poniedziałek, 31 października 2016

PAŹDZIERNIK

     Nadszedł ostatni dzień października, a wraz z nim przyszła pora na kolejne TOP 7 cytatów miesiąca. Tym razem udało mi się przeczytać sześć książek, co stanowi dla mnie niezły wyczyn, zważywszy na fakt, że czas przelatywał mi jak przez palce i w zasadzie ten miesiąc nie był koniecznie bardzo pozytywny. Dlatego w sumie nie wiem, kiedy udało mi się pochłaniać te lektury, ale cieszę się, że miałam je na swojej drodze, gdyż większość okazała się naprawdę dobra. Pięć z tych książek zostało zrecenzowanych na blogu, ostatnia natomiast swojej opinii doczeka się już w listopadzie, gdyż skończyłam ją czytać właśnie dzisiaj (zdradzając Wam tytuł - jest nim "November 9" autorstwa Colleen Hoover).
        Jak już wspomniałam, sporo lektur wywołało we mnie ogrom pozytywnych wrażeń czy też pewnego rodzaju zaskoczeń, stąd też i znalazłam wiele inspirujących cytatów. Dlatego też trudno było mi stworzyć listę tych raptem siedmiu, a jednak ostatecznie wybrałam te, które szczególnie chwyciły mnie za serce.

7. Wanda Majer - Pietraszak - "Cztery pory roku Heleny Horn"

"Ale niespodzianki mają to do siebie, że zjawiają się, zaskakują nas i powodują silne bicie serca, czasem strach, rozpacz albo radość i wzruszenie."

6. Andrea Portes - "Jesień motyli"

"A jeśli bycie zakochanym oznacza właśnie to? Że odpuszczasz tej drugiej osobie. Że jest dobrze i nic nie musi być takie, jakie "powinno" być, jakie wszyscy mówią, że powinno być. Że wszystko może po prostu być takie, jakie jest. I wtedy jest dobrze."

5. Andrea Portes - "Jesień motyli"

"Może sztuka polega na tym, żeby nie spodziewać się, że będzie jak w kinie. Jeżeli człowiek odrzuci oczekiwania i będzie przyjmował rzeczy takimi, jakie są, to może uda mu się przejść przez coś takiego bez rwania sobie włosów z głowy."

4. Colleen Hoover - "November 9"

"-Staram się pamiętać, że każdy ma jakieś blizny - mówi. - Czasami gorsze niż moje. Tyle, że moje widać, a większości innych ludzi nie.
Nie mówię jej, że ma rację. Podobnie jak nie mówię, że chciałbym mieć tak piękną duszę jak ona ciało."

3. Kathrin Lange - "Serce z popiołu"

"Kiedy dwoje ludzi jest bardzo blisko, odruchowo czują potrzebę, by szeptać. A to dlatego, że ich serc też nie dzieli wiele i głośno wypowiadane słowa są zbędne."

2. Colleen Hoover - "November 9"

"Kiedy znajdujesz miłość, to ją trzymasz. Chwytasz ją obiema rękami i ze wszystkich sił starasz się jej nie wypuścić. Nie możesz tak po prostu odjechać, licząc, że przetrwa, aż będziesz na nią gotowa." 

1. Colleen Hoover - "November 9"

"Nie będziesz się zastanawiał, czy to, co czujesz, to prawdziwa miłość, bo kiedy przyjdzie, będziesz nią przerażony. Nagle zmienią się twoje priorytety. Nie będziesz myślał o sobie ani o swoim szczęściu. Będziesz myślał tylko o tej osobie i o tym, że zrobiłbyś wszystko, by uczynić ją szczęśliwą. Nawet gdyby oznaczało to odejście od niej i poświęcenie dla niej swojego szczęścia." 


     Jak zatem widzicie - prym znowu wiedzie Colleen Hoover. Nie mam pojęcia jak ona to robi w swoich książkach, ale za każdym razem tak samo mocno rozwala mnie ogromem emocjonalności, jaką wkłada w swoje historie.
       Niebawem znów postaram się coś dla Was napisać - na pewno pojawi się podsumowanie czytelnicze, a także recenzja "November 9". Póki co - trzymajcie się!

sobota, 29 października 2016

Autor: Kathrin Lange
Tytuł: Serce z popiołu
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 414
Ocena: 5/6
     Zdarzają się takie książki, które chociaż początkowo nie przekonują, to sprawiają, że chce się sięgnąć po kolejne części danej historii. Tak właśnie miałam z trylogią autorstwa Kathrin Lange. Pierwsza część nie do końca mi się podobała, chociaż pamiętam, że całość uratowało zakończenie, dzięki któremu postanowiłam sięgnąć po drugi tom. Ten z kolei okazał się o niebo lepszy i znowu ostatnie strony sprawiły, że tym razem już z niecierpliwością czekałam na ostatnią część. Będąc już zatem po przeczytaniu tomu "Serce z popiołu" mogę powiedzieć tylko jedno - wow, nie wierzę, że autorka tak to wszystko wykombinowała i cóż - jestem zaskoczona, ale niezwykle pozytywnie. 
     Ten akapit zawiera spoilery poprzednich tomów. Juli, główna bohaterka, tudzież narratorka, całej powieści, nie jest w stanie pojąć, jakim cudem Charlie żyje. Przecież od wielu miesięcy uznawana była za zmarłą po tym, jak rzekomo rzuciła się z klifu. Juli zaczyna się obawiać, że dawna narzeczona jej ukochanego Davida będzie chciała na nowo go odzyskać... Cóż, jej przypuszczenia nie są bezpodstawne, bowiem Charlie robi co może, by tylko jak najbardziej zbliżyć się do mężczyzny. Wraz z jej powrotem, Juli na nowo zaczyna miewać koszmarne wizje, a jej halucynacje stają się coraz to groźniejsze... Jak zatem potoczą się losy głównej bohaterki? Czy to duch Madeline Brower znowu ją nawiedza na tyle mocno, by zniszczyć jej życie? A może za tym wszystkim czai się jakiś podstęp? Czy Charlie uda się na nowo usidlić Davida? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając oczywiście po ostatni tom autorstwa Kathrin Lange.
       Muszę przyznać, że jest to dla mnie najlepszy tom z całej serii, chociaż również posiada swego rodzaju wady, ale o nich za chwilę. Przede wszystkim spodobało mi się to, że autorka w taki sposób rozwinęła wszystkie wydarzenia, że podczas czytania nawet jeżeli snułam własną wizję rozwiązania, to w życiu nie przyszłoby mi na myśl dokładnie takie, a nie inne zakończenie. Autorka zaserwowała mi ogrom wrażeń podczas całej tej lektury, na samym końcu dokładając jeszcze dodatkowe zaskoczenie. Co więcej, na pochwałę zasługuje samo tempo akcji. Od początku ciągle coś się dzieje i co rusz pojawiają się nowe, nieprzewidywalne sytuacje. Wydawać by się mogło, że wprowadzi to pewnego rodzaju mętlik, lecz nic z tych rzeczy - wszystko mimo tego nadmiaru, składa się w jedną, logiczną całość. Dlatego też, gdy już zaczyna się czytać tę książkę, to nie można się od niej oderwać i przez kolejne strony przechodzi się w mgnieniu oka. 
      Jednocześnie nie sposób nie wspomnieć tutaj tak naprawdę o całej trylogii. Autorka miała pomysł, który naprawdę dobrze zrealizowała. Chociaż tym minusem, o jakim wspomniałam jest to, że nadal lekko wadził mi jej aż nazbyt lekki styl,, to mimo wszystko wciągnęłam się w tę historię i jako całokształt wyszła ona bardzo dobrze. "Serce z popiołu" uświadamia czytelnikowi dodatkowo, że w życiu często czyhają na nas pułapki, o jakich nawet nie zdajemy sobie sprawy. Pokazuje też siłę prawdziwego uczucia, jak także przyjaźni, gdyż przez sporą część historii przewijała się też postać Miley - najlepszej przyjaciółki Juli. Poza tym na pochwałę zasługuje też klimat tej powieści, który zatuszowywał ewentualne niuanse związane z banalnością niektórych wypowiedzi czy też zbędnych opisów. Ten nastrój jest dokładnie taki, jaki powinien być - pełen tajemniczości, ale też napawający nadzieją. 
         Bohaterowie z kolei są dla mnie nieco sprzecznym punktem. Otóż, gdy postać Juli podobała mi się bardzo i wręcz uważam, że przeszła ona niezwykłą metamorfozę, tak z kolei David napawał mnie lekkim poczuciem zdezorientowania. Zaczynając jednak od bohaterki - spodobało mi się to, że nie zachowywała się już, jak to było w pierwszym tomie, jak taka trochę rozwydrzona nastolatka, która sama nie wie czego chce. Tutaj stała się o wiele bardziej dojrzała, zresztą już w drugiej części jej postać zyskała w moich oczach, lecz w "Serce z popiołu" zdecydowanie dostrzega się jej metamorfozę. Ma w sobie mnóstwo determinacji i chęci do tego, by walczyć z wszelkimi przeciwnościami losu. Z kolei David to dziwny typ człowieka. Mam wrażenie, że miotał się sam ze sobą i w wielu momentach po prostu nie wiedział czego dokładnie chce od życia, od ludzi i od samego siebie. Ciekawą postacią była natomiast Charlie. Trzeba przyznać, że chociaż działała mi na nerwy przez sporą część książki, to ostatecznie jej kreacja pokazała też drugie oblicze. Stąd też uważam, że tak czy siak, autorka postarała się tworząc swoich bohaterów.
     Podsumowując, uważam, że "Serce z popiołu" idealnie zamyka całą trylogię i nie pozostawia w czytelniku niedosytu, a wręcz przeciwnie - zadowolenie i satysfakcję. Dlatego też, jeżeli mieliście okazję sięgnąć po poprzednie części, to myślę, że ostatnia jest waszym "must read". Natomiast Ci, którzy być może nie spotkali się do tej pory z tą serią, zachęcam do sprawdzenia - a nuż Wam się spodoba. 
     Niebawem postaram się znowu coś dla Was napisać. Być może krótko podsumuję ze swojej strony Targi Książki w Krakowie, a także wrzucę top 7 cytatów i podsumowanie czytelnicze października. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

wtorek, 25 października 2016

   Dzisiaj Moi Drodzy przychodzę do Was z krótkim wpisem, a mianowicie, chciałabym krótko opowiedzieć Wam o zbliżających się wielkimi krokami, październikowych premierach od wydawnictwa IUVI, z którym w dalszym ciągu mam szansę współpracować i jaką to współpracę bardzo sobie cenię. ;) Październik oznacza u nich kolejne, niezwykle intrygujące książki, po jakie sama osobiście mam wielką ochotę sięgnąć i być może uda mi się do tego zachęcić również Was! Stąd też zapraszam Was serdecznie do przeczytania poniższych punktów. 


1. Klasyka na miarę Małego Księcia? - "Pax" wkracza do akcji! 


Autor: Sara Pennypacker
Tytuł: PAX
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 296
Premiera: 26 października
"PAX to wzruszająca i ponadczasowa opowieść o chłopcu i jego lisie (lub lisie i jego chłopcu), o stracie i miłości, dzikiej naturze i wolności oraz wojnie. Dynamiczna akcja, głębokie emocje i uniwersalne tematy czynią z tej książki nowoczesną klasykę na miarę Małego Księcia. (źródło: tutaj)"

Muszę przyznać, że opis jaki znajduje się na stronie wydawnictwa niezwykle mnie kusi. W skrócie - jest to opowieść o chłopcu, Peterze, który uratował małego liska i od tamtej pory byli oni nierozłączni. Wkrótce okazuje się, że chłopiec musi przeprowadzić się do dziadka, a liska - wypuścić do lasu. Jednak już podczas pierwszej nocy w nowym domu, Peter postanawia wyruszyć po swojego, oddalonego o 500 kilometrów Paxa. Z kolei lisek w tym czasie musi nauczyć się jak przetrwać w dzikim lesie... Jak zatem potoczą się ich losy? Czy uda im się na nowo odnaleźć? Tego nie wiem nawet i ja, lecz mam cichą nadzieję, że niebawem będę miała możliwość wzięcia tej książki w swoje ręce i przekonania się jakie na mnie wywrze wrażenie. :) 


2. Wciągający do swojego własnego świata - "Potomkowie" 

Autor: Tosca Lee
Tytuł: Potomkowie
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 392
Premiera: 26 października
"Po przebudzeniu nie pamiętasz nic. Nie wiesz, jak się nazywasz i skąd pochodzisz. Nie rozpoznajesz twarzy ludzi, których kiedyś znałaś. Masz tylko ostrzeżenie, które napisałaś do siebie samej, zanim wymazałaś z pamięci całą przeszłość." (źródło: tutaj)

Brzmi intrygująco, prawda? Jak głosi opis na stronie wydawnictwa - jest to historia 21 - letniej dziewczyny, która zaczyna wszystko od początku w całkowicie nowym miejscu. Wkrótce jednak okazuje się, że jest potomkinią "Krwawej Hrabiny" Elżbiety Batory, największej morderczyni wszech czasów i w dodatku jest ścigana. Bohaterka wie jedno - musi odzyskać wspomnienia, zanim jej bliscy zginą, bądź też i ona sama pożegna się z życiem. Jak zatem potoczą się jej losy? Cóż - myślę, że jakkolwiek to się stanie, na pewno w książce nie zabraknie akcji, a tego mi ostatnio brakowało. Stąd sama z pewnością się na nią skuszę i Was również do tego zachęcam. :) 


     Przechodzę tym samym powoli do końca tego wpisu, mając nadzieję, że udało mi się Was zaintrygować na tyle, byście sięgnęli po którąś z tych opowieści. Sama na pewno chciałabym się z nimi zapoznać, jak tylko znajdę trochę wolnego czasu. Niebawem coś znowu tutaj dla Was napiszę, a póki co - trzymajcie się! 

Zdjęcia udostępnione przez: wydawnictwo IUVI

niedziela, 23 października 2016

"A jeśli bycie zakochanym oznacza właśnie to? Że odpuszczasz tej drugiej osobie. Że jest dobrze i nic nie musi być takie, jakie "powinno" być, jakie wszyscy mówią, że powinno być. Że wszystko może po prostu być takie, jakie jest. I wtedy jest dobrze."

Autor: Andrea Portes
Tytuł: Jesień motyli
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 304
Ocena: -5/6
     Swego czasu dosyć często sięgałam po lekkie młodzieżówki. Być może dlatego, że czasami mimo tej swojej banalności, poruszały jakieś tam problemy, a jednak to właśnie ta lekkość wysuwała się na pierwszy plan dając czytelnikowi chwilę relaksu. Jednak w pewnym momencie poczułam ich przesyt, aż do chwili, gdy postanowiłam sięgnąć po książkę "Jesień motyli", którą napisała Andrea Portes. Nie miałam bladego pojęcia czego się spodziewać, a krótki opis sugerował mi jedynie nieco przewidywalną młodzieżówkę. Teraz, będąc już po przeczytaniu na usta ciśnie mi się tylko jedno: wielkie zaskoczenie. Jestem po prostu zaskoczona tą historią i tym, jak udało jej się do mnie trafić. I chociaż były rzeczy, które nie do końca mnie przekonywały, to wiem, że będę o niej pamiętać przez jeszcze długi czas.
     Główna bohaterka książki, tudzież narratorka, to szesnastoletnia Willa Parker. Do tej pory uchodząca za wielką przegraną w swojej szkole, niebawem ma rozpocząć całkowicie nowe życie. Jej matka postanowiła przenieść córkę do elitarnej szkoły dla dziewcząt. Jednak Willa już podczas wyjazdu ma plan - to właśnie w nowym miejscu ma zamiar popełnić samobójstwo. Kiedy przybywa więc do miejsca, do którego ma wrażenie, że kompletnie nie pasuje, chce jak najszybciej wcielić swój w plan w życie. Nie spodziewa się jednak, że spotka Remy, która jest jak kolorowy motyl. Bogata, ekstrawagancka, robiąc co chce i kiedy chce przyciąga Willę całkowicie. Wkrótce zostają najlepszymi przyjaciółkami, a Remy wprowadza nową koleżankę do świata zakazanych rozrywek, sama powoli popadając na dno... Jak potoczą się losy obu dziewczyn? Czy Willa pogrąży się wraz ze swoją przyjaciółką? A może jednak pozwoli jej odejść? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Jesień motyli". 
    Zacznę od mojego pierwszego zaskoczenia, czyli sposobu narracji. Otóż tak, jest ona pierwszoosobowa, lecz jednocześnie całkowicie inna niż taka, z jaką do tej pory się spotkałam. Willa opowiada wydarzenia potencjalnym czytelnikom, często bezpośrednio się do nich zwracając. Początkowo nie mogłam w ogóle złapać tego rytmu i wydawało mi się to takie trochę dziwne. Jednak z czasem w zasadzie nie zwracałam już na to większej uwagi. Stąd uważam, że ten pomysł z narracją, chociaż początkowo mnie nie przekonywał, okazał się być naprawdę ciekawy. Co więcej, styl jakim posługuje się autorka jest niezwykle lekki w odbiorze. Chociaż momentami zakrawało to o nadmierną banalność, to pojawiały się też fragmenty, które chwytały mnie za serce swoją autentycznością i często również emocjonalnością. Dzięki temu książkę czyta się błyskawicznie i nie można się od niej oderwać chcąc jak najszybciej poznać zakończenie. 
      Drugim z kolei zaskoczeniem było to, jaki temat autorka poruszyła w swojej historii. Początkowo myślałam, że będzie to taka przewidywalna młodzieżówka, a okazało się, że zwrócono w niej uwagę na wiele problemów. Pierwszym z nich jest poczucie inności. Główna bohaterka pochodziła z małego miasteczka i miała wrażenie, że jest przez to gorsza. Dlatego też, gdy zaczęła obracać się w nowym towarzystwie, nie mogła się do niego w pełni dostosować. Innym problemem, jaki poruszyła autorka jest ukazanie świata "dzieciaków bogatych rodziców". Chociaż czasami pozornie wydaje się on taki idealny i fantastyczny, to bardzo często jest to jedynie fasada, pod którą kryje się bolesna prawda. Jednak najbardziej istotnym tematem są tutaj narkotyki. Autorka ukazała, jak szybko młodzi ludzie potrafią się od nich uzależnić i chociaż chcieliby z tym walczyć, często przegrywają już na starcie. Dlatego też jestem pozytywnie zaskoczona, że książka okazała się mieć głębsze dno i przesłanie, bo ukazuje ona naprawdę wiele ważnych spraw, dzięki czemu skłania do przemyśleń. Stąd też, polecam Wam sięgnięcie po tę młodzieżówkę, bo podobnie jak ja, możecie zostać zaskoczeni w tym dobrym znaczeniu.
       Bohaterowie z kolei zostali wykreowani całkiem ciekawie, chociaż momentami miałam ochotę przywalić im za niektóre zachowania, dlatego też przez to moja ogólna ocena idzie lekko w dół i pojawia się ten "minusik" przy piąteczce. Zacznijmy od głównej postaci. Willa była naprawdę inteligentną dziewczyną, która jednak poprzez swoje poczucie niższości, często dopuszczała się - moim zdaniem - mega głupich zachowań. Mimo wszystko miała w sobie coś, co sprawiało, że nie dało się jej nie polubić, co z kolei niezmiernie mnie cieszy, bo uwierzcie mi, nie ma nic gorszego niż narrator, którego macie ochotę zamordować za jego zachowanie. Z kolei Remy została wykreowana faktycznie jako postać charyzmatyczna, ale do mnie jej charyzma nie przemawiała, a wręcz przeciwnie - całkowicie odpychała i uważam ją za dosyć słabą postać. Pojawiło się też wiele innych postaci - jedne działały na plus, inne z kolei na minus tej powieści, ale każda z nich została wykreowana  w miarę ciekawie. 
   Podsumowując, "Jesień motyli" to zaskakująco dobra i wciągająca młodzieżówka. Charakteryzująca się lekkim stylem, ciekawym pomysłem na fabułę i dobrym jego wykonaniem, do tego skupiająca się na trudnych tematach to opowieść, którą szczerze Wam polecam. Póki co to chyba jedna z niewielu książek tego miesiąca, jaka zapadanie mi w pamięci na dłużej. 
       Niebawem znów postaram się coś dla Was napisać - na pewno szykuje się jeszcze jedna recenzja w tym miesiącu, a później - zobaczymy. Póki co - trzymajcie się! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

piątek, 21 października 2016

FESTIWAL CONRADA

Moi Drodzy, dzisiaj przychodzę do Was znowu z wpisem, w którym mam możliwość poinformować Was o czymś świetnym. Tym razem, jak głosi tytuł - mam dla Was kilka informacji o zbliżającym się wielkimi krokami Festiwalu Conrada. Dosłownie za kilka dni startuje on w moim malowniczym Krakowie. To jeden z najważniejszych festiwali literackich w Europie. Hasłem przewodnim tegorocznej, już 8 edycji jest Intensywność. Zarówno w pasji do literatury, jak także w różnorodnym zaangażowaniu się w kulturę, co udowadnia pełny program festiwalu.

Niemal stu gości zarówno z Polski, jak i z zagranicy, ponad osiemdziesiąt spotkań, dyskusji, pasm filmowych i warsztatów. To właśnie Kraków od 24 października stanie się na tydzień europejską stolicą literatury. Każdy dzień skupiony będzie wokół innego oblicza Intensywności, czyli: Języków, Wiary - niewiary, Emocji, Krajobrazów, Napięć, Zmysłów i Map. 



Do Pałacu Czeczotki, nowego centrum tegorocznej edycji festiwalu, zawitają gwiazdy literatury z całego świata. Będą to m.in.: Michael Cunnigham, Richard Flanagan, Eleanor Catton czy też Samar Yzbek. Na festiwalu nie zabraknie kontekstu środkowoeuropejskiego. Zawita tutaj Géza Röhrig - ze swoim zbiorem opowiadań, a w dniu skupionego wokół Krajobrazów nie zabraknie też prozy ukraińskiej. A skoro Europa Środkowa, tak też i Polska. Do Krakowa przybędzie więc wielu przedstawicieli polskiej sceny literackiej - Andrzej Leder, Paweł Reszka czy Szczepan Twardoch. 
W czasie Festiwalu Conrada, po raz drugi zostanie wręczona Nagroda Conrada, pomyślana jako wsparcie dla młodych twórców. Formuła konkursu jest otwarta. Nominowanych wyłania kapituła konkursowa, lecz o wyniku decydują ostatecznie czytelnicy, oddający głosy na stronie internetowej. Docenieni zostali zatem - Marek Adamik za "Sens nonsensu", Magdalena Kicińska za "Pani Stefa", Żanna Słoniowska, która napisała powieść "Dom z witrażem", Tomasz Wiśniewski - autor "O pochodzeniu łajdaków, czyli opowieści z metra", a także Weronika Murek, autorka zbioru opowiadań "Uprawa roślin południowych metodą Miczurina".



Gospodarzem, jak już wspomniałam, po raz ósmy jest Miasto Kraków, które organizuje całość wraz z Krakowskim Biurem Festiwalowym oraz Fundacją Tygodnika Powszechnego. Jako jedyny w Europie, znalazł się w czołówce najważniejszych festiwali literatury prestiżowego The London Book Fair International Excellence Awards 2016.

Jak co roku również, Festiwalowi Conrada, towarzyszyć będą Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Stąd też od 24 października, Kraków stanie się międzynarodowym centrum literackich spotkań. Brzmi wspaniale, prawda?:

Festiwal Conrada: 24 - 30 października, Kraków
Więcej informacji na: stronie festiwalu

Jeżeli więc wybieracie się do Krakowa na Międzynarodowe Targi Książki, zachęcam Was do zwrócenia uwagi również na Festiwal Conrada. Sama chętnie wezmę udział i w jednym i drugim, a wręcz dla mnie szokiem byłoby opuszczenie tego typu wydarzeń mających miejsce w mieście, w którym stale przebywam i jakie to uwielbiam! :)

To co, skusicie się na tydzień pełen literatury? Mam nadzieję, że tak!

Materiały prasowe i zdjęcia zostały udostępnione przez: Buisness & Culture

niedziela, 16 października 2016

"Psychologiczna aspiryna jednak istnieje!"

Autor: Dr Guy Winch
Tytuł: Emocjonalne SOS Jak uleczyć negatywne emocje?
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 368
Ocena: 5/6
     Jeśli śledzicie mojego bloga, to dobrze wiecie, że raczej nie sięgam po wszelkiego rodzaju książki, które byłyby albo jakimiś "kreatywnymi dziennikami" albo też poradnikami. Mimo to, dziwnym trafem, gdy ujrzałam tytuł "Emocjonalne SOS Jak uleczyć negatywne emocje?", którą napisał dr Guy Winch, coś tknęło mnie by po nią sięgnąć. Być może przyczyniła się do tego pogoda, która typowo jesienna i tym samym melancholijna, nie nastraja zbyt pozytywnie, a może też pomyślałam, że emocje to w końcu coś bardzo ważnego i czemu by nie zasięgnąć kilku wskazówek dotyczących walki właśnie z tymi negatywnymi. Tak czy siak, okazało się, że ta książka była naprawdę ciekawa, a co więcej - nastroiła mnie bardziej pozytywnie.
     Emocjonalne SOS, o którym mowa to lektura, jaka została podzielona na siedem głównych rozdziałów. Oczywiście najpierw czytelnik ma możliwość zapoznania się z krótkim wprowadzeniem, a po przejściu już przez wszystkie rozdziały, czeka na niego dodatkowo podsumowanie. Każda z części skupia się na jednym, konkretnym urazie psychicznym, który potęguje zbieranie się w człowieku negatywnych emocji. Po opisaniu danego urazu oraz jego wpływu na ludzkie uczucia, autor skupia swoją uwagę na kuracjach, dzięki którym ma się szansę wyleczyć właśnie z tych negatywnych emocji. Mamy więc: odrzucenie, samotność, stratę i traumę, poczucie winy, rozpamiętywanie, porażkę oraz ostatni rozdział - niskie poczucie własnej wartości. Stąd też, jeżeli jakikolwiek z tych uraz nie był obcy czytelnikowi, bez wątpienia w każdej części części znajdzie coś dla siebie. 
       Muszę przyznać, że obawiałam się rozczarowania tą książką. Przede wszystkim dlatego, że mam wewnętrzną awersję do wszelkiego rodzaju lektur mających na celu radzić ludziom, co mają zrobić w takiej, a nie innej sytuacji. Jednak tym razem nie powstała żadna niechęć - ba! Wręcz pochłonęłam tę książkę w mgnieniu oka i z wielką przyjemnością. Rzecz jasna sam temat nie jest szczególnie pozytywny, gdyż sporo miejsca poświęca opisowi urazów psychicznych, lecz to, w jaki sposób autor stworzył kuracje, dzięki którym zwalcza się negatywne emocje, było świetne. Każdy rozdział jest spójny i logiczny. Autor przytacza też często konkretne przykłady - opisując przypadki osób, jakie doznały danego urazu. Jest więc opowieść o kimś, kto zbyt często był odrzucany przez co bał się nawet próbować nawiązywać relacje z otoczeniem. Jest także o tym, jak samotność bardzo wpływa na postrzeganie świata, czy też pojawia się historia osoby, która nie potrafiła przez długi czas pozbierać się po stracie kogoś bliskiego, jak i wiele, wiele innych jeszcze opowieści. Dzięki tym zabiegom, całość staje się jeszcze bardziej przekonująca i autentyczna.
      Co więcej, ta książka spodobała mi się dlatego, bo pokazuje, iż te urazy psychiczne, o jakich mowa w każdym rozdziale podczas całego ludzkiego życia, przydarzają się każdemu z nas - nieważne czy często czy jedynie od czasu do czasu - to mimo wszystko są nieuniknione. Nawet jeżeli początkowo nie zdajemy sobie z nich sprawy, to one w nas uderzają do momentu, aż w końcu uświadomimy sobie, że istnieją. Wtedy też dobrze jest wiedzieć, jak sobie z nimi poradzić. Jednocześnie jednak autor od samego początku wspomina, że te kuracje, jakie podaje, są dobre dla niewielkich draśnięć, a te bardzo głębokie rany często wymagają już o wiele poważniejszej pomocy. 
       Istotne jest też wspomnienie o stylu, jakim posługuje się autor. Trzeba przyznać, że mimo iż jest to książka psychologiczna - w końcu skupia się na ludzkiej psychice i emocjach - to napisana została naprawdę lekko i tak, że jak już wspomniałam, czyta się ją w mgnieniu oka. Chociaż język jest lekki i przyjemny w odbiorze, to jednocześnie wszelkie zdania są bardzo przemyślane i często uderzają w czytelnika swoją autentycznością. Nawet jeżeli niektóre wnioski autora czy też pomysły na kuracje nie były dla mnie odkrywcze, to przynajmniej utwierdzały mnie w przekonaniu, że z wieloma wspomnianymi sytuacjami potrafię sobie radzić.
        Podsumowując, jeżeli macie ochotę zapoznać się z radami dotyczącymi emocjonalnej kuracji, książka "Emocjonalne SOS Jak uleczyć negatywne emocje?" będzie dla Was idealna. Sama nie żałuję, że po nią sięgnęłam, bo nie dość, że jest to bardzo życiowa lektura, to stanowiła również świetne oderwanie się od tych stricte wyimaginowanych historii. Osobiście polecam.
         Niebawem postaram się znowu coś dla Was napisać, ale jak widzicie, wraz z październikiem, moja aktywność na blogu nieco spada. Mimo wszystko staram się od czasu do czasu coś tutaj wrzucić. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

środa, 12 października 2016

Autor: Steena Holmes
Tytuł: Dziecko wspomnień
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 240
Ocena: 5.5/6
     Są książki, po które sięgając, mniej więcej wiemy, czego możemy się spodziewać. Są też i takie, które stanowią dla czytelnika niespodziankę. Sama nie stawiałam zbyt dużych poprzeczek tytułowi "Dziecko wspomnień", który napisała Steena Holmes, by się nie rozczarować, a jeśli już, to pozytywnie zaskoczyć. Po przeczytaniu opisu spodziewałam się przede wszystkim powieści obyczajowej, lecz to, co dostałam, przeszło moje wszelkie oczekiwania.To świetnie skonstruowana powieść, która zahacza o aspekt psychologiczny i jednocześnie porusza poważne problemy. Wciągająca i momentami nieprzewidywalna opowieść, która zostaje w myślach na jeszcze długi czas po odłożeniu książki na półkę. 
      Brian oraz Diana to udane małżeństwo ze stażem aż dwunastu lat. Mimo to, do tej pory nie doczekali się dzieci. Stąd też, gdy kobieta zachodzi w ciążę, wszystko ulega diametralnej zmianie. Brian jest zachwycony - marzył o tym od dawna. Jednak jego żona niekoniecznie podziela to zdanie. Nie dość, że właśnie dostała awans, o jakim marzyła od dawna, to dodatkowo wciąż nękają ją demony przeszłości dotyczącej jej matki, która doznała psychozy poporodowej. Rok później Diana nie potrafi już wyobrazić sobie życia bez swojej córeczki Grace. Nękają ją jednak ciągłe wątpliwości - nie wie, czy powinna wrócić do pracy, bo panicznie boi się zostawiać swoją córeczkę samą. Sprawy komplikuje fakt, że do tej pory jej mąż nie wrócił z delegacji w Londynie, gdzie miał załatwić tylko kilka spraw związanych z nowo otwartym biurem. Jednak najgorsze jest to, że Diana zaczyna wkrótce zauważać dziwne zachowanie u swoich bliskich, powoli zaczynając uświadamiać sobie, że nie wszystko jest dokładnie takie, jakim się wydaje... Jak zatem potoczą się losy bohaterów? Czy Brian w końcu wróci? A może tak naprawdę świat, w jakim żyje Diana nie jest tym, jakim wydaje jej się być? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Dziecko wspomnień". 
        Pierwsze słowo, jakie ciśnie mi się na usta po przeczytaniu tej książki to: niepokojąca. Taka właśnie jest ta opowieść - pełna tajemnic i mrożących krew w żyłach wydarzeń. Gdy zaczęłam ją czytać, pomyślałam sobie, tak jak wspomniałam we wstępie, że będzie to przede wszystkim powieść obyczajowa, być może z jakimś wątkiem nie tyle kryminalnym, co zagadkowym. Okazało się jednak, że ta książka to genialnie skonstruowana powieść psychologiczna, która sprawia, że czytelnik nie może się do końca otrząsnąć po przeczytaniu już ostatnich rozdziałów. Nawet jeśli sama domyśliłam się, co może być mniej więcej grane, to i tak zakończenie stanowiło lekkie zaskoczenie. Autorka stopniuje napięcie, dodając coraz to nowszych faktów, a jednocześnie ciągle stara się utrzymać czytelnika w stanie niedosytu, by mógł z zaciekawieniem śledzić losy bohaterów aż do samego końca. Jednocześnie spodobało mi się to, że książka napisana jest z dwóch perspektyw. Poznajemy więc wydarzenia w teraźniejszości, które opowiada Diana, jako narrator pierwszoosobowy, a także mamy okazję zapoznać się z tym, co działo się rok wcześniej i to z kolei napisane zostało z perspektywy narratora trzecioosobowego. 
       Co więcej, ta opowieść ma swój własny klimat i jak napisałam - jest on nieco niepokojący. Pokazuje bowiem, że świat nie zawsze jest dokładnie taki, jaki nam wydaje się być. Uświadamia co więcej, że w jednej chwili wszystko może się zmienić i czasami ciężko jest to przetrwać. Autorka podejmuje się także trudnych tematów - tego, że nie każda kobieta czuje instynkt macierzyński czy też skupia się na problemie psychozy poporodowej, chociażby przy opisie wydarzeń związanych z matką Diany. Genialna książka, która sprawi, że po odłożeniu jej na półkę, jeszcze długo będziecie musieli leczyć książkowego kaca. 
        Bohaterowie z kolei zostali wykreowani bardzo dobrze. Może nie każdy z nich przypadł mi do gustu, lecz wszyscy byli niezwykle autentyczni. To postacie z krwi i kości, mające swoje indywidualne cechy charakteru. Brian to mężczyzna, którego od razu polubiłam. Był jednocześnie inteligentny i dążący do swoich celów, lecz także wykazywał się ogromną troską i pragnął w końcu zostać ojcem. Z kolei postać Diany była dla mnie bardzo skomplikowana. Jednocześnie mnie irytowała, jak również było mi jej nieco żal. Nie polubiłam tej Diany sprzed roku, która stawiała karierę wyżej ponad dzieckiem, a z kolei ta późniejsza Diana wywoływała we mnie pewnego rodzaju współczucie. Polubiłam natomiast postać Niny - kobiety, która opiekowała się Dianą oraz Grace pod nieobecnością Briana. Tak czy siak zatem autorka wykreowała naprawdę dobre postacie. 
       Podsumowując, jestem niezwykle pozytywnie zaskoczona książką "Dziecko wspomnień". To przemyślana opowieść, z dobrym pomysłem na fabułę, którego wykonanie poszło autorce znakomicie. Nie pamiętam kiedy czytałam tak dobrą powieść psychologiczną, jaka momentami mroziłabym krew w moich żyłach i sprawiała, że próbowałam zrozumieć postępowania bohaterów i całą tę problematykę, jaka została poruszona w książce. Polecam Wam serdecznie sięgnięcie po tę opowieść, bo myślę, że się nie zawiedziecie, a wręcz przeciwnie - zakorzeni się ona w waszych myślach na długo.
        Niebawem znów się tutaj odezwę - został mi do zrecenzowania jeszcze jeden egzemplarz recenzencki, a potem - zobaczymy. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

wtorek, 11 października 2016

Katarzyna Bonda - premiera książki "Lampiony"
Dzisiaj Moi Drodzy, chciałabym przekazać Wam interesującą informację. Pewnie wielu z Was słysząc nazwisko Katarzyna Bonda od razu skojarzy, że jest to Królowa Polskiego Kryminału. Sama do tej pory nie miałam styczności z jej twórczością, chociaż czekają na mnie na półce dwie książki autorki. Mam nadzieję, że gdy już wygrzebię się z egzemplarzy recenzenckich, w końcu sięgnę po jej słynnego "Pochłaniacza" oraz "Okularnika", tym bardziej, że premierę miała miejsce trzecia część z serii "Cztery żywioły Saszy Załuskiej"  - przyciągające oprawą graficzną "Lampiony" i to właśnie o tej nietypowej premierze chciałabym Wam dzisiaj trochę opowiedzieć. 
       
Premiera - "Lampiony"
W przeddzień oficjalnej premiery najnowszej powieści Katarzyny Bondy, 27 września, półki jednego z warszawskich Empików zostały po brzegi wypełnione tylko jednym tytułem. Jak nie trudno się domyślić były nim właśnie "Lampiony". To właśnie tego dnia sprzedawano więcej niż jedną książkę na minutę. O godzinie 10:00, w obecności samej autorki oraz jej fanów, oficjalnie otwarto LAMPIONY POP UP STORE by Empik. Okazało się, że kolejki po kryminał oraz autograf pisarki ustawiały się do późnych godzin wieczornych.

Ta niezwykła akcja promująca nowy kryminał Katarzyny Bondy podkreśliła jej pozycję na rynku wydawniczym. W ubiegłym roku powieść autorki "Okularnik", był najlepiej sprzedającą się książką roku i otrzymał także statuetkę Bestsellery Empiku 2015. To pierwszy raz, gdy polski wydawca (jest nim Wydawnictwo MUZA SA) zdecydował się na zmianę księgarni w pop - up store.

Tak naprawdę otwarcie LAMPIONY POP UP STORE to kolejna spektakularna akcja związana z premierą książki autorki przygotowana przez Wydawnictwo MUZA SA. W 2015 r. autorka podróżowała po Polsce specjalnie oznakowanym samochodem marki Mercedes W210, tytułowym "Okularnikiem" z bagażnikiem wypełnionym egzemplarzami promowanej powieści.


Premiera - "Lampiony"

Przyznam się szczerze, że takie akcje, organizowane przez Wydawnictwa promujące swoich pisarzy są niezwykle inspirujące i zachęcają do tego, by zapoznać się z danym tytułem. Żałuję, że sama nie mogłam wziąć udział w oficjalnej premierze i otwarciu LAMPIONY POP UP STORE (od Warszawy dzieli mnie niestety sporo kilometrów), jednak myślę, że każdy z fanów autorki był zachwycony tym pomysłem. Mnie natomiast nie pozostało nic innego, jak tylko w końcu zapoznać się z twórczością Katarzyny Bondy - bo "Lampiony" już mnie intrygują, a przecież dwa wcześniejsze tomy przede mną. ;) 

Informacje prasowe oraz zdjęcia zostały udostępnione przez: Buisness & Culture.

sobota, 8 października 2016

"Ale niespodzianki mają to do siebie, że zjawiają się, zaskakują nas i powodują silne bicie serca, czasem strach, rozpacz albo radość i wzruszenie."

Autor: Wanda Majer - Pietraszak
Tytuł: Cztery pory roku Heleny Horn
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 286
Ocena: -5/6
     Są takie książki, które pozornie wydają się być całkowicie zwyczajne, a sami zbyt wiele od nich nie oczekujemy. Kiedy jednak zaczniemy je czytać, okazuje się, że historia jest w stanie w jakiś sposób urzec. Taka właśnie jest opowieść "Cztery pory roku Heleny Horn", którą napisała Wanda Majer - Pietraszak. Do sięgnięcia po nią skusiła mnie okładka, która jest piękna i chociaż nie przepadam za twarzami pojawiającymi się na oprawie graficznej, tak tutaj pasują idealnie. Sam opis natomiast wydawał mi się w porządku, ale bez fajerwerków, dlatego nie stawiałam tej historii jakiś większych poprzeczek. Ostatecznie okazało się, że niezwykle miło spędziłam przy niej czas i z pewnością będę ją równie przyjemnie wspominać. 
     Tytułowa bohaterka - Helena Horn - to wspaniała aktorka, która po śmierci ukochanego męża Jaromira postanawia odejść z teatru, sprzedać swoje mieszkanie w Warszawie i przeprowadzić się do pięknej, rodzinnej willi w Milanówku. Czuje, że właśnie tam odnajdzie utracony spokój i radość życia - które samo w sobie toczy się wokół niej własnym rytmem. Jedni ludzie przychodzą, inni odchodzą, a każda pora roku przynosi coraz to nowsze sytuacje, z którymi była aktorka musi sobie poradzić. Jest więc sporo o relacjach z córką, które zawsze były dosyć chłodne, o tęsknocie za wnukiem, jaki przebywa bardzo daleko. Powracają stare przyjaźnie i miłości, a także na jaw wychodzą skrywane tajemnice. Jak więc toczy się życie Heleny Horn? W jaki sposób ta dojrzała kobieta radzi sobie ze wszystkimi wydarzeniami? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę Wandy Majer - Pietraszak.
       Muszę przyznać, że jest to książka specyficzna, począwszy już od stylu, jakim posługuje się autorka. Otóż wydarzenia opisywane są w czasie teraźniejszym. Na ogół nie jestem do tego przyzwyczajona podczas czytania wielu historii, a mimo to szybko złapałam ten styl i przypadło mi to do gustu. Co więcej, autorka buduje piękne zdania. Z jednej strony posługuje się lekkim w odbiorze językiem, dzięki któremu całość pochłania się w mgnieniu oka, a z drugiej strony pojawiają się też fragmenty skłaniające do przemyśleń. Przede wszystkim jednak podobał mi się klimat tej historii i sposób, w jaki autorka zarysowała każdą porę roku, gdyż tak naprawdę całość podzielona jest na cztery części, adekwatne do każdej z pór, przy czym akcja zaczyna się jesienią. Właściwie czytając sobie tę książkę czułam się tak, jakbym przenosiła się pomiędzy tymi wszystkimi okresami w roku - jednocześnie zachwycając się złotą jesienią, czując mroźną zimę, by następnie wyobrazić sobie cudowną, rześką wiosnę i na końcu przeżyć upalne lato. Stąd też sam pomysł na książkę jest świetny, gdyż ukazuje, że w ciągu jednego roku tak wiele w życiu człowieka może się zmienić.
         Chociaż jest to tak naprawdę lekka lektura, jaką można przeczytać w jeden, jesienny wieczór i może nie jest wybitnym arcydziełem, które odmienia życie, to jednak ukazuje naprawdę sporo - przede wszystkim to ludzkie życie. Historia Heleny Horn uświadamia, że nigdy nie wiadomo co nas czeka i każdy dzień może być niespodzianką. Pokazuje, że nie tylko świat wokół się zmienia - najpierw spadają jesienne liście, by następnie ustąpić miejsca białej pierzynce, a później pięknym tulipanom i na końcu ciepłym promieniom słońca, ale też to ludzkie życie ulega ciągłym przemianom. Jest to także opowieść o tym, jak ważne są wszelkie relacje - począwszy od tych rodzinnych, poprzez przyjaźnie, aż skończywszy na miłości, która czasami wraca niespodziewanie. Jednocześnie ta historia pokazuje też, że czasami rodzą się tajemnice, o jakich dowiadujemy się całkowicie przypadkowo, a także uświadamia, jak krucha jest granica między życiem, a śmiercią. Piękna, ciepła i klimatyczna historia, która mnie urzekła.
       Bohaterowie z kolei zostali wykreowani również bardzo dobrze. Helena Horn przedstawiona została jako kobieta, która przechodzi swego rodzaju metamorfozę. Po latach zaczyna dostrzegać to, czego nie widziała wcześniej i pragnie odbudować niektóre relacje. Jest jednocześnie osobą niezwykle ciepłą i troskliwą, której nie da się nie polubić. Bardzo duży wkład w tej książce miała również postać Henryki - pełnej charyzmy kobiety, jaka potrafiła zadbać o każdego. Tak naprawdę każda postać - czy to córka Heleny, czy też lekarz Tomasz, czy niespodziewanie spotkana przez aktorkę przyjaciółka - Marta - oni wszyscy zostali wykreowani na swój indywidualny, ciekawy sposób. Stąd też nie mam nic do zarzucenia bohaterom tej książki.
       Podsumowując, "Cztery pory roku Heleny Horn" to opowieść, która może nie każdego zachwyci, bo wyda się pozornie zwyczajna, a jednak ma w sobie coś, co przyciąga. Być może właśnie dlatego, że ukazuje życie takie, jakim jest, bez przesadnego ubarwiania, potrafiła mnie urzec i sprawić. że przez długi czas będę ją miło wspominać. Dodatkowo, jeżeli szukacie lekkiej historii na jakiś jesienny wieczór, to ta książka będzie idealna. Osobiście polecam. 
      Wiem, że moja aktywność na blogu nieco spadła, ale nastąpiła chyba jakaś faza lekkiej, "jesiennej deprechy" i tym samym braku motywacji, jak także inspiracji. Postaram się jednak wkrótce opublikować coś nowego. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

niedziela, 2 października 2016

Autor: Monika Błądek
Tytuł: Gloria
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 480
Ocena: 3.5/6
     
      Jak dobrze wiecie, rzadko sięgam po książki, które byłyby z nurtu fantastyki. Jednak nadchodzą takie chwile, gdy mam ochotę na coś innego, coś, co sprawi, że zakocham się w danym gatunku. Kilkakrotnie przekonałam się już, że fantastyka czy sensacja są w stanie mnie do siebie przekonać. Stąd też sięgając po książkę "Gloria" autorstwa Moniki Błądek miałam nadzieję, że jej fabuła wciągnie mnie na tyle, bym za jakiś czas chciała sięgnąć po kontynuację. Niestety, ale tak się nie stało - a całość wywołała we mnie ogrom mieszanych uczuć. Nie mogę powiedzieć, że ta książka będąca tak naprawdę połączeniem gatunków: wspomnianej fantastyki z sensacją, a przede wszystkim dystopią, była całkowicie zła, bo bym skłamała. Niemniej do mnie nie trafiła. 
      Jest rok 2025. Wszystko uległo zmianie - rozpadła się Unia Europejska, Polskę oddziela od Rosji pas spalonej ziemi - Ukraina. Główna bohaterka książki, tudzież narratorka - Gloria mieszka u ciotki w Paryżu. Dziesięć lat później na jej drodze staje Asłan Zuradow. Mężczyzna staje się jej najlepszym przyjacielem, zarażając ją pasją do treningów. Jednak wkrótce życie Glorii zmienia się diametralnie - niespodziewanie staje się świadkiem strzelaniny zaaranżowanej przez samego Asłana. Okazuje się, że mężczyzna tak naprawdę pełnił rolę jej ochroniarza i pracował dla ciotki nastolatki. Dziewczyna wraz z Asłanem i kilkoma innymi konspiratorami musi uciekać. Ma wrócić do Polski, gdzie jej opieką zajmie się Lidia - starsza siostra, z którą wcześniej ją rozdzielono. Nie wie jednak, że na każdym kroku będą czekać kolejne niebezpieczeństwa... Jak zatem potoczą się losy Glorii? Czym tak naprawdę zajmują się konspiratorzy? Kim są słynni Sprawiedliwi? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę Moniki Błądek.
      Zacznę może od plusów tej historii, ponieważ mimo tego, że w ogólnym wydźwięku mnie do siebie nie przekonała, to posiada kilka pozytywnych stron. Po pierwsze, trzeba przyznać, że pomysł na fabułę był całkiem dobry. Autorka chciała stworzyć historię, która łączyłaby wiele gatunków, dzięki czemu przyciągałaby do siebie czytelników. Mamy więc dystopię, trochę fantastyki, do tego sensacja, a na domiar wszystkiego wpleciony jest też wątek romantyczny. Trzeba przyznać, że jak ta część fantasy - wszelcy obcy, komos i te sprawy - nie do końca mnie do siebie przekonały, tak sama wizja świata za tę paręnaście lat stworzona przez autorkę miała całkiem dobry klimat. Wszystko to osadzone było w pewnego rodzaju mroku i tajemnicy, która tworzyła jednocześnie niepokój sprawiając, że niczego w tej książce nie można było być pewnym. Drugą, pozytywną cechą jest fakt, że całość czyta się bardzo szybko, przede wszystkim na tempo akcji. Nie ma tutaj zbyt wielu długich opisów, a jeżeli już się pojawiają, to zostały skonstruowane całkiem ciekawie (z jednymi wyjątkami, ale o tym za moment) i tak, by nie nużyć, a jedynie dodawać całości klimatu. Natomiast tutaj ciągle coś się dzieje. Może nawet momentami aż za wiele - bo nieco można się pogubić - ale jednocześnie dzięki temu nie wieje nudą, a strony przekłada się błyskawicznie. Poza tym całkiem urzekający był też ten wątek romantyczny, chociaż zanim nastąpił ten właściwy, to kilka zachowań głównej bohaterki lekko mnie irytowało. To, co jeszcze zaliczam do plusów to fakt, że samo zakończenie jest nieco intrygujące i może zachęcić do tego, by zapoznać się z kontynuacją, gdy już się pojawi. Natomiast ostatnią rzeczą, która zasługuje na plusa jest samo przesłanie, jakie chciała poniekąd ukazać autorka. 
       Natomiast teraz przechodzę niestety do tej gorzkiej części recenzji, czyli tego, co sprawiło, że jestem trochę rozczarowana całością. Po pierwsze, mimo tego, co wspomniałam - błyskawicznego czytania, uważam, że tę historię można by spokojnie zmieścić na mniejszej ilości stron. Już wyjaśniam dlaczego. Otóż raziły mnie niektóre, moim zdaniem, całkowicie zbędne opisy. Chodzi mi chociażby o takie rzeczy jak strój bohaterki w tym, a takim momencie. Nie, naprawdę nie obchodziło mnie to, czy jej botki są od najnowszego projektanta mody czy ze zwykłego bazaru, a także jakiego koloru ma ten uroczy szlafroczek. Jak dla mnie można by spokojnie wyciąć większość takich opisów, tym samym zmniejszając objętość książki. Po drugie, chociaż tempo akcji jest szybkie, jak zresztą wspomniałam, to momentami miałam wrażenie, że ta książka to jeden, wielki chaos. Wiecie, generalnie nic do niego nie mam (taki tam żarcik, nie? :P), ale tutaj odnosiłam wrażenie, że autorka sama pogubiła się w swoim pomyśle. Co więcej, denerwowało mnie też nieco zachowanie Glorii. Skupię się na niej bardziej przy akapicie odnośnie postaci, ale nie wiem, co autorka miała na celu poprzez ukazanie wątku romantycznego, na który czeka się bardzo długo, bo w między czasie główna bohaterka chętnie skoczyłaby do łóżka innego faceta. Tak sobie to czytałam i myślałam - "że co? Dziewczynko, weźże się zdecyduj, kogo Ty w końcu chcesz!" No i ostatnia sprawa - styl autorki jest co prawda lekki w odbiorze, zresztą inaczej czytanie całości nie szłoby tak szybko, ale... wadziły mi niektóre zwroty czy teksty, które były po prostu słabe. Miałam wrażenie, że autorka chce stworzyć taki nowoczesny, że tak ujmę, "cool" język, ale tak nie do końca jej to wyszło. Żałuję, że do tak wielu rzeczy musiałam się przyczepić, bo pomysł na fabułę był naprawdę dobry, tylko wykonanie nie do końca było takie, jakiego bym oczekiwała.
      Bohaterowie z kolei zostali wykreowani różnorodnie - tego nie da się zaprzeczyć. Są lepsze postaci, jak chociażby Asłan, którego całkiem polubiłam czy też obcy - Oril, ponieważ jego kreacja akurat była jak dla mnie stworzona bardzo dobrze. Ma on zarówno cechy pozaziemskie, zresztą w końcu jest to obcy, a z drugiej strony posiada też bardzo wiele ludzkich cech. Natomiast pojawiły się też postaci, jak dla mnie słabsze i nimi, na całe nieszczęście, jest właśnie Gloria. Już nie będę się powtarzać co do jej niezdecydowania, jakiego faceta w końcu by chciała, ale dodam coś innego. Momentami miałam wrażenie, że jej wiek nie jest adekwatny do zachowania i co więcej - sama usilnie próbowała udowodnić, jaka to ona jest dorosła, a swoim zachowaniem niestety w ogóle tego nie potwierdzała. Dlatego też ciężko było mi nieco nadążyć za jej sposobem bycia i przemyśleniami, jakie momentami były absurdalne. Pozostałe postaci z kolei były całkiem w porządku i myślę, że nieco ratowały tę książkę.
         Podsumowując, "Gloria" to historia, na jakiej osobiście trochę się zawiodłam. Autorka miała dobry pomysł na fabułę i stworzyła całkiem klimatyczny, mroczny świat, idealny do swojego pomysły, ale jednocześnie nie do końca poradziła sobie z chaosem tych wszelkich wydarzeń, jak również z kreacją głównej bohaterki. Myślę jednak, że osobom, które lubują się w dystopii, połączonej dodatkowo z innymi gatunkami, ta książka może przypaść do gustu. Sama nie wiem czy sięgnę po kontynuację - może kiedyś, z czystej ciekawości, ale póki co się na to nie zapowiada. Wam natomiast pozostawiam wybór - bo to nie jest, jak podkreśliłam na początku, bardzo zła książka, jakiej kompletnie nie da się czytać. To jest całkiem dobra historia, tylko mająca pewne niedociągnięcia, jakie mnie do siebie nie przekonały. 
        Niebawem postaram się znowu coś dla Was napisać, chociaż aktualnie nie wiem jak często uda mi się wrzucać tutaj wpisy. Póki co - trzymajcie się! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Wydawnictwu Akurat

sobota, 1 października 2016

      Kalendarz oznajmia dzisiaj datę 1 października, co oznacza dla mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, skończyły mi się wakacje, a tym samym pora powrócić na uczelnię. Magisterka stoi przede mną otworem i postanowiłam sobie, że najbliższe, ostatnie dwa lata studiów wykorzystam w pełni na to, by rozwinąć się nie tylko w swoim obranym kierunku, czyli matematyce, ale też przy okazji w kilku innych dziedzinach. Mam nadzieję, że mi się to uda. Jednak wykroczyłam nieco z tematu. Otóż drugą z kolei rzeczą jaką zwiastuje dzisiejsza data to czas na podsumowanie czytelnicze września wraz z opisaniem planów książkowych na październik. Stąd też, zapraszam Was serdecznie do przeczytania poniższych punktów.

1. Podsumowanie czytelnicze września 


Tym razem udało mi się przeczytać aż siedem książek. Jednej z nich nie ma na zdjęciu z tego względu, że musiałam ją oddać do biblioteki. Jestem zadowolona ze swojego wyniku, lecz co więcej - nie spodziewałam się po sobie, że przeczytam aż tyle, bo czasu nie miałam tak dużo, jak w dwóch poprzednich miesiącach. Jednak chyba pochłanianie książek weszło mi w krew. Co więcej, udało mi się ukończyć wyzwanie czytelnicze "52 książki 2016 roku". Być może do końca grudnia pochłonę jeszcze kilka lektur. Stąd też, krótko mówiąc o każdej z nich, wygląda to następująco:
  • Monika Błądek - "Gloria" - książka, której recenzja pojawi się dopiero w najbliższych dniach, gdyż ze względu na brak czasu, nie miałam jak w tym tygodniu jej napisać. Krótko mówiąc, niestety, ale czuję się rozczarowana tą lekturą. 
  • Suzanne Collins - "Gregor i Kod Pazura" -  egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa IUVI. Ostatnia część serii o świecie Podziemia. Świetna, wciągająca i dokładnie taka, jaki powinien być finalny tom. 
  • Carlos Ruiz Zafon - "Więzień nieba" - kolejna podróż na Cmentarz Zapomnianych Książek i kolejny raz Zafon udowadnia, że jest genialny. Nawet jeśli momentami miałam wrażenie, że troszkę historia jest przegadana, to i tak mnie porwała.
  • Nadia Hashimi - "Kiedy księżyc jest nisko" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Kobiecego. Poruszająca opowieść, która chwyta za serce.
  • Sarah Dessen - "Coś świętego" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa HarperCollins Polska. Lekka, a jednocześnie skłaniająca do przemyśleń. Miło spędziłam przy niej czas.
  • Anna McPartlin - "Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa HarperCollins Polska. Piękna, wzruszająca historia, poruszająca trudne tematy. Zdecydowanie jedna z lepszych książek tego miesiąca.
  • Anna McPartlin - "Ostatnie dni Królika" - książka poruszająca trudny temat, która jednocześnie napisana jest w radosny sposób. Mimo to całość sprawia, że łezka się w oku kręci.
Jak zatem widzicie, w tym miesiącu wiele książek zaskoczyło mnie pozytywnie. Najbardziej cieszę się, że poznałam twórczość Anny McPartlin, dzięki czemu wiem, że to nie były ostatnie spotkania z książkami, jakie wyjdą spod jej pióra. Jedynym lekkim rozczarowaniem była niestety "Gloria". 

2. Plany czytelnicze na październik


Od jakiegoś czasu zazwyczaj nie robiłam sobie już większych planów na kolejny miesiąc. Nie chciałam rozczarowywać samej siebie tym, że czasami bardzo chcę przeczytać dany tytuł, a jednak się nie udaje. Tym razem robię wyjątek na pewno dla trzech książek, jakie widzicie powyżej, przede wszystkim dlatego, że są to egzemplarze recenzenckie. Jednak zdecydowałam się na te tytuły dobrowolnie, a dlaczego? Już wyjaśniam.
  • Wanda Majer - Pietraszak - "Cztery pory roku Heleny Horn" - zachęcił mnie opis, jak również urzekająca okładka. Jak na ogół twarze na oprawie graficznej do mnie nie trafiają, tak tutaj jest pięknie. A jaka będzie historia? Zobaczymy. 
  • Steena Holmes - "Dziecko wspomnień" - czytałam już jakąś opinię o tej książce, która mi się spodobała, a co więcej sam opis zachęca do tego, by sprawdzić, jakie wrażenie na mnie wywrze ten tytuł. 
  • Dr Guy Winch - "EMOCJONALNE SOS Jak uleczyć negatywne emocje" - sama nie wierzę w to, że zdecydowałam się na ten tytuł. Na ogół nie sięgam po takie książki. Wręcz powiem więcej - irytują mnie te wszelkie poradniki. Ale tym razem było inaczej. Tytuł mnie przyciągnął, bo wiem, jak negatywne emocje mogą działać destrukcyjnie. Dlatego chętnie zobaczę co radzi autor. 
Oprócz powyższych tytułów, być może uda sięgnąć mi się też po inne. Ale wraz z październikiem, jednak uczelnia stanowi priorytet, dlatego książki tylko w krótkich, wolnych chwilach. 

     To już wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszy wpis. Jak u Was wyglądał wrzesień pod względem czytelniczym? A co planujecie na październik? Piszcie, chętnie poczytam. 
        Niebawem pojawi się tutaj opóźniona recenzja "Glorii", a później zobaczymy na jakie wpisy znajdę czas oraz inspiracje. Póki co - trzymajcie się!

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *