sobota, 26 marca 2016

     Dawno na blogu nie pojawił się żaden tag książkowy. Jednak ostatnio dostałam dwie nominacje, z których to nie sposób nie skorzystać. Mimo że jedna pojawiła się wcześniej, w dniu dzisiejszym zajmę się tym drugim tagiem, który wpisuje się właśnie w ten świąteczny czas. Chodzi o wspomniany w tytule tego wpisu "Wielkanocny Tag Książkowy". Za nominację bardzo dziękuję Autorce bloga Z miłości do książek. Stąd myślę, że nie będę niepotrzebnie przedłużać i zapraszam Was serdecznie do przeczytania poniższych punktów. :) 

1. Spotkanie z rodziną, czyli książka, którą polecisz nie tylko młodszym, ale starszym członkom swojej rodziny. 

Myślę, że najlepiej do tego punktu pasuje mi cała seria o Gregorze, czyli recenzowane do tej pory przeze mnie książki "Gregor i Niedokończona Przepowiednia", "Gregor i Przepowiednia Zagłady" oraz "Gregor i Klątwa Stałocieplnych". Za każdym bowiem razem wspominałam, że są to lektury skierowane głównie do młodszych czytelników, ale i tych starszych mogą zaciekawić bądź na krótką chwilę przenieść do świata dzieciństwa. 

2. Święconka, czyli książka z dobrą recenzją, na którą natychmiast miałeś/aś ochotę. 

Zdecydowanie w tym punkcie pasuje mi książka, jaka już czeka na mojej półce, by ją przeczytać (co zrobię niebawem, jak już uporam się z ostatnim do tej pory egzemplarzem recenzenckim). Chodzi tutaj o dzieło Leslye Walton - "Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender". Właściwie o tej książce jest sporo od jakiegoś czasu, stąd zdążyłam już naczytać się tylu pozytywnych recenzji (a w dodatku urzekła mnie okładka), że nie miałam wątpliwości, iż chcę jak najszybciej po nią sięgnąć. Mam nadzieję, iż okaże się tak dobra, jak o niej piszą. 

3. Zajączek wielkanocny, czyli książka z cudownymi bohaterami. 

Mnóstwo jest książek, w których spotkałam się ze wspaniałymi bohaterami, czyli takimi, którzy w jakiś sposób mnie urzekli i sprawili, że z chęcią śledziłam ich losy. Na pewno zaliczyłabym do tego punktu "Love, Rosie" Cecelii Ahern - zarówno postać Rosie, jak i Alexa jest bliska mojemu sercu. Szczególny też sentyment mam do bohaterów, jacy wnoszą w książkę pewnego rodzaju urok i tutaj bez wahania mogę wymienić tytuł "Kołysanka", którą napisała Sarah Dessen. Postać Dextera była pełna ciepła, natomiast Remy miała w sobie ogromną wrażliwość. 

4. Kurczątko, czyli mała, ale dobra książka. 

Nie wiem czy pod słowem "mała" kryje się fakt, że chodzi o jakąś faktycznie niewielką pod względem rozmiarów książkę. Ale tutaj od razu na myśl przychodzi mi ukochany "Mały Książę" Antoine de Saint - Exupery. Mam ogromny sentyment do tej książki i chociażbym czytała ją dziesiąty raz, to nigdy mi się nie znudzi. 

5. Wielkanocny poranek, książka, dla której zarwałeś/aś noc. 

Pierwsza myśl? Oczywiście, że cudowna historia stworzona przez Colleen Hoover w książce "Maybe someday". Pamiętam, że zarwałam dla niej noc, bo nie mogłam oderwać się od losów bohaterów. Jednocześnie nie zapomnę tego, że czytając ją, drżącymi rękoma przekładałam kolejne strony, na które momentami spadały krople moich łez. Ta historia jest niezwykle emocjonalna i rozwala czytelnika na kawałki - polecam. 

6. Lany poniedziałek, książka, którą możesz czytać w każdą pogodę i w każdym miejscu. 

Wiele jest takich książek, bo tak naprawdę tyle już czytałam historii, że każdą z tych, jakie mnie zachwyciły, mogłabym czytać nieważne w jakim miejscu i czy akurat świeciłoby słońce,czy z nieba leciał deszcz. Na pewno mogę tutaj wymienić "Lawendowy pokój" Niny George, wspomniane już "Maybe someday", jak również chociażby genialną serię Victorii Scott ("Ogień i woda" oraz "Kamień i sól") i wiele, wiele innych. 

7. Świąteczne porządki, książka tak ciężka, że miałeś/aś problem ze skończeniem jej. 

Tutaj może zostanę zbesztana, ale ogólnie mam problem z sięganiem po klasykę, dlatego też "Anna Karenina" była książką, którą czytało mi się momentami bardzo ciężko. Mimo że sama historia bardzo mi się spodobała i polecam ją każdemu, to jednak nie tak łatwo było mi przez nią przebrnąć. Natomiast ciężko było mi się w ogóle wbić w czytanie książki "Amber", stąd też czytanie zajęło mi trochę czasu. 

8. Baranek, czyli książeczka z milusią okładką. 

Hmm... Nie wiem do końca, o co chodzi w tym pytaniu. :D Ale ogólnie rzecz biorąc - mam słabość do pięknych opraw graficznych. Tak tutaj wymieniłabym na pewno "Jeszcze raz, Nataszo" - Karoliny Wilczyńskiej (wewnętrzna część okładki jest wprost przepiękna!) czy też sagę argentyńską Sofii Caspari, jak pewnie wiele, wiele innych. :) 

9. Jajeczko, czyli kogo nominuję. 

Tak naprawdę nominuję każdego, kto ma ochotę wykonać ten tag u siebie właśnie teraz, w okresie Świąt Wielkanocnych. Stąd jeśli tutaj trafiliście i spodobał Wam się ten tag, śmiało wykonujcie go u siebie! 

     To już prawie wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszy wpis. Mam nadzieję, że miło czytało Wam się moje odpowiedzi i być może z niektórymi się zgadzacie, a z innymi niekoniecznie. Natomiast to, co jeszcze chciałabym zrobić, to oczywiście złożyć Wam krótkie życzenia. 

Moi Drodzy! Z okazji Świąt Wielkanocnych, życzę Wam przede wszystkim, byście wypoczęli. Zatrzymajcie się chociaż na krótką chwilę i spędźcie ten czas tak, by naładować baterie na kolejne tygodnie, wypełnione na pewno mnóstwem obowiązków. Co więcej - dużo zdrowia, szczęścia, rodzinnej atmosfery, miłości i by spełniło się wszystko to, co sami byście sobie życzyli. :) 

     Niebawem postaram się znowu coś tutaj napisać, chociaż nie obiecuję, że prędko to nastąpi. Póki co - trzymajcie się! 

czwartek, 24 marca 2016

Autor: Kathrin Lange
Tytuł: Serce w kawałkach
Wydawnictwo: MUZA S.A
Liczba stron: 416
Ocena: -5/6

     Spory czas temu miałam okazję zapoznać się z książką "Serce ze szkła". Zachęcił mnie wtedy opis, więc pomyślałam - przeczytam i zobaczymy, jak spodoba mi się ta historia. Pamiętam, że niestety nie była tak satysfakcjonująca, jak miałam nadzieję i przez większość stron niezmiernie mnie nużyła. Jedyne, co uratowało wtedy tę książkę było zakończenie i to właśnie ono mnie zaintrygowało sprawiając, że kiedy otrzymałam możliwość przeczytania drugiego tomu, postanowiłam zaryzykować. Jestem już po lekturze książki Kathrin Lange "Serce w kawałkach", który to proces czytania trwał u mnie raptem część dnia i jedną noc. Tak bardzo wciągnęłam się w czytanie, a język, jakim posługuje się autorka jest na tyle lekki w odbiorze, że jestem sama zszokowana, iż tak szybko mi poszło. To tylko pokazuje, że drugi tom tej serii okazał się zdecydowanie lepszy niż jego poprzednik. 
     Ten akapit może zawierać spoilery pierwszej części. Po dramatycznych wydarzeniach, jakie miały miejsce w Sorrow, Juli wraz z ojcem wróciła do Bostonu, gdzie przeprowadził się także David. Obydwoje próbują dojść do siebie korzystając z pomocy psychoterapeutów. Co więcej, nie kryją się już ze swoimi uczuciami - chociaż Juli wciąż nie może uwierzyć w to, że mężczyzna się w niej zakochał. Wszystko wydaje się wracać do normalności, gdyby nie fakt, że nagle David zaczyna przypominać sobie pewne rzeczy z pamiętnego dnia, kiedy jego narzeczona Charlie zginęła na klifach... Co gorsze, niebawem para ponownie wraca do Sorrow i chwilowy pobyt z wielu powodów zaczyna się wydłużać, przynosząc kolejne, mrożące krew w żyłach, wydarzenia. Jak zatem potoczą się losy tej dwójki? Czy David przypomni sobie co tak naprawdę stało się na klifach? Jak z klątwą ciążącą na Sorrow poradzi sobie Juli? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Serce w kawałkach".
      Tak jak napisałam we wstępie - pierwsza część nie do końca mnie przekonała, ale z racji całkiem dobrego zakończenia, postanowiłam sięgnąć po kolejny tom. Tym razem od pierwszych stron zaczęłam nieźle wciągać się w tę historię i jak wcześniej Juli momentami mnie irytowała, tak tutaj naprawdę ją polubiłam. Z każdą kolejną stroną coraz bardziej wciągałam się w tę historię, nie mogąc się od niej oderwać i ani się spostrzegłam jak dotarłam do końca, które to ponownie jest świetne. Ba! Zakończenie tej książki sprawiło, że już teraz z niecierpliwością czekam na kolejny tom, bo jestem niezmiernie ciekawa, co dalej wydarzy się w życiu bohaterów. Jak też pisałam, język jest niezwykle lekki i przyjemny w odbiorze, stąd w dużej mierze to sprawiło, że potrzebowałam niewiele czasu by przebrnąć przez tę historię. Nadal dostrzegam co prawda pewne wady - jak nadmiar tego "młodzieżowego" stylu zachowania bohaterów w pewnych momentach. Chodzi tutaj o takie nagłe wahania nastroju czy niektóre, że tak to ujmę, teksty, jakie rozbawiały mnie, ale raczej nie do końca w tym pozytywnym sensie, a mój śmiech był śmiechem politowania. Jednak to, co działa na duży plus to fakt, że jest tego o wiele mniej niż w poprzednim tomie, natomiast o wiele więcej jest stanu niepokoju i momentów, które trzymają czytelnika w napięciu, niejednokrotnie mrożąc krew w żyłach bądź wprawiając w lekkie osłupienie. Stąd też, jeśli pierwszy tom nie został przez Was ewidentnie skreślony, polecam jak najbardziej sięgnąć po kontynuację, bo myślę, że się nie zawiedziecie. 
     Jeśli chodzi o bohaterów, jak już wspomniałam, zauważyłam pewną zmianę w zachowaniu Juli, która to działa zdecydowanie na plus. Podobnie David zyskał w moich oczach, bo pamiętam, że czytając pierwszy tom, totalnie nie potrafiłam się do niego przekonać. Wręcz uważałam go za nadętego faceta, który zamiast wziąć się w garść, ciągle tylko użala się nad sobą. Jednak w tym tomie jego zachowanie również uległo zmianie - stał się bardziej dojrzały i zrobiłby wszystko, by chronić Juli. Sporo jest tutaj też innych bohaterów, a każdy z nich wnosi coś do książki swoimi cechami charakteru. Stąd uważam, że autorka całkiem dobrze wykreowała swoje postaci. 
     Stąd też, podsumowując, polecam tę książkę przede wszystkim osobom, które oczarował pierwszy tom bądź też tym, którzy podobnie jak ja, nie byli do końca przekonani, ale coś sprawiło, że jednak chcieli poznać dalsze losy bohaterów. Osobiście uważam, że ta część jest o wiele lepsza, bardziej emocjonalna i to, co jeszcze mogę dodać to fakt, że sam motyw tego tytułowego "serca w kawałkach" jest widoczny w pewnym momencie w całej historii i bardzo mi się to spodobało. 
      Niedługo znów coś dla Was napiszę - chociaż czas mi umyka z każdym dniem coraz bardziej i muszę skupić się na kilku innych sprawach, to postaram się stworzyć kilka zapasowych wpisów, by Was tutaj nie zaniedbać. Póki co - trzymajcie się! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 

Zdjęcie okładki znalezione: tutaj.

wtorek, 22 marca 2016

Autor: Suzanne Collins
Tytuł: Gregor i Klątwa Stałocieplnych
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 382
Ocena: 5.5/6


     Niedawno pisałam tutaj recenzję drugiej części przygód Gregora, natomiast dzisiaj jestem już po przeczytaniu trzeciego tomu z cyklu "Kroniki Podziemia". Muszę przyznać, że jak pierwsza historia z tej serii mi się spodobała, natomiast druga była całkiem w porządku, ale nieco za bardzo przewidywalna, tak jednak Suzanne Collins w książce "Gregor i Klątwa Stałocieplnych" wykonała kawał dobrej roboty. Zdecydowanie stanowi ona moją ulubioną część przygód chłopca i jego rodziny. Jednocześnie nadal pisana lekkim i przyjemnym w odbiorze językiem, lecz do tego naładowana mnóstwem emocji i nieprzewidywalnych zwrotów akcji. Myślę, że cała seria, tak jak zawsze wspominam, najlepiej przemówi do młodszych czytelników, ale tym razem sama zostałam w nią bardzo wciągnięta. 
     Ten akapit może zawierać spoilery poprzednich tomów. Gregor, po wypełnieniu kolejnej przepowiedni, wrócił do domu, lecz to, co otrzymał na pożegnanie od Nerissy, nadal zaprzątało jego myśli. Otóż okazuje się, że chłopiec będzie musiał rozwikłać kolejną, zagadkową przepowiednię. Co więcej - zapisana została od tyłu, dlatego też Gregor za każdym razem używa lustra by odczytać zapisane słowa, lecz tak naprawdę ciężko mu z nich cokolwiek zrozumieć. Któregoś dnia zostaje wezwany na spotkanie, gdzie Riperd - jego szczurzy przyjaciel, mówi mu, iż Podziemie dosięgła straszna zaraza. Dlatego też Gregor wraz z Botką musi wrócić do tamtego miejsca, by wypełnić tym razem Przepowiednię Krwi. Problem w tym, że jego mama nie zgadza się na to, chyba, że pójdzie z nimi... Tak też cała trójka ląduje w Podziemiu, a Gregora czeka kolejna, pełna niebezpieczeństw wędrówka w celu znalezienia lekarstwa. Czy mu się uda? Jakie pułapki czekają na chłopca i jego przyjaciół? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań znajdziecie oczywiście sięgając po książkę "Gregor i Klątwa Stałocieplnych". 
      Tak, jak napisałam już we wstępie, zdecydowanie jest to moja ulubiona część z tej serii. Powiem szczerze, że obawiałam się, iż nastąpi pewnego rodzaju tendencja spadkowa - pierwszy tom był naprawdę ciekawy, drugi w porządku, ale nie usatysfakcjonował mnie w pełni, stąd nie wiedziałam czego mogę spodziewać się po kolejnym. Na szczęście zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona, bo akurat trzeci tom jest świetny. Ogromnym plusem dla tej całej serii jest fakt, że napisana została bardzo lekkim w odbiorze językiem. Dlatego też za każdym razem podkreślam, iż młodsi czytelnicy powinni zapoznać się z przygodami Gregora, bo przejście przez tę książkę zajmuje naprawdę niewiele czasu. Osobiście, gdy zaczęłam czytać ten tom, ani się spostrzegłam, że dotarłam już do końca. Co więcej, tutaj nie ma przewidywalności. Myślałam, że cała ta historia będzie szła jednym, utartym schematem, a na samym końcu otrzymałam niezłą niespodziankę. Wyjaśnionych zostaje też kilka wątków z poprzedniej części, jak również pojawiają się nowe postaci, które sprawiają, że historia staje się o wiele ciekawsza. Mimo że całość znowu opowiada o chłopcu mającym do wypełnienia pewną misję, to pokazuje również, iż czasami nie wszystko jest dokładnie takie, jakie się wydaje i każdy może skrywać wiele tajemnic. To także opowieść o poświęceniu, przyjaźni i miłości - szczególnie tej rodzicielskiej. Dlatego też, polecam Wam sięgnięcie po tę książkę, a szczególnie tym osobom, jakie miały już do czynienia z poprzednimi tomami. 
      Jeśli chodzi o bohaterów, większość z nich znowu się powtarza. Dlatego nie mogło zabraknąć oczywiście tytułowego bohatera, jego uroczej siostrzyczki Botki, jak także wielu innych postaci. Część z nich ma nieco bardziej rozbudowane wątki, jak chociażby szczur Riperd, ale oprócz tych znanych "twarzy" pojawiły się także nowe - między innymi Hamnet wraz ze swoim synkiem Hazardem. Każdy z bohaterów miał swoje lepsze i gorsze cechy charakteru, ale uważam, że wszyscy zostali bardzo ciekawie wykreowani. 
      Stąd też, podsumowując, polecam Wam sięgnięcie po tę historię. Zdecydowanie jest najbardziej emocjonalną ze wszystkich części. W wielu momentach wywołuje stan napięcia, gdy w innych sprawia, że czytelnik uśmiecha się sam do siebie, a jeszcze w innych mimowolnie wzrusza... Dlatego też, jeśli zadowoliły Was chociaż w niewielkim stopniu poprzednie tomy opowiadające o Gregorze, uwierzcie mi, że sięgając po tę część, nie zawiedziecie się. Jak dla mnie (powtarzam to po raz kolejny) - najlepsza z wszystkich, jakie do tej pory czytałam. Zarówno dla młodszych, jak i dla tych nieco starszych - bo jak widzicie, mnie również pochłonęła bez reszty.
       Niebawem znów postaram się coś dla Was napisać - w tym miesiącu szykuję jeszcze co najmniej dwie recenzje, bo wiem, że w kwietniu raczej czytanie odłożę sobie na dobre. Oprócz tego zapowiada się też kilka muzycznych wpisów, jak też przemyśleń. Póki co - trzymajcie się! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

Zdjęcie okładki znalezione: tutaj.

niedziela, 20 marca 2016

     Dawno na blogu nie pojawiło się nic z serii tych moich luźnych przemyśleń. Jednak sporo się ich ostatnio nazbierało, dlatego też postanowiłam, że dzisiaj podzielę się z Wami kilkoma sprawami, jakie zaprzątają moje myśli. Czasami do tych wpisów inspirują mnie konkretne wydarzenia bądź ludzie, lecz równie często to moje własne, że tak to ujmę, "rozkminy", jakie mimowolnie pojawiają się w głowie. Tym razem chcę poruszyć dwa tematy, które wiążą się z zadanymi w tytule pytaniami. Stąd też, by nie przedłużać tego wstępu, zapraszam do przeczytania poniższych punktów. 

1. Jak to jest z tym pomaganiem?

Zatłoczony autobus. Jednym z wejść chce wsiąść starsza kobieta ze sporą torbą w ręku. Ciężko jej wyjść po schodach, a autobus zaraz ruszy. Wszyscy stojący zaraz przy tych drzwiach, udają, że tego nie widzą. Aż nagle pewien obcokrajowiec łapie panią za ręka i ciągnie ku górze, pomagając jej jednocześnie usiąść na swoim dotychczasowym miejscu. Co więcej, ten sam człowiek bierze od niej bilet i przepycha się do kasownika, po czym wraca uśmiechnięty do starszej kobiety, która z ogromną wdzięcznością śle ku niemu słowa podziękowania. I nieważne, że nie rozumieją się wzajemnie (on nie zna polskiego, pani z kolei angielskiego) - wystarczy jeden uśmiech, by wiedzieć, że dla niego nie był to żaden problem, z kolei pani cieszy się, że istnieją jeszcze ludzie, jacy potrafią tak po prostu komuś pomóc.

     Mogłabym rzec, że powyższa, krótka sytuacja jest czystym wymysłem mojego mózgu. Jednak nie, Moi Drodzy. Osobiście widziałam to wydarzenie i zapewne sama robiłabym za tego wspomnianego człowieka, gdyby nie fakt, że uprzedził mnie, próbującą się przepchać przez tłum ludzi. Ale wiecie co? To było naprawdę inspirujące. Pokazało, że wbrew pozorom istnieją osoby, które nie będą tylko biernie się czemuś przyglądać, a pomogą, jeśli zajdzie taka potrzeba. 
    Jednak jak to jest z tym pomaganiem? Cóż, altruizm towarzyszy nam od zawsze. U jednych jest on niewielki, kiedy inni mają go aż za dużo. Wtedy z kolei pojawia się tzw. "syndrom zbawiciela", który też nie zawsze działa na korzyć. Więc czy warto pomagać? Osobiście uważam, że jak najbardziej, ale bez przesady. Z natury jestem osobą dosyć empatyczną i jeśli tylko widzę, iż ktoś ma problem, staram się pomóc mu go rozwiązać. Podobnie, w tak banalnych, codziennych sytuacjach, nie mam zawahań chociażby przed tym, by pomóc starszej osobie ponieść zakupy widząc, jak się z nimi męczy. Ale równie dobrze wiem, że nie można przesadzić. Często nadmierne pomaganie innym, niszczy nas samych. Łatwo jest przekroczyć tę granicę, a później okazuje się, że nie usłyszymy nawet zwykłego "dziękuję", a zamiast tego otrzymamy burę za to, że niby przez nasze doradzanie, nic nie wyszło  tak, jak powinno. Niestety, ale my, ludzie, mamy skłonność do obwiniania wszystkich, tylko nie siebie samych. Dlatego by nie zderzyć się z przykrą rzeczywistością, że de facto dana sytuacja miała miejsce, bo my o niej tak zdecydowaliśmy, wolimy twierdzić, iż to z powodu sugestii osoby trzeciej postanowiliśmy zrobić coś tak, a nie inaczej. 
     Stąd też, jeśli chodzi o pomaganie, wyznaję zasadę, że trzeba znaleźć ten tzw. "złoty środek". Często można komuś pomóc w bardzo prosty sposób sprawiając, że dzień takiego człowieka od razu stanie się lepszy, a na jego twarzy pojawi się uśmiech. Ale jednocześnie nie powinniśmy być zbyt dużymi altruistami, bo okaże się, że przyniesie nam to mnóstwo przykrych słów usłyszanych od innych. To z kolei zaboli, bo przecież chcieliśmy dobrze, czyż nie? Dlatego nie bójmy się pomagać, ale róbmy to też z głową, a nie na siłę. Jeśli ktoś będzie potrzebował naszej rady czy pomocy, na pewno zwróci się do nas z taką prośbą. 

2. "Kto z kim przystaje, takim się staje" - czy aby na pewno?

     Ostatnio jakoś tak spędzając sobie wieczór przy melancholijnych utworach, zaczęłam zastanawiać się nad tym powiedzeniem. Myślałam sobie, jak to jest ze mną - wiecie, czy pod wpływem towarzystwa, w którym się znajduję, zmieniam jakieś własne cechy. Jednocześnie rozważałam, jakby to było, gdybym parę lat wcześniej np. zaprzyjaźniła się z kimś innym. Czy wtedy stałabym się całkowicie odmiennym człowiekiem, niż jestem teraz? A może to nie chodzi o fakt, że towarzystwo wpływa na nasze zachowanie i zmianę osobowości, bo ona nigdy się nie zmienia, tylko to my otaczamy się ludźmi podobnymi do nas? Mnóstwo pytań, tak niewiele odpowiedzi. 
     Ostatecznie doszłam do wniosku, że nie ma co gdybać, co by było, jakbym parę lat wcześniej spędzała czas z kimś innym, bądź np. obecnie przebywała usilnie z taką, a nie inną osobą. Widocznie tak miało być i była to moja dobrowolna decyzja. Dlatego chyba bardziej skłaniam się ku temu, że moja osobowość pozostaje niezmienna, tylko to ja odkrywam z każdym kolejnym dniem, miesiącem czy rokiem, jakieś nowe jej cechy. Być może dzięki przebywaniu w takim, a nie innym towarzystwie, nagle zauważam, że jestem bardziej sarkastyczna niż myślałam, czy też potrafię mieć większy dystans do wszystkiego, niż mi się wydawało. To tylko suche przykłady, niekoniecznie w stu procentach odnoszące się do mnie samej. Chodzi mi jedynie o fakt, że raczej ludzie, jacy pojawiają się w naszym życiu, nie robią tego "ot, tak". To my decydujemy, czy spędzanie z nimi czasu sprawia, że czujemy się dobrze czy może wręcz przeciwnie - a wtedy przecież odcinamy się od takich znajomości i zostajemy przy tych "dobrych". 
      Jednak w pewnym sensie mam wrażenie, że jest odrobina prawdy w powyższym powiedzeniu. Czasami pod wpływem osoby, na której bardzo nam zależy, potrafimy nieznacznie się zmienić. Wtedy to staramy się przede wszystkim stać się lepszymi dla takiego człowieka. Im więcej przebywamy w danym towarzystwie, tym bardziej, że tak to ujmę, przesiąkamy cechami, które do tej pory nie były w nas aż tak widoczne. Często też zapominamy o takich, jakie irytują to nasze towarzystwo. Dlatego też z jednej strony, uważam, że w większości przypadków sami decydujemy o tym, z kim chcemy spędzać czas, a z drugiej strony, często mimowolnie pod wpływem innych, my sami się zmieniamy. Najważniejsze jednak, by nie stało się to na gorsze - bo jeśli zaczniemy staczać się na pewne dno, gubiąc własne wartości, zatracimy samych siebie. 

     To już wszystko, jeśli chodzi o dzisiejsze, krótkie przemyślenia. Zapowiadałam je od dawna, stąd postanowiłam w końcu wcielić je w życie. Natomiast te dwa tematy nasunęły mi się na myśl mimowolnie. Pierwszy zainspirowany prawdziwą sytuacją, z kolei drugi jakoś tak wytworzył się w mojej głowie. Ciekawi mnie zatem teraz, jak Wy odpowiedzielibyście na zadane w tytule tego wpisu pytania. Czekam na Wasze sugestie! :) 
    Niebawem na blogu pojawią się kolejne recenzje książek, muzyczny wpis oraz prawdopodobnie kolejna porcja cytatów własnych. Piszę, póki mogę, bo wiem, że kwiecień i maj nie będzie już tak produktywny tutaj, na blogu. Póki co - trzymajcie się!

środa, 16 marca 2016

Autor: Suzanne Collins
Tytuł: Gregor i Przepowiednia Zagłady
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 336
Ocena: -5/6
   Jakiś czas temu, miałam okazję sięgnąć po pierwszą część serii o Gregorze. Pamiętam, że wtedy spodobała mi się ta historia i chociaż nie do końca trafiała w moje gusta, to była całkiem wartościową lekturą, jaką to z czystym sercem mogłabym polecić w szczególności młodszym czytelnikom. Polubiłam tamte postaci, dlatego też postanowiłam na nowo przenieść się do Podziemia, sięgając po kolejną część przygód Gregora. Stąd też dzisiaj chciałabym zaprosić Was do przeczytania recenzji książki Suzanne Collins - "Gregor i Przepowiednia Zagłady". Mimo że jest to lektura dosyć przewidywalna i nadal utrzymuję przekonanie, że jest to bardziej seria dla młodszych czytelników, to możliwe, iż tych starszych przeniesie na chwilę do świata dzieciństwa. 
     Ten akapit może zawierać spoilery pierwszej części. Gregorowi udało się odnaleźć zaginionego tatę i od momentu, gdy musiał wypełnić Niedokończoną Przepowiednię, minęło już sporo czasu. Wydawać by się mogło, że wszystko powoli wraca do normy, a jednak któregoś dnia cały świat chłopca znów wywraca się do góry nogami. Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia i pewnego popołudnia Gregor wraz z Botką wybiera się na sanki do parku. Kiedy tak bawi się z siostrą, nagle dziewczynka znika mu z oczu. Przerażony chłopiec próbuje ją odnaleźć i wkrótce okazuje się, iż została porwana... przez Podziemnych! Gregor wraca do Regalii, gdzie czeka go kolejne zadanie. Tym razem musi wypełnić Przepowiednię Zagłady - inaczej cała kraina wkrótce legnie w gruzach. Na czym będzie polegać przepowiednia? Czy uda mu się spełnić swoją misję? Jakie zagrożenia na niego czekają? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań, znajdziecie oczywiście sięgając po książkę "Gregor i Przepowiednia Zagłady". 
     Muszę przyznać, że podobnie jak przy pierwszej części, bardzo szybko czytało mi się tę książkę. Przede wszystkim wpływa na to fakt, że fabuła sama w sobie nie jest bardzo skomplikowana. To prosta historia o chłopcu, który został wybrany, by spełniać różnego rodzaju przepowiednie. Podobnie, jak poprzednio, oczywiście nie mogło zabraknąć Botki, czyli dwuletniej siostrzyczki Gregora. Myślę, że ubarwia ona całą tę historię i dodaje jej nieco uroku. Sama fabuła natomiast, jak wspomniałam, jest dosyć prosta i prawdę mówiąc, w wielu momentach przewidywalna. W pierwszym tomie jakoś mnie to nie raziło. W tym również nie tyle mnie to denerwowało, co po prostu w pewnych momentach lekko nużyło. Jednak mimo wszystko, czytałam kolejne rozdziały i w pewien sposób wciągałam się w te wszystkie wydarzenia, jakie towarzyszyły bohaterom. Zdecydowanie najbardziej na plus działa zakończenie, bo tutaj akurat pojawiło się lekkie zaskoczenie i przyznam się szczerze, że nie wpadłabym na to wcześniej. Dlatego też, zachęciło mnie ono do przeczytania kolejnych części przygód Gregora, bo mam nadzieję, że w następnym tomie wyjaśnione zostały niektóre sytuacje. Stąd też, ten tom jest dosyć przyjemny w odbiorze, może momentami zbyt przewidywalny, ale wyróżnia się zdecydowanie świetnym, zaskakującym zakończeniem. 
     Jeśli chodzi o bohaterów, działają tutaj zdecydowanie na plus. Oczywiście w dalszym ciągu darzę sympatią Gregora, który jest chłopcem pełnym dojrzałości jak na swój wiek. Troszczy się o innych, a jednocześnie jeśli chce, potrafi postawić na swoim. Najbardziej jednak uroczą postacią jest Botka, którą wręcz uwielbiam. W tej części jest jej nieco mniej, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie podczas czytania, lecz mimo to, cieszę się, że w dalszym ciągu fabuła kręci się wokół tej dwójki rodzeństwa. Oprócz znanych postaci jak Luksa, Vicus czy nietoperz Ares, pojawiają się nowi bohaterowie, jak chociażby Horward, którego również polubiłam. Stąd też uważam, że autorka dobrze wykreowała swoje postacie. 
     Podsumowując, "Gregor i Przepowiednia Zagłady", to kolejne przeniesienie czytelnika do świata Podziemia, w którym wszystko może się wydarzyć. Jeśli więc czytaliście pierwszy tom i zaskoczył Was on pozytywnie, to sięgnięcie po kontynuację jest wręcz obowiązkowe. Myślę, ze również Wam się spodoba. Co prawda, osobiście wyrosłam już chyba z tego typu literatury, ale przyznaję, że czas spędzony z tą książką stanowił dobrą odskocznię od bardziej refleksyjnych lektur, po jakie najczęściej sięgam. Dlatego też - polecam, szczególnie jeśli szukacie jakiejś relaksującej, niezobowiązującej historii. 
     Niebawem znów postaram się coś tutaj napisać. Chociaż pomysły są, czasami brakuje czasu bądź też siły, ale spokojnie - mimo wszystko pamiętam o swoim "Chaosie myśli" i raczej nie zapowiada się bym kiedykolwiek o nim zapomniała. Póki co - trzymajcie się! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 

Zdjęcie okładki znalezione: tutaj.

niedziela, 13 marca 2016

Autor: Victoria Scott
Tytuł: Kamień i sól
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 365
Ocena: 6+/6

"Udział w piekielnym wyścigu przypomina uzależnienie od narkotyków. Jeden mały krok prowadzi do następnego i zanim się zorientujesz, znajdujesz się w sytuacji bez wyjścia. Nie masz pojęcia jak to się stało, ze twoje życie tak bardzo oddaliło się od tego, co było wcześniej."

     Na książkę "Kamień i sól" autorstwa Victorii Scott czekałam od dawna. Gdy po raz pierwszy zetknęłam się się z jej twórczością, sięgając po pierwszy tom tej niezwykłej historii o Piekielnym Wyścigu, przepadłam bez reszty. Dlatego też, gdy pojawiła się kontynuacja, wiedziałam, że wcześniej czy później trafi do moich rąk, a ja spędzę z nią kolejne, pełne napięcia, chwile. Nie myliłam się. Tej książki się nie czyta. Ją się pożera, całkowicie i w mgnieniu oka. Od pierwszych stron, wciągnięta zostałam na nowo do świata pełnego niebezpieczeństw i walki. Nie mogłam się wręcz od niej oderwać i teraz, będąc dosłownie dopiero co po odłożeniu jej na półkę, nie jestem w stanie pozbierać do końca myśli. To było genialne i wręcz powiem jedno - chcę więcej, mając nadzieję, że autorka stworzy kolejną część, bo to nie może się  tak skończyć! 
     Ten akapit może zawierać spoiler pierwszego tomu. W książce "Kamień i sól" czytelnik ponownie spotyka się z losami Telli oraz pozostałych uczestników, którzy do tej pory ukończyli już dwa ekosystemy. Czekają na nich zatem kolejne przeszkody, lecz każdy z nich będzie walczyć do końca, bo od nich zależy to, czy bliskie im osoby odzyskają zdrowie. Dżungla i pustynia były dopiero rozgrzewką przed tym, co czeka na bohaterów, podczas wydarzeń na oceanie oraz w górach, jak przede wszystkim na ostatnim odcinku, kiedy tak niewiele już będzie dzielić ich od mety... Tella ponownie maszeruje w tej samej grupie osób, rzecz jasna w towarzystwie Guy'a - mężczyzny, który jest jej niezwykle bliski, lecz obydwoje zdają sobie sprawę, że podczas Piekielnego Wyścigu wszelkie uczucia nie są zbyt dobre. Co więcej, pojawia się też kilka nowych postaci, w tym intrygujący Cotton... Jak zatem potoczą się losy bohaterów? Czy Tella wygra wyścig i tym samym otrzyma lek, który wyleczy jej ukochanego brata? Jak rozwinie się jej relacja z Guy'em? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań, znajdziecie oczywiście sięgając po genialną książkę Victorii Scott. 
     Czułam, że się nie zawiodę, kiedy sięgnę po kontynuację "Ognia i wody", jednak to, co zrobiła autorka w tej książce, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Czuję się tak bardzo rozdarta emocjonalnie i mnóstwo wydarzeń w tej książce sprawiło, że momentami otwierałam usta w szerokim zdziwieniu czy też czułam, jak po moim policzku spływają pojedyncze łzy... W pewnym sensie obawiałam się, czy drugi tom udźwignie tę dawkę emocji i przede wszystkim napięcia, jakie towarzyszyło czytaniu pierwszej części. Jednak, jak wspomniałam wyżej, od pierwszych stron na nowo zostałam wprowadzona do mrocznego świata Piekielnego Wyścigu, chłonąc każde, kolejne słowo i wraz z następnymi stronami, chcąc więcej i więcej. Będąc już przy końcu tej książki, jakaś część mnie broniła się przed czytaniem, by jak najdłużej pozostać w tym świecie, a z drugiej strony nie mogłam się doczekać zakończenia. No właśnie - i jeśli o nie chodzi, nie umiem wykrztusić ani słowa. Nie wierzę, że książka skończyła się w ten sposób i w pewnym sensie mam nadzieję, że autorka pokusi się o napisanie kolejnego tomu. Bo to zakończenie było naprawdę zaskakujące, ściskające za gardło, a jednocześnie dające jakieś poczucie nadziei. 
      To, co jednak najbardziej podoba mi się w tej książce, to fakt, że pomimo bycia młodzieżówką w stylu fantasy, jest to opowieść o niezwykłym poświęceniu dla bliskich i o tym, że to od nas zależy, czy nawet w ekstremalnych warunkach pozostaniemy sobą. Jest to także historia, która mimo wielu brutalnych i mrożących krew w żyłach wątków, ma w sobie tak wiele jakiegoś ciepła. Szczególnie widać to w momentach, gdy Tella wraca pamięcią do swojego życia jeszcze przed wyścigiem bądź też rozmyśla o swoim kochanym bracie, Cody'm. Każdy taki fragment w jakiś sposób chwytał mnie za serce i niezwykle wzruszał. Przede wszystkim jednak w tej książce cudowny jest fakt, że wątek miłosny, który się pojawił, nie przyćmiewa całości, a wręcz przeciwnie - nadal stanowi delikatną odskocznię, która nie jest przesadna, a jednocześnie dodaje uroku. Dlatego też Tella i Guy staną się dal mnie chyba kolejną, ulubioną książkową parą. Zdecydowanie. 
     Jeśli chodzi o bohaterów, Tella przeszła niezwykłą metamorfozę. Z osoby, która początkowo była nieco zagubiona i w pierwszym tomie polegała przede wszystkim na pomocy Guy'a, teraz stała się bardziej pewna siebie i dążąca do osiągnięcia swojego celu. Jednocześnie nie zmieniła się w oschłą dziewczynę, nadal pozostając w głębi duszy niezwykle dobrą i wrażliwą osóbką, troszczącą się o innych. Również Guy w dalszym ciągu podbija moje serducho - uwielbiam tego bohatera. Tak naprawdę tych postaci jest mnóstwo i wywołują różne uczucia - jednych lubi się bardziej, kiedy inni niezwykle irytują. Tak czy siak, uważam, że autorka świetnie wykreowała swoich bohaterów. 
     Przechodząc już powoli do końca tej recenzji, nie mam się do czego tak naprawdę przyczepić. Pokochałam serię stworzoną przez Victorię Scott całym swoim serduchem i czekam na inne jej książki, bo wierzę, że podobnie wywołają we mnie mieszankę emocji. Co więcej, nie sposób nie wspomnieć o tym, jak przecudna jest oprawa graficzna. Okładki obydwu części są przepiękne i mają na moje półce zdecydowanie honorowe miejsce. Stąd też, mogę Was zapewnić, że jeżeli wciągnęła Was opowieść zawarta na kartach "Ognia i wody", tak drugi tom pochłonie Was jeszcze bardziej i nie będziecie chcieli rozstawać się z wszystkimi bohaterami i tym światem wykreowanym przez autorkę. Dlatego nie wahajcie się, lecz sięgajcie czym prędzej po historię Telli i dajcie się porwać do Piekielnego Wyścigu... 
      Niebawem znów postaram się coś tutaj napisać, ale w tygodniu najczęściej brakuje mi czasu. Niemniej, być może pojawią się jakieś przemyślenia czy też kolejne recenzje - zobaczymy. Póki co - trzymajcie się! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

Zdjęcie okładki znalezione: tutaj.

sobota, 12 marca 2016

     Bardzo lubię pisać o muzyce, co zresztą mogliście już niejednokrotnie zauważyć. Dlatego też dzisiejszego wieczoru na nowo postanowiłam zabrać Was do świata utworów, jakie idealnie trafiają w mój gust. Ostatnio jednak coraz częściej "sięgam" po kawałki całkowicie spokojne i w pewnym sensie nieco melancholijne. Być może to jakiś spadek nastroju, a może po prostu właśnie przy takich spokojnych, klimatycznych piosenkach, o wiele więcej myśli pojawia się w mojej głowie, które następnie skrupulatnie przelewam na papier. 
   Dlatego też, dzisiaj będzie częściowo po polsku, częściowo po angielsku - jednak każdy z poniższych utworów, jaki krótko Wam przedstawię opisując dlaczego właśnie on skradł moje serce, jest magiczny i sprawia, że mogę słuchać go bez końca. Ba! Wręcz znam już teksty na pamięć. Stąd by już nie przedłużać, zapraszam Was do przeczytania poniższych punktów. 

1. Sia - "Breathe me"

"Ouch I have lost myself again
Lost myself and I am nowhere to be found."

    Uwielbiam głos tej wokalistki. Chyba właśnie dlatego od dawna towarzyszy mi jej twórczość - zanim jej kawałki zaczęły pojawiać się w stacjach radiowych. Zarówno obecne utwory, jak i te, które poznałam dużo wcześniej wywołują we mnie mnóstwo emocji. Jednak to właśnie od "Breathe me" zaczęła się moja przygoda z tą wokalistką i cóż... przepadłam na dobre.
     Nawet nie umiem chyba dobrać odpowiednich słów, by opisać co czuję, kiedy słucham tego utworu. Myślę jednak, że bije od niego przede wszystkim ogromna potrzeba bliskości. Podmiot tekstu jest tak zagubiony, tak pełen niepewności i jakiegoś wewnętrznego bólu i jedyne, czego potrzebuje to poczucia bezpieczeństwa. Kogoś, kto będzie obok i stanie się przyjacielem, który tak po prostu rozłoży ręce i przytuli, dając siłę na to, by przetrwać każdy, kolejny dzień.
     Smutny, ale jednocześnie piękny utwór, skłaniający do przemyśleń i wywołujący lekki dreszczyk - wszystko to powoduje głos Sii, tak bardzo głęboki, ale momentami wręcz się "łamiący". Idealnie oddaje to wydźwięk całości i komponuje się z tekstem. Co więcej, mnie osobiście te zaledwie ponad cztery minuty za każdym razem wzruszają tak samo mocno. Polecam wam przesłuchać zatem poniższy link, jeśli nie znaliście tego utworu wcześniej.


 

2. The Dumplings - "Kocham być z Tobą"

"Nie chce odwiedzać już
Fikcyjnych miejsc i postaci. (...)
Nie chce zasypiać już
Męczą ją nocne podróże."

    Ten utwór, jak i tak naprawdę duet o nazwie "The Dumplings" odkryłam całkowicie przypadkowo. Słuchając sobie różnych piosenek, nagle trafiłam właśnie na "Kocham być z Tobą". Początkowo nie byłam pewna, jakie emocje we mnie wywołuje, ale spróbowałam ponownie i w końcu nieustannie wciskałam "replay", chłonąc każde słowo tekstu, każdy, najdrobniejszy szczegół linii melodycznej, aż nauczyłam się tych paru zdań na pamięć i zaczęłam je podśpiewywać pod nosem. 
    Nie mam pojęcia, o czym tak naprawdę opowiada ten tekst, bo myślę, że tylko autor zna odpowiedź na to pytanie. Z jednej strony wydawać by się mogło, że opowiada on o toksycznej nieco relacji - gdzie kobieta kocha kogoś, lecz ta miłość jest pełna przemocy. Z drugiej jednak strony, sama czuję to nieco inaczej. Mam wrażenie, że tekst faktycznie opowiada o uczuciu jakim jest miłość, ale niekoniecznie jednocześnie o przemocy. Dla mnie to utwór o tym, jak bardzo czasami kochamy z kimś być i... ta miłość jest tak ogromna, że to aż wręcz boli. Nie możemy wytrwać nawet chwili bez tej osoby i kładąc się spać, nawet w snach nie opuszcza nas widok tego człowieka. Bo ta miłość, być może niesie ze sobą czasami ból, ale nie potrafimy się od niej odciąć... 
      Mogę tego słuchać bez końca i mi się nie znudzi. Aż nie wierzę, że poznaję tak świetnych polskich artystów z takim opóźnieniem. Oczywiście po przesłuchaniu tego utworu, zabrałam się za inne piosenki The Dumplings i jestem urzeczona. Stąd też, polecam Wam przesłuchać poniższy link. 



 

3. The Disturbed - "Sound of silence" 

"Hello darkness, my old friend
I've come to talk with you again..."

    Myślę, że samego utworu przedstawiać Wam nie muszę, bo każdy zna oryginalną wersję (a przynajmniej większość osób). Natomiast sama mogę polecić Wam "Sound of silence" w wykonaniu grupy Disturbed. Na ogół ten zespół ma na swoim koncie naprawdę mocno brzmiące kawałki, dlatego taki przerywnik w ich twórczości jest genialny. Gdy tylko pierwszy raz usłyszałam ten utwór w ich wersji, od razu się w niej zakochałam i mogę słuchać tego cały czas. 
      Sam utwór jest po prostu magiczny. Wywołuje on ciarki na moim ciele i dotyka gdzieś głęboko skrawków mojej duszy. Tak bardzo skłania do przemyśleń, niesie ze sobą ogrom emocji i niezwykle wzrusza. Idealny właśnie nocną porą, kiedy w tle lśni jedynie blask świecy, a ja mogę tego słuchać, rozmawiając na nowo z moją przyjaciółką, ciemnością, i przy jej towarzystwie, tworząc własne teksty, w które wplatam tyle emocjonalności, ile sama jestem w stanie udźwignąć. 
     Piękny utwór, który z całego serca polecam Wam przesłuchać. Uwierzcie mi, nie pożałujecie i być może dzięki tej wersji, zwrócicie też uwagę na sam zespół Disturbed i inne ich kawałki? Kto wie. Dlatego też, polecam przesłuchać poniższy link. 

   

    To już wszystko jeśli chodzi o dzisiejszy wpis, a wraz z nim zabranie Was na chwilę do świata pełnego muzyki. Być może trafiłam w Wasze gusta, bądź też to całkowicie nie są Wasze klimaty. Jednak mnie w jakiś sposób zachwycił każdy z powyższych tytułów, dlatego postanowiłam podzielić z Wami, Drodzy Czytelnicy, własnymi wrażeniami.
     Niebawem pojawi się tutaj recenzja kolejnej książki, którą obecnie czytam - ba! to złe słowo. Ja ją wręcz pożeram, z każdą stroną chcąc więcej i więcej. Póki co - trzymajcie się!

Wszystkie utwory znalezione na: youtube
Fragmenty tekstów znalezione na: tekstowo

piątek, 11 marca 2016

Autor: Anna Bednarska
Tytuł: Trudny mężczyzna
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 512
Ocena: 5.5/6
    Coraz częściej sięgam po książki naszych rodzimych autorów. Czasami spotykam się z małymi rozczarowaniami, lecz o wiele częściej czekają mnie niezwykle pozytywne niespodzianki. Stąd też ponownie postanowiłam sięgnąć po książkę, która wyszła spod pióra polskiej autorki. Muszę przyznać, że w ostatecznym jej rozrachunku, jestem urzeczona tą niby prostą i momentami przewidywalną historią. Przede wszystkim dlatego, że książka "Trudny mężczyzna" Anny Bednarskiej to opowieść z życia wzięta - bez zbędnego ubarwiania i koloryzowania pokazuje, jak często spotykamy się z różnymi sytuacjami. Nie żałuję, że po nią sięgnęłam i śmiało mogę polecić ją każdemu. 
     Główną bohaterką tej książki, jak i jednocześnie narratorką całej historii jest Olga. To kobieta, która wydawać by się mogło, że ma wszystko to, co powinno składać się na szczęście. Pracuje w portalu "Magia życia", w którym opisuje między innymi sny, otacza się przyjaciółmi, a jej ukochany, Adam, to obiecujący pisarz. Jednak to, czego jej brakuje, to poczucia stałości  w swoim związku. Przez większość czasu Olga nie widuje się ze swoim chłopakiem, który mieszka i tworzy w Warszawie, a kiedy już to następuje, liczy ona każdą sekundę, by następnie znowu zderzyć się z rzeczywistości, w której Adam jest daleko. Jednak któregoś dnia, na jednej z imprez u znajomych - Majki oraz Rafała, Olga poznaje Radka. Mężczyzna od pierwszego spojrzenia ją urzeka i sprawia, że serce mocniej bije... Okazuje się więc, że kobietę czeka starcie z dwoma "trudnymi mężczyznami". Pytanie tylko jak z niego wybrnie? Czy jej związek z Adamem w ogóle ma sens? Co z Radkiem - czy on również poczuje coś więcej? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań znajdziecie oczywiście sięgając po książkę Anny Bednarskiej. 
     Tak, jak napisałam, ta książka jest dosyć przewidywalna i początkowo nie mogłam wpaść w odpowiedni rytm czytania. Co prawda, szło mi to całkiem szybko, ale nie umiałam jakoś wczuć się w tę całą historię. Jednak im dalej, tym było lepiej i już każda kolejna strona coraz bardziej mnie urzekała przede wszystkim swoją autentycznością. Jak już wspomniałam we wstępie, tutaj nie ma ubarwiania, a jest życie samo w sobie ze wszystkimi swoimi zaletami, ale również wadami. Ta książka uświadamia czytelnikowi naprawdę wiele. Pokazuje, że czasami wpadamy w toksyczne relacje, z których nie potrafimy przez długi czas się uwolnić. Tworzymy sobie własne tłumaczenia wielu spraw, byle nie musieć zetknąć się z bolesną prawdą. To również historia, jaka w pewnym sensie pokazuje, że być może przeznaczenie istnieje, a wystarczy w nie jedynie uwierzyć. Co więcej, liczy się by znaleźć tę "właściwą gałąź", a wtedy wszystko będzie dokładnie takie, jak powinno. Ale nie jest to jedynie opowieść o miłości i typowy romans, co to, to nie. Stykamy się tutaj również z pojęciem zdrady i tym, jak mroczna potrafi być, wypalając w człowieku wiele wartości. Jednak jest to także historia dająca nadzieję na lepsze jutro, na miłość, szczęście, wybaczenie czy spełnienie swoich najskrytszych pragnień. Stąd też ostatecznie jestem nią urzeczona i myślę, że jeszcze przez jakiś czas nie będę w stanie pozbyć się tej historii ze swoich myśli. 
      Jeśli chodzi o bohaterów, uważam, że zostali dobrze wykreowani. Były te postaci, które polubiłam całym swoim serduchem, ale również takie, za którymi do końca nie przepadałam. Oczywiście zacznę od Olgi. Początkowo lekko mnie denerwowała tym, jak usilnie próbowała tłumaczyć Adama, chociaż w głębi duszy wiedziała, że nie jest z nim do końca szczęśliwa. Jednak stopniowo zaczęłam darzyć ja sympatią i zdecydowanie bardzo ją polubiłam. Szczególnie, że ze wszystkich postaci była najbardziej zdeterminowana do zmian i miała jednocześnie wrażliwą duszę. Jeśli chodzi o tych dwóch mężczyzn w jej życiu, zdecydowanie polubiłam Radka - miał to "coś", co przyciąga. Natomiast Adam od początku nie zyskał jakoś mojej specjalnej sympatii. Z kolei skupiając uwagę na znajomych Olgi, tutaj najbardziej polubiłam Zuzę. Jakoś ta cała pozostała "paczka" Olgi jakoś tak nieszczególnie do mnie przemawiała. Zdecydowanie najbardziej intrygującą postacią był Piotr. Myślę, że ogólnie rzecz biorąc, autorka stworzyła ciekawe kreacje bohaterów.
        Szczerze powiedziawszy, jakoś nie mam się do czego specjalnie przyczepić. Może jedynie do tego, że ciężko było mi się wgryźć w tę książkę. Poza tym całość jest na bardzo dobrym poziomie, w tym język. Prosty i przyjemny w odbiorze, a jednocześnie zdarzyły się fragmenty z przesłaniem. Stąd też, przechodząc już do końca tej recenzji, polecam Wam sięgnąć po tę historię. "Trudny mężczyzna" Was nie zawiedzie i kiedy już wpadniecie w rytm czytania, nie będziecie w stanie oderwać się od tej książki, chcąc wiedzieć więcej i więcej. 
       Niebawem znów postaram się coś tutaj napisać, ale sami widzicie jak to jest z tym moim czasem (a raczej jego brakiem i ciągłym zabieganiem). Niemniej, będę tworzyć nadal, na pewno blog będzie istnieć cały czas. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
     
Zdjęcie okładki znalezione: tutaj.

niedziela, 6 marca 2016

Autor: Faye Kellerman
Tytuł: Pętla
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 592
Ocena: -5/6

     Bardzo często sięgam po literaturę obyczajową czy też tkliwe historie miłosne. Tak już mam, że uwielbiam książki, w których mnóstwo jest emocji i opisywane są głównie uczucia. Jednak od czasu do czasu mam ochotę sięgnąć po coś innego, a wtedy są to szczególnie kryminały. Dlatego też dzisiaj chciałabym zrecenzować książkę "Pętla" autorstwa Faye Kellerman. Muszę przyznać, że obawiałam się tej lektury a właściwie tego, czy udźwignie ciężar bycia dobrym thrillerem, bo sporo już się ich naczytałam w swoim życiu i przyznam szczerze, że poprzeczka została postawiona wysoko. Jednak książka stworzona przez Faye Kellerman wciągnęła mnie całkowicie tak, że nie mogłam się od niej oderwać i przerwę zrobiłam dopiero wtedy, gdy moje oczy naprawdę miały dość i potrzebowały trochę snu. 
     Głównym bohaterem tej książki jest Peter Decker - porucznik, który w tym czasie próbuje zająć się dwiema sprawami. Otóż w tej książce równolegle rozgrywają się dwie historie. Z jednej strony jest Terry - kobieta, która ma czternastoletniego syna Gabe'a i szalonego męża, Chrisa, od którego pragnie się uwolnić. Nieoczekiwanie jednak znika, lecz co ciekawsze, zostawia swojego syna. Na szczęście porucznik Decker postanawia na czas odnalezienia kobiety, zająć się czternastoletnim chłopcem. Z drugiej strony natomiast, większość akcji rozgrywa się wokół brutalnego morderstwa. Młoda kobieta zostaje znaleziona na placu budowy, gdzie ktoś powiesił jej ciało na kablu... Podejrzanych jest mnóstwo - począwszy od jej chłopaka, poprzez przyjaciół, aż w końcu po przypadkowo spotkanego przez nią, noc wcześniej, mężczyznę. Co więcej, jedno morderstwo zaczyna gonić inne... Kto zamordował młodą kobietę, Adriannę? Jaki motyw swojego postępowania miał zabójca? Co stało się z Terry? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań, znajdziecie oczywiście w książce "Pętla". 
     Początkowo nie byłam pewna czy ta książka mi się spodoba. Zaczęłam ją czytać i to, co od razu zauważyłam to fakt, że język, jakim posługuje się Faye Kellerman, jest niezwykle przyjemny w odbiorze. To z kolei sprawiło, że kolejne strony przekładałam wręcz migiem. Jednak przez pierwsze około sto stron, jakoś tak nie do końca mogłam się przekonać do zarysu całej historii i bałam się, że nie stanie się nic nieprzewidywalnego, a całość mało będzie przypominać thriller. Nic bardziej mylnego. Kiedy już się wciągnęłam i zaczęły pojawiać się coraz to nowsze wątki komplikujące całą sprawę, nie mogłam oderwać się od tej książki. Wiele wydarzeń z kolei wręcz mroziło mi krew w żyłach sprawiając, że zastanawiałam się jak ktoś może postępować tak brutalnie... Co więcej, wraz z kolejnymi rozdziałami zauważyłam pewną ciekawą cechę tej książki. Otóż wątek związany z morderstwem Adrianny jest zdecydowanie bardziej sensacyjny, kiedy ten, który łączy się z postacią Terry - w pewnym sensie obyczajowy. Bardzo mi się to spodobało i sprawiło, że książkę czytałam z coraz większym zaangażowaniem chcąc dowiedzieć się, jaki będzie ostateczny koniec obydwu tych historii. Muszę również przyznać, że nie spodziewałam się takiego zakończenia, co działa na plus - w końcu dobry thriller ma wywoływać zaskoczenie.
     Jeśli chodzi o bohaterów, uważam, że ich kreacje są świetne. Sam Peter Decker to postać, którą niezwykle polubiłam, a że już znalazłam inne tytuły napisane przez Faye Kellerman, w których śledztwo przewodzi właśnie Decker, to czuję, że to nie będzie moje ostatnie spotkanie z tym bohaterem. Sympatią obdarzyłam też dwójkę policjantów pracujących razem - Marge oraz Oliviera. Ich niektóre wymiany zdań niezwykle mnie bawiły, co działało na plus, szczególnie, że wiele innych sytuacji w tej książce, jak wspomniałam wyżej, mroziło krew w żyłach. Moją sympatię zyskała również żona porucznika - Rachel oraz czternastoletni Gabe, który okazał się nadzwyczaj dojrzałym chłopcem jak na swój wiek. Postaci w tej książce było naprawdę wiele i uważam, że zostały dobrze wykreowane. Chociaż przyczepić mogłabym się tylko do tego, że trochę za mało pojawiało się chłopaka zamordowanej Adrianny, bo uważam, że można było poświęcić mu nieco więcej uwagi, przez co całość stałaby się o wiele bardziej intrygująca. 
     Przechodząc już do końca recenzji książki "Pętla" mogę śmiało powiedzieć, że stanowiła świetne oderwanie się na chwilę od tych obyczajówek czy romansów. Wręcz przyznam, iż brakowało mi takiego dobrego, wciągającego thrillera, będącego jednocześnie tak pełnym opisów nie tylko mrożącej krew w żyłach akcji, ale również emocji bohaterów, w tym głównie jeśli chodzi o wątek zaginionej Terry i porzuconego przez nią syna, Gabe'a. Co więcej, mimo swojej objętości, czyta się ją naprawdę szybko, bo z każdym kolejnym rozdziałem, coraz bardziej wciąga czytelnika w ten pełen zawirowań świat, w którym co rusz pojawia się kolejny trop. Na domiar wszystkiego, muszę dodać, że ta książka w pewnym sensie uświadamia człowiekowi, jak bardzo brutalni potrafią być ludzie i co więcej - nigdy nie wiadomo, komu możemy zaufać, bo czasami pozory mylą... Dlatego też, osobiście polecam Wam sięgnięcie po tę książkę. Myślę, że nie pożałujecie.
     Niebawem znów postaram się coś tutaj napisać, ale jak widzicie, nieco mozolnie mi to idzie ostatnim czasem. Niemniej, kolejne lektury czekają na przeczytanie, jak również wiele myśli tworzy się w mojej głowie, stąd być może przeleję je w formie nowych felietonów. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

Zdjęcie okładki znalezione: tutaj.

czwartek, 3 marca 2016

     Nastał wieczór, podczas którego postanowiłam napisać coś nowego. Jednak to, co przyszło mi do głowy, to znowu podzielenie się z Wami kilkoma własnymi cytatami, jakie pojawiały się w mojej głowie, a które to z kolei przenosiłam jak najszybciej na papier - czy to w znaczeniu dosłownym, czy też mając na myśli ten wirtualny na fanpage'u. 
     Zanim przejdę jednak to tych swoich cytatów, chciałam najpierw Wam podziękować. Tak, Moi Drodzy, dziękuję Wam za tyle pięknych słów, jakie miałam okazję przeczytać od Was pod pierwszym wpisem z cyklu "Cytaty własne". Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo mnie podbudowaliście sprawiając, że jeszcze bardziej chcę pisać więcej i więcej. Nie spodziewałam się, że te zaledwie kilka zlepków słów tak bardzo Wam się spodobają. Dlatego dziękuję i mam nadzieję, że wraz z kolejnymi, pewnie znowu nieco melancholijnymi, cytatami, nie zawiodę Waszych gustów. 
     Stąd też, by już nie przedłużać, zapraszam do przeczytania kolejnych trzech, nowych myśli, jakie niedawno stworzyłam. Każdą z nich oczywiście pokrótce rozwinę, jak to już mam w zwyczaju. 

1. Nieuzasadniony smutek

"Istnieje taki rodzaj smutku, którego nie potrafimy do końca wytłumaczyć. Często nie mając konkretnych powodów ku temu, by się uaktywniał, on jednak to robi. To taki mały drań, który pojawia się w najmniej oczekiwanych momentach tknięty przez zaledwie jedną myśl, jaka szybko znika, a mimo to potrafiła narobić szkód. Wtedy ten smutek wychodzi ze swojego przytulnego kąta i zaczyna działać. Doszczętnie ogarnia nas całych, wypalając kolejne fragmenty, pozytywnych do tej pory, emocji. Niby niepozornie przemieszcza się coraz bardziej pomiędzy sercem, a rozumem, wywołując mieszaninę myśli i uczuć, jakie rozpoczynają swoją własną walkę. Jednak po jakimś czasie, smutek - wyczerpany swoim działaniem, zaczyna na nowo zaszywać się głęboko na dnie duszy. I chociaż stopniowo wracają do nas pozytywne odczucia, to jednak gdzieś  w sobie wciąż czujemy ten cholerny ucisk smutku, od którego momentami wręcz brakuje tchu..."

Prawdopodobnie cytat ten powstał w dniu, w którym poddawałam się melancholijnym utworom, czując właśnie taki nieuzasadniony smutek. Prawda jest taka, że czasami człowieka dopadają momenty, podczas których najchętniej zaszyłby się przed światem. Najdziwniejsze jest jednak to, że często nie ma konkretnego powodu - niby wszystko jest w porządku, a jednak kiedy zaczyna się za dużo rozmyślać, to tworzy się pozorny "problem", bądź też odczuwa się brak czegoś i wtedy pojawia się ten wewnętrzny smutek. I tak oto nastrój zaczyna spadać, aż do momentu, gdy nie weźmiemy się w końcu w garść i nie zaczniemy przywoływać na nowo pozytywnych emocji. Jednak ten smutek ciągle tli się gdzieś na dnie naszej duszy i tylko czeka na moment, by znowu zaatakować.

2. Gorsze dni

"Przychodzą czasami takie dni, podczas których nic nie idzie tak, jak powinno. Z łóżka wstaje się przysłowiową, lewą nogą i nawet poranna kawa nie pomaga. Na domiar złego, dzień mija w paśmie nieszczęść i samych pechowych sytuacji. Jedyne o czym się wówczas marzy to jak najszybciej znaleźć się w swoich czterech ścianach i przeczekać ten gorszy czas. Kiedy więc przekroczy się próg mieszkania, od razu rzuca się w kąt wszelkie obowiązki. Zakłada się swoje ulubione, grube skarpety i zapala aromatyczną świecę. W tle z kolei włącza się delikatną, klimatyczną muzykę, będącą ukojeniem dla zszarganych nerwów. Owija się ciepłym kocem, odcinając od reszty świata. I tak siedząc w półmroku, przy akompaniamencie nostalgicznych utwór, ten relaksujący rytuał dopełnia się kubkiem gorącej czekolady. Pozwala się sobie zatracić w tej krótkiej chwili przyjemności, podczas której wszelkie troski i zmartwienia dnia codziennego stopniowo zaczynają się oddalać. I jedyne co wtedy pozostaje, to spokój. Nic więcej."

Chyba każdy z nas przeżywa czasami gorszy dzień. Dosłownie nic nie idzie wtedy tak, jakbyśmy chcieli i wręcz pech ciągle się nas trzyma. Krótko mówiąc: zaczynamy mieć wszystkiego dość i chcemy jak najszybciej wrócić do swojego przytulnego kąta, z dala od otaczającego nas zgiełku, jak również ludzi. Jednak najważniejsze to znaleźć sposób na to, by ten gorszy dzień jakoś sobie umilić. Tym samym grunt to zrobić coś, co nas zrelaksuje. Każdy ma swoje ulubione zajęcia, jakie poprawiają humor. Dla jednych to zatracenie się w dobrej lekturze, dla kogoś innego - obejrzenie filmu, a jeszcze jakaś inna osoba stwierdzi, że najlepiej humor poprawia świetna muzyka. Grunt, to podnieść sobie nastrój i osiągnąć ten wewnętrzny spokój. 

3. Pewien rodzaj tęsknoty

"Tęsknota za kimś. Jedno zdanie. Trzy słowa. Trzynaście liter. Niby tak niewiele, a niesie to ze sobą ogrom sprzecznych emocji. Może powodować, że nasze serce mocniej zabije, gdy zdamy sobie sprawę, że gdzieś tam jest człowiek, który tęskni równie mocno. Czujemy wtedy to delikatne mrowienie, jakie rozlewa w nas nieskończone ciepło. Na twarzy z kolei pojawia się delikatny uśmiech, bo wiemy, że warto tęsknić. Jednak równie dobrze, tęsknota może sprawiać, że każda sekunda dzieląca nas od następnego spotkania z danym człowiekiem, dłuży się niemiłosiernie. Wraz z tym czasem, my sami czujemy się tak, jakby brakowało nam tchu. Tak, jak gdyby tęsknota zabierała nam cały tlen i sprawiała, że zapominamy, co to oddychanie. Jednak najgorzej jest wtedy, gdy nie jesteśmy pewni uczuć drugiej strony. Chociaż nasze serce wręcz krzyczy z tęsknoty, niepewność sprawia, że wszelkie nasze emocje stają się negatywne. Pojawia się uczucie, które wypala w naszym wnętrzu ogromną ranę i dopóki nie dowiemy się na czym stoimy, nic nie będzie w stanie jej zasklepić."

Wiem, że są różne rodzaje tęsknoty. Zarówno taka, kiedy tęsknimy za wydarzeniami, jakie już miały miejsce, ale również opisywana powyżej - czyli tęsknota za konkretnym człowiekiem. Jednak również i ją dałoby się rozłożyć na różne rodzaje. Mimo to, postanowiłam w powyższym cytacie skupić się na tej tęsknocie za kimś, komu oddaliśmy w pełni swoje serce. Tęsknota w końcu nieustannie towarzyszy miłości - bez względu na to, czy jest ona już stała i jakiej to jesteśmy w stu procentach pewni, czy tyczy się dopiero budzącego się uczucia, kiedy to stąpamy po niepewnym gruncie. Nie mamy wpływu na tęsknotę - ona mimowolnie się pojawia, czy tego chcemy, czy nie, to wcześniej bądź później, zaczniemy za tym kimś tęsknić.

     To już wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszą porcję cytatów. Wszystkie tak naprawdę utrzymane są w nieco melancholijnej odsłonie, ale mam nadzieję, że spodobają Wam się tak samo jak poprzednie. W końcu to dzięki Wam motywuję się do dalszego przelewania tych swoich myśli na papier.
     Niebawem znów postaram się coś tutaj napisać, między innymi recenzję książki, jaką aktualnie czytam, a może i kolejne przemyślenia? Zobaczymy. Póki co - trzymajcie się!

wtorek, 1 marca 2016

     Luty dobiegł już końca, a co się z tym wiąże, przyszedł czas na podsumowanie czytelnicze tego miesiąca, jak również stworzenie sobie wstępnych planów książkowych na marzec. Przyznam się szczerze, że jestem niezwykle zadowolona ze swojego wyniku w tym miesiącu. Jak na fakt, że do połowy lutego miałam sesję, a później różnego rodzaju obowiązki, to udało mi się przeczytać dokładnie tyle lektur, ile sobie zaplanowałam w ostatnim podsumowaniu, a nawet o jedną więcej. Zresztą tak naprawdę zaczęłam wyznawać bardziej zasadę, że liczy się to, by czytanie nadal sprawiało mi przyjemność, a nie było jedynie wyścigiem z czasem i ilością książek. Liczy się w końcu ich jakość i fakt, że dobrze (bądź czasami mniej dobrze, ale zdarza się też tak) spędziłam przy nich czas. Z kolei na marzec również nie planuję nie wiadomo jak wielkiej liczby książek, jednak wśród z nich znajdują się tytuły, na które czekałam z niecierpliwością. 
  Stąd też, by już nie przedłużać, zapraszam Was serdecznie do przeczytania poniższego podsumowania czytelniczego lutego, jak również zapoznania się z moimi planami książkowymi na trwający już miesiąc. 

1. Podsumowanie czytelnicze lutego 



W tym miesiącu udało mi się przeczytać sześć książek. Cztery z nich widoczne są na zdjęciu, z kolei dwie inne czytałam w wersji e-booka. Jednak tak, jak wspomniałam we wstępie, jestem zadowolona z wyniku, a przede wszystkim z doboru lektur - chociaż nie wszystkie były na takim poziomie, na jakim chciałabym by były. Zatem pojawiły się pozytywne zaskoczenia, ale także małe rozczarowania. Opisując pokrótce każdą z tych książek, idąc od góry:
  • Aneta Krasińska - "Szukając szczęścia" - książka, która bardzo mi się podobała ze względu na to, że porusza niezwykle istotny problem. Co więcej, napisana została prostym, ale jednocześnie dojrzałym językiem. Wspominam miło i na pewno sięgnę po inne książki tej autorki.
  • Gail McHugh - "Amber"- zachęciła mnie ta lektura swoją okładką i krótkim opisem, a okazała się być historią wywołującą niezwykle mieszane uczucia. Przede wszystkim rozczarowała mnie tytułowa bohaterka, przez co odbiór całości nie był taki, jaki chciałabym, żeby był. Niemniej, zakończenie uratowało całość i dam szansę kolejnej części.
  • N.Coori - "Zaryzykuję dla ciebie" - książka, jaka wywołała we mnie jeszcze bardziej mieszane uczucia, głównie ze względu na fakt, że była przekoloryzowana. Niestety osobiście uważam, że to najsłabsza z lutowych lektur, jakie miałam okazję czytać. 
  • Tomasz Mazur - "Anatomia istnienia" - po przeczytaniu felietonów tego autora, miałam niezwykłego kaca książkowego. Nie byłam w stanie wyjść ze świata przedstawionego w tej książce, a język, którym posługuje się autor, był tak piękny i wręcz poetycki, że przez długi czas pozostałam pod jego wpływem. Niezwykle mądra, pełna przemyśleń lektura - polecam każdemu z całego serca! 
  • Victoria Aveyard - "Czerwona królowa" - najbardziej pozytywne zaskoczenie tego miesiąca. Na tę książkę miałam ochotę od dawna i kiedy po nią sięgnęłam - świat przedstawiony całkowicie mnie pochłonął. Wspaniała, trzymająca w napięciu historia, w dodatku pełna emocji.
  • Victoria Aveyard - "Szklany miecz" - kontynuacja "Czerwonej królowej" okazała się być jeszcze lepsza w moim odczuciu niż pierwsza część. Genialna, jeszcze bardziej trzymająca w napięciu i tak naładowana emocjami, że wprost nie mogłam się od niej oderwać. Polecam każdemu sięgnięcie po tę serię!
Stąd też, jak mogliście przeczytać powyżej - pojawiły się całkowicie genialne książki, jak również te, które mnie nieco rozczarowały, chociażby "Zaryzykuję dla Ciebie" i w pewnym sensie także "Amber". Mimo to, miesiąc pod względem czytelniczym, uważam za udany. 

2. Plany czytelnicze na marzec


Na ten miesiąc nie przygotowałam sobie bardzo dużej ilości lektur - co prawda planuję jeszcze jedną, jednak nie umieściłam jej na zdjęciu, gdyż aktualnie nie mam jej na swoim studenckim mieszkaniu. Jeśli zatem uda mi się przeczytać znowu pięć do sześciu książek będę bardzo zadowolona. Szczególnie, że z moim czasem wolnym jest z każdym tygodniem coraz gorzej - więc na pewno nadal będę czytać tylko tyle, ile dam radę. :) Krótko jeszcze opisując każdą z tych książek, to idąc od góry: 
  • Suzanne Collins - "Gregor i Przepowiednia Zagłady" - książka otrzymana od wydawnictwa IUVI. Jako, że pierwsza część bardzo mi się spodobała, chciałam zapoznać się także z drugą. Mam nadzieję, iż będzie równie przyjemną lekturą. 
  • Suzanne Collins - "Gregor i klątwa Światłocieplnych" - nie ma jej na zdjęciu, ale również chcę się z nią zapoznać. Podobnie jak drugi tom, otrzymałam ją do recenzji od Wydawnictwa IUVI i mam nadzieję, że obydwa okażą się świetne. 
  • Victoria Scott - "Kamień i sól" - czekałam na nią z niecierpliwością i w końcu mam okazję ją przeczytać, dzięki Wydawnictwu IUVI. Nie mogę się doczekać by po nią sięgnąć, ale jednak musi pozostać póki co w kolejce. Niemniej wierzę, że podobnie jak "Ogień i woda" okaże się świetna. 
  • Anna Bednarska - "Trudny mężczyzna" - kolejny egzemplarz recenzencki, tym razem od Wydawnictwa Akurat. Książka zachęciła mnie tytułem, okładką i krótkim opisem. Oby okazała się równie ciekawa, jak się wydaje. 
  • Sofia Caspari - "W krainie wodospadów" - gdy tylko pojawiła się w księgarniach, od razu się na nią zaczaiłam, sprawiając sobie prezent za zdanie sesji. :D Mam na półce (i po przeczytaniu) dwa pierwsze tomy i obydwa przeniosły mnie w myślach do Argentyny, dlatego mam nadzieję, ze z trzecim będzie podobnie. 
  • Faye Kellerman - "Pętla" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa HarperCollins Polska. Kryminał, który mam nadzieję, że będzie trzymał mnie w napięciu, bo dawno nie miałam okazji przeczytać dobrego thrillera. 
Myślę, że mimo tego zabiegania, uda mi się przeczytać wszystkie z powyższych lektur. Przede wszystkim jednak liczę na to, iż okażą się dobre i w tym miesiącu tych rozczarowań będzie niewiele.

     To już wszystko jeśli chodzi o dzisiejszy wpis, a wraz z nim podsumowanie czytelnicze lutego oraz plany czytelnicze na marzec. Jak z kolei wygląda to u Was? Jesteście zadowoleni z książek, które mieliście okazję przeczytać w poprzednim miesiącu? I co planujecie na marzec? Piszcie, chętnie poczytam! :)
     Niebawem postaram się znowu coś napisać. Szkoda tylko, że mimo wielu inspiracji, brakuje mi nieco czasu. Mimo to, postaram się pisać tak często, jak dam radę. Póki co - trzymajcie się! 

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *