środa, 31 grudnia 2014

     Nigdy jakoś szczególnie nie przepadałam za zimą. Ta pora roku wprowadzała mnie w bardziej pesymistyczny nastrój, śnieg padający za oknem sprawiał, że myślałam tylko o tym, iż wychodząc z domu, znów będę musiała marznąć. Mnóstwo śnieżnych zasp wokół mnie dodatkowo przygnębiało, a kiedy już faktycznie idąc ulicą czułam jak te białe śnieżynki sypią mi się w twarz i na włosy... Och nie, zima nie należy do moich ulubionych pór roku. Ale tym razem jest nieco inaczej. Co prawda nadal nie przepadam za wszechobecnym śniegiem, bo najzwyczajniej w świecie nie lubię marznąć, a niestety termometr idzie w dół i w dół... A jednak dzisiejszy dzień rozpoczęłam długim spacerem do lasu, z aparatem w ręku... I choć mistrzynią w robieniu zdjęć nie jestem, po prostu musiałam uwiecznić piękno otaczającego mnie świata. Chciałam zacząć ten dzień dobrze, jednocześnie podczas przechodzenia pomiędzy jedną zaspą a drugą myśląc o tym, jaki był ten cały 2014 rok i zastanawiając się, co mogę zmienić w swoim życiu podczas nadchodzącego - 2015...
    Tym oto sposobem przechodzę powoli do sedna dzisiejszego wpisu. Tak jak obiecywałam w ostatnim artykule, będzie on poniekąd moim własnym podsumowaniem przemijającego roku - tego, co udało mi się osiągnąć, swoich błędów i wniosków jakie z nich wyciągnęłam. Będzie także o postanowieniach, których my ludzie, często pochopnie się podejmujemy, a nic z nich nie wychodzi, ale również pojawi się wzmianka o konkretnych celach, jakie powinniśmy sobie założyć i jakie sama chcę zrealizować w Nowym Roku. Zapraszam zatem już do konkretnych punktów.

niedziela, 28 grudnia 2014

     
      Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, iż moje opowiadanie spotka się z tak wieloma pozytywnymi komentarzami i nie chodzi mi nawet o te na blogu (za które tak czy siak bardzo dziękuję!), ale także otrzymywane od paru znajomych. Dało mi to naprawdę dużą motywację do tego by w końcu stworzyć jakąś nową, dłuższą formę. Problemem jedynie bardzo często jest brak czasu, zwłaszcza, że powinnam w końcu zabrać się za naukę, bo kolokwia i zaliczenia czekają, a od lutego maraton egzaminów... Ach, ta moja matematyka. Ale spokojnie - wierzę, że dam radę, a także iż z Nowym Rokiem parę moich celów zostanie osiągniętych, jednak ten temat zostawię sobie na inny wpis. Właściwie to tak drogą wstępu, natomiast sama powinnam przejść już do konkretnego tematu dzisiejszego postu.
   Jakiś czas temu na blogu pojawiały się artykuły z serii "still love - czyli niedzielna piątka", jednak któregoś dnia ślad o nich zaginął... Wszystko przez nadmiar obowiązków i zajęć, ale także zbyt rozbudowanego życia "poza nauką", które to pojawiły się wraz z rozpoczęciem nowego roku akademickiego. W wakacje miałam na to naprawdę sporo czasu i nie zaniedbywałam tych wpisów, a później... wyszło jak wyszło. Jednak dzisiaj wracam do Was z piątką ulubieńców - jest to można by rzec, że taki jednorazowy wyskok, przynajmniej jak na razie. Natomiast myślę, że co jakiś czas jednak te piątki będą powracać - może wbrew założeniu, że miały być co tydzień, ale postaram się je pisać, zachowując oczywiście tą zasadę, że ma być to niedziela. 
       Co prawda, jest już po świętach, ale z drugiej strony nadchodzą następne - Boże Narodzenie przeminęło, lecz czeka nas jeszcze Nowy Rok, a jak dla mnie te "zimowe święta" są długie bez względu na to, że jest pomiędzy nimi jakaś przerwa. Dlatego dzisiejszym tematem piątki ulubieńców będzie... to, co właśnie lubię w świętach Bożego Narodzenia i towarzyszącym im czasem związanym z Sylwestrem i Nowym Rokiem. Tak, tak, zdaję sobie sprawę z tego, że patrząc na ilość tych świątecznych wpisów typu "moja wigilia", "jak spędzam święta" itp. macie już pewnie dość jednego i tego samego tematu. Osobiście też nie przepadam za takim natłokiem wpisów związanych z konkretnymi wydarzeniami (już mnie mdli na widok artykułów wychwalających "Zniszcz ten dziennik" jednak ponarzekałam na to w którymś wpisie więc nie będę się powtarzać jakie to dla mnie irytujące), jednak święta... to jest czas, który uwielbiam, więc tym razem podążam za tłumem i sama tworzę u siebie coś związanego z tym pełnym klimatu okresem roku. Zapraszam zatem do lektury!

środa, 24 grudnia 2014

     Dzisiaj 24 grudnia, czyli dzień związany oczywiście z Wigilią. Uwielbiam to, gdy wstaję wcześnie rano i razem z mamą rozpoczynam przygotowywanie dań na wigilijną kolację. W kuchni unosi się wtedy zapach tych wszystkich pysznych potraw, w salonie stoi już pięknie ubrana choinka, przyozdobiona mnóstwem bombek, własnoręcznie zrobionych i udekorowanych pierniczków i oczywiście światełek, natomiast stół czeka na to, by rozłożyć na nim serwetki, sztućce, talerze, opłatki - rzecz jasna, nie można o nich zapomnieć i wiele innych rzeczy... Magia, totalna. Tak i było dzisiaj - rano jeszcze dokończyłam strojenie ciasteczek: pierniczków, bo przecież święta bez nich? Nie ma mowy! Ich korzenny zapach i smak jest genialny, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, kto uwielbia właśnie nutę orientu, z kolei cynamon mogłabym dodawać do wszystkiego. Oprócz pierniczków mojej uwagi wymagały jeszcze muffiny bananowe, uraczone polewą czekoladową i przyozdobione zrobioną również z czekolady gwiazdką. Mama z kolei zajęła się jeszcze innym ciastem nieco wcześniej. Potem - gotowanie, czyli coś co lubię i te wspomniane wyżej zapachy unoszące się w kuchni... Wigilijna kolacja była więc udana, spędzona w ciepłej, rodzinne atmosferze i docenianiu tego wszystkiego, co mamy. 
     Właściwie możecie zapytać po co dzielę się z Wami tymi informacjami, skoro nie do końca lubię tutaj skupiać się wyłącznie na sobie? Chciałam po prostu wprowadzić Was w ten świąteczny klimat, chociaż sami na pewno go czujecie we własnych domach. To zabieg mający na celu skupienie Waszych myśli w tej chwili właśnie na Bożym Narodzeniu, a szczególnie tym wigilijnym dniu, gdyż opowiadanie, które tutaj opublikuję związane jest właśnie z tym okresem roku. Jak wspomniałam w poprzednich wpisie, napisałam je jakoś w wieku 16/17 lat, więc może nie jest idealne (czytając je widzę swoje niedociągnięcia i to, że obecnie nieco inaczej zabieram się za pisanie dłuższych form), miałam wtedy nieco inne spojrzenie na niektóre sprawy, ale postanowiłam się nim z Wami podzielić. Stąd - co tu więcej mówić? Zapraszam do czytania!

poniedziałek, 22 grudnia 2014

   
Autor: Nicholas Sparks
Tytuł: List w butelce
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 328
Ocena: 5/6
  Czasami bywam naprawdę uparta. Kiedy już sobie coś postanowię, to nawet gdybym miała nie wiadomo jak wiele innych rzeczy na głowie i jak bardzo byłabym zmęczona, to zrobię tą zaplanowaną czynność. Tak właśnie jest z dzisiejszym wpisem na blogu. Chciałam przed  dniem 24 grudnia (na który to dzień planuję opublikować opowiadanie związane ze świętami Bożego Narodzenia) napisać coś jeszcze i właśnie to robię, chociaż z góry przepraszam jeśli w jakichś momentach będzie totalny brak składni, ale naprawdę nie miałam dziś ani chwili wytchnienia i zaraz po opublikowaniu tego wpisu idę spać. 
    Po przyjeździe do domu na święta postanowiłam posprzątać sobie troszkę półki, m.in. te, w których trzymam książki różnego rodzaju i tym samym natknęłam się na jedną, jaką to przeczytałam nie tak dawno, lecz nie wiem dlaczego nie dokonałam jej recenzji na blogu. Może nie chciałam mieć nadmiaru historii miłosnych, na dodatek takich, które wyszły spod pióra tego samego autora? Nie wiem... Jednak prawda jest taka, że nic nie poradzę na fakt, że ciągnie mnie właśnie do romansów i to jeszcze w wykonaniu Nicholasa Sparksa. Dlatego dzisiaj chciałabym krótko opisać/dokonać recenzji jednej z jego książek, na podstawie której (jak zresztą większości) powstał chyba nawet film. Osobiście nie oglądałam, może kiedyś się na niego skuszę. Natomiast przechodząc już do konkretów, chodzi mianowicie o "List w butelce". Jest to historia o wielkiej miłości, związanej poniekąd z przeznaczeniem, ale także o tym, że życie nie zawsze jest tak kolorowe jakbyśmy chcieli. To jednocześnie opowieść o zaufaniu, nadziei, przebaczaniu, próbie odnalezienia prawdziwego szczęścia, ale także o tym, że czasami trzeba po prostu zostawić przeszłość za sobą.

piątek, 19 grudnia 2014

     Nastał w końcu piątkowy wieczór, który spędzam w domu, z myślą w głowie, że aż do 7 stycznia nie muszę zamartwiać się tym, czy zaśpię na wykład, jak trudne będzie kolokwium oraz czy oby na pewno dobrze wszystko zrozumiałam... Oczywiście i w tym czasie nauka gdzieś tam się pojawi, nie mogę sobie tak po prostu rzucić jej w kąt i cały ten czas spędzić na tzw. "nicnierobieniu". Mimo wszystko, najpierw - chwila oddechu, odpoczynek, nadrobienie zaległości na blogu i co do tego to przede wszystkim przepraszam, że tak długo nie pojawiło się nic nowego. Jednocześnie studia, ale także poniekąd dość ostatnio rozwinięte życie towarzyskie sprawiło, że nie miałam ani zbyt dużo czasu albo też w ogóle siły i jedyne co robiłam po powrocie na mieszkanie to pójście spać, ani też jakiejś odpowiedniej motywacji oraz inspiracji... Stąd - jeszcze raz przepraszam i już staram się to jakoś wynagrodzić. 
      Jakiś czas temu powstała tutaj rubryka "still love - czyli niedzielna piątka", jednak wraz z początkiem kolejnego roku akademickiego nie miałam na nią aż tyle czasu i okazało się, że jakąś zawaliłam, stąd postanowiłam na jakiś czas ją zawiesić. Mimo wszystko kiedyś postaram się do niej wrócić... Jednak nie o tym dokładnie miała być mowa. Skoro stworzyłam cykl ulubionych rzeczy, tak jakoś dzisiaj (mimo że wewnątrz czuję jakiś spokój spowodowany tym, że zbliżają się święta, siedzę sobie w domku i tym podobnie) natchnęło mnie by napisać coś podobnego, jednak parę rzeczy, które totalnie doprowadzają mnie do szału. Co prawda - nie będzie to za bardzo pozytywny wpis, ale dzięki niemu wyleję na chwilę swoje frustracje, a przecież dobrze jest się poczuć wyzwolonym od negatywnych myśli, zwłaszcza na ten okres nadchodzących świąt, które powinno się spędzić w gronie rodziny i przyjaznej atmosferze. Nie wiem, ile tych punktów będzie, być może jedynie parę, jakie to najbardziej dokuczały mi w ostatnim czasie, a być może jeszcze kiedyś wyleję swoje frustracje? Chociaż nie do końca to lubię... No cóż, tak czy siak, żeby nie przedłużać, zaczynam swoją listę, a nuż w niektórych aspektach sami się ze mną zgodzicie.

sobota, 6 grudnia 2014

 
Autor: Danny Wallace
Tytuł: Charlotte Street
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 440
Ocena: 4.5/6
    Nadszedł weekend i zgodnie z zapowiedzią w ostatnim wpisie, powracam z czymś nowym.... Tym razem będzie to recenzja książki, jaką ostatnio czytałam, a właściwie skończyłam ją wczoraj wieczorem. Muszę przyznać, że skusiłam się na nią będąc w jednej z krakowskich księgarni oferujących książki w cenach tańszych niż w wielu innych miejscach czy też mających często świetne promocje. Oczywiście jako, że jestem chyba uzależniona od książek, a opis wydawał się być ciekawy, tym oto sposobem powieść znalazła się w moich rękach. I tym samym rozpoczęłam swoją podróż przez ponad czterysta stron zabawnej, można by rzec, że książkowej (nie filmowej!) "komedii romantycznej". Jednak jeśli miałabym krótko powiedzieć o czym jest, to na pewno pokazuje, jak ludzie potrafią się zmienić, dojrzeć do niektórych spraw czy też zrozumieć błędy jakie kiedyś popełnili... Jednocześnie to książka o przyjaźni, oczywiście miłości, bo przecież inaczej nie byłoby mowy w ogóle o tej komedii romantycznej, a także o tym, że w naszym życiu oprócz wzlotów, bardzo wiele jest upadków, a grunt to w końcu się z nich podnieść.
    Jednak by już nie przedłużać, a jednocześnie przejść do konkretnych informacji, pora zdradzić tytuł tej książki. Jest to "Charlotte Street", którą napisał Danny Wallace. Właściwie dotąd nieznany mi autor, a mimo wszystko jak już napisałam wyżej - ten krótki opis na okładce, zachęcił do sięgnięcia po tę lekturę... I muszę przyznać, że mimo niektórych słabszych wątków, nie zawiodłam się, a wręcz przeciwnie: jednocześnie czułam się poruszona historią bohatera, a także śmiałam się do łez w niektórych momentach.

czwartek, 4 grudnia 2014

     Kiedy mija już środa, mój tydzień automatycznie staje się luźniejszy... No, chyba, że to akurat czas ważnego kolokwium z analizy matematycznej, jakie to zwykle są w piątki, ale poza tym - naprawdę czwartek i piątek to już dni w których mogę złapać oddech, zrobić coś dla siebie, wyjść gdzieś z przyjaciółmi... Lubię to, zdecydowanie. Stąd dzisiaj nie mogłoby obejść się bez nowego wpisu na blogu. Oczywiście jak zawsze zastanawiałam się nad tematem i muszę przyznać, że przychodził mi do głowy pewien felieton, ale stwierdziłam, że z tym jeszcze poczekam.  
    Natomiast o czym napiszę tym razem? Będzie to interpretacja utworu, którym zaraziła mnie przyjaciółka (stąd artykuł z dedykacją dla Ciebie, N. :D). Oczywiście jego tematem jest dobrze znana wszystkim miłość, ale równocześnie poniekąd tęsknota i... pokazanie, że odległość pomiędzy dwójką zakochanych w sobie osób wcale nie musi być przeszkodą jeśli wierzymy, że nasz związek może przetrwać. Żeby już jednak nie przedłużać tego wstępu, zdradzę tytuł utworu, a jest to"Already home" autorstwa A Great Big World (myślę, że jeśli chodzi o twórcę to większość z Was kojarzy przepiękne "Say something", które swoją drogą pewnie kiedyś jeszcze zinterpretuję). Zapraszam w takim razie do przeczytania poniższej interpretacji, sama przechodząc do pierwszego fragmentu.

sobota, 29 listopada 2014

  Uwielbiam ten moment, gdy mogę w końcu, po ciężkim tygodniu pełnym przeróżnych obowiązków, na chwilę się zatrzymać. Po prostu usiąść w swoim własnym (tak, dokładnie, nie tym krakowskim) pokoju, za oknem mając już pierwszy śnieg (zastał mnie po powrocie do domu), przed sobą kubek gorącej, pysznej herbaty, a w ręku książkę. Cudownie jest tak prze moment nie myśleć o obowiązkach jakie czekają w kolejnym tygodniu, a po prostu poddać się chwili relaksu. Zdecydowanie to lubię. Stąd - dopełnić ten świetny dzisiaj stan może jedynie nowy wpis na blogu. Właściwie to zastanawiałam się o czym by tutaj napisać i ani nie mam za bardzo humoru typu "sfrustrowana A. musi wylać swoje przemyślenia", ani też nie chcę po raz trzeci w ostatnim czasie dokonywać recenzji jakiejś książki, a mimo że mam parę ciekawych utworów do interpretacji to jednak zostawię sobie to na następny raz...
     Tak więc dzisiaj może będzie poniekąd o muzyce, ale jednocześnie chciałabym przenieść w Was na chwilę w taki świat emocji...

środa, 26 listopada 2014

     
   Na nowo zaczyna się ten nieustanny brak czasu spowodowany różnymi rzeczami, w tym jedną główną są studia, mnóstwo nauki, coraz więcej materiału, kolokwia... Innymi z kolei są dodatkowe zajęcia, które wzięłam na siebie w tym semestrze akademickim, jednak nie żałuję, że się ich podjęłam - wręcz przeciwnie. Tak więc myślę, że rozumiecie, iż nie zawsze znajdę chwilę by napisać tutaj coś nowego tak szybko jakbym chciała i jednocześnie by jakość tego, co publikuję nie była na tzw. "odwal". Jednak dzisiaj, mimo że za dwa dni dość ważne kolokwium, to odłożyłam na chwilę naukę w bok, by wstawić coś nowego na blogu. To jedna z informacji, jaką chciałam tutaj dodać - czyli poniekąd wyjaśnienie, dlaczego coraz rzadziej pojawiają się nowe wpisy. 
     Natomiast drugą z informacji jest to, że w przypływie jakiegoś impulsu postanowiłam założyć na, myślę, że znanej wszystkim "książce twarzy", fanpage swojego bloga. Po co? 
  • Po pierwsze: by móc zyskać szersze grono czytelników, albo chociaż spróbować to zrobić nawet jeśli się nie uda;
  • Po drugie: by Ci, którzy już czytają mój blog oraz faktycznie tutaj zaglądają, mogli szybciej dowiedzieć się o nowych wpisach, a w końcu niewielu z nas w obecnym świecie nie posiada facebook'a, stąd myślę, że jest on naprawdę dość szybkim źródłem wielu informacji;
Stąd też, jeśli czytacie mój blog oraz posiadacie konto na wspomnianym wyżej portalu społecznościowym, będzie mi niezmiernie miło jeśli polubicie fanpage. Wystarczy wejść: tutaj i kliknąć jedynie ten znany wszystkim "like". ;)
      To wszystko jeśli chodzi o te informacje, przynajmniej póki co. Teraz przejdę już do dzisiejszego wpisu, a będzie nim... recenzja książki.

środa, 19 listopada 2014

     Na samym początku chciałabym Wam podziękować, czytelnicy, za to, że jesteście, bo gdyby Was tutaj nie było, to jednak te 10000 wyświetleń ot tak samo by się nie pojawiło. Co prawda, blog mam już spory czas, jednak dopiero od tego roku wzięłam się za porządne hm, rozpowszechnianie go i próbę odnajdywania coraz to nowszych osób, które chciałaby czytać ten mój "chaos myśli". Tak czy siak, cieszę się, że jednak to miejsce się rozwija, a sama przez ponad półtora roku nie tracę zapału do pisania, szkoda tylko, że nie zawsze mam możliwość robienia tego częściej niż powiedzmy dwa razy w tygodniu. No nic. Jeszcze raz dziękuję i mam nadzieję, że nadal będziecie mnie odwiedzać, czytać, dyskutować. To bardzo motywujące! 
   Czas goni nieubłaganie ze wszystkim. Próbuję pogodzić mnóstwo rzeczy na raz, a ostatecznie kończy się na tym, że czegoś nie zdążę zrobić, bo po prostu padam, sen sprawia, że nie daję rady. Tak było chociażby wczoraj - mnóstwo planów do zrobienia, ostatecznie zmęczenie okazało się silniejsze. Jednak dzisiaj wracam z nową porcją energii, a właściwie to trzymania się zasady, że "nie dam się, choćbym miała siedzieć do rana, ogarnę to, co sobie zaplanowałam". Jedną z tych rzeczy oczywiście był nowy wpis na blogu, stąd dzisiaj chciałabym znów zabrać Was w świat muzyki, dokonując interpretacji tekstu pewnego utworu, który jest jednym z moich ulubionych i nawet robi za dźwięk sygnału w moim telefonie. Stąd do teraz nie wiem, dlaczego wcześniej nie pomyślałam, żeby spróbować odczytać, co też autorka tekstu miała na myśli. Jednak nigdy nie jest na nic za późno, zatem przechodzę już do konkretów... Utwór, o jakim mówię to "Begin again" autorstwa Measure. Być może ktoś go kojarzy, być może nie jest on aż tak znany... Właściwie to osobiście dowiedziałam się o nim przypadkiem, dzięki temu, iż oglądam pewien serial, a w nim mnóstwo jest takich mało znanych, a świetnych kawałków. Jednak by już nie przedłużać tego wstępu, przejdę do pierwszego fragmentu.

sobota, 15 listopada 2014


Autor: Nicholas Sparks
Tytuł: Ostatnia piosenka
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 448
Ocena: 6/6
    Znowu troszkę mnie tutaj nie było, jednak już staram nadrabiać się ten czas. Oczywiście niemożliwym jest sprawienie, by doba miała te wymarzone 48 godzin (pisałam coś o tym w ostatnim wpisie, w jednym z pytań odnośnie LBA), ale staram się jak najlepiej wykorzystywać każdą chwilę. Muszę przyznać, że nie idzie mi tak źle, jak myślałam, że będzie, bo zostając na weekend w Krakowie, od rana poświęcałam czas nauce, a teraz w końcu znalazłam chwilę by móc coś tutaj napisać. Zastanawiałam się o czym mógłby być ten wpis, a że nie wpadłam na razie na żaden ciekawy pomysł jeśli chodzi o przemyślenia, a także mam zastój muzyczny, więc interpretacje odpadają, to postawiłam na recenzję książki przeczytanej przeze mnie już jakiś czas temu, a której to jeszcze nie opisywałam na blogu.
     Oczywiście jak to na mnie przystało, jest to historia miłosna, a wyszła spod pióra jednego z moich ulubionych autorów, jeśli chodzi o romanse, czyli Nicholasa Sparksa. Myślę, że spora część osób kojarzy tę powieść, a nawet jeśli nie, to może bardziej zna film o tym samym tytule. Jednak przechodząc już do konkretów, o jaką książkę mi chodzi? Jest to "Ostatnia piosenka" czyli naprawdę gruba, ale wciągając historia, nie tylko o miłości pomiędzy dwójką młodych osób, ale także o dorastaniu, wybaczaniu, docenianiu tego, co się ma... Myślę, że jedna z lepszych książek tego autora jaką miałam okazję przeczytać, a co do filmu - obejrzałam i też pokrótce napiszę poniżej swoje odczucia odnośnie ekranizacji a powieści.

poniedziałek, 10 listopada 2014

      Pomyślałam sobie, że dłużej tak być nie może bym zaniedbywała kolejny raz niedzielną piątkę, ale niestety wyszło na to, że i wczoraj się ona nie pojawiła. Stąd stwierdziłam, po dłuższych rozważaniach, że niestety na czas bliżej nieokreślony zawieszam dział "still love - czyli niedzielna piątka". Co prawda, podejmując się tego, naprawdę starałam się by w każdym tygodniu pojawiała się nowa lista moich ulubieńców, jednak czasami bywa tak, że nie zawsze się da. Dwa tygodnie temu w ogóle jej nie było i wczoraj też mi się nie udało, ponieważ znów - w tygodniu nie miałam zbyt dużo czasu z powodu projektu, paru innych rzeczy, a z kolei weekend akurat pełen był innych zajęć (m.in. wesele kuzynki, które swoją drogą było genialne!), więc sami rozumiecie. Stąd, by nie zaniedbywać tak piątki od czasu do czasu, po prostu do momentu, kiedy nie uspokoi się u mnie parę spraw - nie będzie jej. Oczywiście to nie znaczy, że kiedyś nie wrócę do tworzenia tych list ulubieńców, ale to akurat nie jest odpowiedni czas... Więc bardzo Was wszystkich przepraszam, ponieważ wiem, że ta seria była i nadal jest chętnie czytana, ale po prostu nie dam rady robić wszystkiego w danym terminie (czyli tutaj: każda niedziela). Natomiast pisać będę nadal: czy to recenzje książek/filmów, czy też felietony, interpretacje tekstów... Oczywiście postaram się by w każdym tygodniu pojawiały się przynajmniej dwa wpisy. A jak mi to wyjdzie - zobaczymy. 
      Dzisiaj jest dość krótko, chciałam jeszcze tylko napisać, że znów mój blog został nominowany do "Liebster Blog Award", stąd chciałabym jednak odpowiedzieć na pytania zadane przez pewną blogerkę, bo spodobały mi się, a poza tym to niezwykle miłe, kiedy ktoś w jakikolwiek sposób docenia moją pracę. Dziękuję w takim razie autorce bloga Liryczny Zakątek za tą nominację, jednocześnie zachęcając Was do odwiedzenia i poczytania jej wpisów - to wiersze, które są naprawdę dobre, polecam. Natomiast przechodzę teraz do pytań i swoich odpowiedzi.

środa, 5 listopada 2014

Nadchodzi wieczór, kiedy A. zawalona ilością nauki, zamiast oczywiście zabrać się w końcu porządnie do pracy, w międzyczasie ogląda zwiastuny różnych filmów na dobrze wszystkim znanej stronie youtube. W końcu natrafia na jeden, drugi, trzeci świetny trailer, który sprawia, że ma ochotę obejrzeć te filmy jak najszybciej... Jej noc zamiast snu, staje się maratonem przeróżnych historii, a sama nie jest w stanie uwierzyć, że ona - ta, która dotychczas nie potrafiła samotnie oglądać filmów, ba! właściwie to nie tyle co nie potrafiła, co nie lubiła tego robić, przykryta swoim ulubionym kocem, z ogromnym zaangażowaniem śledzi losy bohaterów na ekranie...

niedziela, 2 listopada 2014

    Po tygodniu przerwy od serii "still love - czyli niedzielna piątka" wracam już jednak do Was z kolejną listą ulubieńców. Co prawda, szukałam jakiegoś ciekawego pomysłu, innego niż dotychczas (czyli głównie muzyka), ale ciężko było mi wybrać coś, co zarówno napisałabym w miarę sprawnie (ponieważ czas nadal goni mnie z wieloma innymi sprawami), a jednocześnie byłoby to ciekawe... W końcu postawiłam na pewną tematykę dzisiejszego wpisu, która mam nadzieję, że Wam się spodoba. 
     Każdy z nas ma swój ulubiony kolor albo parę z nich, które uwielbia zarówno jeśli chodzi o kupno ubrań, ale także innych rzeczy: dodatków do kuchni (talerze, kubki i tym podobne), kosmetyków (tutaj dla pań głównie, mam na myśli np. lakiery do paznokci czy cienie do powiek), malowanie ścian pokoju - w końcu przebywanie w takim, gdzie kolory nam się podobają sprawia, że czujemy się świetnie, i tak dalej. Stąd dzisiaj chciałabym przedstawić Wam piątkę moich ulubionych barw. Wydawać by się mogło, że ileż można napisać o danym kolorze? Otóż spróbuję przekonać Was, że wiele. Dlatego też przy każdym punkcie pokrótce napiszę o powiedzmy, znaczeniu danej barwy, a także oczywiście dlaczego ją lubię, przy której kategorii najczęściej ją stosuję i tak dalej. Być może odnajdziecie jakieś podobieństwa ze mną? Zobaczymy.
      Zatem - by już nie przedłużać wstępu, przejdę po prostu do listy moich dzisiejszych ulubieńców, która to będzie raczej krótka i zwięzła, ale być może Wam się spodoba. I wbrew pozorom - temat bardziej banalny, ale za to - kolorowy! Dodam jeszcze, że kolejność każdego z nich jest przypadkowa... Zapraszam do czytania.

czwartek, 30 października 2014

    Troszkę zaniedbałam te moje wpisy tutaj, przyznaję, jednak częściowo powody towarzyszące temu zjawisku wyjaśniłam już w momencie, gdy nie pojawiła się w niedzielę na blogu kolejna piątka... Jednak cóż - nie będę tego bardziej roztrząsać, natomiast przejdę do tematu, jaki będzie niósł dzisiejszy post. Wracam do czegoś, co bardzo polubiłam pisać, czyli do interpretacji tekstu kolejnego utworu, lecz tym razem - niespodzianka: będzie on polski. Tak się jakoś złożyło, że dotychczas brałam sobie za zadanie próbę odczytania tekstu utworów zagranicznych wykonawców. Dzisiaj jednak biorę się za kawałek, który znam od dawna, lubię, a przypomniałam sobie o nim wczoraj, wracając do domu na ten dłuższy weekend. Jakoś tak włączyłam playlistę "melancholijne" (tak, dokładnie, jak na romantycznego smutasa przystało w tamto pochmurne późne popołudnie) i w końcu trafiłam na piosenkę, której tytuł za momencik Wam zdradzę.

poniedziałek, 27 października 2014

     Ach, nastał poniedziałek, a wraz z nim dotarła świadomość, że naprawdę nie opublikowałam wczoraj kolejnej, niedzielnej piątki ulubieńców... I to nie tak, że zapomniałam, a po prostu inne czynniki na to wpłynęły. Już wczoraj w okolicach wieczornych zastanawiałam się czy nie napisać po prostu, że z pewnych powodów artykuł z serii "still love" się nie pojawi, jednak nawet na to nie miałam ani chwili... Stąd dzisiaj, będą krótkie wyjaśnienia, dlaczego wyszło, jak wyszło.
      Ogólnie nie lubię zaniedbywać czegoś, co sobie postanawiam, stąd tworząc cykl "still love - czyli niedzielna piątka" narzuciłam sobie tym samym poniekąd obowiązek (ale przyjemny, bo związany z moich ukochanym pisaniem), którego powinnam się poważnie trzymać. I przez długi czas mi się to udawało, aż nastał dzień, w którym no cóż - zawaliłam, przyznaję i bardzo przepraszam za to wszystkich, którzy być może czekali aż w końcu kolejna piątka się tutaj pojawi. Jednak jeśli chciałabym wyjaśnić z jakich przyczyn nie było jej wczoraj, wygląda to mniej więcej tak:

środa, 22 października 2014

    Już jakiś czas nie było tutaj żadnych moich przemyśleń. Skupiłam swoją uwagę głównie na recenzjach książek czy też interpretacjach utworów muzycznych, jak i oczywiście na pojawiającej się w każdym tygodniu - piątce ulubieńców. Stąd dzisiaj powracam poniekąd do przemyśleń, być może takich, które mogą spotkać się z mało przychylnymi opiniami od niektórych. Dlaczego? Otóż tym razem będzie o... blogerach, a właściwie częściowo o tym, co mnie osobiście irytuje w całej blogosferze, ale także o tym, co w niej lubię. Wiem, że na wielu innych stronach pojawiają się wpisy o podobnej tematyce, zatem mój nie będzie jakoś szczególnie wyjątkowy, ale chciałam pokazać własny punkt widzenia. Zatem - serdecznie zapraszam do przeniesienia się chociaż na chwilę w świat mojego chaosu myśli.

niedziela, 19 października 2014

     Nie wiem dlaczego, ale mam jakiś gorszy czas. Właściwie to rzekłabym, że za bardzo zaczynam zastanawiać się nad wszystkim i tym samym tworzę w swojej głowie chyba urojone problemy... Po czym przekonuję się, że jest przecież w porządku i znowu zaczyna się robić spokojniej... A potem kolejny raz to samo i tak koło się toczy. Nie wiem dlaczego mam pewne lęki, ale są one przecież bezpodstawne. Pora się ogarnąć i to porządnie! Zresztą tutaj o niedzielnej piątce miało dzisiaj być, a nie o mnie. Jednak do czego dążę tym wstępem? Do głównego tematu dzisiejszych ulubieńców, gdyż... znowu wracam do muzyki. Ale to ona jakoś mi pomaga i uspokaja, kiedy pojawiają się te różne myśli. Zresztą to temat rzeka, tak więc na pewno jeszcze nie raz te moje piątki będą przeplatane właśnie muzyczną tematyką. 
      Skupiłam już swoją uwagę na ulubionych zagranicznych zespołach, jak i wokalistach. Tym razem będzie jednak bardziej po polsku, bo biorę dzisiaj pod uwagę grupy muzyczne, ale właśnie nasze, narodowe. Czasami ludziom wydaje się, że to, co polskie, nie jest tak dobre, jak płyty twórców zagranicznych i tutaj się mylimy. Oczywiście sama często przyznaję, że większość utworów jakie dzisiaj powstają na polskich rynku muzycznym wołają o pomstę do nieba... No cóż, nic nie poradzę na to, że nie ogarnę jakim cudem może wybijać się cały czas Donatan wraz z Cleo (chyba jedynie poprzez teledyski, pokazujące - wiadomo co, na co większość facetów poleci w mgnieniu oka), jak i wiele innych piosenkareczek, śpiewających o niczym (słynna Magda Dziarmagowska czy jakoś tak, totalnie nie ogarniałam o co chodzi, jak pierwszy raz zobaczyłam teledysk do "Nic nie muszę, wszystko mogę", ale w sumie nie mam na myśli tylko jej mówiąc o obecnych wokalistkach). Oczywiście nie chcę tutaj obrazić fanów zarówno jednych i drugich twórców przeze mnie wymienionych, bo rozumiem, że gusta są różne. Po prostu sama nie zrozumiem do końca fenomenu tego, co obecnie powstaje. Jednak mam też swój gust muzyczny i w nim znajduję sporo takich kawałków, które są doskonałe... 
      Jednak żeby już nie przedłużać, przedstawię Wam, jak już wspomniałam, swoje pięć ulubionych, polskich zespołów muzycznych. Myślę, że większość z Was je kojarzy, a przynajmniej niektóre z nich i być może podzielacie moją opinię? Zobaczymy. Póki co, zapraszam Was do przeczytania kolejnej piątki, podkreślając, że jej kolejność jest przypadkowa.

wtorek, 14 października 2014

     W którymś wpisie wspomniałam, że napisałam kiedyś, tak przypadkiem właściwie, można by rzec, że pewien wiersz... Choć nie wiem czy ten tekst jaki nagle stworzył się w mojej głowie można klasyfikować do poezji. Dlaczego? Myślę, że jest on nieco banalny, momentami śmieszny, ale wbrew pozorom chciałam, żeby taki był - pełen absurdu sam w sobie, mówiący o absurdach... Postanowiłam go tutaj jednak opublikować, być może komuś się spodoba (albo nie) i będziecie chcieli może wyrazić opinię, nie wiem. Ale w końcu to "chaos myśli", więc czemu nie dodać mu nutki związanej z poezją? No właśnie. Dlatego dzisiaj będzie krótko, jedynie ten wiersz, też zresztą nie zbyt długi.

niedziela, 12 października 2014

   
Niedziela dla mnie staje się powoli zwiastunem tradycji związanej z blogiem, czyli kolejnymi piątkami ulubieńców. Tak jak kiedyś wspomniałam, pisać można właściwie o wszystkim i w każdym temacie można znaleźć te rzeczy, które są dla mnie akurat najlepsze. Oczywiście nie zawsze jest tak, że przychodzi pora by napisać tą niedzielną piątkę, a ja już mam gotowy plan działania. Często zdarza się, że muszę naprawdę chwilę pomyśleć co też mogłabym tym razem napisać, zanim zabiorę się do wykonywania tego zadania. Wiecie, w końcu mogłabym każdy wpis poświęcać np. muzyce, książkom czy nawet filmom, ale nie chcę by co niedzielę pojawiały się piątki tylko z jednej tematyki. Wolę je mieszać tak, by bardziej zachęcić (przynajmniej teoretycznie rzecz biorąc) Was do zaglądania tutaj i czytania co też chcę Wam przedstawić tym razem. Stąd dzisiaj padło na temat bardziej dla kobiet, chociaż wydaje mi się, że nie do końca każdy punkt tej piątki, skierowany będzie tylko i wyłącznie do płci pięknej, bo i dla panów coś się znajdzie. Wracając do tematu... każdy z nas ma swoje ulubione akcesoria (biżuteria, którą też zresztą można podzielić na kilka innych rzeczy - no dobrze, to zdecydowanie dla pań, paski, torebki - to również kobiece, apaszki i tym podobne rzeczy), które uwielbia zakładać czy to na większe okazje czy też po prostu codziennie, idąc do szkoły, na uczelnię, do pracy i tak dalej. Stąd dzisiaj chciałabym przedstawić Wam swoje pięć rodzajów akcesoriów, które uwielbiam nosić (na sobie czy też ze sobą, jakkolwiek to zabrzmiało). 
      Jeśli wpadają tutaj, na blog, również panowie - wybaczcie, że dzisiaj może nie znajdziecie tak wiele dla siebie, a jedynie właśnie jakieś przebłyski w danych punktach, chociaż zawsze dzięki temu artykułowi, możecie poszerzyć swój zakres informacji i kolejny prezent dla dziewczyny będzie strzałem w dziesiątkę. Wbrew pozorom my, panie, nie zawsze mamy aż tak odrębne gusta, w końcu łączy nas jedno: chęć tego, by czuć się dobrze takimi, jakimi jesteśmy, a dodatki mają jedynie polepszyć nasze samopoczucie bądź też sprawić, że życie staje się bardziej funkcjonalne (no bo bez portfela ciężko byłoby nie zgubić mnóstwa dokumentów i pieniędzy, prawda?). Żeby już jednak nie przedłużać, zapraszam Was serdecznie na kolejną, niedzielną piątkę ulubieńców.

środa, 8 października 2014

     W dzisiejszym wpisie zajmę się kolejną interpretacją tekstu pewnego utworu (coraz częściej się za to zabieram, bo tyle jest cudownych kawałków, które chciałabym spróbować "odczytać"). Tym razem będzie to nutka, która raczej nie jest zbyt znana i właściwie nie wiem czy wykonawca tego utworu w ogóle tworzy coś więcej. Znalazłam ją dawno temu, przeszukując sobie youtube w celu właśnie odnalezienia jakichś spokojnych, melancholijnych piosenek. Tym oto sposobem, natknęłam się na tą, której interpretacji dzisiaj dokonam i mam nadzieję, że Wam również spodoba się ta nutka. O czym opowiada? Związana jest właśnie z miłością, tematem już tak przeze mnie oklepywanym jeśli chodzi o interpretacje, no ale... tak mnie ciągnie do tego typu utworów, nic na to chyba już nie poradzę. Jednak tekst nie jest do końca bardzo smutny, wręcz powiedziałabym, że pełen niepewności, ale także wychwalający ukochaną osobę. Tak czy siak, słucha się go przyjemnie.
    Jednak pora przejść chyba do konkretów, czyli zdradzić, cóż to za utwór przygotowałam do dzisiejszego wpisu... Jest to "You're my sun" autorstwa Incu. Piękna piosenka, gdzie jej siła leży w prostocie: dźwięku gitary i słowach, które momentami są niemalże poetyckie, czyli coś, co naprawdę lubię. Zapraszam zatem serdecznie do przeczytania poniższej interpretacji, sama przechodząc do pierwszego z fragmentów.

niedziela, 5 października 2014

     Deszczowe dni, wszechogarniająca mgła, chłodniejsze wieczory... To wszystko wskazuje tylko na fakt, że jesień coraz bardziej zaczyna ogarniać cały świat. Co prawda, pogoda ma się poprawić (a tak przynajmniej twierdzą czy to w telewizji czy w radio i częściowo im się to już spełniło - dzisiaj słońce zawitało, przynajmniej do mojej miejscowości, co nie zmienia faktu, że cały tydzień było bardzo pochmurnie), jednak nie ukrywajmy - to już nie jest lato pełne ciepłego słońca, kiedy to wychodziliśmy sobie na zewnątrz w krótkich spodenkach i rękawkach, a jesień, czyli miesiąc, gdy zaczynamy wyciągać z szaf cieplejsze kurtki, szaliki... Tym samym, bardzo często podczas pogody jaka z każdym dniem się pojawia czasami nie chce nam się nawet wstawać z łóżka. Najchętniej zakopalibyśmy się pod kołderką, nie wychodzili z domu, gdzie spotykamy na swojej drodze ciągłe kałuże, a wiatr wieje nam w oczy... Krótko mówiąc - bardzo często ludzi dopada tak zwana "jesienna chandra", choć może częściowo sami pozwalamy sobie na te chwile słabości? Co prawda, większość z nas czuje się lepiej kiedy i pogoda dopisuje, ale to, że zaczyna się zmieniać jest przecież normalne i nie możemy podporządkowywać swojego życia temu, że akurat spadające krople psują nam humor. Jeśli jednak faktycznie nasze samopoczucie spada i czujemy niechęć do otaczającej nas rzeczywistości, nie poddawajmy się temu, a... walczymy! 
     Do czego zmierzam tak naprawdę tą drogą wstępu? Oczywiście do kolejnej, niedzielnej piątki, w której tym razem postanowiłam napisać o swoich ulubionych sposobach na tę przysłowiową "jesienną chandrę". Nie ukrywajmy się - sama podczas tych jesiennych dni, a zwłaszcza wieczorów, popadam w jakąś melancholię, która sprawia, że robi mi się o wiele bardziej smutno niż kiedykolwiek indziej, poza tym słysząc szum wiatru za oknem czy też spadających kropel deszczu, sinusoida humoru jeszcze bardziej spada... Jednak od jakiegoś czasu nie pozwalam sobie na takie słabości, trzymając się zdania, by umieć jak najlepiej wykorzystać każdy dzień robiąc maksymalnie dużo rzeczy dla mnie ważnych. Może studia tak podziałały, że nie chcę teraz marnować chwil, a przykładać się zarówno do nauki, jak i znajdując czas na pisanie czy spotkania ze znajomymi oraz robienie czegoś dla siebie... Tak, tego się będę trzymać! Ale wykraczam troszkę poza dzisiejszy wpis, zatem powracając do mojej kolejnej, ulubionej piątki - również z tą chandrą postanowiłam powalczyć, stąd tym razem dzielę się z Wami moimi pomysłami jak pozbyć się słabszego humoru. Mam nadzieję, że piątka Wam się spodoba, zatem - zapraszam do czytania!

czwartek, 2 października 2014

Któregoś wieczora natchnęło mnie do tego, by coś sobie napisać. Akurat moi domownicy już spali, więc mogłam w spokoju oddać się myślom i spróbować sklecić chociaż parę sensownych zdań, w nadziei, że wyjdzie z tego coś na tyle przyzwoitego, by móc wstawić to na blog w znanej już kategorii: "Twórczość". Tym samym, powstał "List" - krótkie, można by rzec, że opowiadanie, chociaż wolałabym to chyba nazwać jednak po prostu tekstem. Wiem, że tematyka taka bardzo "moja" - w końcu nieszczęśliwe uczucia, wspomnienia, melancholia, emocjonalny klimat i tak dalej, ale tak już mam - w takim stylu pisze mi się najlepiej. Zresztą, pisząc jeden z bardziej pozytywnych postów, z dedykacją dla znajomego M. zapowiadałam, że "romantyczny smutas" niebawem powróci. Tak więc zapraszam do czytania, mając nadzieję, że całość Wam się spodoba.

wtorek, 30 września 2014

   
Autor: Gayle Forman
Tytuł: Jeśli zostanę
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 248
Ocena: 6/6
     Jakoś początkiem września zapowiadałam, że ku końcowi tego miesiąca, pojawi się na blogu recenzja pewnej książki, na podstawie której zresztą powstał film. Jako, że chciałam zrobić takie porównanie powieści do ekranizacji, czekałam z tym do teraz, gdyż w zeszłym tygodniu miałam dopiero okazję wybrać się do kina (dziękuję, G.). Tak naprawdę do przeczytania książki (a później obejrzenia tej historii na ekranie) skłonił mnie zwiastun filmu przesłany przez znajomego. Obejrzałam go raz, potem drugi i... za każdym razem, w pewnym jego momencie moje oczy szkliły się od łez. Stwierdziłam, że to będzie genialne i koniecznie muszę wybrać się do kina, a gdy okazało się, że film powstał na podstawie książki o tym samym tytule, tego samego wieczoru ściągnęłam PDF (wolę tradycyjne książki, ale wtedy działałam pod wpływem jakiegoś impulsu, a poza tym wiedziałam, że z pewnością nie dostanę jej w swojej bibliotece, z kolei księgarnie w moim mieście z opóźnieniem otrzymują niektóre pozycje). Pochłonęłam tą opowieść w zaledwie dwa dni i wielokrotnie, czytając ją, naprawdę się wzruszałam. Niby historia bardziej można by rzec, że dla nastolatek, a wbrew pozorom przemyślana, jednocześnie piękna i tragiczna. 
      Sporo już jednak napisałam drogą wstępu, nie zdradzając do tej pory o jaką książkę mi tym razem chodzi. Jest to "Jeśli zostanę" (chociaż według polskiego tłumaczenia zarówno lektury jak i filmu to "Zostań, jeśli kochasz", chociaż gdzie w zdaniu "If I stay" widnieje słowo "miłość"? - nie mam bladego pojęcia) autorstwa Gayle Forman. Ta lektura naprawdę mnie zachwyciła - może dlatego, że jest w niej sporo o muzyce, zarówno mojej ukochanej, rockowej/punkowej jak i cudownej - klasycznej. Może też dlatego, że wobec całej tragicznej sytuacji jaka spotkała główną bohaterkę (ale o tym więcej będzie poniżej), musi stawić temu czoła i zdecydować o swoich losach... To jakby pokazanie, że być może sami podejmujemy decyzję będąc w obliczu śmierci czy chcemy walczyć i zostać, czy jednak odejść do wiecznego życia.

niedziela, 28 września 2014

     Na samym początku muszę napisać, że rozpoczynając serię "still love - czyli niedzielna piątka" nie spodziewałam się, że tak wiele osób będzie na nią czekać (czasami zdarza mi się, że ktoś ze znajomych pyta dzień wcześniej co planuję zawrzeć w kolejnej piątce ulubieńców), jak i że aż tyle odsłon będzie osiągać. Ostatni post z tej serii, czyli związany z moimi gustami smakowymi jeśli chodzi o napoje, zyskał ponad 500 wyświetleń, co jest dla mnie lekkim szokiem. Po pierwsze dlatego, że nie spodziewałam się aż tak sporej liczby, po drugie, to znak, że jednak zaglądacie tutaj, na blog i czytacie, co też przenoszę sobie z chaosu myśli na ten wirtualny papier. Oczywiście wiem, że liczba odsłon nie zawsze równa się ilości tych osób, które naprawdę skupiły się na lekturze, ale mimo wszystko jestem pozytywnie zaskoczona i dziękuję!     
   Jednak powoli przejdę do tematu dzisiejszej piątki. Parę dni temu rozpoczęła się kalendarzowa jesień i rzeczywiście czuć ją w powietrzu, a przynajmniej u mnie tak właśnie jest. Deszczowa pogoda (no dobrze, dziś akurat jest słońce, ale ostatnie dni były bardzo ponure) sprawia, że najchętniej spędzałabym czas w domu, najlepiej z dobrą książką, kubkiem gorącej, zielonej herbaty, bądź też wsłuchując się w swoje ulubione, spokojne utwory, skłaniające często do refleksji i wprowadzające nutkę melancholii. Stąd też, w dzisiejszej, niedzielnej piątce powrócę do tematu muzyki, wraz z którym to rozpoczął się w ogóle cały cykl. Tamtym razem były to ulubione zespoły zagraniczne, natomiast dzisiaj nie skupię się na polskich grupach, ten temat pozostawię na jeszcze inny raz, a... na wokalistach. Dlaczego? Otóż mimo że uwielbiam mocne brzmienia, czasami (w sumie ostatnio coraz częściej) lubię posłuchać czegoś spokojnego, oczywiście najlepiej z męskim wokalem. Stąd też mam swoich ulubionych wokalistów solowych, bo oczywiście Ci wszyscy, którzy śpiewają lub (jak to nie raz słyszę) "krzyczą" w grupach muzycznych, które słucham, są równie świetni, ale tak jak piszę - działają wraz z resztą zespołu. Tak więc mamy np. utwór Rise Against, a nie samego Tima McIlratha. Natomiast są i tacy wokaliści, którzy swoim nieziemskich głosem są rajem dla moich uszu, zwłaszcza właśnie podczas tych jesiennych wieczorów. 
      W tym zestawieniu pojawi się czterech wokalistów zagranicznych oraz jeden polski... Tak więc tym razem będzie to mieszanka, a nie rozdzielenie na dwa rodzaje, jak to było (i jeszcze będzie) w przypadku zespołów. Od razu podkreślam, że kolejność jest przypadkowa, wszystkich lubię tak samo bardzo. Zatem, by już nie przedłużać, zapraszam do przeczytania kolejnej, niedzielnej piątki ulubieńców!

piątek, 26 września 2014

      Dzisiejszy wpis chciałabym znów poświęcić jakiejś interpretacji tekstu. Tym razem zabiorę się za kawałek, który szczególnie wpadł mi w ucho, gdy tak sobie przesłuchiwałam któregoś wieczoru utwory jednego z zespołów, jaki to pasuje do mojego gustu muzycznego. Znów będzie poniekąd o związkach, nie do końca szczęśliwych, o tym, jak łatwo coś może się rozpaść zwłaszcza wtedy, gdy uświadamiamy sobie, że to nasza wina... Ale cóż ja poradzę na to, że tyle jest utworów pełnych emocji, związanych z przeróżnymi uczuciami, oczywiście począwszy od miłości? No a że mnie takie kawałki jakoś przyciągają to już inna sprawa.
   Myślę, że aby nie przedłużać wstępu, powoli przejdę do konkretów. Tym razem spróbuję "przeczytać" co też na myśli miała autorka utworu "Far from never" pochodzącego od The Pretty Reckless. Muszę przyznać, że lubię sobie posłuchać głosu Taylor, może dlatego, że jest inny niż wszystkie. Ogólnie rzecz biorąc, wolę chyba męskie wokale, jednak jeśli już słucham jakiegoś kobiecego, to lubię po prostu skrajności - albo mocny, rockowy albo też bardzo subtelny... Tym razem postawiłam na ten pierwszy rodzaj. Mam nadzieję, że będzie Wam się dobrze czytało dzisiejszą interpretację i spróbujecie tak jak ja wczuć się w tekst tego utworu. Zatem - zapraszam do czytania, sama przechodząc do pierwszego fragmentu.

wtorek, 23 września 2014

Autor: David Nicholls
Tytuł: Jeden dzień
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 448
Ocena: 6/6
"-Ważne, żeby mieć jakiś wpływ na losy świata - powiedziała - no wiesz, coś zmienić.
-Co? Chcesz "zmienić świat"?
-No, nie od razu cały świat. Ale ten kawałek wokół siebie."

     Tymi słowami chciałabym rozpocząć kolejny wpis, tym razem zawierający recenzję pewnej książki, która to rozpoczynała się od powyższego cytatu. Czytając te pierwsze zdania, jakie to możecie zobaczyć wyżej, od razu wiedziałam, że pokocham tę książkę. Czułam, że będzie to może jedna z wielu historii miłosnych, ale okaże się tą, która wywrze na mnie największe wrażenie. I wiecie co jest najlepsza? Tak właśnie było. Nie mogłam oderwać się od kolejnych rozdziałów, a przewracając następne i następne strony tej niesamowitej opowieści, momentami naprawdę nie potrafiłam powstrzymać się od wzruszenia. Co prawda, może to kwestia mojej wrażliwości, która ogólnie jest dość spora jeśli chodzi o pewne sprawy, ale mimo wszystko sama historia jest naprawdę piękna i dająca do myślenia. Dla wielu może się okazać tkliwą opowieścią na oklepany temat, otóż wiadomo, jest nim miłość. Jednak dla mnie - to zdecydowanie najlepsza taka powieść jaką do tej pory przeczytałam. Przekazuje wiele, bo wbrew pozorom to nie tylko uczucie zakochania przewodzi tej historii. To także obraz ludzi, którzy dojrzewają emocjonalnie podczas całej swojej drogi życia. To pokazanie, że nie zawsze wszystko, co sobie zaplanowaliśmy, wyjdzie własnie tak jak chcemy, bo niejednokrotnie pojawią się na naszej drodze takie sytuacje, które odbiorą nasze marzenia... Ale jednocześnie to podkreślenie, że nawet wtedy nie można się poddawać, bo któregoś dnia okaże się, że warto było walczyć i czekać - na wymarzoną karierę, na miłość swojego życia. Jednak to także opowieść  pokazująca jak brutalny może być los, który potrafi rozdzielać wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy. A ostatecznie, jest to także książka, jaka uświadamia nam, że (cytuję okładkę) "możesz przeżyć całe życie, nie dostrzegając, że to, czego szukasz, jest tuż przed tobą."

niedziela, 21 września 2014

    Kolejna niedziela zwiastuje tylko jedno na tym blogu - następną piątkę ulubieńców. Mimo iż tematów jest mnóstwo (jak tak ostatnio rozważałam, to naprawdę można pisać chyba o wszystkim), to zawsze potrzebuję chwili czasu by zastanowić się co tym razem mogę Wam tutaj albo polecić albo powiedzieć więcej o sobie... Stąd i tym razem nie było łatwiej - w końcu znowu mogłabym napisać o muzyce, bądź jakiś książkach, filmach, serialach, ale... czemu by nie przenieść się poniekąd do krainy smaków? Co prawda, zastanawiałam się czy ten temat będzie ciekawy, ale w końcu każdy ma swoje gusta odnośnie potraw, napojów, deserów i tym podobnych rzeczy, więc dlaczego nie mogłabym podzielić się własnymi? Stąd postanowiłam zająć się dzisiaj tematem związanym właśnie z moimi preferencjami odnośnie... napojów!

piątek, 19 września 2014

Autor: Charlotte Link
Tytuł: Wielbiciel
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 424
Ocena: 5/6
     Nie tak dawno, dokonałam recenzji pewnego thrillera autorstwa Harlana Cobena. Stwierdziłam, że i tym razem pokuszę się o pewien kryminał, lecz będący poniekąd (przynajmniej dla mnie) powieścią psychologiczną. Odpowiedź na pytanie, dlaczego uważam, że książka jaką dzisiaj chcę opisać, to jednocześnie trzymający w napięciu thriller, a także pełna analizy ludzkiej psychiki powieść, znajdziecie na pewno parę linijek niżej, natomiast na samym początku pasowałoby powiedzieć o jaką w ogóle książkę tym razem mi chodzi. Jest to "Wielbiciel" autorstwa Charlotte Link. 
     Muszę przyznać, że przeczytałam ją już jakiś czas temu i jest to jedyna powieść tej autorki, po jaką do tej pory sięgnęłam. Nie dlatego, że była nudna i nie miałam ochoty przeczytać czegoś więcej wywodzącego się spod jej pióra, a raczej z tego powodu, iż po prostu nie miałam później czasu by sięgać po jakieś książki, a gdy powrócił w te wakacje, skupiłam się bardziej na historiach miłosnych czy fantasy. Jednak nie mówię, że nigdy już nie sięgnę po książkę pani Link, gdyż "Wielbiciel" potrafi zachęcić, zwłaszcza kogoś, kto uwielbia analizować wszystko wokół, w tym ludzką psychikę.

wtorek, 16 września 2014

A. nigdy nie przypuszczała, że ten dzień będzie taki cudowny. Właściwie już od poprzedniego wieczora, z jej twarzy nie schodził uśmiech, kiedy to wszelkie minuty, jakie mijały jej w gronie tych osób, uciekały w oka mgnieniu, uświadamiając im, że już jest po drugiej w nocy i pasowałoby może chociaż na chwilę się przespać po to, by kolejnego dnia w miarę normalnie funkcjonować. Tak więc teraz, siedząc już sama na mieszkaniu w mieście, które stało się jej stałym pobytem w okresie roku akademickiego, wspominała ten weekend jako jeden z tych, które uświadamiały, że jednak nie podjęła chyba błędnej decyzji co do swojego życia, mimo iż początkowo tak myślała. Tym razem, tego niedzielnego wieczora, czuła spokój i pewnego rodzaju satysfakcję. Do tego wiedziała, że nie zabraknie jej wspomnień, o tak - o to już  zdecydowanie martwić się nie musiała...

niedziela, 14 września 2014

     Otwieram oczy. Budzę się z kolejnego, być może pięknego, a może zagmatwanego, snu, którego i tak już nie pamiętam i zaczynam myśleć jaki dzisiaj mamy dzień tygodnia. Okazuje się, że to niedziela, więc w mojej głowie od razu pojawia się przebłysk - pora na kolejną piątkę na blogu. Myśli zaczynają wirować, szukając jakiegoś ciekawego pomysłu, jednocześnie sama powoli zwlekam się z łóżka i kieruję ku kuchni. Zmierzając do swojego celu - w końcu poranna kawa jest najlepsza - zerkam do salonu, gdzie mój młodszy brat coś sobie ogląda... I nagle dostaję olśnienia! Znalazłam pomysł na kolejną piątkę z serii "still love", więc gdy w końcu mam możliwość dorwać się do laptopa, wcielam swój plan w życie...

wtorek, 9 września 2014

     Już jakiś czas nie było tutaj interpretacji tekstu utworu, stąd też postanowiłam dzisiaj zabrać się za ten temat ponownie. Zwykle jest tak, że nutki jakie wybieram do swoich prób "czytania" muzyki są dość melancholijne. Tym razem jednak postawiłam na coś innego... Co prawda, sama tematyka utworu poniekąd nawiązuje do miłości, czyli do tego, co zwykle możecie znaleźć w moich interpretacjach, lecz z drugiej strony może także być związana z całkowicie innym tematem. Tak czy siak, jest to kawałek powiązany nieco z frustracją, jaką czasami każdy z nas przeżywa, nieważne co jest tego powodem. Jednocześnie z takim rodzajem gniewu, który sprawia, że mamy dość wszystkiego co nas otacza... A także z nienawiścią, czyli tym "hate", jakie widnieje na zdjęciu obok (nawiasem mówiąc zrobione dawno, przez moją, bardzo uzdolnioną jeśli chodzi o fotografię, przyjaciółkę, lecz stwierdziłam, że pasuje jakoś do dzisiejszego wpisu).
     To drogą wstępu, jak to zwykle mam w zwyczaju, natomiast przejdę do konkretów i podzielę się w końcu informacją o jaki utwór tym razem mi chodzi.

niedziela, 7 września 2014

     Przyszła pora na kolejną piątkę z serii "still love - czyli niedzielna piątka". Po paru ostatnich wpisach z tego cyklu zauważyłam, że liczba wyświetleń przy każdym z nich jest naprawdę spora i przyciąga chyba najwięcej czytelników. Niezmiernie mnie to cieszy, że w takim razie spodobał Wam się ten pomysł, bo na pewno będę go jeszcze przez długi czas kontynuować, a być może wpadnę też na jakieś inne pomysły, nowe serie - kto wie? Zobaczymy jak to będzie. 
     Natomiast dzisiaj postanowiłam zająć się literaturą. Nie będzie to jednak wykaz pięciu moich ulubionych dotychczas książek ogólnie, a mianowicie skupię się na najlepszych lekturach z okresu nauki w liceum.

piątek, 5 września 2014

     Dzisiaj przyszła pora na recenzję, gdyż już w ostatnim wpisie podkreślałam, że dawno żadnej tutaj nie było. Zastanawiałam się jaką książkę powinnam tym razem opisać, zwłaszcza, że jestem w trakcie czytania dwóch naprawdę ciekawych, choć jedna póki co stoi w miejscu, gdy druga sprawia, że chłonę każde słowo jednym tchem. Własnie co do tej drugiej lektury, od razu chyba zapowiem, że do końca tego miesiąca pojawi się recenzja książki Gayle Forman - "Jeśli zostanę". Jednak chcę ją połączyć z recenzją filmu nakręconego na podstawie tej powieści, a że wchodzi do kin dopiero 12 września, tak więc sami rozumiecie - trochę to potrwa zanim się pojawi. Natomiast wracając do tematu dzisiejszego wpisu, postanowiłam, że tym razem dokonam recenzji thrillera autorstwa Harlana Cobena. Bardzo lubię czytać kryminały powstałe spod pióra tego autora, bo zdecydowanie trzymają one w napięciu do ostatniej chwili i właściwie pochłania się te historie w góra dwa dni. Przeczytałam już sporo jego książek, jednak dzisiaj opiszę tą, po którą sięgnęłam jako pierwszą i jaka to już nie pozwoliła mi się wyrwać spod wpływu tego autora. A mając na myśli ten "wpływ" chodzi o to, że ilekroć idę do biblioteki z zamiarem wypożyczenia jakiegoś thrillera, najczęściej sięgam właśnie po kolejny kryminał Cobena.  
     To tak drogą wstępu, natomiast przejdę teraz do konkretów. O jaką dokładniej książkę mi chodzi?

wtorek, 2 września 2014

Gdy trzymała w rękach aparat, cały wokół niej nagle przestawał istnieć. Liczyło się jedynie szukanie odpowiedniej chwili, którą można uwiecznić, sprawianie, że te krótkie momenty, gdy wiatr zdmuchiwał liście bądź piękny motyl usiadł na jednym z wielu kwiatów na łące, pozostawały na zawsze zapisane dzięki jej "miłości", bo tak nazywała swój aparat. Kiedy z kolei zajmowała się fotografowaniem ludzi, była perfekcjonistką, dając wskazówki jak dana osoba ma się ustawić do zdjęcia, wymyślając coraz to nowsze inspiracje, by fotografie zrobione z miłości do tej pasji, były idealne... Niestety nadal pewne rzeczy utrudniały jej spełnienie marzenia - by żyć dzięki swojemu zainteresowaniu, robić zdjęcia nawet jeśli miałaby poświęcać na to całe dnie. Ale w końcu nikt nie mówił, że na świecie istnieje sprawiedliwość...

niedziela, 31 sierpnia 2014

     Nadszedł czas na kolejną, niedzielną piątkę. Co prawda, dzisiaj jest 31 sierpnia, a gdzieś ostatnio wyczytałam, iż to Międzynarodowy Dzień Blogera, co znaczy, że zgodnie z tradycją powinno się wybrać pięć blogów ze świata i opisać je na swoim. Myślę jednak, że złamię tą tradycję, wybaczcie, ale składa się na to parę powodów:
  1. Na pewno nie miałabym pojęcia jakie wybrać blogi z innych krajów niż Polska, ponieważ rzadko przeglądam te zagraniczne, a nawet jakbym chciała, to na obecną chwilę jest już na to po prostu za późno;
  2. Nawet jeśli chciałabym skupić się na tym moim, powiedzmy, że "małym świecie" i wybrać jakieś pięć polskich blogów, to również nie jestem gotowa na to, by w stu procentach móc opisać właśnie taką liczbę tych moich ulubionych. Nie powiem, że ich nie mam, jednak nie chciałabym w tym momencie żadnego, powiedzmy, że faworyzować, zwłaszcza, że ostatnimi czasy znalazłam sporo nowych, naprawdę ciekawych, o których któregoś dnia pewnie napiszę post z serii "still love - czyli niedzielna piątka", lecz nie dzisiaj;
     Dlatego przepraszam, iż łamię tą tradycję, ale nie chcę niczego ani na siłę, ani też póki co wybierać piątki swoich ulubionych blogów, bo bardzo chciałabym napisać też o takich, jakie nie są jeszcze tak wdrożone w blogosferę, a być może z czasem będę o wiele bardziej... No, tak więc kolejną piątkę poświęcę innemu tematowi, a mianowicie, będzie to pięć ulubionych sposób spędzania wolnego czasu.

czwartek, 28 sierpnia 2014

     Na samym początku, chciałabym Wam napisać, że post odnośnie "Liebster Blog Award" miał pojawić się wcześniej, bo nominację dostałam w tamtym tygodniu, jednak nie miałam nawet chwili przez te parę dni żeby spokojnie przysiąść i odpowiedzieć na zadane mi pytania, jak i wymyślić kolejne 11 innym blogerom. Stąd przepraszam, że z lekkim opóźnieniem, ale czasami nawet jak się chce, to po prostu się nie da, bo zmęczenie czasami sprawia, że myślenie nie funkcjonuje już tak dobrze i potrzeba trochę snu. No, ale mniejsza z tym. Wracając do tematu, dzisiaj postanowiłam jednak w końcu się do tego zabrać mając wolną chwilę. Mam nadzieję, że wyjdzie mi to całkiem dobrze i będzie Wam się to przyjemnie czytało.

niedziela, 24 sierpnia 2014

     Nadeszła niedziela - dzień, który osobiście nazywam często "family time". Dlaczego? Wtedy właśnie najwięcej czasu poświęcam rodzinie. Wiadomo, że studiując, nie ma mnie w mojej miejscowości cały tydzień, dlatego wracając na weekend, staram się jednak przebywać w domu. W wakacje to trochę inaczej wygląda, bo jestem przecież ciągle, nie licząc jakiś pojedynczych wyjść, ale mimo wszystko niedziela i tak nadal to dla mnie czas dla rodziny. Jednak obecnie, to także coś innego, bo... poświęcenie chwili dla tego bloga i oczywiście nowego cyklu. Tak więc przyszła pora na kolejnych ulubieńców, w ramach "still love - czyli niedzielna piątka".

środa, 20 sierpnia 2014

Wieczór, mimo że sierpniowy, był jednak chłodny, gdy A. wracała późno do domu ze spotkania z przyjaciółkami. Księżyc schował się gdzieś pośród chmur, więc tylko ciemne niebo widniało nad jej postacią, z kolei wiatr, coraz silniejszy, mierzwił jej długie włosy. Chcąc umilić sobie czas, postanowiła włączyć jakąś muzykę, w końcu prawie nigdy nie rozstawała się ze swoimi słuchawkami... Jednak nie mając pomysłu jaki utwór byłby w tym momencie najlepszy, pomyślała, że niech telefon zdecyduje za nią, po czym kliknęła "losowo". To, co usłyszała, już w pierwszych sekundach, sprawiło, że wiele wspomnień wróciło, a tekst tego utworu nagle wydał jej się idealny do obecnej sytuacji przypominając feralną rozmowę sprzed ponad dwóch tygodni... Nie wyłączyła jednak tej nutki, a wręcz przeciwnie - coraz bardziej zatracając się w muzyce, czuła się jak na "rozstaju dróg", a z jej zielonych oczu, mimowolnie popłynęła krystaliczna łza...

niedziela, 17 sierpnia 2014

     W ciągu tych paru dni cały czas zastanawiałam się czemu mogłabym poświecić kolejny wpis na tym blogu. Szczerze - przychodziły mi do głowy znów jakieś interpretacje tekstów utworów, jednak stwierdziłam, że co za dużo to nie zdrowo, trzeba mieszać tematykę bloga, skoro to, jak nazwa wskazuje, "chaos myśli". W końcu, z pewną pomocą mojej przyjaciółki (dziękuję, A.!), wpadłam na genialny pomysł (no, mam nadzieję, że taki będzie) by raz w tygodniu, najlepiej właśnie co niedzielę, stworzyć nowy cykl: piątka moich ulubieńców związanych ze wszystkim: muzyką, literaturą, filmami i wieloma naprawdę różnorodnymi rzeczami. Sama nazwa tego pomysłu to: "Still love - czyli niedzielna piątka". Jaki jest cel tego nowego planu?

czwartek, 14 sierpnia 2014

Tak jak zapowiadałam w poprzednim wpisie, dzisiaj chciałabym znów przenieść się w świat muzyki i spróbować swoich sił w kolejnej interpretacji tekstu pewnego utworu. Myślę, że sporo osób go zna, chociażby z tego powodu, iż usłyszeć go można w stacjach radiowych. Muszę przyznać, że od razu mi się spodobał, pewnie dlatego, że pasuje do mojej wrażliwości. Całość: tekst, wykonanie (czytaj: głos wokalisty), sama melodia, to wszystko po prostu tworzy niesamowity klimat utworu, dlatego uwielbiam go sobie od czasu do czasu na nowo odsłuchać i odkrywać co też jest w nim zawarte. Jak to na mnie przystało, sam tekst jest związany z tematem miłości i myślę, że dość prosty do interpretacji... Ale dobrze, rozgaduję się tutaj zbyt dużo, a pora przejść do konkretów. O jaką nutę mi dzisiaj chodzi? Jest to

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Sobotni wieczór. Duszny klub. Muzyka, która nie do końca jest tą, jaką A. zwykle wybiera chcąc się zrelaksować. Mnóstwo ludzi tańczących wokół, a ona siedząc, przygląda się tym wszystkim osobom, momentami zastanawiając się co tutaj w ogóle robi. Z drugiej strony ma swoich znajomych i to jedyne pocieszenie dla jej duszy, ponieważ sama chyba nigdy nie wybrałaby się do takiego miejsca. Jednak już wie, że po tym wieczorze, zasiądzie do swojego laptopa, włączy ukochany blog i napisze kilka przemyśleń... Gdzie się podziała naturalność? Jak ludzie mogą aż tak się upijać? I setki innych pytań kołacze się w jej głowie, która pęka coraz bardziej i bardziej...

środa, 6 sierpnia 2014

Autor: Laura Whitcomb
Tytuł: Światła pochylenie
Wydawnictwo: Initium
Liczba stron: 232
Ocena: 4.5/6

"Ktoś na mnie patrzył - to dość niezwykłe uczucie, gdy jest się martwym."

     Tymi słowami chciałabym zacząć dzisiejszy wpis poświęcony recenzji książki, którą to jakiś czas temu nabyłam w bardzo korzystnej cenie podczas "wielkiej wyprzedaży" w Auchan. Zaintrygował mnie tytuł, jak i krótkie streszczenie tego o czym opowiada. Jak już wspominałam podczas pisania ostatniej recenzji, lubię wiele gatunków: zarówno kryminały, jak i historie miłosne czy fantasy. Stąd tym razem zajmę się opisem książki pochodzącej z trzeciej kategorii. Jest to "Światła pochylenie" autorstwa Laury Whitcomb. Przeczytałam ją na samym początku wakacji, właściwie była pierwszą po jaką sięgnęłam mogąc w końcu nadrabiać swoje zaległości odnośnie czytania. Ale dobrze - to drogą wstępu, natomiast teraz przejdę już do recenzji.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Wiem, że gdy napiszę, iż z biegiem czasu wszystko się zmienia, to nie będzie żadnym odkryciem. Jednak taka jest prawda... A najbardziej zmieniają się ludzie. Nie chodzi tutaj nawet o to, że wraz z wiekiem może stają się bardziej odpowiedzialni, wiedzą, że sami muszą odpowiadać za swoje działania, zatem starają się uczyć na błędach, podejmują szereg decyzji, o których nie zawsze wiedzą czy przyniosą pozytywne czy też negatywne skutki, po prostu - dorośleją, a o to, że przez te mnóstwo zdarzeń, po pewnym czasie w kimś, w kim wcześniej widzieliśmy najlepszego przyjaciela, nagle odkrywamy całkowicie nową osobę, jakiej nie potrafimy już zrozumieć. Przez to, że my, ludzie, zmieniamy się tak bardzo, oddalamy się od siebie. Wiem, że nie da się tego procesu do końca zatrzymać, ale z drugiej strony, czy jeśli na czymś by nam zależało, to nie potrafilibyśmy wykazać chociaż trochę chęci by dana znajomość nie została zerwana? Mimo tych wszystkich różnic jakie zaczynają się np. wytwarzać pomiędzy dwójką osób, to gdyby każde z nich chciało tą relację utrzymać, daliby radę... Szkoda, że często jest to jednak niemożliwe.

czwartek, 31 lipca 2014

Tak sobie pomyślałam, pisząc ostatnią recenzję, że następny wpis poświęcę na własną próbę interpretacji tekstu utworu jaki towarzyszył mi właśnie wtedy, gdy chciałam zachęcić Was do przeczytania książki "Dla ciebie wszystko". Już kiedyś interpretowałam tekst innego utworu tego samego wykonawcy, a mam do jego głosu chyba słabość, dlatego dzisiaj zajmę się "Cannonball" - Damien'a Rice'a. Gdybym mogła określić o czym, według mnie, jest ten utwór, to użyłabym zaledwie paru słów: tęsknota, wspomnienia, niepewność, miłość... Dlatego też postaram się jak najlepiej zinterpretować tekst tej nutki, gdyż ją uwielbiam, stanowi idealne tło, kiedy spędzam wolny wieczór z pisaniem, po prostu ma w sobie coś, co mnie osobiście do niej przyciąga na tyle, że mogę cały czas wciskać "replay" aż do momentu gdy naprawdę muszę zająć się czymś innym. To tak drogą wstępu, zatem pora przejść do pierwszych fragmentów.

niedziela, 27 lipca 2014

Autor: Nicholas Sparks
Tytuł: Dla ciebie wszystko
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 400
Ocena: 5/6
Na samym początku tego postu chciałam zaznaczyć, że miałam w planie napisać coś wcześniej, jednak z przyczyn ode mnie niezależnych, nie miałam nawet głowy by cokolwiek tutaj naskrobać, o czasie już w ogóle nie wspominając. Generalnie rzecz biorąc, parę ostatnich dni było burzliwych, pełnych strachu, ale też szukających nadziei i tym samym wszystko wraca do normy - na szczęście, bo inaczej nie wiem, jakby to wszystko było, w jaki sposób bym się pozbierała... Czasami nie zdajemy sobie sprawy, że w zaledwie chwili może nastąpić ryzyko, że stracimy bliską nam osobę, a wtedy ten strach, jaki się pojawia, jest większy niż wszystko i pozostaje czekanie na to, co będzie. Właściwie dopiero wtedy uświadamiamy sobie wiele rzeczy: począwszy od tego, jak nam na kimś zależy, poprzez uczucie, że nie zawsze byliśmy do końca w porządku dla kogoś, aż w końcu wręcz o jedynie trzymanie się nadziei, że wszystko będzie dobrze. Ten swego rodzaju koszmar minął, a Bóg dopomógł, że już jest w porządku i oby z każdym kolejnym dniem tak było. To tak drogą wstępu, częściowo wyjaśniając tą ponad tygodniową nieobecność na blogu, ale wracam, tym razem z recenzją pewnej książki.

środa, 16 lipca 2014

Na samym początku tego postu muszę przyznać, że tak się zbierałam w sobie, o czym by tutaj napisać. Myślałam o recenzji jakiejś książki (w końcu nadrabiam swoje zaległości w czytaniu!), interpretacji utworu muzycznego, a ostatecznie... zamierzam napisać co nieco swoich przemyśleń na temat naszych zainteresowań, pasji, hobby czy jakkolwiek to możemy jeszcze nazwać, a także troszkę może skupić się na sobie i jednej z moich własnych, którą w te wakacje staram się rozwijać, a dodatkowo w bardziej zdrowym kierunku... Ale o tym za chwilę. Czym właściwie są nasze zainteresowania? To łatwe pytanie może wbrew pozorom przysporzyć wielu problemów jeśli przyjdzie nam na nie odpowiedzieć. Czasami mogłoby się wydawać, że nic tak naprawdę nie "kręci" nas na tyle, że chcemy skupić na danej czynności więcej uwagi.

piątek, 11 lipca 2014

Już od jakiegoś czasu obiecywałam, przede wszystkim sobie, ale także komukolwiek kto czasami tutaj zagląda, że dokończę opowiadanie zaczęte jakiś czas temu, a w końcu go tutaj opublikuję. Wstępnie, miało to być w okolicach 10 lipca i co prawda, mam lekkie spóźnienie, ale chyba nie tak wielkie jak mogło być, zresztą wcześniej już starałam się tutaj coś pisać, chociażby artykuł związany z planowaniem, czy też interpretację tekstu utworu muzycznego. Jednak dzisiaj wstawiam już obiecane opowiadanie, które wiadomo - jest w moim stylu, czyli uczucia, często niespełnione bądź przynoszące rozczarowanie, a także ogólnie skupienie się jakby na powiedzeniu, że "przeciwieństwa się przyciągają", co w poniższym tekście zostało przeze mnie zaburzone. Bohaterowie tego opowiadania nie mogli jednak przeskoczyć pewnych różnic stąd nie zawsze powyższe zdanie jest chyba prawdziwe. Oczywiście to fikcja, wymysł mojej wyobraźni, ale mam nadzieję, że się spodoba. Zatem - zapraszam do czytania.

niedziela, 6 lipca 2014

Parę dni temu rozpoczął się lipiec, czyli miesiąc, który od dawien dawna zawsze kojarzy mi się z wakacjami, beztroską, słonecznymi dniami podczas których można robić tylko to, na co ma się ochotę... O tak, zdecydowanie lipiec ma coś w sobie. Wraz z nim, u mnie pojawiły się w końcu te upragnione wakacje, na które czekałam spory czas, nie mogąc już patrzeć na te moje wszystkie zadania, twierdzenia i inne rzeczy... Ale tak się złożyło, że, jak to mówimy z przyjaciółką, 'rozwaliłam' sesję w pierwszym terminie i tym samym mogę robić to, na co tak długo czekałam. Dzisiejszy post będzie troszkę o mnie samej, bo czemu by nie, jak i tak już często przelewam na ten wirtualny papier własne rozterki, ale też o tym, jak wykorzystać wolny czas, by nie był zmarnowany.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Tak jak obiecałam w poprzednim artykule, dzisiaj chciałabym dokonać własnej interpretacji tekstu pewnego utworu, który naprawdę wiąże się dla mnie z pewnymi wspomnieniami... Znalazłam go akurat w dniu, kiedy wcześniej z kimś, swego czasu naprawdę dla mnie ważnym, byłam w pewnym miejscu, nieważne zresztą, gdzie, ważne, że z tym człowiekiem. Ale cóż... Czas przemija, czasami nie widzi się z kimś ponad pół roku i tęsknota w końcu zamienia się w obojętność, bo nie można wiecznie łudzić się, że porozmawia się ponownie z kimś w realny sposób, nie tylko poprzez jakieś portale społecznościowe. Ale okej, nie o tym ma być, a o interpretacji. Tak, jak często podkreślam - nie wiem, czy potrafię dobrze opisywać to, co czuję, słuchając danego utworu, bo każdy ma swoje indywidualne podejście do tekstu, osobiście przedstawiam własne, mam nadzieję, że w miarę trafne. Chodzi tutaj bowiem o

sobota, 28 czerwca 2014

Autor: Eric Emmanuel - Schmitt
Tytuł książki: Historie miłosne
Tytuł opowiadania: Jaki piękny deszczowy dzień!
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 320 (całość)
Ocena: 5/6
Parę dni temu rozpoczęło się kalendarzowe lato - pora roku uwielbiana przez naprawdę wielu ludzi, bo kojarzy się z samymi miłymi rzeczami - dla uczniów czy studentów najczęściej wiąże się z wakacjami, tak długo wyczekiwanymi po roku ciężkiej pracy umysłowej, czasami oczywiście podczas nich wiele osób pracuje, ale mimo wszystko lato ma w sobie inne zalety. Słońce, ciepłe wieczory podczas których można spędzić naprawdę przyjemnie czas - spacerując, ogniskując i robiąc szereg innych rzeczy... Ale nie o tym miała być mowa w dzisiejszym artykule, jednak piszę to wprowadzenie, bo dla kontrastu postanowiłam dokonać dziś krótkiego opisu, bądź recenzji - jak to woli - opowiadania, którego tytuł wydaje się kontrastować z latem kojarzącym nam się głównie ze słońcem. Otóż jest to

piątek, 20 czerwca 2014

Wiem, że po raz kolejny będę wyjaśniać dlaczego minęło sporo czasu, a na blogu nie pojawiło się nic nowego. Właściwie mam wrażenie, że to bez sensu, skoro ciągle tylko tłumaczę, że brakuje mi czasu i tak dalej, ale taka jest prawda. Zbyt wiele zajęć mnie pochłania i czasami nie mam już nawet siły ani chęci by stworzyć coś nowego, a przede wszystkim - brak odpowiedniej inspiracji sprawia, że nie znajduję w sobie tej motywacji, jaką powinnam starać się odnaleźć. Sporo rzeczy się zmieniło, właściwie nadal ten proces następuje, stąd nie potrafię skupić swojej uwagi na czymś innym niż wydarzenia jakie mają miejsce w moim, że tak to nazwę, realnym życiu.

czwartek, 29 maja 2014

Czas. Zwykłe słowo, a kryje w sobie tak wiele. Wydaje się, że przemija zdecydowanie za szybko... tak, jakbyśmy jeszcze wczoraj byli dziećmi, które nie mają żadnych zmartwień, cieszą się z każdego dnia, uśmiechem obdarowując swoich bliskich - tym beztroskim, jaki, niestety, z biegiem lat, czasami znika z ludzkich twarzy. Jednak już nie jesteśmy brzdącami biegającymi po placu zabaw, a wielu z nas staje się bądź już jest dorosłymi ludźmi, którzy muszą sami odpowiadać za własne decyzje, jacy powinni uczyć się na własnych błędach, co nie zawsze czynimy... Ale to nie znaczy, że przemijanie jest takie złe, a dorosłość zawsze wiąże się tylko z obowiązkami, kiedy każdy dzień nas przytłacza. Dlaczego jednak zaczęłam w taki sposób pisać ten artykuł?

poniedziałek, 12 maja 2014

Jest maj, jeden z piękniejszych (przynajmniej dla mnie) miesięcy, kiedy wszystko wokół rozkwita coraz bardziej, cudownie pachnie bez, słońce daje o sobie częściej znać, ogrzewając nasze twarze, a mimo to, mój nastrój, który matematycznie mówiąc można by przyrównać do sinusoidy, w tym momencie właśnie znajduje się w tym "dołku". Zabrakło mi motywacji do naprawdę wielu rzeczy, choć wiem, że powinnam się za nie zabrać, to nie mogę, kompletnie rozbijam swój czas, marnuję go - zdaję sobie z tego doskonale sprawę, ale... nie wiem, naprawdę, jak przekonać samą siebie, że muszę chociaż obowiązki dobrze wypełnić, kiedy pozostałe rzeczy nie układają się tak, jak powinny. Ogólnie zrobiło się smętnie, czuję się wypruta psychicznie, co nie jest zbyt dobrym stanem i nie powinno mieć miejsca, bo ludzi spotyka tak wiele poważnych problemów, a ja niby nie mam konkretnego, a mimo to łapie mnie bezsens wszystkiego wokół.

niedziela, 4 maja 2014

Dlaczego tak bardzo boimy się mówić o czymś, co dusi nas w środku? Dlaczego zamiast jasno określić to, co czujemy, myślimy, chcemy, używamy słów, które ktoś potem musi interpretować na własny sposób? Utrudniamy sobie tak bardzo życie przez setki niedopowiedzeń. Nie zważamy na to, że coś może zostać odebrane nie tak, jak chcieliśmy to przekazać, ale wtedy jest to tylko i wyłącznie nasza wina. Brak odwagi, bądź szczerości do powiedzenia danej rzeczy doprowadza właśnie do tak sprzecznych sytuacji. Mogą być one wtedy bardzo raniące, zarówno dla drugiej osoby, jak i nas samych. Człowiek potrafi analizować jedno, mogłoby się wydawać, że mało istotne zdanie, godzinami, nadal nie potrafiąc odgadnąć co też ktoś miał rzeczywiście na myśli. Zwłaszcza jeśli ma się charakter, który sprawia, że analizowanie i rozważanie różnych słów bądź sytuacji stanowi nieodłączny element życia.

środa, 30 kwietnia 2014

Autor: Barbara Rosiek
Tytuł: Pamiętnik narkomanki
Wydawnictwo: Mawit Druk
Ilość stron: 304
Ocena: 4.5/6
W dzisiejszym artykule padło na recenzję książki, którą czytałam już spory czas temu, jednak muszę przyznać, że czasami wracam do niej, czy chociażby poszczególnych cytatów, bo są niezwykle prawdziwe. O jakiej mowa? Jest to "Pamiętnik narkomanki" autorstwa Barbary Rosiek. Jak nie tak trudno się domyślić, historia zawarta w tej książce opowiada o narkomance Basi, a pisana jest właśnie w formie pamiętnika. Ogólnie rzecz biorąc, pamiętnik ten pisany był od jej osiemnastych do dwudziestych pierwszych urodzin. Fabuła skupia się przede wszystkim na tym, aby ukazać stany emocjonalne jakie towarzyszą narkomanom. Główna bohaterka z jednej strony chce się wyleczyć, zerwać z nałogiem, którego więźniem się stała. Na samym początku dobrowolnie zgłasza się na tak zwane "odtrucia", starając się wyjść z tego, w co zbyt mocno wsiąknęła, jednak bez skutku. Ilekroć ma dostęp do narkotyków, tylekroć je bierze, stąd też z drugiej strony nie widzi już dla siebie ratunku. W ciągu swojego życia spotyka różne osoby, w tym Marka Kotańskiego, który mocno angażuje się w pomoc dla narkomanów, psycholog Annę z którą często koresponduje, a jaka to wierzy, że Basia ostatecznie pokona nałóg. Oprócz tego wielu innych ludzi ze "swojego grona", a te znajomości dość często są krótkotrwałe, bo kolejne, uzależnione osoby, umierają, można by rzec, że na własne życzenie, lecz czy aby na pewno? W końcu każdy ma prawo zagubić się w życiu, o wiele ciężej jest powrócić do tego właściwego, nie mając odpowiedniego oparcia w innym człowieku... Jednak żeby nie zbaczać z głównego tematu, przynajmniej jak na razie, cóż więcej mogę powiedzieć o tej książce? Bohaterka często także myśli o śmierci, a dokładniej nawet - o samobójstwie. Uważa, że i tak zbyt długo nie pożyje na tym świecie, w końcu zatruła swój organizm, który z każdym dniem jest w coraz gorszym stanie... Lecz co więcej można wyczytać w tej książce, zobaczycie sami, o ile oczywiście zechcecie po nią sięgnąć. Od siebie mogę powiedzieć tyle, że na pewno nie spodoba się ona każdemu. Wielu ludzi stwierdzi, że to kolejna historia o problemach społecznych, o ludziach, którzy zgotowali sobie taki los tylko przez swoje własne decyzje, lecz uważam, że można w niej znaleźć coś naprawdę, nie tyle, że niezwykłego, ale takiego, co sprawia, że wraca się właśnie (jak napisałam na samym początku) do tych poszczególnych fragmentów. Jeśli choć trochę interesuje się psychologią, można znaleźć w tej historii coś dla siebie, próbując analizować stany emocjonalne bohaterki, wyciągając z nich różnorakie wnioski. Dodatkowo, faktem jest, że autorka opisywała częściowo swoje autentyczne przeżycia, a takie postaci, jak chociażby Marek Kotański, rzeczywiście istniały. On chociażby otworzył pierwszy ośrodek MONAR-u (zintegrowanego systemu przeciwdziałania narkomanii i bezdomności) w 1978 r. w Głoskowie. Dlatego też myślę, że jednak warto po nią sięgnąć. Czyta się ją naprawdę szybko, a można wynieść sporo prawdziwych, życiowych myśli, jak i zastanowić się nad tym, czy warto marnować swoje życie, dla chociażby chwili "zapomnienia"? No właśnie... Poza tym dla ludzi, którzy uwielbiają analizować stany emocjonalnej, ta książka na pewno jest jedną z tych odpowiedniejszych. Oczywiście gusta są różne, zatem zachęcam, ale rzecz jasna nie zmuszam, do sięgnięcia po tą książkę. Myślę, że napisałam już sporo, dlatego kończąc, tradycyjnie, umieszczę parę cytatów, które szczególnie zapadły mi w pamięci i jakie to są chyba jednymi z lepszych, jakie udało mi się w tej historii odnaleźć, choć jest ich tam multum, naprawdę. 
  • "Rzadko wracam do rzeczywistości. Stworzyłam sobie swój własny świat, w którym żyję."
  • "Chciałam kiedyś pokochać. Zwykłą miłością. Może wtedy wszystko byłoby inaczej."
  • "Ludzie martwią się drobiazgami, codziennymi sprawami. I dlatego zapominają, że jest jeszcze coś poza tym."
  • "W tym cholernym życiu potrzeba jest miłość. Bez niej jest wieczna pustka, która dusi, zabija, męczy. I wtedy nie można być sobą. Jest się dla siebie zupełnie obcym. Tak zupełnie i bez reszty obcym dla samego siebie."
  • "Ach, te bezsenne noce, kiedy w ciemnościach, na wyciągniecie dłoni dotykam swojego lęku."
  • "Bo jaki jesteś ty, mój świecie? Niby wszystko takie proste, wszystko ma swoje określone miejsce. Tylko, że ja nic z tego nie rozumiem albo rozumiem, kiedy jest już za późno."
  • "Nie rozumiem tego wszystkiego, co mnie otacza, nawet siebie przestałam rozumieć. Coś się ze mną dziwnego dzieje, tylko co?
  • "Tak już ma być zawsze: poranek, gdy nie chce się wstawać, zmierzch, kiedy nie chce się jeszcze umierać, wieczór pełen obaw, niekończące się nocne udręki. Już płakać nie potrafię, chyba nie potrafię. A kochać? Gdzie podziało się moje uczucie miłości?"
  • "Zależy mi na innych ludziach, tylko nie potrafię niekiedy ocenić kto przyjacielem, a kto wrogiem. Poza tym mam silne zaburzenia pamięci i nie pojmuję, dlaczego nagle inni przestają się do mnie odzywać."
  • "Widzę wokół siebie wielką pustkę. Tę pustkę czasami wypełnia ból. Tak nie można żyć. Ale czy potrafię inaczej, czy umiem zmienić swoje życie?
Tym samym kończę dzisiejszy artykuł, a Was raz jeszcze zachęcam do sięgnięcia po tę książkę, a nawet jeśli nie akurat po tą, to po prostu do czytania. Chociażby czasami, cokolwiek, bo wbrew pozorom to naprawdę rozwija wyobraźnię i kształtuje osobowość człowieka. Niedługo postaram się znów coś tutaj napisać. Trzymajcie się! 

niedziela, 20 kwietnia 2014

Muszę przyznać, że po ostatnim artykule, w którym próbowałam przekonać chyba samą siebie do tego, że powinnam na nowo odnaleźć optymizm, nastąpiła kolejna chwila złamania, gdzie po tygodniu, może dwóch, znów odwiedziła mnie moja droga przyjaciółka - Melancholia, a tylko dlatego, że przywołałam ją sama poprzez wcześniejszą szczerość w pewnej rozmowie, a która to towarzyszyła mi cały jeden wieczór, wraz z dźwiękiem "Roads" - Portishead w słuchawkach i palcami stukającymi o klawiaturę spod których pojawiał się tekst oczywiście o jednej i tej samej osobie... Jednak już jest w porządku, w końcu kiedyś trzeba wyleczyć się  z pewnych uczuć, chociaż szczerze powiedziawszy one zawsze zostaną. Gdzieś w głębi mnie, w małej części mojego rozstrzaskanego na kawałki serca, jeszcze przez długi czas będzie tlił się płomień uczuć, zawierających w sobie miłość, tęsknotę, ale idący wraz z tym ogromny smutek i żal, przede wszystkim do samej siebie, że nie umiem sobie z tym poradzić i wyrzucić całkowicie, jak zmiętą, już nic nie znaczącą kartkę papieru wprost do kosza na śmieci. Mogłoby się wydawać to takie proste, ale jeśli ktoś jest człowiekiem, który zakochuje się naprawdę mocno, a gdy ta miłość jest niespełniona, równie dużo musi minąć czasu by się z niej wyleczyć, to wcale nie jest wtedy tak łatwo. Dlatego co jakiś jeszcze czas, gawędzimy sobie z moją Melancholią o tym, co było, nie wróci, a jednak nadal jakoś we mnie trwa. Lecz wraz z upływającymi nadal tygodniami, miesiącami, w końcu w pełni będę potrafiła myśleć o tym jak o zamkniętym rozdziale, gdzie klucz do drzwi tej historii pozostanie na dnie mojego serca, z którego nie da się go już wyciągnąć. Dobrze, zaczęłam znów o sobie, ale chciałam to jakoś wyrzucić. Natomiast o czym ma być jeszcze w tym artykule?

czwartek, 17 kwietnia 2014

Ostatnim razem interpretowałam na swój własny sposób pewien cudowny utwór. Zastanawiałam się na jaki temat mogłabym napisać kolejny artykuł, przechodząc przez różnego rodzaju pomysły. Nawet pewnego dnia, będąc pełną złości na samą siebie, chciałam ją gdzieś wyrzucić w postaci rozważań jak to jest, że im bardziej się staramy tym gorsze są efekty, co sprawia, iż po raz kolejny spotykamy się z rozczarowaniem. Jednak złe emocje minęły, bo prawda jest taka, że zawiodłam samą siebie, chociaż tak bardzo się starałam, ale nie cofnę czasu i nie odkręcę tego, a dobijając się nic nie osiągnę poza złym samopoczuciem. Ogólnie nie wiem co jeszcze wyniknie z tego mojego artykułu, może będzie to całkowity misz-masz? Czemu nie, skoro chaos myśli do czegoś w końcu zobowiązuje (i żeby to pierwszy raz).

poniedziałek, 31 marca 2014

Znów minęło trochę czasu odkąd coś tutaj pisałam. Nie czuję się z tym zbyt dobrze, ale nie mam pojęcia dlaczego ciągle albo brakuje mi wolnej chwili, albo po prostu odpowiednia wena nie chce przyjść. Chociaż w sumie co do uciekających minut, godzin i dni... Zajmują mi je przede wszystkim studia, które wymagają jednak sporo uwagi i zaangażowania, a poza nauką rzecz jasna znajomi, bez których wiele spraw byłoby trudniejszych. Zdaję sobie mimo wszystko sprawę z tego, że nie powinnam zaniedbywać tak bardzo "miejsca", które ma dla mnie spore znaczenie, bo przecież pisać uwielbiam i to od zawsze. Dlaczego więc nie umiem się zmotywować i znaleźć odpowiedniego tematu do rozważań? Czemu nie umiem zebrać się w garść i w końcu na poważnie przysiąść do stworzenia czegokolwiek, co stanowiło by część mnie? Nie mam pojęcia. Jednak tego wieczoru w końcu powiedziałam sobie: "dość powtarzania, że nie masz pomysłu, czy odpowiedniej weny, po prostu zabierz się do roboty!" Dlatego też dzisiejszy artykuł chcę poświęcić własnej interpretacji cudownego utworu, który od paru dni cały czas gra w moich słuchawkach.

wtorek, 18 marca 2014

Na samym początku tego artykułu, muszę przyznać, że jestem zła. Na siebie. Dlaczego? Powód jest prosty - nie pisałam tutaj znowu bardzo długo, a chciałam po tym dość stresującym czasie jaki niosła za sobą sesja, nadrobić wiele rzeczy, a także nie zaniedbywać już bloga, a wyszło niestety, jak widać. Mogłabym pisać powody, dla których tak właśnie się stało, ale czy znajdę odpowiednie? Przecież rzekomo, chcieć to móc. Dobrze, muszę przyznać, że chciałam, ale jakoś brakowało mi znów odpowiedniej weny, czy po prostu siły, by w końcu przysiąść i napisać cokolwiek, czy to jakieś kolejne myśli przelać na papier, czy recenzję jakiejś książki, albo może interpretację utworu... Stąd czuję do siebie żal. I nawet teraz, stukając o klawiaturę, nie wiem, co zawarte będzie w tym kawałku wirtualnego papieru. Mam jednak ochotę skupić się znów bardziej na sobie, choć to nie było głównym założeniem bloga, to chyba tego potrzebuję.

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *