisiaj chciałabym, żebyście wraz z tą recenzją przenieśli się na chwilę nad nasze piękne morze, gdzie splatały się losy bohaterów książki "Horyzonty uczuć" napisanej przez Dorotę Schrammek. Krótko mówiąc, to historia, która początkowo lekko mnie wystraszyła (dlaczego - dowiecie się poniżej), ale wraz z kolejnymi stronami całkowicie w nią wsiąknęłam i przyznaję, że była dobrym oderwaniem się na chwilę od rzeczywistości, a jednak ciągle błądząc gdzieś w realiach życia... Stąd też po odłożeniu pomyślałam sobie - tak, podobała mi się ta książka.
     Ogólnie rzecz biorąc nie mamy tutaj jednego, głównego wątku. Jest wielu bohaterów, stąd też autorka porusza kilka różnych problemów. Wszyscy jednak spotykają się w tym samym miejscu - Pobierowie, do którego udali się czy to aby przemyśleć pewne sprawy, czy też by jedynie miło spędzić czas. Poznajemy zatem Iwonę - kobietę, która myśli, że została zdradzona przez męża, stąd postanawia wraz z córką udać się nad morze do pensjonatu prowadzonego przez ciotkę Matyldę. Ona sama natomiast również ma swoje tajemnice, jest jednak świetną gospodynią, jak również pełni rolę sołtyski. Mamy też Piotra - syna Matyldy, który wraz z żoną Dorotą postanowił spędzić wakacje nad morzem mając nadzieję, że dzięki nim podreperuje swoje małżeństwo. Pojawia się także Zoja - zapatrzona w byłego poetę, który tak naprawdę stał się jedynie marnym pijaczyną, Aldona - kobieta, która w swoim życiu przeżyła mnóstwo trudnych sytuacji, ale nie poddała się, Ryszard spędzający wakacje z małym chłopcem, Antosiem, a także wielu, wielu innych bohaterów. Każdy z nich jednak ma swoje problemy, z którymi musi się zmagać każdego dnia, a wakacje w Pobierowie sprawiają, ze wielu z tych bohaterów odnajduje sens swojego życia... Stąd też, jak potoczą się ich losy? Czy każdy z nich będzie żyć "długo i szczęśliwie"? Jaki klimat zapewni Wam ta książka? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań znajdziecie oczywiście w "Horyzontach uczuć".

piątek, 25 września 2015

   Wybaczcie, że nastąpił pewnego rodzaju zastój jeśli chodzi o wpisy na blogu, ale jak poinformowałam na fanpage'u, nie miałam przez kilka dni dostępu do internetu. Teraz natomiast wracam z czymś nowym, a właściwie z notką pisaną nieco pod wpływem impulsu... Co prawda powinny się pojawić dwa zaległe tagi książkowe - ale obiecuję, że w przyszłym tygodniu się za to zabiorę. Podobnie jeśli chodzi o recenzje książek, nowa pojawi się pewnie po weekendzie. Natomiast dzisiejszy wpis jest czymś z serii przemyśleń, a może nawet dosadniej powiedziawszy - z cyklu o tym, co mnie irytuje. Są takie chwile, kiedy nawet nie tyle złość, co swego rodzaju smutek ogarnia człowieka sprawiając, że musi to z siebie wyrzucić, by na duszy zrobiło się nieco lżej... Może ten wpis nie będzie wybitnie długi, bo i sama dzisiaj jestem nieco zabiegana, a i spać czasami trzeba, szczególnie gdy wstaje się wcześnie rano... Dlatego też zapraszam Was serdecznie do przeczytania dwóch, dość krótkich punktów mówiących o tym, co doprowadza mnie do szału.

niedziela, 20 września 2015

     Dwa dni temu, wieczorną porą dopadł mnie swego rodzaju melancholijny nastrój... Zaczęłam przesłuchiwać różnego rodzaju sentymentalne utwory, wracałam pamięcią do dawno przeczytanych książek poprzez czytanie zapisanych gdzieś w swoim notesie cytatów i nagle w mojej głowie zaczęły pojawiać się różnego rodzaju wspomnienia dotyczące sytuacji, ale też ludzi, z którymi kiedyś potrafiłam tak świetnie się dogadywać, a z jakimi to teraz jesteśmy sobie zupełnie obcy. Wiecie, to przykre, że w tym naszym życiu tak wiele rzeczy potrafi zmienić się w mgnieniu oka. Jednak nic na to nie poradzimy - czasami tak jest po prostu lepiej. Natomiast wspomnienia - cóż, bez względu na to, czy są pozytywne, czy jednak mniej wesołe, to i tak nigdy nie jesteśmy w stanie się ich całkowicie pozbyć. One zawsze będą siedzieć gdzieś głęboko w naszych myślach i od czasu do czasu zechcą spłatać nam figla, przypominając, że nadal są, tylko to my usilnie próbujemy je zamknąć na klucz gdzieś w ciemnych zakamarkach umysłu... Jednak ten wpis nie ma być o wspomnieniach, o nich już kiedyś pisałam, chociaż było to bardzo, bardzo dawno. 
     Dzisiaj natomiast chciałabym zaprosić Was do przeczytania mojej kolejnej próby interpretacji tekstu pewnego utworu. Tak bardzo zatraciłam się w czytaniu i recenzowaniu, że ten blog zaczął przypominać typowy blog książkowy, a nie ten początkowy "chaos myśli". Dlatego też od czasu do czasu dobrze jest dodać coś innego, tak dla oderwania od tej książkowej tematyki. Stąd dzisiaj będzie, wspomniana już, interpretacja, ale wraz z nią pewnie pojawi się też mnóstwo moich luźnych przemyśleń. Utwór, jaki wybrałam jest piękny. Taki spokojny, wprowadzający właśnie w ten melancholijny nastrój, do tego z cudownym tekstem... Czego chcieć więcej? Zatem by już nie przedłużać, zapraszam Was do przeczytania mojej interpretacji słów utworu "The breach", który wykonuje Dustin Tebbut.

sobota, 19 września 2015

Autor: Anne Holt
Tytuł: W cieniu zdarzeń
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 344
Ocena: 4/6
     Ostatnio znowu utknęłam nieco w świecie historii miłosnych, dlatego też postanowiłam na chwilę się od nich oderwać i tym samym sięgnąć po jakiś kryminał. Książkę "W cieniu zdarzeń" autorstwa Anne Holt poleciła mi bibliotekarka, a że spotkałam się z kilkoma dobrymi opiniami, stąd nie miałam większych oporów, by ją przeczytać. Poza tym akcja dzieje się w Norwegii, czyli kraju, który skrycie marzę kiedyś odwiedzić, więc ten skandynawski klimat jakoś mi pasował. Właściwie nie robiłam sobie wielkich nadziei przed sięgnięciem po ten thriller, że ma mnie całkowicie zaskoczyć, sprawić, że zaplątam się w zagadkach. Będąc już po przeczytaniu, cieszę się, że faktycznie nie postawiłam tej poprzeczki, bo książka była... niby dobra, a jednak bez większego szału, niestety. Pomysł na fabułę był ciekawy, sama problematyka bardzo istotna i to działa na plus, ale już wykonanie niekoniecznie przypadło mi do gustu. Jednak zacznijmy od początku...
     Wszytko zaczyna się w momencie, gdy pewnego deszczowego popołudnia, w wyniku strasznego wypadku (a tak przynajmniej twierdzą wszyscy obecni) umiera ośmioletni Sander Mohr. Chłopiec, u którego wcześniej zdiagnozowano ADHD, ze skutkiem śmiertelnym spada z drabiny we własnym domu. Inger Johanne Vik - psycholog zajmująca się kryminalistyką jest także znajomą rodziców Sandra i podobnie jak reszta, uważa, że był to tylko wypadek. Jedynie młody policjant Henrik Home, który przybył na miejsce zdarzenia, zaczyna szukać w tej śmierci drugiego dna, dochodząc z czasem do okrutnych wniosków, że być może to wcale nie był wypadek... Rozpoczyna więc własne śledztwo, gdyż w cieniu innych, tagicznych wydarzeń - zamachu na wyspie Utøya, większa część policji odkłada sprawę Sandra. Angażuje on także w swoje działania Inger Johanne Vik poszukując odpowiedzi na pytanie - czy aby na pewno w tej zamożnej i pozornie szczęśliwej rodzinie, wszystko było tak idealne? Czy bohaterom uda się wyjaśnić przyczynę śmierci chłopca? Jak wiele tajemnic skrywają rodzice Sandra? Odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdziecie oczywiście sięgając po książkę Anne Holt.

czwartek, 17 września 2015



     Ach, ta jesień! Wraz z pojawieniem się tej pory roku, cały świat zaczyna się zmieniać. Zieleń zostaje zastąpiona przez istne szaleństwo kolorów, kiedy liście spadają z drzew, tworząc wszędzie różnobarwne dywany. Często jednak, jesieni towarzyszą także deszczowe dni, podczas których najchętniej owinęlibyśmy się cieplutkim kocykiem, spędzając czas w swoim ulubionym fotelu. Wtedy to nie mogłoby zabraknąć gorącej, korzennej herbaty, a przede wszystkim - ciekawej książki! Myślę, że właśnie to są powody, dla których jesień jest jedną z moich ulubionych pór roku. Mogę wtedy zagłębiać się w przeróżnych historiach, jakie to sprawiają, że chociaż na chwilę odcinam się od rzeczywistości, gdy moje place muskają delikatne kartki, a jednocześnie słucham, jak deszcz wygrywa za oknem kolejną swoją melodię... 
     Dlatego też dzisiaj chciałabym przedstawić Wam trzy książki, które według mnie, są idealne na ten jesienny czas, a przede wszystkim wieczory, podczas których możemy zrelaksować się w towarzystwie, pełnych ciepła, historii. Długo zastanawiałam się nad wyborem tych książek, do jakich to jestem w stanie wracać każdego roku, gdyż do każdej przeczytanej historii czuję pewnego rodzaju sentyment. W końcu się zdecydowałam, stąd polecam Wam poniższe tytuły.

wtorek, 15 września 2015

Autor: Gayle Forman
Tytuł: Ten jeden rok
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 360
Ocena: -5/6
Jest noc. W tle słychać jedynie tykanie zegara, informujące o mijaniu kolejnych sekund, gdy A. zagłębia się w historii tak długo wyczekiwanej. Czas mija i mija, lecz ona czyta nadal, chcąc jak najszybciej poznać losy bohaterów. W końcu, gdy do melodii wygrywanej przez zegar, dołącza akompaniament wywoływany przez szum wiatru, A. odkłada na półkę książkę. W jej głowie z kolei plącze się mnóstwo myśli i sama nie jest pewna co czuje... Wie, że teraz czeka ją recenzja, ale najpierw musi zebrać myśli, by w logiczną całość przenieść je na wirtualny papier. 

     Zaczęłam dzisiejszy wpis od takiego krótkiego wstępu, opisującego poniekąd moje wczorajsze odczucia. Udało mi się skończyć czytanie książki "Ten jeden rok" autorstwa Gaye Forman, na którą to czekałam z niecierpliwością, aż w końcu ukaże się w księgarni. Po wspaniałej historii zawartej w pierwszej części - "Ten jeden dzień", wiedziałam, że muszę sięgnąć po kontynuację, szczególnie, że zakończenie niezwykle mnie zaintrygowało. Jednak okazało się, że to wcale nie jest ciąg dalszy losów bohaterów, a jedynie pokazanie ich z tej drugiej perspektywy... Stąd, kiedy w pierwszej części, narratorem była Allyson, w drugiej jest to Willem. Dlatego też czytając tę książkę, jak i będąc już po jej odłożeniu na półkę, nie mogłam zebrać myśli. Niby wszystko było okej, czytało się to przyjemnie i lekko, ze względu na fakt, że taki właśnie styl ma Gayle Forman, a jednak czegoś mi zabrakło i czuję przez to wewnętrzny żal do autorki, niestety.

sobota, 12 września 2015

Autor: Nicholas Sparks
Tytuł: Szczęściarz
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 407
Ocena: 5/6
"Czasem rzeczy najzwyklejsze, kiedy się je dzieli z właściwymi ludźmi - bywają niezwykłe..."

     Uwielbiam historie tworzone przez Nicholasa Sparksa, ale o tym już dobrze wiecie, bo chyba przy każdej recenzji jakiejś jego książki, powtarzam te same słowa. Jednak jest to silniejsze ode mnie, gdyż rzeczywiście co do romansów, ten autor po prostu skradł moje serce już dawno temu, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z jego twórczością. Jednak wciąż pozostaje wiele jego książek, których nie miałam okazji przeczytać. Jedną z nich był właśnie "Szczęściarz". Czaiłam się na nią już od dawna, ale za każdym razem coś nie wychodziło - a to nie ma w bibliotece, a to znowu zatraciłam się w obowiązkach i nie mam czasu czytać, a bo znowu stwierdziłam, że poczytam jednak coś innego... I tak to mijało, rzecz jasna, do czasu. Postanowiłam sobie, że w tym roku w końcu sięgnę po "Szczęściarza" i nie żałuję. Muszę przyznać, że kolejna historia stworzona przez Sparksa niezmiernie mi się podobała, chociaż... doszukałam się kilku małych minusików. Jednak to właściwie nic w porównaniu z tym, jak cudownie ta historia umiliła mi ostatnie dni. Ale wszystko po kolei...

czwartek, 10 września 2015

Kolejny wpis, a wraz z nim tak, jak to zapowiadałam ostatnim razem, przyszła pora na następny Tag książkowy. Tym razem będzie on związany z portalem, który każdy książkoholik na pewno zna, czyli lubimyczytac.pl. Sama dopiero od niedawna posiadam tam konto, starając się na bieżąco aktualizować zarówno swoje biblioteczki, jak i również wrzucać tam recenzje. Stąd też, tematyka Tagu niezwykle mi się spodobała, więc nie mogłabym przepuścić takiej okazji i go nie zrobić. Zostałam do niego nominowana przez Autorkę bloga Majka Bloguje za co bardzo dziękuję! Z tego, co zdążyłam zauważyć, pytania do tego Tagu są skonstruowane w ten sposób, iż tym razem moje odpowiedzi będą dość krótkie i zwięzłe. Dlatego by już nie przedłużać, zapraszam do przeczytania do przeczytania poniższych punktów. :) 

wtorek, 8 września 2015

Autor: Stephen King
Tytuł: Przebudzenie
Wydawnictwo: Prószyński i Sk-a
Liczba stron: 536
Ocena: 4.5/6
      Może aż wstyd to przyznać, ale do tej pory jakoś nie po drodze mi było do twórczości Stephena Kinga. Właściwie nie miałam konkretnego powodu, by unikać tego autora, zwłaszcza, że słyszałam, jak i czytałam wiele pozytywnych opinii o jego książkach. Myślę, że po prostu zatraciłam się nieco w tym swoim świecie pełnym historii miłosnych, a także młodzieżówek, jedynie od czasu do czasu przeplatając je pojedynczymi kryminałami. W końcu postanowiłam to zmienić, stąd też udałam się do biblioteki w celu wyłapania jakiejś książki tego autora. Stąd też sięgnęłam po "Przebudzenie" - książkę, która niezwykle przyciąga swoją okładką, nieco intryguje opisem, lecz do jakiej podeszłam z pewną dozą ostrożności słysząc, bym w razie czego nie zrażała się do Kinga, bo ta książka nie należy do jego najlepszych. Jakie jednak spotkały mnie wrażenia? Zaraz wszystko chętnie Wam opowiem...
     Można by rzec, że głównych bohaterów w tej książce jest dwóch. Jeden z nich to Jamie Morton, który pełni również rolę narratora, opisując całe swoje życie, a wraz z nim mnóstwo różnych sytuacji, jakie miały miejsce. Drugiego z kolei stanowi Charles Jacobs. Wszystko zaczyna się od dnia, gdy do małego miasteczka, w którym wychowuje się Jamie, przybywa nowy pastor Kościoła Metodystycznego, wraz ze swoją żoną Patsy oraz małym synkiem. Pierwsze jego spotkanie z chłopcem ma miejsce, gdy rzuca on cień na bawiącego się swoimi żołnierzykami, Jamiego. Okazuje się, że ten cień ma być z nim już zawsze... Lecz w tamtej chwili pastor wydaje się kimś wspaniałym, co więcej - mieszkańcy przyjmują go niezwykle serdecznie. Jacobs ma niezwykłą charyzmę, którą zjednuje sobie wiernych, co więcej sprawiając, że sporo młodzieży coraz chętniej uczestniczącej w spotkaniach Koła Młodych Metodystów. Charles Jacobs sporo czasu poświęca także pracy nad "tajemną elektrycznością", co w pewnym sensie fascynuje Jamiego. Wszystko jednak zmienia się w momencie, gdy w tragicznym wypadku ginie żona pastora oraz jego synek... Targany emocjami, rozbity wewnętrznie, wygłasza tzw. Straszne Kazanie, w którym bluźni na Boga i istnienie życia po śmierci, przez co musi opuścić Harlow. Jednak jego słowa mocno zapadają w pamięci głównego bohatera i jak się okazuje, po wielu latach los znowu stawia na jego drodze byłego pastora... Jak potoczą się losy Jamiego Mortona? Jakich czynów dopuści się Charles Jacobs i co więcej - czy czekają go w związku z tym konsekwencje? Na te, jak i wiele innych pytań odpowiedzi znajdziecie oczywiście w książce "Przebudzenie".

niedziela, 6 września 2015

     Jak ja lubię robić te różnego rodzaju Tagi książkowe, zwłaszcza, że są idealnym oderwaniem od tematyki recenzenckiej. Co więcej, związane są oczywiście ciągle z lekturami, a tym samym mogę przypomnieć sobie, jak również i Wam, o książkach, które czytałam spory czas temu, a pasują do jakiegoś punktu Tagu. Jeśli chodzi o dzisiejszy, to jest on, jak głosi tytuł tego wpisu, niezwykle słodki. Przyznajmy się jednak szczerze - kto z nas nie skusi się od czasu do czasu na jakieś słodkości? Ciężko chyba jest się im oprzeć! Stąd też dzisiaj chciałabym serdecznie zaprosić Was do przeczytania "Sweet Book Tag", do którego nominowała mnie Autorka bloga Majka Bloguje, za co bardzo dziękuję! Zatem by już nie przedłużać, zapraszam do zapoznania się z poniższymi punktami. :)

piątek, 4 września 2015

Autor: Amanda Maciel
Tytuł: Tease
Wydawnictwo: MUZA S.A
Liczba stron: 320
Ocena: 5.5/6
     Chcąc zdefiniować słowo "mobbing", natkniemy się między innymi na proste sformułowania mówiące, że to wszelkiego rodzaju działania takie jak upokarzanie, ośmieszanie, poniżanie, które mają prowadzić do obniżenia samooceny danej osoby, zadać jej psychiczny ból. Ten problem nie jest obcy w dzisiejszym społeczeństwie i pojawia się zarówno w pracy, jak też w szkole, a skutki, które powoduje są czasami aż zbyt drastyczne... Stąd też, bez wahania postanowiłam sięgnąć po książkę "Tease" autorstwa Amandy Maciel, która krótko mówiąc związana jest właśnie z mobbingiem prowadzącym do samobójstwa upokarzanej osoby. To książka, która jest dobra, zdecydowanie dobra na tyle, że nie mogłam się od niej oderwać.
     Sara Wharton to główna bohaterka tej książki, a zarazem narratorka całej powieści, więc w gruncie rzeczy większość wydarzeń kręci się wokół niej. Problem w tym, że jest jedną z osób oskarżonych o stosowanie przemocy psychicznej wobec Emmy Putman - szesnastoletniej uczennicy liceum, która popełniła samobójstwo. Stąd też zarówno Sara, jak jej dotychczasowi "przyjaciele" (cudzysłów dodany celowo, ale dlaczego, wyjaśnię opisując pokrótce bohaterów) otrzymali zarzuty, które sprawiają, że ich życie zamienia się w pełne niepewności o to co dalej - czy zostaną uniewinnieni czy też może otrzymają poważną karę... Stąd Sara - napiętnowana i uznawana za winowajczynię, próbuje zrozumieć wydarzenia ostatnich miesięcy, jak również zastanawia się w jaki sposób ma nadal żyć, skoro nigdy nie pomyślałaby, że Emma może posunąć się tak daleko i odebrać sobie życie... Jak więc potoczą się jej losy? Czy zostanie oczyszczona z zarzutów, a może wręcz przeciwnie? I co najważniejsze - czy Sara nauczy się na nowo żyć?

środa, 2 września 2015

Autor: John Green
Tytuł: Gwiazd naszych wina
Wydawnictwo: Bukowy Las
Liczba stron: 312
Ocena: 5/6
     Tyle już się naczytałam różnych opinii o twórczości Johna Greena, że nie wiedziałam co myśleć. Z jednej strony sypały się superlatywy, z drugiej natomiast spotkałam sporo słabszych opinii. Postanowiłam zatem sama przekonać się jak to z nim jest i w pierwszej kolejności sięgnęłam po książkę "Gwiazd naszych wina". To kolejna historia młodzieżowa, lecz nie do końca tak błaha jak większość, bo poruszająca nieco przygnębiającą tematykę. Kiedy więc po nią sięgałam, miałam nadzieję, że wywoła we mnie ogrom emocji. Ale czy tak było? Nie do końca i na pewno nie przez cały czas... Jednak po kolei. 
     Hazel Grace to szesnastoletnia dziewczyna, która wie, że umiera i jej dni są policzone. Rak zaatakował tarczycę, a wraz z nią płuca, przez co główna bohaterka (a zarazem narratorka całej historii), aby móc oddychać, cały czas musi być podłączona do butli z tlenem. Mimo wszystko, nie poddaje się, chociaż wie, jaki czeka ją los, nie załamuje się, a wręcz często ukazuje swoją chorobę w żartobliwy sposób. Jednak stroni od ludzi, stąd do jej zajęć należy głównie oglądanie programów telewizyjnych i czytanie książek... Dlatego też, mama wysyła ją na spotkania grupy wsparcia, które nudzą Hazel do czasu, gdy poznaje Augustusa Watersa. Chłopak, którego organizm został zaatakowany przez kostniakomięsaka, w wyniku czego zmuszony został do amputacji nogi, wywraca świat Hazel, a przy okazji także swój o sto osiemdziesiąt stopni... Jednak jak potoczą się losy tej dwójki? Czy dane jest im być szczęśliwymi chociaż przez chwilę? Czy zrodzi się pomiędzy nimi jakieś uczucie, bądź wręcz przeciwnie - będą bali się bólu, jaki może nieść ta miłość? Odpowiedzi na te, jak wiele innych pytań, znajdziecie oczywiście w książce "Gwiazd naszych wina".

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *