wtorek, 30 września 2014

   
Autor: Gayle Forman
Tytuł: Jeśli zostanę
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 248
Ocena: 6/6
     Jakoś początkiem września zapowiadałam, że ku końcowi tego miesiąca, pojawi się na blogu recenzja pewnej książki, na podstawie której zresztą powstał film. Jako, że chciałam zrobić takie porównanie powieści do ekranizacji, czekałam z tym do teraz, gdyż w zeszłym tygodniu miałam dopiero okazję wybrać się do kina (dziękuję, G.). Tak naprawdę do przeczytania książki (a później obejrzenia tej historii na ekranie) skłonił mnie zwiastun filmu przesłany przez znajomego. Obejrzałam go raz, potem drugi i... za każdym razem, w pewnym jego momencie moje oczy szkliły się od łez. Stwierdziłam, że to będzie genialne i koniecznie muszę wybrać się do kina, a gdy okazało się, że film powstał na podstawie książki o tym samym tytule, tego samego wieczoru ściągnęłam PDF (wolę tradycyjne książki, ale wtedy działałam pod wpływem jakiegoś impulsu, a poza tym wiedziałam, że z pewnością nie dostanę jej w swojej bibliotece, z kolei księgarnie w moim mieście z opóźnieniem otrzymują niektóre pozycje). Pochłonęłam tą opowieść w zaledwie dwa dni i wielokrotnie, czytając ją, naprawdę się wzruszałam. Niby historia bardziej można by rzec, że dla nastolatek, a wbrew pozorom przemyślana, jednocześnie piękna i tragiczna. 
      Sporo już jednak napisałam drogą wstępu, nie zdradzając do tej pory o jaką książkę mi tym razem chodzi. Jest to "Jeśli zostanę" (chociaż według polskiego tłumaczenia zarówno lektury jak i filmu to "Zostań, jeśli kochasz", chociaż gdzie w zdaniu "If I stay" widnieje słowo "miłość"? - nie mam bladego pojęcia) autorstwa Gayle Forman. Ta lektura naprawdę mnie zachwyciła - może dlatego, że jest w niej sporo o muzyce, zarówno mojej ukochanej, rockowej/punkowej jak i cudownej - klasycznej. Może też dlatego, że wobec całej tragicznej sytuacji jaka spotkała główną bohaterkę (ale o tym więcej będzie poniżej), musi stawić temu czoła i zdecydować o swoich losach... To jakby pokazanie, że być może sami podejmujemy decyzję będąc w obliczu śmierci czy chcemy walczyć i zostać, czy jednak odejść do wiecznego życia.

niedziela, 28 września 2014

     Na samym początku muszę napisać, że rozpoczynając serię "still love - czyli niedzielna piątka" nie spodziewałam się, że tak wiele osób będzie na nią czekać (czasami zdarza mi się, że ktoś ze znajomych pyta dzień wcześniej co planuję zawrzeć w kolejnej piątce ulubieńców), jak i że aż tyle odsłon będzie osiągać. Ostatni post z tej serii, czyli związany z moimi gustami smakowymi jeśli chodzi o napoje, zyskał ponad 500 wyświetleń, co jest dla mnie lekkim szokiem. Po pierwsze dlatego, że nie spodziewałam się aż tak sporej liczby, po drugie, to znak, że jednak zaglądacie tutaj, na blog i czytacie, co też przenoszę sobie z chaosu myśli na ten wirtualny papier. Oczywiście wiem, że liczba odsłon nie zawsze równa się ilości tych osób, które naprawdę skupiły się na lekturze, ale mimo wszystko jestem pozytywnie zaskoczona i dziękuję!     
   Jednak powoli przejdę do tematu dzisiejszej piątki. Parę dni temu rozpoczęła się kalendarzowa jesień i rzeczywiście czuć ją w powietrzu, a przynajmniej u mnie tak właśnie jest. Deszczowa pogoda (no dobrze, dziś akurat jest słońce, ale ostatnie dni były bardzo ponure) sprawia, że najchętniej spędzałabym czas w domu, najlepiej z dobrą książką, kubkiem gorącej, zielonej herbaty, bądź też wsłuchując się w swoje ulubione, spokojne utwory, skłaniające często do refleksji i wprowadzające nutkę melancholii. Stąd też, w dzisiejszej, niedzielnej piątce powrócę do tematu muzyki, wraz z którym to rozpoczął się w ogóle cały cykl. Tamtym razem były to ulubione zespoły zagraniczne, natomiast dzisiaj nie skupię się na polskich grupach, ten temat pozostawię na jeszcze inny raz, a... na wokalistach. Dlaczego? Otóż mimo że uwielbiam mocne brzmienia, czasami (w sumie ostatnio coraz częściej) lubię posłuchać czegoś spokojnego, oczywiście najlepiej z męskim wokalem. Stąd też mam swoich ulubionych wokalistów solowych, bo oczywiście Ci wszyscy, którzy śpiewają lub (jak to nie raz słyszę) "krzyczą" w grupach muzycznych, które słucham, są równie świetni, ale tak jak piszę - działają wraz z resztą zespołu. Tak więc mamy np. utwór Rise Against, a nie samego Tima McIlratha. Natomiast są i tacy wokaliści, którzy swoim nieziemskich głosem są rajem dla moich uszu, zwłaszcza właśnie podczas tych jesiennych wieczorów. 
      W tym zestawieniu pojawi się czterech wokalistów zagranicznych oraz jeden polski... Tak więc tym razem będzie to mieszanka, a nie rozdzielenie na dwa rodzaje, jak to było (i jeszcze będzie) w przypadku zespołów. Od razu podkreślam, że kolejność jest przypadkowa, wszystkich lubię tak samo bardzo. Zatem, by już nie przedłużać, zapraszam do przeczytania kolejnej, niedzielnej piątki ulubieńców!

piątek, 26 września 2014

      Dzisiejszy wpis chciałabym znów poświęcić jakiejś interpretacji tekstu. Tym razem zabiorę się za kawałek, który szczególnie wpadł mi w ucho, gdy tak sobie przesłuchiwałam któregoś wieczoru utwory jednego z zespołów, jaki to pasuje do mojego gustu muzycznego. Znów będzie poniekąd o związkach, nie do końca szczęśliwych, o tym, jak łatwo coś może się rozpaść zwłaszcza wtedy, gdy uświadamiamy sobie, że to nasza wina... Ale cóż ja poradzę na to, że tyle jest utworów pełnych emocji, związanych z przeróżnymi uczuciami, oczywiście począwszy od miłości? No a że mnie takie kawałki jakoś przyciągają to już inna sprawa.
   Myślę, że aby nie przedłużać wstępu, powoli przejdę do konkretów. Tym razem spróbuję "przeczytać" co też na myśli miała autorka utworu "Far from never" pochodzącego od The Pretty Reckless. Muszę przyznać, że lubię sobie posłuchać głosu Taylor, może dlatego, że jest inny niż wszystkie. Ogólnie rzecz biorąc, wolę chyba męskie wokale, jednak jeśli już słucham jakiegoś kobiecego, to lubię po prostu skrajności - albo mocny, rockowy albo też bardzo subtelny... Tym razem postawiłam na ten pierwszy rodzaj. Mam nadzieję, że będzie Wam się dobrze czytało dzisiejszą interpretację i spróbujecie tak jak ja wczuć się w tekst tego utworu. Zatem - zapraszam do czytania, sama przechodząc do pierwszego fragmentu.

wtorek, 23 września 2014

Autor: David Nicholls
Tytuł: Jeden dzień
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 448
Ocena: 6/6
"-Ważne, żeby mieć jakiś wpływ na losy świata - powiedziała - no wiesz, coś zmienić.
-Co? Chcesz "zmienić świat"?
-No, nie od razu cały świat. Ale ten kawałek wokół siebie."

     Tymi słowami chciałabym rozpocząć kolejny wpis, tym razem zawierający recenzję pewnej książki, która to rozpoczynała się od powyższego cytatu. Czytając te pierwsze zdania, jakie to możecie zobaczyć wyżej, od razu wiedziałam, że pokocham tę książkę. Czułam, że będzie to może jedna z wielu historii miłosnych, ale okaże się tą, która wywrze na mnie największe wrażenie. I wiecie co jest najlepsza? Tak właśnie było. Nie mogłam oderwać się od kolejnych rozdziałów, a przewracając następne i następne strony tej niesamowitej opowieści, momentami naprawdę nie potrafiłam powstrzymać się od wzruszenia. Co prawda, może to kwestia mojej wrażliwości, która ogólnie jest dość spora jeśli chodzi o pewne sprawy, ale mimo wszystko sama historia jest naprawdę piękna i dająca do myślenia. Dla wielu może się okazać tkliwą opowieścią na oklepany temat, otóż wiadomo, jest nim miłość. Jednak dla mnie - to zdecydowanie najlepsza taka powieść jaką do tej pory przeczytałam. Przekazuje wiele, bo wbrew pozorom to nie tylko uczucie zakochania przewodzi tej historii. To także obraz ludzi, którzy dojrzewają emocjonalnie podczas całej swojej drogi życia. To pokazanie, że nie zawsze wszystko, co sobie zaplanowaliśmy, wyjdzie własnie tak jak chcemy, bo niejednokrotnie pojawią się na naszej drodze takie sytuacje, które odbiorą nasze marzenia... Ale jednocześnie to podkreślenie, że nawet wtedy nie można się poddawać, bo któregoś dnia okaże się, że warto było walczyć i czekać - na wymarzoną karierę, na miłość swojego życia. Jednak to także opowieść  pokazująca jak brutalny może być los, który potrafi rozdzielać wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy. A ostatecznie, jest to także książka, jaka uświadamia nam, że (cytuję okładkę) "możesz przeżyć całe życie, nie dostrzegając, że to, czego szukasz, jest tuż przed tobą."

niedziela, 21 września 2014

    Kolejna niedziela zwiastuje tylko jedno na tym blogu - następną piątkę ulubieńców. Mimo iż tematów jest mnóstwo (jak tak ostatnio rozważałam, to naprawdę można pisać chyba o wszystkim), to zawsze potrzebuję chwili czasu by zastanowić się co tym razem mogę Wam tutaj albo polecić albo powiedzieć więcej o sobie... Stąd i tym razem nie było łatwiej - w końcu znowu mogłabym napisać o muzyce, bądź jakiś książkach, filmach, serialach, ale... czemu by nie przenieść się poniekąd do krainy smaków? Co prawda, zastanawiałam się czy ten temat będzie ciekawy, ale w końcu każdy ma swoje gusta odnośnie potraw, napojów, deserów i tym podobnych rzeczy, więc dlaczego nie mogłabym podzielić się własnymi? Stąd postanowiłam zająć się dzisiaj tematem związanym właśnie z moimi preferencjami odnośnie... napojów!

piątek, 19 września 2014

Autor: Charlotte Link
Tytuł: Wielbiciel
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 424
Ocena: 5/6
     Nie tak dawno, dokonałam recenzji pewnego thrillera autorstwa Harlana Cobena. Stwierdziłam, że i tym razem pokuszę się o pewien kryminał, lecz będący poniekąd (przynajmniej dla mnie) powieścią psychologiczną. Odpowiedź na pytanie, dlaczego uważam, że książka jaką dzisiaj chcę opisać, to jednocześnie trzymający w napięciu thriller, a także pełna analizy ludzkiej psychiki powieść, znajdziecie na pewno parę linijek niżej, natomiast na samym początku pasowałoby powiedzieć o jaką w ogóle książkę tym razem mi chodzi. Jest to "Wielbiciel" autorstwa Charlotte Link. 
     Muszę przyznać, że przeczytałam ją już jakiś czas temu i jest to jedyna powieść tej autorki, po jaką do tej pory sięgnęłam. Nie dlatego, że była nudna i nie miałam ochoty przeczytać czegoś więcej wywodzącego się spod jej pióra, a raczej z tego powodu, iż po prostu nie miałam później czasu by sięgać po jakieś książki, a gdy powrócił w te wakacje, skupiłam się bardziej na historiach miłosnych czy fantasy. Jednak nie mówię, że nigdy już nie sięgnę po książkę pani Link, gdyż "Wielbiciel" potrafi zachęcić, zwłaszcza kogoś, kto uwielbia analizować wszystko wokół, w tym ludzką psychikę.

wtorek, 16 września 2014

A. nigdy nie przypuszczała, że ten dzień będzie taki cudowny. Właściwie już od poprzedniego wieczora, z jej twarzy nie schodził uśmiech, kiedy to wszelkie minuty, jakie mijały jej w gronie tych osób, uciekały w oka mgnieniu, uświadamiając im, że już jest po drugiej w nocy i pasowałoby może chociaż na chwilę się przespać po to, by kolejnego dnia w miarę normalnie funkcjonować. Tak więc teraz, siedząc już sama na mieszkaniu w mieście, które stało się jej stałym pobytem w okresie roku akademickiego, wspominała ten weekend jako jeden z tych, które uświadamiały, że jednak nie podjęła chyba błędnej decyzji co do swojego życia, mimo iż początkowo tak myślała. Tym razem, tego niedzielnego wieczora, czuła spokój i pewnego rodzaju satysfakcję. Do tego wiedziała, że nie zabraknie jej wspomnień, o tak - o to już  zdecydowanie martwić się nie musiała...

niedziela, 14 września 2014

     Otwieram oczy. Budzę się z kolejnego, być może pięknego, a może zagmatwanego, snu, którego i tak już nie pamiętam i zaczynam myśleć jaki dzisiaj mamy dzień tygodnia. Okazuje się, że to niedziela, więc w mojej głowie od razu pojawia się przebłysk - pora na kolejną piątkę na blogu. Myśli zaczynają wirować, szukając jakiegoś ciekawego pomysłu, jednocześnie sama powoli zwlekam się z łóżka i kieruję ku kuchni. Zmierzając do swojego celu - w końcu poranna kawa jest najlepsza - zerkam do salonu, gdzie mój młodszy brat coś sobie ogląda... I nagle dostaję olśnienia! Znalazłam pomysł na kolejną piątkę z serii "still love", więc gdy w końcu mam możliwość dorwać się do laptopa, wcielam swój plan w życie...

wtorek, 9 września 2014

     Już jakiś czas nie było tutaj interpretacji tekstu utworu, stąd też postanowiłam dzisiaj zabrać się za ten temat ponownie. Zwykle jest tak, że nutki jakie wybieram do swoich prób "czytania" muzyki są dość melancholijne. Tym razem jednak postawiłam na coś innego... Co prawda, sama tematyka utworu poniekąd nawiązuje do miłości, czyli do tego, co zwykle możecie znaleźć w moich interpretacjach, lecz z drugiej strony może także być związana z całkowicie innym tematem. Tak czy siak, jest to kawałek powiązany nieco z frustracją, jaką czasami każdy z nas przeżywa, nieważne co jest tego powodem. Jednocześnie z takim rodzajem gniewu, który sprawia, że mamy dość wszystkiego co nas otacza... A także z nienawiścią, czyli tym "hate", jakie widnieje na zdjęciu obok (nawiasem mówiąc zrobione dawno, przez moją, bardzo uzdolnioną jeśli chodzi o fotografię, przyjaciółkę, lecz stwierdziłam, że pasuje jakoś do dzisiejszego wpisu).
     To drogą wstępu, jak to zwykle mam w zwyczaju, natomiast przejdę do konkretów i podzielę się w końcu informacją o jaki utwór tym razem mi chodzi.

niedziela, 7 września 2014

     Przyszła pora na kolejną piątkę z serii "still love - czyli niedzielna piątka". Po paru ostatnich wpisach z tego cyklu zauważyłam, że liczba wyświetleń przy każdym z nich jest naprawdę spora i przyciąga chyba najwięcej czytelników. Niezmiernie mnie to cieszy, że w takim razie spodobał Wam się ten pomysł, bo na pewno będę go jeszcze przez długi czas kontynuować, a być może wpadnę też na jakieś inne pomysły, nowe serie - kto wie? Zobaczymy jak to będzie. 
     Natomiast dzisiaj postanowiłam zająć się literaturą. Nie będzie to jednak wykaz pięciu moich ulubionych dotychczas książek ogólnie, a mianowicie skupię się na najlepszych lekturach z okresu nauki w liceum.

piątek, 5 września 2014

     Dzisiaj przyszła pora na recenzję, gdyż już w ostatnim wpisie podkreślałam, że dawno żadnej tutaj nie było. Zastanawiałam się jaką książkę powinnam tym razem opisać, zwłaszcza, że jestem w trakcie czytania dwóch naprawdę ciekawych, choć jedna póki co stoi w miejscu, gdy druga sprawia, że chłonę każde słowo jednym tchem. Własnie co do tej drugiej lektury, od razu chyba zapowiem, że do końca tego miesiąca pojawi się recenzja książki Gayle Forman - "Jeśli zostanę". Jednak chcę ją połączyć z recenzją filmu nakręconego na podstawie tej powieści, a że wchodzi do kin dopiero 12 września, tak więc sami rozumiecie - trochę to potrwa zanim się pojawi. Natomiast wracając do tematu dzisiejszego wpisu, postanowiłam, że tym razem dokonam recenzji thrillera autorstwa Harlana Cobena. Bardzo lubię czytać kryminały powstałe spod pióra tego autora, bo zdecydowanie trzymają one w napięciu do ostatniej chwili i właściwie pochłania się te historie w góra dwa dni. Przeczytałam już sporo jego książek, jednak dzisiaj opiszę tą, po którą sięgnęłam jako pierwszą i jaka to już nie pozwoliła mi się wyrwać spod wpływu tego autora. A mając na myśli ten "wpływ" chodzi o to, że ilekroć idę do biblioteki z zamiarem wypożyczenia jakiegoś thrillera, najczęściej sięgam właśnie po kolejny kryminał Cobena.  
     To tak drogą wstępu, natomiast przejdę teraz do konkretów. O jaką dokładniej książkę mi chodzi?

wtorek, 2 września 2014

Gdy trzymała w rękach aparat, cały wokół niej nagle przestawał istnieć. Liczyło się jedynie szukanie odpowiedniej chwili, którą można uwiecznić, sprawianie, że te krótkie momenty, gdy wiatr zdmuchiwał liście bądź piękny motyl usiadł na jednym z wielu kwiatów na łące, pozostawały na zawsze zapisane dzięki jej "miłości", bo tak nazywała swój aparat. Kiedy z kolei zajmowała się fotografowaniem ludzi, była perfekcjonistką, dając wskazówki jak dana osoba ma się ustawić do zdjęcia, wymyślając coraz to nowsze inspiracje, by fotografie zrobione z miłości do tej pasji, były idealne... Niestety nadal pewne rzeczy utrudniały jej spełnienie marzenia - by żyć dzięki swojemu zainteresowaniu, robić zdjęcia nawet jeśli miałaby poświęcać na to całe dnie. Ale w końcu nikt nie mówił, że na świecie istnieje sprawiedliwość...

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *