niedziela, 31 lipca 2016

  
LIPIEC

    Już od jakiegoś czasu chodziła za mną pewna myśl, którą w końcu postanowiłam zrealizować na blogu. Otóż jak dobrze wiecie, czytając książki, często zwracam uwagę na niektóre fragmenty. Lubię sobie je zaznaczać (od pewnego czasu najczęściej używając zakładek indeksujących) i czasami do nich powracać. Stąd też stwierdziłam, że właśnie teraz, w lipcu, otwieram cykl, który mam nadzieję będzie mi towarzyszył przez dłuższy czas. Otóż w każdym miesiącu, dokładnie w jego ostatnim dniu, na blogu pojawiać się będzie TOP 7 - czyli ranking cytatów, które najbardziej przypadły mi do gustu. Początkowo nie mogłam zdecydować się na konkretną, stałą liczbę - rozważałam 5 bądź 10, jednak ostatecznie stwierdziłam, że 7 jest optymalna, bo przecież zdarza się, że czytam tych książek sporo, stąd ciężko byłoby mi wybrać tylko 5 ciekawych cytatów, a często też może okazać się też, że będzie raptem kilka powieści, stąd 10 cytatów trudno byłoby mi być może odnaleźć. Oczywiście lista tych cytatów miesiąca za każdym razem związana będzie tylko z tymi książkami, jakie udało mi się przeczytać, co jest raczej oczywiste. Kolejność nie będzie przypadkowa - będę wymieniać dane fragmenty od miejsca 7, kończąc na tym cytacie, który najbardziej chwycił mnie za serducho. Tak więc naprawdę moja TOP 7 jest czysto subiektywna, lecz kto wie - może dzięki niej ktoś z Was skusi się na dany tytuł. Stąd też, nie będę już specjalnie przedłużać tego wstępu i z przyjemnością zapraszam Was na moje pierwsze TOP 7 - Cytaty miesiąca lipca. :)

7. Kathryn Taylor - "Powrót do Daringham Hall" 

"Jeśli ktoś staje się dla nas ważny, jeśli dopuszczamy go zbyt blisko, jesteśmy bezbronni wobec bólu, jaki może nam zadać." 

6. Jo Nesbo - "Wybawiciel"

" Myślę, że aby przeżyć, trzeba znaleźć w sobie coś, co się lubi. Niektórzy powiedzą, że życie samotne to aspołeczność i egoizm. Ale człowiek jest wtedy niezależny i nie pociąga za sobą w otchłań innych, jeśli tam zmierza."

5. Sarah Dessen - "Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej"

"Jeśli przywykniesz do uroczystej pompy, wszystko mniejsze od niej wyda ci się tylko rozczarowaniem. Dlaczego poprzestać na Najwspanialszym Lecie, skoro można spróbować przeżyć Jeszcze Wspanialsze? Jednak w rzeczywistości nie zawsze wszystko może być Najwspanialsze. Czasami, gdy chodzi o wydarzenia i ludzi, trzeba się cieszyć tym, że po prostu są. 

4. Sally Andrew - "Przepisy na miłość i zbrodnię"

"Ale być może życie przypomina rzekę, której nurtu nie można zatrzymać i która wije się, prowadząc od śmierci do miłości. Raz jedno, raz drugie i tak na przemian. Jednak mimo że życie jest jak rzeka, wielu ludzi potrafi żyć, nigdy nie zanurzając się w wodzie. 

3. Collen Hoover - "Ugly love"

"-Miłość nie zawsze jest piękna, Tate. Czasami przez lata masz nadzieję, że okaże się czymś innym. Czymś lepszym. A potem, zanim się spostrzeżesz, wracasz do punktu wyjścia i zostajesz z niczym."

2. Katie McGarry - "Przekroczyć granice"

"Najgorszy rodzaj płaczu to nie ten, który wszyscy widzą - zawodzenie na ulicy, rozdzieranie szat. Nie, najgorzej jest, kiedy szlochem zanosi się dusza i bez względu  na to, co się zrobi, nie sposób jej ukoić. Jej część więdnie i staje się blizną na tym fragmencie, który przeżył."

1. Colleen Hoover - "Ugly love"

"Różnica między brudną, a czystą stroną miłości polega na tym, że czysta strona jest o wiele lżejsza. Sprawia, że masz wrażenie, że szybujesz Unosi cię i niesie. Czysta strona miłości sprawia, że latasz ponad światem. Szybujesz ponad wszystkim, co złe. (...) Brudno strona miłości nie może cię unieść. Ciągnie cię w dół. Wciąga pod powierzchnię. Zatapia."


     To już wszystko, jeżeli chodzi o dzisiejszy wpis. Prawdę mówiąc, początkowo myślałam, że każdy swój wybór w jakiś krótki sposób umotywuję, ale ostatecznie stwierdziłam, że jest to zbędne. Wszystkie te cytaty są w jakiś sposób wyjątkowe i sprawiły, że zdecydowanie zapamiętam je na dłużej. Jak widać - prym w tym miesiącu wiedzie oczywiście Colleen Hoover, która ponownie potrafiła swoją książką sprawić, że przeżywałam z bohaterami ogrom emocji. Jednak i pozostałe cytaty pochodzą z tych lektur, jakie zdecydowanie pozytywnie mnie zaskoczyły.
    Niebawem odezwę się z podsumowaniem czytelniczym lipca oraz planami książkowymi na sierpień, a także innymi tekstami. Póki co - trzymajcie się!  

sobota, 30 lipca 2016

Autor: Emily Giffin
Tytuł: Ten jedyny
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 523
Ocena: 3/6
     Są takie książki, które pojawiają się na półce przypadkowo, a mimo to wydawać by się mogło, że idealnie wpisują się w czytelniczy gust. Czekają więc dzielnie na swoją kolej, bo dziwnym trafem ciągle są omijane i zostawiane na później. Tak właśnie miałam z książką "Ten jedyny" autorstwa Emily Giffin. Nie pamiętam już od jak dawna była wciśnięta na półce pomiędzy innymi lekturami i chociaż kilkakrotnie przymierzałam się do sięgnięcia po tę historię, to jakoś tak mi umykała. Postanowiłam sobie jednak, że właśnie teraz, w lipcu, będzie jedną z książek, jakie przeczytam, tym samym poznając w końcu twórczość tej autorki. Widocznie moje ciągłe wahanie nie było przypadkowe, a może nawet bardziej intuicyjne, gdyż niestety, ale nie pamiętam kiedy ostatni raz tak - że ujmę to w ten sposób - mordowałam jakąś historię. 
       Shea Rigsby to główna bohaterka, tudzież narratorka całej powieści. Zdecydowanie różni się od wielu przeciętnych kobiet. Zamiast interesować się modą, kosmetykami czy też chodzić z mamą na proszone obiadki, woli spędzać czas oglądając mecze i pochłaniając wszelkie informacje dotyczące futbolu amerykańskiego. Co więcej, pracuje jako dziennikarka, pisząc dla swojej dawnej uczelni - Walker. Zamiłowanie do tej dyscypliny sportu sprawia również, że odkąd pamięta, Shea świetnie dogaduje się z ojcem swojej najlepszej przyjaciółki,Trenerem Carrem. Jej życie zaczyna się jednak zmieniać w momencie, gdy umiera żona tegoż słynnego trenera. Shea nagle zdaje sobie sprawę z wielu rzeczy - że jej dotychczasowy związek z mężczyzną imieniem Miller to tylko iluzja, a praca wcale nie do końca satysfakcjonuje ją tak, jak powinna. Stopniowo wprowadza do swojego życia pewne zmiany, a co więcej okazuje się, że jej sprawy uczuciowe również zaczynają się komplikować - nagle pojawia się w jej życiu przystojny Ryan James - gwiazda futbol. Jednocześnie kobieta zdaje sobie sprawę, że chyba zaczyna czuć coś więcej do Trenera Carra... Jak zatem potoczą się jej losy? Czy Shea zmieni diametralnie swoje życie? Jakie podejmie decyzje i jak wpłyną one na jej relację z bliskimi, w tym z przyjaciółką imieniem Lucy? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście sięgając po książkę Emily Giffin. 
       Ten akapit może zawierać spoilery. Zacznę od tego, że jak już wspomniałam we wstępie, dawno żadnej książki nie czytało mi się tak wolno i wręcz bez większego zainteresowania. Być może przez swoją recenzję zostanę znienawidzona przez fanki tej autorki, bo wiem, że jest ich sporo, ale nie będę przecież owijać w bawełnę, że zachwyciła mnie ta historia, skoro tak nie było. Po pierwsze, jest to niewyobrażalnie przewidywalna książka. Już właściwie w pierwszym rozdziale domyśliłam się, jak potoczą się losy bohaterki co do Trenera Carra i jakie zapewne okaże się zakończenie. Chociaż tak naprawdę relacja jaka między nimi była, tworzyła się stopniowo, bez zbędnego pośpiechu, to oczywistym stało się dla mnie do czego to wszystko będzie zmierzać. Jednak może właśnie dlatego tę książkę czytało mi się nie do końca świetnie, bo nie rozumiałam, jak można zakochać się w mężczyźnie starszym o ponad dwadzieścia lat, którego żona niedawno zmarła. Okej, wiem, wiem - wiek to tylko liczba, miłość nie wybiera, a w końcu to nie jest do końca zdrada, bo przecież żony nie ma już u boku tego mężczyzny w sensie fizycznym. Mimo to dla mnie było to trochę dziwne i nie potrafiłam przez to w pełni zaangażować się w losy bohaterów. Po prostu wydawało się to trochę takie niestosowne. Jednak tym, co sprawiło, że przejście przez tę książkę okazało się dla mnie mordęgą był futbol. Za dużo futbolu. Wszędzie futbol. Obsesja wręcz na punkcie tej dyscypliny sportu. Kiedy tylko pojawiały się więc opisy związane z tą grą, której ani nie rozumiem, ani specjalnie mnie nie interesuje, usilnie walczyłam ze sobą, by nie zamknąć tej książki na dobre. W pewnym sensie rozumiem, że autorka chciała pokazać, jak ważne jest posiadanie swojej pasji - w końcu Shea uwielbiała ten sport i wiem też, że dlatego tak bardzo przeżywała wszelkie mecze, ale mimo wszystko było go za dużo. Dlatego też rozczarowała mnie trochę ta historia. Ani wątek miłosny mnie do siebie nie przekonał, ani też szczególnie bohaterowie. Po prostu to było taka czytajka, która nie wniosła za wiele do mojego życia. 
       Jednak żeby nie było tak gorzko, muszę przyznać jedynie tyle, że podobało mi się to w jaki sposób autorka pisze o uczuciach. Chociaż te wszelkie relacje miłosne (oprócz Trenera Carra, pojawił się w życiu głównej bohaterki też niejaki Ryan James) nie do końca mnie do siebie przekonały, to jednak autorka potrafiła dobrze pisać o tym, co czuje zakochana kobieta i jaki też czasami ból potrafi jej doskwierać, gdy nie wszystko układa się dokładnie tak, jakby chciała. Dlatego styl Emily Giffin tak naprawdę jest całkiem przyjemny - być może dlatego też nie zrażam się od razu do jej twórczości i chętnie przetestuję jakąś inną książkę tej autorki. Plusem tej powieści jest dla mnie też to, że zwrócono w niej uwagę na pewien, istotny problem: przemoc domową. Wiele kobiet niestety jej doświadcza, kiedy to mężczyźni ich życia okazują się mieć wręcz dwa oblicza - jedno czułe, troskliwe, gdy to drugie objawia się nadmierną zaborczością, co często prowadzi właśnie do ogromnego gniewu i tym samym rodzącej się z nim przemocy. 
        Bohaterowie z kolei zostali wykreowani w dosyć ciekawy, ale jednocześnie niewystarcząjący sposób, bo jak już kilkakrotnie wspomniałam, niespecjalnie zainteresowała mnie fabuła książki. Shea była dla mnie totalnie neutralną postacią. Chociaż wiodła prym i tym samym powinna sprawić, że czytelnik ma ochotę coraz bardziej zagłębiać się we wszelkie wydarzenia, to w moim przypadku chyba jej się to nie udało. Ani jej jakoś specjalnie nie polubiłam, ani też nie znielubiłam. Nie potrafiłam jedynie zrozumieć tego jej serca, które swoje uczucie skierowało w taką, a nie inną stronę. Ale cóż, w końcu jak to mówią, miłość kieruje się często własnym rozumem. Natomiast Trener Carr był całkiem intrygujący. Potrafił maskować swój ból po stracie żony, lecz jednocześnie miałam wrażenie, że ona zawsze była blisko jego serca i ciągle mu jej brakowało. Nie polubiłam natomiast specjalnie Lucy, która chyba całe życie chciała być idealna i najchętniej układałaby też życie innym, w tym Shei. To zdecydowanie było w niej irytujące. Pozostali bohaterowie mieli też swoje lepsze czy gorsze cechy, lecz nie wyryli się w mojej pamięci w jakiś szczególny sposób.
      Podsumowując, historia stworzona przez Emily Giffin nie do końca mnie do siebie przekonała. Co prawda, w niektórych momentach bardziej się rozkręcała i sprawiała, że następowały we mnie chwile ożywienia. Jednak o wiele częściej mnie nużyła, szczególnie wtedy, gdy pojawiał się ten nieszczęsny futbol. Mimo to myślę, że jeżeli lubicie sięgać po historie miłosne, w których ani wiek, ani wszelkie inne sprawy nie grają roli, bo "serce wie lepiej", to ta książka będzie dla Was. Uważam, że na taki wakacyjny czas sięgnięcie po nią w celu zrelaksowania jest jak najbardziej wskazane. Sama jednak z trudem to piszę, ale trochę mnie rozczarowała i niestety, ale też żałuję, że poświęciłam jej aż tyle czasu.
      Niebawem czekają na Was kolejne teksty - zbliża się koniec miesiąca, więc przyjdzie czas na podsumowanie czytelnicze, a później ruszam z innymi artykułami. Póki co - trzymajcie się! 

piątek, 29 lipca 2016

Już w najbliższą niedzielę rozpoczyna się Festiwal Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie. Motywem przewodnim drugiej edycji jest poezja Bolesława Leśmiana. Z tej okazji wiersz „Dziewczyna” czytają festiwalowi goście, m.in. Krystyna Czubówna, Joanna Szczepkowska, Łukasz Orbitowski i Zbigniew Wodecki.

Festiwal Stolica Języka Polskiego
31.07. - 07.08.2016r., Szczebrzeszyn

    Dzisiejszy wpis będzie typowo informacyjny. Otóż, jak głosi już sam tytuł, chciałabym krótko opowiedzieć Wam, Moi Drodzy, o zbliżającym się Festiwalu Stolica Języka Polskiego, który myślę, że dla wielu pochłaniaczy książek wyda się interesujący. Stąd też, chociaż sama nie dam rady się na nim pojawić, być może zachęcę Was do wzięcia udziału w tym wydarzeniu. 
      Festiwal Stolicy Języka Polskiego zadaje kłam stwierdzeniu, że wydarzenia, podczas których "wysoka" kultura gra pierwsze skrzypce to domena dużych miast. Otóż miastem, które już po raz drugi stanie się letnim centrum literacko - kulturalnym kraju jest Szczebrzeszyn. To właśnie tam - w jednym z najpiękniejszych miast Lubelszczyzny, wszyscy festiwalowicze będą mogli spędzić kilka dni wśród najlepszych polskich oraz ukraińskich pisarzy oraz rodzimych muzyków. Co więcej, będzie można wziąć udział w wielu spotkaniach autorskich, koncertach, warsztatach czy też dyskusjach o szeroko pojętej kulturze i jej wpływie na rzeczywistość. 
      Patronem tegorocznej edycji imprezy jest Bolesław Leśmian - genialny poeta należący do grona najwybitniejszych polskich twórców XX wieku. w sobotę 6 sierpnia na festiwalowej scenie, własne interpretacje wierszy autora W malinowym chruśniaku zaprezentuje muzyk i poeta Adam Strug oraz zaproszeni aktorzy m.in. Zofia Kucówna, Jerzy Trela i Antoni Pawlicki.
       Kuratorką całego Festiawalu jest Justyna Sobolewska - dziennikarka i krytyczka literacka. Cały program Festiwalu wypełniony będzie licznymi spotkaniami autorskimi. Polską reprezentację stanowić będzie grono ponad 40 pisarzy, dziennikarzy i poetów m.in. Wiesław Myśliwski, Szczepan Twardoch, Mariusz Szczygieł, Olga Tokarczuk czy Zygmunt Miłoszewski. Jednym z ciekawych wydarzeń będzie z kolei wieczór z twórczością laureatki literackiej Nagrody Nobla 2015, białoruskiej pisarki i dziennikarki Swietłany Aleksijewicz. Podczas tego wieczoru, Krystyna Czubówna przeczyta fragmenty reportaży - esejów autorki "Czarnobylskiej modlitwy" i "czasów secondhand. W Szczebrzeszynie pojawią się także pisarze z Ukrainy, m.in. Andrij Bondar. 
      Oprócz spotkań autorskich, ważnym punktem Festiwalu będzie także muzyczna scena Stolicy Języka Polskiego. Otóż na niej pojawi się Zbigniew Wodecki wraz z przebojowym składem Mitch&Mitch i towarzystwem orkiestry oraz chóru. Na scenie pojawi się także Katarzyna Groniec, która zaśpiewa piosenki  tekstami Agnieszki Osieckiej. 
      Na wszystkich festiwaliczów czekają liczne warsztaty literacko - artystyczne, pisarskie, muzyczne oraz teatralne. Odbędą się także potańcówki, warsztaty kulinarne oraz spacery po okolicy literackimi i kulturalnymi śladami. Organizatorzy nie zapomnieli też o najmłodszych uczestnikach Stolicy Języka Polskiego. Z myślą o promowaniu czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży powstała Akademia Szczebrzeszyn, w ramach której odbędą się specjalne zajęcia i warsztaty prowadzone przez twórców literatury dziecięcej, m.in. Grzegorza Kasdepke
         Stolica Języka Polskiego wpisuje się w popularny na całym świecie nurt letniego slow - festiwalu. Jest wydarzeniem skierowanym do odbiorców, którzy w poszukiwaniu relaksu i kulturalnej rozrywki na najwyższym poziomie chętnie uciekają podczas wakacyjnych podróży z głównego festiwalowego szlaku. To co, dacie się skusić? :) 

Festiwal Stolica Języka Polskiego
31.07. - 07.08.2016r., Szczebrzeszyn

Organizatorami Festiwalu są Fundacja Sztuki Kreatywna Przestrzeń i spółka non-profit Szczebrzeszyn Akademia, która została powołana na potrzeby rozwijania i organizacji Festiwalu. Pomysłodawcą i producentem Festiwalu jest Piotr Duda, a dyrektorem Rady Festiwalu - Tomasz Pańczyk.

Festiwal Stolica Języka Polskiego – 31.07-7.08.2016, Szczebrzeszyn


Materiały, według których opracowałam artykuł, a także zdjęcia zostały udostępnione przez media: Buisness&Culture.

środa, 27 lipca 2016

     Myślę, że wielu blogerów zna już słynne "LBA" polegające na tym, że otrzymuje się nominację od innego blogera do odpowiedzenia na 11 pytań, po czym powinno się wymyślić taką samą ilość swoich pytań, a następnie nominować inne osoby z tej słynnej blogosfery. Swoje pierwsze LBA wykonywałam już dawno temu, lecz po nim były kolejne. Przyznam się szczerze, że w pewnym momencie pomyślałam sobie, że nie wiem czy nadal będę się w to bawić, że tak to ujmę, głównie dlatego, że jeżeli już, to skupiałam się głównie na odpowiadaniu na pytania, a nie przekazywałam swoich innym blogerom. Jednak z racji, że dawno żadnej nominacji do LBA nie dostałam aż do teraz, stwierdziłam, że a co! - wykonam je u siebie. 
     Stąd też dziękuję bardzo za nominację Alexsis z bloga Fan of books. Mam nadzieję, że uda mi się udzielić satysfakcjonujących odpowiedzi na stworzone pytania i dzięki nim, Wy wszyscy, którzy czytacie mojego bloga, będziecie mieli szansę dowiedzieć się o mnie czegoś więcej, choć głównie jednak tematyka obracać będzie się wokół książek. Dlatego też, nie przedłużając już tego wstępu, zapraszam Was serdecznie do przeczytania poniższych punktów. :) 

1. Jaka jest Twoja ulubiona książka?

Pierwsze pytanie i już pod górkę - no, no, nieźle się zaczyna (żarcik). Problem w tym, że przeczytałam w swoim życiu już sporo książek i dlatego zwykle pytanie o tą jedną, ulubioną sprawia, że nie jestem w stanie na nie do końca odpowiedzieć. Jak dobrze wiecie, mój gust jest różnorodny - czytam zarówno powieści obyczajowe, młodzieżówki, romanse, ale też kryminały i od czasu do czasu fantastykę. Mogłabym wymienić mnóstwo tytułów, jak chociażby "Lawendowy pokój", "Cień wiatru", "Zanim się pojawiłeś" i wiele innych, jakie sprawiły, że na długo pozostają w mojej pamięci. Ale jeżeli już musiałabym wybrać jedną, ulubioną, to... cóż, w dalszym ciągu wygrywa "Maybe someday". Ta historia wyryła w moim sercu swoje własne miejsce i bezapelacyjnie ciągle pozostaje dla mnie jedną z najwspanialszych historii miłosnych, jakie miałam okazję czytać. 

2. Jaki gatunek książek czytasz?

Wspomniałam o tym już nieco w pierwszym punkcie, więc teraz krótko - czytam wiele gatunków, chociaż najbardziej mimo wszystko przyciągają mnie obyczajówki, wszelkie historie miłosne oraz kryminały/thrillery. 

3. Czy w przyszłości też będziesz prowadzić bloga? 

Szczerze powiedziawszy - nie mam pojęcia. Nigdy nie wiadomo jak potoczy się życie, dlatego nie lubię robić zbyt przyszłościowych planów. To nie tak, że w wielu kwestiach czegoś nie planuję, ale po prostu wiem, że niektórymi sprawami żyję tu i teraz. Taki właśnie jest w przypadku bloga. Powstał trzy lata temu i nadal istnieje oraz zapewne chciałabym jeszcze przez jakiś okres czasu go prowadzić. Być może będzie to kolejny rok, pięć lat, a może jednak coś sprawi, że potrwa to tylko pół roku. Póki co jednak wiem, że nie zamierzam w żaden sposób pozbywać się mojego Chaosu Myśli i o ile wciąż będę znajdywać chociaż trochę czasu, by coś tutaj pisać, blog będzie istniał. 

4. Jesteś humanistką czy raczej matematyka?

To zabawne, ale jak możecie przeczytać w rubryce, gdzie piszę nieco więcej o sobie, widnieje tam zdanie - "Matematyczny umysł z artystyczną duszą". Tak się składa, że z matematyką łączy mnie wiele - skończyłam studia licencjackie na tym kierunku i od października zaczynam magisterkę również na matematyce, stąd można by pomyśleć, że dosyć ścisły umysł ze mnie. Ale jednak kocham pisać i myślę, że całkiem dobrze mi to wychodzi. Więc trochę jedno i drugie. 

5. Czy masz jakąś znienawidzoną książkę? Jak tak, to jaką? 

Czy ja wiem... Pewnie mogłabym tutaj pocisnąć jakimś tytułem szkolnej lektury. Ale w sumie jeżeli już jakaś mi się nie podobała, to i tak jej nie znienawidziłam - po prostu była dla mnie chociażby nudna i tyle. Ale jeżeli zastanawiam się bardziej nad książkami czytanymi dla siebie, to może ciężko mi powiedzieć o "znienawidzonej książce", ale raczej biorąc pod uwagę aspekty typu: bardzo rozczarowująca, pełna niedorzecznych i absurdalnych sytuacji, mająca kiepskich, irytujących bohaterów i ostatecznie przez to wszystko sprawiająca, że czytając ją skoczyło mi wręcz ciśnienie to tak, istnieje taka książka. Jest to "Chłopak, który zakradał się do mnie  przez okno" autorstwa Kirsty Moseley.

6. Jaka jest Twoja ulubiona seria?

Cóż, od czasów podstawówki, niezmiennie miło wspominam oczywiście słynnego Harrego Pottera. Uwielbiałam te książki, przeczytałam je wszystkie - niektóre części nawet dwukrotnie i nawet teraz chętnie bym do nich wróciła. Poza tym bardzo podobała mi się historia Piekielnego Wyścigu stworzona przez Victorię Scott w książkach "Ogień i woda" oraz "Kamień i sól". 

7. Dlaczego założyłeś/aś bloga? 

Dlatego, bo kocham pisać, tak po prostu. Zawsze to lubiłam i któregoś dnia pomyślałam sobie - muszę w końcu przelać ogrom tych swoich myśli na papier. Dlatego początkowo pojawiały się tutaj głównie moje przemyślenia czy interpretacje tekstów utworów muzycznych. Recenzowaniem książek zajęłam się nieco później, ale obecnie to one tutaj przeważają. 

8. Od kiedy czytasz książki i jak to się zaczęło?

Cóż, moja mama się śmieje, że książki pokochałam już chyba w wieku czterech czy pięciu lat, kiedy to rzekomo budziłam ją prawie każdego dnia o 5 rano i prosiłam, by czytała mi zawsze jedną i tą samą bajkę - "Urodziny Puszka". :D Ale sama zaczęłam czytać już w podstawówce - początkowo były to lektury do szkoły, które zawsze chętnie czytałam, a potem zaczęłam pożyczać sobie z biblioteki różne tytuły i tak to poszło. 

9. Jaka jest Twoja ulubiona postać?

Szczerze powiedziawszy - pytanie podobne, jak pierwsze - ciężkie do odpowiedzenia. Mnóstwo było tych kreacji w literaturze, jakie mi się spodobały, dlatego nie potrafię wybrać tej ulubionej, stąd też tego nie zrobię.

10. Jakiej książkowej postaci nie lubisz, chociaż jest dobra?

Nie do końca wiem, jak interpretować to pytanie. Czy w stylu - jest to dobra postać tzn. widnieje po tej "dobrej stronie mocy" czy bardziej w stylu, że została wykreowana naprawdę dobrze i ciekawie, ale mimo to coś sprawiło, że nie zyskała mojej sympatii? Cóż - mimo wszystko myślę, że w jednym i drugim przypadku ciężko jest znielubić dobrą postać, jeżeli albo jest pozytywna albo została świetnie wykreowana. Raczej jeżeli nie lubię jakiejś postaci, to dlatego, że autor stworzył ją w irytujący sposób, który do mnie nie trafia.

11. Czy zamierzasz rozwinąć jeszcze swojego bloga?

Zdecydowanie tak - chciałabym wprowadzić tutaj być może jakieś nowe rodzaje tekstów, czy to wymyślić jakieś serie, które pojawiałyby się tutaj regularnie czy też chciałabym organizować dla moich czytelników więcej konkursów. Ogólnie - plany na rozwinięcie bloga są, czasami po prostu brakuje czasu bądź odpowiedniej realizacji. Jednak postaram się sprawić, by Chaos Myśli był coraz lepszy.

     Jako, że przeszłam już do końca skierowanych dla mnie pytań, teraz powinnam wymyślić 11 swoich i nominować kolejne osoby. Stąd też moje pytania:

1. Co najbardziej lubisz w blogowaniu?
2. Jakie są Twoje ulubione miejsca do czytania?
3. Czy kiedykolwiek zarwałaś/eś noc dla jakiejś książki?
4. Czy jesteś uzależniona/y od kupowania własnych egzemplarzy czy wolisz wypożyczać książki z biblioteki?
5. Jakie cechy książkowych bohaterów cenisz, a jakie z kolei Cię irytują?
6. Lubisz zbierać gadżety książkowe? Jeśli tak, to jakie?
7. Twoja ulubiona "książka z dzieciństwa"? 
8. Czy często oglądasz ekranizacje książek czy raczej nie lubisz książkowych historii przenoszonych na ekran?
9. Jaka postać literacka jest według Ciebie taką, z którą chętnie byś się zaprzyjaźnił/a?
10. Czy kiedykolwiek przeczytałaś/eś jakąś książkę dwukrotnie?
11. Lubisz zaznaczać interesujące Cię cytaty, czy kompletnie nie przywiązujesz do tego wagi?

     Nominacje natomiast wędrują do:
     Niebawem znów postaram się coś dla Was napisać - w tym miesiącu idę z tekstami jak burza i chcę utrzymać ten stan do samego końca lipca. Dlatego szykuje się jeszcze na pewno recenzja, a jak się uda, kto wie, może nawet dwie. Póki co - trzymajcie się!

poniedziałek, 25 lipca 2016

"To, że nie dostałaś swojej szansy akurat w momencie, gdy jej pragnęłaś czy się spodziewałaś, nie oznacza, że ona nigdy nie nadejdzie. Los nie trzyma się ustalonych godzin czy harmonogramu."

Autor: Sarah Dessen
Tytuł: Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 447
Ocena: 4.5/6
     Tak się złożyło, że tuż po skończeniu poprzedniej książki, czekała na mnie kolejna młodzieżówka. Powinnam ponownie poczuć się zaniepokojona, jednak podobnie jak poprzednio podeszłam do niej bez stawiania żadnych poprzeczek. Miałam jedynie ochotę na lekką lekturę, idealną na jakiś jeden, wakacyjny dzień. Dodatkowo poznałam już  dwukrotnie twórczość pani Dessen i nie doznałam do tej pory żadnego większego rozczarowania. Jednak czy "Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej" również mnie usatysfakcjonowała? W pewnym sensie i tak, i nie. Na pewno jednak wiem, że jest to idealna historia, jeżeli szuka się czegoś niezobowiązującego, jedynie umilającego czas. Stąd też pod tym względem książka dobrze odegrała swoją rolę.
    Emaline to osiemnastoletnia dziewczyna, która wakacje spędza pracując w rodzinnej Agencji Wynajmu Nieruchomości Colby, z kolei jesienią ma rozpocząć naukę w college'u. Co więcej, od trzech lat jest w szczęśliwym związku z chłopakiem imieniem Luke i wydawać by się mogło, że całe jej życie jest idealnie poukładane. Jednak okazuje się, że aktualne lato może wnieść do jej świata sporo zmian. Niespodziewanie zrywa ze swoim ukochanym, co stanowi szok nie tylko dla niej samej, ale też przyjaciół i rodziny. Z kolei w miasteczku pojawia się nowojorczyk Theo - ambitny student szkoły filmowej, który pracuje u znanej reżyserki Ivy kręcącej w Colby film dokumentalny. Emalinie coraz częściej widuje się z tym nieco zagubionym, ale radosnym chłopcem. Jednak na domiar wszystkiego do Colby przyjeżdża także ojciec dziewczyny, który do tej pory nie utrzymywał z nią dostatecznego kontaktu. Po co zjawił się jej rodziciel? Czy uda im się odbudować relację? Jak potoczy się znajomość z Theo? Odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdziecie w książce "Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej". 
      Pierwszą rzeczą jaka nasuwa mi się na myśl po przeczytaniu kolejnej historii stworzonej przez autorkę jest pewnego rodzaju poczucie, że wszelkie tworzone przez nią książki są w pewnym sensie bardzo do siebie podobne. Kolejny raz spotykam się z bohaterami, gdzie dziewczyna najczęściej ma niezwykle poukładane życie i jest wręcz perfekcjonistką we wszystkim co robi do momentu, gdy nagle nie pojawia się jakiś on - najczęściej zabawny i roztargniony - który wywraca całej jej życie do góry nogami. Co więcej, schematyczność tworzonych przez autorkę historii widać też w najzwyklejszych momentami szczególikach - chociaż o wiele większe podobieństwo widziałam tutaj do "Teraz albo nigdy" aniżeli "Kołysanki" (swoją drogą chyba mojej ulubionej z tych trzech). To sprawiło, że w pewien sposób miałam wrażenie, że czytam podobną opowieść, oczywiście z innymi wydarzeniami, bohaterami, a jednak sprawiło to, że czułam pewien schemat i nie było to dla mnie odkrywaniem czegoś "wow". Nie jest to żaden minus najnowszej powieści autorki, ale sprawia, że historia wydawała mi się momentami po prostu nieco przegadana i zbyt znajoma.
       Jednak mimo tego wszystkiego, o czym już napisałam, w jakiś sposób ta książka do mnie trafiła. Przede wszystkim charakteryzuje się tym, że jest niezwykle lekka w odbiorze. Styl autorki polubiłam już przy okazji jej pierwszej książki - jest prosty i sprawia, że całość czyta się błyskawicznie, a jednak nie jest zbyt banalny, dzięki czemu z przyjemnością przekładałam kolejne strony. Mimo tej schematyczności powieści, zobaczyłam w niej kilka nowych aspektów, lecz co najważniejsze - również ważnych i sprawiających, że w jakiś sposób skłaniają do głębszych przemyśleń. Przede wszystkim bardzo podobał mi się wątek związany z ojcem Emaline. Autorka świetnie pokazała, że każdy popełnia błędy, jednak czasami są one zbyt bolesne i sprawiają, że niektórych relacji nie da się tak łatwo odbudować bądź jest to w ogóle niemożliwe do naprawienia. Jeżeli chodzi o wszelkie relacje, ta historia pokazuje, że więzi rodzinne są niezwykle ważne i sprawiają, że stajemy się tacy, a nie inni. Co więcej, uświadamia też jak ważna jest prawdziwa przyjaźń oraz miłość, nawet jeżeli nie trwa wiecznie. Jest to więc mimo pewnej schematyczności, niezwykle lekka książka, jaką czyta się w mgnieniu oka i sprawia, że na twarzy czytelnika wielokrotnie gości szeroki uśmiech, lecz co dziwne, bo tego się nie spodziewałam - pojawiają się też delikatne łzy wzruszenia. Jeżeli więc macie ochotę na jakąś przyjemną lekturę, to książka pani Dessen jest dla Was idealna. 
      Bohaterowie zostali wykreowani całkiem ciekawie, ale jak już wspomniałam, istnieje pomiędzy nimi pewna zależność. Emaline w tym co robi często kieruje się przesadnym pedantyzmem. Jednak polubiłam ją od samego początku, bo jest to też bardzo uczuciowa osoba, silnie związana ze swoim miasteczkiem, rodziną, przyjaciółmi i wszelkimi innymi mieszkańcami. Z kolei Theo jest początkowo bardzo zabawnym, młodym chłopakiem, momentami wręcz lekko zagubionym. Jednak z czasem odniosłam wrażenie, że jego przerośnięte ambicje mimowolnie czynią z niego zbyt wywyższającego się "chłopaka z wielkiego miasta". Stąd też starałam się do niego przekonać, ale nie zyskał on do końca mojej sympatii. Zresztą też były chłopak Emalinie - Luke - jakoś mi nie przypasował. Polubiłam natomiast ogromnie przyrodniego brata dziewczyny, ale też jej przyjaciela Morrisa, który był postacią tak zabawną, lecz jednocześnie intrygującą, że uwielbiałam wszelkie wydarzenia, w jakich się pojawiał. Moją sympatię zyskały też Daisy oraz Amber.
      Podsumowując, "Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej" to książka, która bez wątpienia nie wywoła nie wiadomo jakiego efektu "wow", ale mimo wszystko stanowi przyjemną, łatwą w odbiorze historię, która w pewien sposób może skłonić do przemyśleń. Jeżeli więc szukacie jakieś lektury na wakacje, ta powinna do Was trafić. 
     Niebawem znów coś tutaj napiszę - na pewno szykuję jeszcze co najmniej jedną recenzję, pewną nowość na blogu oraz może jakiś felieton. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

niedziela, 24 lipca 2016

     Kolejny raz w tym miesiącu wracam do Was z muzycznym wpisem. Właściwie zauważyłam, że obecnie na blogu królują recenzje książek naprzemiennie właśnie z dzieleniem się z Wami moimi ulubionymi utworami. Sporadycznie pojawiają się inne teksty takie jak chociażby cytaty własne bądź felietony. Jednak to właśnie o książkach i muzyce ostatnim czasem pisze mi się najlepiej. Może niedługo to się zmieni i pojawi się więcej przemyśleń - kto wie. Póki co jednak kolejny raz chciałabym zabrać Was do muzycznego świata. Podobnie jak zazwyczaj (co jest już w sumie tradycją) przedstawię Wam trzy utwory. Jednak tym razem królować będzie jeden z moich ulubionych zespołów - Rise Against. Często wspominam jak to lubię mocniejsze brzmienia, a rzadko je tutaj wrzucam, najczęściej skupiając swoją uwagę przy tych bardziej melancholijnych utworach. Pora więc to zmienić, co też zrobię właśnie dzisiaj. Wiecie jednak, co jest najgorsze? Wybranie do tego wpisu zaledwie trzech z mnóstwa kawałków Rise Against, jakie uwielbiam. To niezwykle trudne zadanie, dlatego myślę, że jest to pierwszy muzyczny wpis, w którym skupiam się na tej grupie muzycznej, ale nie ostatni. Jednak już nie przedłużając - mam nadzieję, że jesteście gotowi na lekką dawkę hardcore punka. ;)

1. "Drones"

"If you see me, please just walk on by, walk on by
Forget my name and I'll forget it too."

     Może jestem pamiętliwa (no dobrze - wiele osób, jakie mnie znają, mogłoby potwierdzić, że słowo "może" pojawiło się niepotrzebnie bo tak, jestem pamiętliwa), ale zawsze wiem, od jakiego kawałka zaczęło się moje słuchanie danej grupy muzycznej. W przypadku Rise Against było to właśnie "Drones". Gdy tylko pierwszy raz usłyszałam ten kawałek pomyślałam sobie: cholera, to jest naprawdę dobre i chcę więcej. Dobrym pytaniem mogłoby być to, jak prosta linia melodyczna i nieco krzykliwy wokal mogły wywrzeć na mnie takie wrażenie. Sama nie wiem jak to się stało, ale zaczęłam przesłuchiwać inne utwory tego zespołu i prawie każdy trafiał do mnie w równie podobnym stopniu. Polubiłam po prostu tę prostotę utworów - dosyć jednolitą linię melodyczną, opierającą się w dużej mierze na perkusji, ale to, co zaważyło to dobre teksty, często poruszające istotne problemy społeczne. W "Drones" może tego nie widać, ale w innych kawałkach Rise Against jak najbardziej można to zauważyć (chociaż dzisiaj raczej takich Wam nie przedstawię).
        Jeżeli natomiast chodzi o ten konkretny utwór, to w pewnym sensie sama czuję go w ten sposób, że być może podmiot tekstu zawiązał z kimś ważną relację, a jednak w jakiś sposób się ona rozpadała. Sprawiła, że teraz są oni sobie nieco obcy - prosi on o to, by widząc się gdzieś, po prostu szli jak gdyby nigdy nic. Jakby nic nigdy się nie wydarzyło, a wszystko co miało miejsce pozostało takim wspomnieniem, którego nie chce się przywracać. Jednak w pewnym sensie, podmiot tekstu mimo wszystko ostatecznie stwierdza, że "zawsze wracam do ciebie". Cóż - tylko autor wie, co dokładnie miał na myśli. Tak czy siak "Drones" trafia do mnie tym tekstem, samą muzyczną stroną i... no lubię go, bardzo. 
      Polecam Wam więc przesłuchanie poniższego linka. Jednak wiem, że jeżeli ktoś totalnie nie słucha takich kawałków, pewnie będzie nimi nieco zaskoczony, ale spróbujcie - w końcu co Wam szkodzi, prawda?



2. "Savior"

"So tell me now
If this ain't love then how we get out?"

     Opisując każdy z tych utworów - w zasadzie zawsze, nie tylko dzisiaj - robię tak, że w tle go sobie słucham. Włączając więc "Savior", od pierwszych sekund jego trwania na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Za każdym razem, gdy słucham właśnie ten kawałek, jest tak samo - wywołuje on we mnie dużo jakiś pozytywnych emocji. Co najdziwniejsze, nie wiem dlaczego tak właśnie jest. Być może po prostu powodem jest to, że zdecydowanie należy do moich ulubionych utworów Rise Against.
     Ma świetną linię melodyczną - znowu niby taką banalną, a jednak mega wciągającą, która sprawia, że kiedy już zaczynam go słuchać, to najchętniej wciskałabym replay cały czas. Co więcej, ma też dobry tekst, pełen emocji, który idealnie zgrywa się właśnie z towarzyszącym mu podkładem muzycznym. Mam wrażenie, że podmiot tekstu opowiada w ciągu tych raptem czterech minut historię pewnej relacji. Opisuje, że zapomniał tak naprawdę zbyt wiele - jaki był kolor jej oczu czy jakie nosiła blizny. Jednocześnie kieruje pytanie - być może do tej osoby lub samego siebie, że "skoro to nie jest miłość, to jak z tego wybrnąć?". W refrenie z kolei wręcz można by rzec, że następuje zacytowanie jakiejś rozmowy właśnie z tą osobą. Całość jest jak opisywanie relacji nie do końca jasnej, ale takiej, którą równie ciężko było rozwikłać - tyle, że być może była zależna od wielu innych czynników, od świata, tego, co czasami los rzuca pod nogi, a nie tylko od decyzji obydwu stron. Dobry tekst, dobra muzyka - czego chcieć więcej. 
     Stąd też, poniżej znowu wrzucam link i liczę na to, że mimo wszystko przełamiecie się, by go odsłuchać, nawet jeżeli na co dzień nie słuchacie tego gatunku muzycznego.



3. "The good left undone"

"All because of you
I haven't slept in so long."

    Długo zastanawiałam się nad trzecim kawałkiem, ale... postanowiłam w tym wpisie wrzucić również taki, jaki w mojej osobistej interpretacji odnosi się do relacji. Stwierdziłam, że skoro dwa poprzednie czułam w ten sposób, to trzeci również niech tematycznie będzie podobny. Szczególnie, że "The good left undone"jest dla mnie utworem, jaki swego czasu potrafiłam słuchać nieustannie i w zasadzie od niedawna znowu to robię. Wszystko za sprawą faktu, że Tim wplata ogrom emocji w przekazanie tekstu tego utworu, a przynajmniej ja potrafię poczuć te wszystkie emocje.
      Być może dla kogoś będzie on jedynie lekko wykrzyczanym tekstem przy akompaniamencie instrumentów (gitary, perkusji). Jednak uwierzcie mi, że wystarczy wsłuchać się w tekst lub w ostateczności go sobie przeczytać, by zobaczyć, jak świetnie został on napisany. Nie będę przedstawiać go tutaj całego, ale krótko mówiąc podmiot tekstu opowiada o tym, że znalazł kwiat pośród chwastów, za jakim od dawna tęsknił. W refrenie z kolei twierdzi, ze to "właśnie przez ciebie, tak długo już nie spałem". Dodaje dalej, że jeżeli już zasypia to i tak ma wrażenie, jakby tonął w oceanie. Z kolei w kolejnej zwrotce ten kwiat zaczynał powoli umierać, dlatego zasadził go z powrotem by żył, a sam go opuścił... I własnie te wszystkie metaforyczne zdania sprawiają, że uwielbiam ten kawałek. Czasami jest tak, że odnajdujemy jakąś relację - czy to miłość czy też przyjaźń. Wydaje się nam, że to jest ten kwiat, jakiego szukaliśmy. Ale czasami to wszystko obumiera. A wtedy, by kiedyś mogło żyć na nowo - ale już nie z nami - musimy to opuścić. Genialny utwór, który wywołuje ciarki, gdy go słucham.
       Dlatego też - posłuchajcie. Nie bójcie się tych mocniejszych brzmień. Kto wie, być może do Was przemówią i nagle otworzycie swój gust muzyczny właśnie na Rise Against. 



     Tym samym powoli przechodzę do końca tego wpisu. Uwielbiam pisać o muzyce, chociaż tworzyć jej nie potrafię, a szkoda. Myślałam jednak swego czasu o pisaniu tekstów, tyle, że nie wychodziło mi tak, jakbym tego sobie życzyła. Wyznaję zasadę, że teksty powinny być o czymś - czasami może być to, że tak ujmę, podane na tacy, a czasami w sposób metaforyczny można przekazać coś całkowicie banalnego. Może któregoś dnia zacznę to robić, ale póki co, pozostanę przy wierszach i opowiadaniach.
      Niebawem odezwę się tutaj z recenzją książki "Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej", bo właściwie skończyłam ją już czytać. Póki co - trzymajcie się! 

Wszystkie utwory znalezione na: youtube
Teksty utworów znalezione: tutaj.

piątek, 22 lipca 2016

"Czasami jest tak, że widzisz granicę i wydaje ci się, że przekroczenie jej to dobry pomysł... dopóki tego nie zrobisz."

Autor: Katie McGarry
Tytuł: Przekroczyć granice
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 496
Ocena: 5/6
     Często boję się sięgać po młodzieżówki. Oczywiście ta obawa nie wzięła się znikąd. Mimo że podczas swojego czytelniczego doświadczenia zdarzały się książki z kategorii Young Adult, jakie potrafiły zawładnąć moim sercem, to jednak sporo było też sytuacji, gdy dana historia cholernie mnie irytowała. Dlatego za każdym razem, decydując się na młodzieżówkę, starałam się nie stawiać im żadnych większych poprzeczek żeby niepotrzebnie się nie rozczarowywać. Zachęcona kilkoma pozytywnymi recenzjami, postanowiłam sprawdzić czy "Przekroczyć granice" Katie McGarry faktycznie okaże się taką dobrą książką z kategorii Young Adult. Po zerknięciu na tylną okładkę i przeczytaniu trzech zdań postaci: "Zły chłopak. Zagubiona dziewczyna. Byli sobie przeznaczeni." pomyślałam, że - cóż, zaczyna się schematycznie, prawda? Nie wiedziałam tylko, że ta właśnie pozornie przystająca do schematu młodzieżówek historia wywoła we mnie tak wiele emocji i sprawi, ze nie będę mogła się od niej oderwać. Świetna, przemyślana i emocjonalna powieść, która chwyciła mnie za serce. 
     Echo wydaje się być zwyczajną uczennicą liceum, lecz nikt nie wie, jak wielką skrywa tajemnicę, bo... ona sama nie pamięta, co wydarzyło się pewnego wieczoru, który spędzała u swojej matki, a po jakim zostały na jej rękach jedynie blizny. Jest więc nieco zdystansowana od świata, chociaż za namową przyjaciółki próbuje wrócić do normalności. Jednocześnie uczęszcza na terapie do szkolnego psychologa - Pani Collins. To właśnie tam poznaje Noah, który również musi brać udział w sesjach z terapeutką. W wyniku pożaru stracił rodziców oraz został rozdzielony z braćmi - dwójka młodszych trafiła do jednego domu zastępczego, gdy z kolei Noah zamieszkiwał inny.  Chłopak za wszelką cenę chce odzyskać braci. Jego losy niespodziewanie splatają się jednak z losami Echo i okazuje się, że ta dwójka ma ze sobą o wiele więcej wspólnego niż pozornie mogłoby się wydawać... Jak zatem potoczą się dalsze wydarzenia? Czy między nimi powstanie większe uczucie? Czy Echo zdoła przypomnieć sobie, co stało się tej feralnej nocy? Czy Noah na nowo zbuduje rodzinę? Odpowiedzi na te pytania odnajdziecie w książce "Przekroczyć granice".
      Muszę przyznać, że początkowo nie mogłam nieco zebrać myśli po przeczytaniu całej tej historii. Ma ona bowiem zarówno swoje plusy, jak i też nieco słabsze strony. Jednak to, co sprawiło, że pochłonęłam ją w raptem jeden dzień to fakt, że jest niezwykle emocjonalna. Przewracając kolejne kartki wręcz czułam sama w sobie te wszystkie uczucia, jakie targały bohaterami. Zacznę jednak od tych minusów. Tak naprawdę do nich mogę zaliczyć jedynie fakt, że jest to faktycznie nieco schematyczna historia, a co za tym idzie również przewidywalna. Być może sporo już tego typu młodzieżówek przeczytałam do tej pory, ale w zasadzie większość wydarzeń jaka następowała, nie była dla mnie większą niespodzianką. Co więcej, po pierwszych około 50 stronach zaczęłam się obawiać, że po raz kolejny rozczaruje mnie historia z kategorii Young Adult, bo wydawała się mieć za wiele słownictwa, za jakim nie przepadam. Ale wiecie co? Im dalej ją czytałam, tym stawała się lepsza, a styl autorki coraz bardziej zaczął do mnie przemawiać. Najlepsze w tej książce było dla mnie to, że rozdziały były pisane naprzemienne z perspektywy Echo oraz Noah. Dzięki temu miałam szansę poznać zarówno życie dziewczyny, jak i chłopaka, a także spojrzeć na ich wspólne wydarzenia z dwóch perspektyw. W momencie, gdy już mega wkręciłam się w tę historię, nie byłam w stanie się od niej oderwać i wiedziałam, że muszę ją skończyć od razu, mając jedynie nadzieję, że autorka nie postanowi zepsuć budującego się mojego dobrego wrażenia samym zakończeniem. Na całe szczęście - ono również było świetne i w pełni mnie usatysfakcjonowało. Jak wspomniałam, przeplata się w tej historii bardzo wiele emocji: chwilowemu szczęściu towarzyszy wewnętrzny ból, jaki kryją w sobie bohaterowie, z kolei gniew często podsycany jest przez bezsilność, a strach sprawia, że wszelkie rany jeszcze bardziej się pogłębiają. 
     Autorka ukazała w tej książce też wiele ważnych aspektów. Pokazała, że życie  nie zawsze bywa dla nas łaskawe i ci, którzy powinni być dla nas największym oparciem potrafią nas skrzywdzić. Jednocześnie ukazała, że pewne wydarzenia potrafią sprawić, że cały nasz dotychczasowy świat runie, zostawiając po sobie blizny - czasami nie tylko te cielesne, lecz przede wszystkim duchowe. To jednak także opowieść o sile prawdziwej miłości - zarówno tej, jaka rodzi się między dwójką młodych ludzi, lecz przede wszystkim też takiej, która pojawia się między rodzeństwem. Bo to właśnie miłość niejednokrotnie potrafi ocalić człowieka. Jest to też książka o przebaczaniu, które czasami przychodzi z trudem oraz akceptacji tych spraw, jakich nie zawsze da się zmienić. Przyznam to z czystym sercem - "Przekroczyć granice" jest jedną z lepszych książek Young Audlt, jakie miałam okazję do tej pory czytać i z całego serca Wam ją polecam. 
     Bohaterowie przypadli mi do gustu, chociaż do niektórych z nich stopniowo musiałam się przekonywać. Echo była właśnie taką postacią, jaka początkowo lekko mnie irytowała - szczególnie tym, że za bardzo chciała podporządkować się ludziom ze swojego otoczenia, zamiast decydować sama, co jest dla niej najlepsze. Jednak z czasem przeszła metamorfozę i zaczęłam ją lubić coraz bardziej. Z kolei Noah całkowicie do mnie przemówił. Został ukazany co prawda nie do końca w pięknym świetle, bo posiadał sporo wad, a jednak ponad nie przebijała się jego ogromna opiekuńczość, miłość do rodzeństwa i determinacja, by zrobić dla braci wszystko, co najlepsze. Polubiłam też niezwykle panią Collins. Postać szkolnego psychologa miała istotne znaczenie w tej historii i została ona wykreowana dokładnie tak, jak powinien wyglądać prawdziwy terapeuta - będący takim z prawdziwego powołania, chcącym naprawdę pomagać zagubionym nastolatkom. Poza tym pojawiły się też inne postaci, które miały ciekawe charaktery. Krotko mówiąc, Katie McGarry dobrze wykreowała swoich bohaterów. 
        Podsumowując, "Przekroczyć granice" okazało się, mimo bycia przewidywalną i schematyczną, to jednak dobrą młodzieżówką, która daje do myślenia. Wszystkie wydarzenia, jakie miały w niej miejsce rozwijały się stopniowo, bez zbędnego pośpiechu, dzięki czemu ta historia spodobała mi się jeszcze bardziej. Myślę, że jeżeli lubicie sięgać po książki z kategorii Young Adult, nie zawiedziecie się powieścią Katie McGarry.
       Niebawem pojawi się na blogu kolejna recenzja, bo już zabieram się za czytanie najnowszej historii Sarah Dessen, jaką to autorkę bardzo polubiłam - zobaczymy czy i ta książka, jaką otrzymałam przypadnie mi do gustu. Póki co - trzymajcie się! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

środa, 20 lipca 2016

Autor: Sofia Caspari
Tytuł: W krainie wodospadów
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 495
Ocena: -5/6

     Po przeczytaniu świetnych kryminałów, postanowiłam powrócić znowu do swojej domowej biblioteczki i sięgnąć po książkę, jaka od pewnego czasu czekała na swoją kolej. Mając do czynienia z poprzednimi tomami Sagi Argentyńskiej, którą napisała Sofia Caspari, nie sposób było nie przenieść się kolejny raz do Ameryki Południowej, tym razem w książce "W krainie wodospadów". Muszę przyznać, że obawiałam się sięgnięcia po ostatnią część, głównie dlatego, że najbardziej porwał mnie pierwszy tom, kiedy drugi już lekko nudził, chociaż nadal pozostawał w tym samym klimacie. Stąd zastanawiałam się, czy być może nie będzie tutaj tendencji spadkowej co do mojego zainteresowania trylogią... Jednak na szczęście, również ta część spełniła swoje podstawowe zadanie - przeniosła mnie znowu na kilka chwil do tej gorącej Argentyny. 
        Podobnie jak w przypadku drugiego tomu, pojawia się nowa historia, lecz towarzyszy jej także nawiązanie do poprzednich części. W dalszym ciągu czytelnik spotyka się z rodziną Anny i Juliusa oraz Victorii i Pedro. Tym razem jednak pojawia się kolejne pokolenie - wnuki obu małżeństw. Aurora - wnuczka Anny to dziewczyna, która mimo młodego wieku ma swoje marzenie: chce zostać lekarką. Oprócz ciągłej nauki, w jej życiu pojawia się też wiele innych sytuacji, w tym pierwsze zauroczenia, chociaż nie zawsze szczęśliwe. Jak zatem dalej potoczą się jej losy? Z kolei córka Victorii, Estella w końcu, po wielu nieudanych próbach, zachodzi w ciążę. Czeka z niecierpliwością na moment, gdy jej dziecko w końcu pojawi się na świecie. Jednak okazuje się, że poród jest dla niej śmiertelny. Marco - jej mąż - nie może pogodzić się ze stratą żony i nie jest w stanie patrzeć na własne dziecko widząc w nim osobę, jaka odebrała mu ukochaną. Czy zmieni swoją postawę i stanie się ostatecznie dobrym ojcem? Z kolei Clarissa - nowa postać tej książki - w tragicznych okolicznościach traci swojego męża. Na pomoc przychodzi jej miejscowy lekarz, Robert, jednak wkrótce okazuje się, że obydwoje muszą uciekać z rodzinnego miasta... Jak więc potoczą się ich losy? Czy między nimi obudzi się jakieś uczucie? I jakie niebezpieczeństwo im grozi? Odpowiedzi na wszelkie te pytania znajdziecie oczywiście w książce Sofii Caspari. 
      Nie stawiałam tej lekturze żadnych poprzeczek. Może częściowo dlatego, by się nie rozczarować, a częściowo po to, by móc ją przeczytać sobie "ot, tak" dla zrelaksowania. Jak już wspomniałam, spełniła ona jednak swoje podstawowe zadanie - dzięki niej w wyobraźni przeniosłam się po raz kolejny do Argentyny. Trzeba przyznać, że co jak co, ale autorka stworzyła niezwykle klimatyczną sagę, którą pochłania się w mgnieniu oka czując się dokładnie tak, jakby kroczyło się tuż obok bohaterów. Co prawda, sporo można zarzucić tej części - to, że jest niezwykle przewidywalna i praktycznie większości wydarzeń domyśliłam się bez trudno, czy też to, że jest to raczej dosyć banalna książka. Jednak mimo wszystko, spodobało mi się w niej to, że bije od tych wszystkich historii ogromna ilość jakiegoś ciepła. Być może jest tak dlatego, że Sofia Caspari stworzyła po prostu ciekawą sagę rodzinną. W swojej książce pokazuje więc, jak ważne są więzi pomiędzy członkami rodziny i że to dzięki nim stajemy się takimi, a nie innymi ludźmi. Jednocześnie uświadamia czym jest prawdziwa przyjaźń oraz pokazuje pełnię miłości i towarzyszącej jej namiętności. Oprócz tego, to kolejne ukazanie Argentyny na przełomie XIX i XX wieku z całymi jej zaletami i wadami oraz wszelkimi różnicami społecznymi. Widać więc, że z jednej strony mamy bogate rody, a z drugiej - rodziny mieszkające w slumsach. Co więcej, autorka posługuje się bardzo przyjemny w odbiorze językiem - jest jednocześnie prosty, ale momentami pełen przemyśleń, lecz przede wszystkim świetnie opisuje wszelkie miejsca. Cieszę się, że sięgnęłam po tę książkę, bo stanowiła ona idealne dopełnienie poprzednich tomów i była po prostu przyjemną lekturą na ostatnio towarzyszące mi deszczowe popołudnia. Myślę, że jeżeli poznaliście twórczość Sofii Casparii w poprzednich częściach, to powinniście sięgnąć po ostatni - nie zawiedziecie się. 
       Bohaterowie zostali przedstawieni całkiem ciekawie. Co prawda, niektórzy nieco bawili mnie swoim postępowaniem i momentami śmiałam się sama do siebie, że czuję się tak, jakbym czytała swego rodzaju telenowelę. Jednak pojawiły się też bardziej barwne postacie czy też takie, jakie zachowywały się w moim odczuciu całkiem realistycznie. Najbardziej polubiłam chyba Aurorę i wszelkie wydarzenia, jakie miały miejsce w jej życiu śledziłam z największym zainteresowaniem. Natomiast Clarissa i cała fabuła skupiona wokół tej postaci była dla mnie dosyć bezbarwna - czytałam, bo czytałam, ale bez większego zainteresowania. Stąd bohaterowie byli różnorodni - pojawiły się mocniejsze, ale i słabsze charaktery.
          Podsumowując, była to przyjemna książka i polubiłam ją przede wszystkim za klimat, jaki ze sobą niosła oraz dobrze stworzoną sagę rodzinną. Co więcej, nie sposób nie wspomnieć o oprawie graficznej - wszystkie trzy tomy Sagi Argentyńskiej są po prostu przepiękne i aż miło trzymać je w ręku, przekładając kolejne strony. Stąd też, jeżeli macie ochotę sięgnąć po coś niezobowiązującego, idealnego na wakacyjny czas, to ta książka będzie dla Was. Jednak zastrzegam, że to zdecydowanie kobieca literatura - myślę, że mężczyźni mieliby problem w odnalezieniu się w tych wszystkich historiach (bez urazy, Panowie. :D). 
          Niebawem odezwę się z kolejnymi recenzjami, ale też być może innymi tekstami. Obmyślam też jakieś nowości do wprowadzenia na blogu, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie. Póki co - trzymajcie się! 

niedziela, 17 lipca 2016

Autor: Jo Nesbo
Tytuł: Wybawiciel
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 430
Ocena: 6/6

      Wiecie, co to jest szczęście? To znalezienie dobrej książki za niewielką cenę i to dokładnie wtedy, gdy naprawdę macie ochotę coś poczytać, bo czeka Was dwugodzinna podróż autobusem. Taka sytuacja spotkała mnie niedawno, kiedy to natknęłam się na świetną obniżkę książki w twardej oprawie, lecz co lepsze - autora, którego miałam okazję już poznać przy okazji innej lektury, jaka to mega mnie wciągnęła. Dlatego też, gdy ujrzałam "Wybawiciela" autorstwa Jo Nesbo, nie wahałam się ani chwili, dołączając ją do mojej kolekcji. Co więcej, dzięki ostatniemu thrillerowi, jaki miałam okazję czytać, zapragnęłam więcej książek z tego gatunku. Nie żałuję swojej decyzji, bo nieprzewidywalna i wciągająca fabuła sprawiła, że wręcz pochłonęłam tę książkę, kolejny raz zarywając noc dla dobrej historii i chcę więcej dzieł Jo Nesbo. 
     Podczas przedświątecznego koncertu w Oslo, zostaje zamordowany jeden z członków znanej Armii Zbawienia. Ktoś zadał mu jeden, śmiertelny strzał, w związku z czym policja jest pewna, że ma do czynienia z profesjonalistą. Fotograf robiący zdjęcia podczas tego wydarzenia, uchwycił prawdopodobną twarz mordercy, jednak ekspert od identyfikacji ma kłopot z rozpoznaniem mężczyzny. Na czele tej sprawy staje Harry Hole, który wraz ze swoimi współpracownikami stara się rozwikłać całą zagadkę. Co więcej, zaczynają ginąć kolejne osoby, a wraz z kolejnymi śladami, okazuje się, że Hole ma do rozwikłania o wiele bardziej skomplikowaną układankę niż początkowo mu się wydawało... Czy zabójca zostanie zatrzymany? Jaki motyw kierował nim podczas morderstwa? A może cała ta sprawa faktycznie jest o wiele bardziej zawiła i morderca został wynajęty, a prawdziwy motyw ukryty jest gdzieś głębiej? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań znajdziecie oczywiście w książce "Wybawiciel".
       Tak, jak już wspomniałam, nie było to moje pierwsze spotkanie z Jo Nesbo. Poprzednio miałam okazję czytać książkę "Syn", która pochłonęła mnie całkowicie sprawiając, że nie mogłam się od niej oderwać, bo chociaż był to kryminał, to posiadał też inne wątki. Z kolei "Wybawiciel" to jedna z historii z cyklu o komisarzu Harrym Hole'u. Początkowo obawiałam się, że sięgając po losową lekturę, będą w niej jakieś powiązania z wcześniejszymi. Co prawda, są pewne wzmianki, jednak nie biorą tutaj góry i zostają bardzo dobrze nakreślone, dlatego od razu wiedziałam, że mam do czynienia z odrębną historią, a jedynie na czele sprawy stać będzie już znany komisarz. Muszę przyznać, że fabuła, jaką stworzył autor, wciągnęła mnie bez reszty, zabierając do tego nieco mrocznego świata. Z zapartym tchem śledziłam losy bohaterów, a każda kolejna strona sprawiała, że całość stawała się jeszcze bardziej tajemnicza. Miałam wrażenie, że autor stworzył tu wręcz jedno, wielkie równanie, do którego ciągle dokładał różne niewiadome, by ostatecznie skleić je w cholernie dobrą, logiczną całość, a swoim zakończeniem wgniatając czytelnika w fotel. Genialna konstrukcja wydarzeń, gdzie nic nie jest takie, jakie początkowo się wydaje, lecz ostatecznie sprawia, że czytelnik wracając do poprzednich wydarzeń widzi wszystkie motywy i nie jest w stanie wyjść z podziwu, jak można było stworzyć tak trzymającą w napięciu historię. Co więcej, spodobało mi się też zwrócenie w tej książce uwagi na inne aspekty. Nie jest to jedynie kryminał, a coś więcej - pojawia się pewnego rodzaju wątek może nie tyle miłosny, co związany z różnego rodzaju relacjami, jak również wątek psychologiczny czy też wiele ciekawych wzmianek o życiu i wierze. Świetna książka, którą serdecznie Wam polecam.
        Muszę krótko napisać jeszcze o tym, dlaczego tak podobają mi się książki tworzone przez Jo Nesbo, bo po raz drugi jestem urzeczona wymyśloną przez niego historią. Lubię klimat, jaki od nich bije. Być może ma to jakiś związek z tym, że wydarzenia dzieją się w Oslo. W pewnym sensie od dawna ciągnie mnie do Norwegii i kojarzy mi się ona z pewną tajemniczością i może hm, mrokiem. Dlatego ten klimat, towarzyszący thrillerom Jo Nesbo, jest całkowicie nie do podrobienia. Również styl, jakim posługuje się autor jest przyjemny w odbiorze. Nie jest zbyt banalny, ale też nie sprawia, że przekładanie kolejnych stron jest wręcz mordęgą.
       Bohaterowie z kolei, jacy zostali wykreowani, mają ciekawe, często niezwykle złożone osobowości. Już na pierwszy rzut biorąc tutaj Harry'ego Hole'a, można zauważyć, że mimo bycia policjantem, ma on swoje pewne problemy, z którymi się zmaga. Być może robi to na swój sposób i nie potrafi do końca sobie z nimi poradzić, a mimo to próbuje. Bardzo go polubiłam. Jest poniekąd takim typem samotnika, ale jednocześnie nieco tajemniczego i intrygującego. Co więcej, zżyłam się z niektórymi innymi bohaterami jak Beate czy Halvorsenem na tyle, że niektóre decyzje autora co do wydarzeń sprawiły, że tknęło to mocno moje emocje. Natomiast sama też postać mordercy została przedstawiona w ciekawy sposób, jak i jego osobowość pełna była zagadek, które autor stopniowo odkrywał przed czytelnikiem.  Stąd uważam, że Jo Nesbo świetnie wykreował swoje postaci.
       Podsumowując, wiem, że nie jest to moje ostatnie spotkanie z twórczością tego autora. Ta nieco mroczna Norwegia nadal mnie pociąga, a kryminały chętnie witam na swojej półce, dlatego też jak tylko natknę się na inne tytuły tego autora na pewno po nie sięgnę. Poza tym Harry Hole już zdążył zyskać moją sympatię, stąd myślę, że pora zapoznać się z innymi książkami, w których wiedzie on prym. Wam natomiast, jak już napisałam, polecam sięgnięcie po "Wybawiciela".
       Niebawem odezwę się z kolejnymi tekstami. Mam wrażenie, że idę z nimi w tym miesiącu wręcz jak burza, ale cóż - po prostu uwielbiam pisać. Póki co - trzymajcie się! 

sobota, 16 lipca 2016

     Deszczowa pogoda zawsze sprawia, że mój nastrój staje się nieco bardziej melancholijny. Nie, to nie tak, że nagle pławię się w jakimś smutku. Po prostu w takie dni, jeżeli akurat nie mam żadnych obowiązków, lubię wieczorową porą, słuchając kropli uderzających o parapet, zastanawiać się nad wieloma sprawami lub też pisać własne teksty - opowiadania, krótkie fragmenty czy też wiersze. Często jednak ten dźwięk spadającego deszczu zastępuję utworami, które są spokojne i sprawiają, że jeszcze bardziej melancholia bierze górę. Co więcej, delikatna muzyka w tle, w takie dni towarzyszy mi też wtedy, gdy czytam. Akurat należę do osób, jakie nie mają problemu z tym, że jakiś dźwięk towarzyszy przekładaniu kolejnych kartek dobrej książki. Dlatego też tego wieczoru chciałabym podzielić się z Wami utworami, jakie uwielbiam i które kojarzą mi się być może z pewnymi wydarzeniami bądź też po prostu skłaniają do refleksji. No to, co - zaczynamy, prawda? 

1. Slipknot - "Snuff"

"I still press your letters to my lips
And cherish them in parts of me that savor every kiss
I couldn't face a life without your lights
But all of that was ripped apart when you refused to fight"

     Slipknot to grupa, która wykonuje muzykę głównie z pogranicza heavy, nu, death i metalu alternatywnego. Na ogół ich kawałki są dosyć mocne. Jednak "Snuff" stanowi pewnego rodzaju wyjątek, chociaż nie tylko ten utwór należy do, że tak to ujmę, spokojniejszych. Jednak już dawno temu skradł moje serducho i do dzisiaj ilekroć go słucham, tak samo na mnie działa. 
        W tym utworze lubię wszystko - począwszy od linii melodycznej po przede wszystkim genialny tekst. Ciężko jest interpretować, co też autor miał na myśli, ale zawsze mogę napisać, co sama czuję, kiedy słucham tego utworu, analizując sobie słowa, jakie płyną z ust wokalisty. Dla mnie w pewnym sensie jest on tak pełen bólu - do samego siebie, ale też do miłości, czyli uczucia, którego chcąc nie chcąc każdy z nas pragnie. Być może ktoś twierdzi, że go nie potrzebuje, ale nastanie taki moment, gdy zrozumie, że chce kochać i być kochanym. Jednak "Snuff" dla mnie wiąże się właśnie z jakimś smutkiem, gdy nagle coś się rozpada. Tak po prostu. Może dlatego przytoczyłam taki, a nie inny fragment z tekstu, bo w pewien sposób uderza we mnie samą. Listy - których może nie przyciskam do ust, ale wciąż gdzieś sobie przechowuję i to, że wszystko jednak się rozpadło, bo ktoś przestał walczyć. Dobry utwór, zdecydowanie idealny, jeżeli chce się pomyśleć bądź zainspirować do napisania nowego, własnego tekstu. 
       Dlatego też polecam Wam przesłuchanie poniższego linku. Jeżeli lubujecie się w spokojniejszych utworach, to myślę, że "Snuff" przypadnie Wam do gustu. 



2. Low - "Lullaby"

"We all want we all yearn
Be soft don't be stern"

     Poznałam ten utwór całkowicie przypadkowo, któregoś wieczoru słuchając właśnie takich melancholijnych kawałków. Po prostu od dłuższego czasu coś robiłam, a w tle grała muzyka. Poprzez autoodtwarzanie na youtube natrafiłam na "Lullaby" i przepadłam, totalnie. 
        Wiecie, co jest najzabawniejsze? To, że zwykle zwracam uwagę na teksty utworów. Tutaj jest on niezwykle krótki. To zaledwie parę wersów wyśpiewanych w ciągu pierwszych około 3 minut. A cała reszta? To sama linia melodyczna. Jednak taka, która sprawia, że mogłabym tego słuchać bez końca. To jest nie dość, że spokojne, to dodatkowo w połączeniu z tym co prawda krótkim, ale dobrym, tekstem, tworzy utwór, który na samym początku jest przepełniony pustką. Tak, brzmi to paradoksalnie. W końcu jak "pustka" może być przepełniona? Ale tak to czuję. Jednak z każdą kolejną sekundą, ta pustka zaczyna wypełniać się emocjami - wszystkie z nich jednak krążą wokół tych pełnych melancholii. Dla mnie bije od tego utworu może lekki smutek, ale też tęsknota. Tak dużo tęsknoty, że ona wręcz boli. Po prostu utwór genialny do słuchania nocną porą, często przy blasku świecy, co tworzy jeszcze lepszy klimat. 
       Tradycyjnie więc zachęcam Was do przesłuchania "Lullaby". Być może przypadnie Wam do gustu. Mimo że jest dosyć długi, uwierzcie mi - warto poświęcić mu te kilka minut.



3. Damien Rice - "Colour me in"

"Come let me love you
And then... colour me in."

    Wczoraj przesłuchując sobie różne, właśnie melancholijne utwory, natknęłam się na pana Rice'a. Tak dawno go nie słuchałam, że postanowiłam to nadrobić. Szczególnie, że zwykle skupiałam się na jego starych utworach, natomiast kompletnie nie znałam jego płyty z 2014 roku. Nawet nie wiecie jednak jak się cieszę, że trafiłam na utwór "Colour me in" (a potem na następne, ale o nich będzie w innym, muzycznym wpisie, o!). 
     Najlepsze w tym wszystkim jest to, że często, jeżeli nie słucham akurat swoich mocniejszych brzmień, to lubię (jak zresztą mogliście zauważyć niejednokrotnie) takie spokojne utwory. Wiele z nich owianych jest nutą melancholii. Jednak jest coś takiego w tym, co tworzy Damien Rice, że często słuchając jego utworów, nie czuję w nich tych bardziej negatywnych emocji, jak smutek czy też ten rodzaj tęsknoty, który podcina skrzydła. Słuchając tego, co tworzy ten artysta, wchodzę w stan pełen sentymentalności i powracania do wielu wspomnień, ale na mojej twarzy pojawia się wtedy często uśmiech. Damien Rice wręcz koloruje swoje utwory czymś, co ciężko mi nazwać. Ale wiem jednak, że należy on do jednych z moich ulubionych wokalistów, tworzących właśnie taki rodzaj muzyki - idealny na te chociażby deszczowe dni. Sam utwór "Colour me in" jest więc dla mnie z takim pozytywnym wydźwiękiem. Mimo że podmiot tekstu z jednej strony twierdzi, że miłość go zawiodła to jednak chce, by ta druga osoba pozwoliła mu się kochać i po prostu wypełniła jego, a właściwie całe jego życie kolorem. Piękny utwór.
      Może nie mieliście do tej pory styczności z "panem Ryżem", dlatego zachęcam Was do dania mu szansy poprzez odsłuchania chociażby poniższego utworu.



     To już wszystko, jeżeli chodzi o dzisiejszy, muzyczny wpis. Bardzo lubię dzielić się z Wami tymi utworami, jakie w pewien sposób skradły moje serce. Czasami są może za bardzo melancholijne, ale cóż, odzywa się we mnie często właśnie ta część natury. Nie jestem tylko stąpającą twardo po ziemi matematyczką, ale też jak widzicie - często romantyczną duszyczką. ;)
    Niebawem odezwę się z recenzją książki "Wybawiciel" autorstwa Jo Nesbo, do której teraz właśnie wracam i spędzam w jej towarzystwie wieczór (mega wciągająca!). Póki co - trzymajcie się! 

Utwory znalezione na: youtube.
Fragmenty tekstów znalezione: tutaj.

czwartek, 14 lipca 2016

Autor: Harlan Coben
Tytuł: Na gorącym uczynku
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 480
Ocena: 5.5/6
      Przesycona historiami miłosnymi, postanowiłam nieco zmienić gatunek. Jako, ze wybrałam się do biblioteki, stwierdziłam, że co prawda mnóstwo moich książek wciąż czeka na półce, ale czemu by jednak czegoś nie wypożyczyć. Od czasu do czasu lubię sięgać po thrillery, dlatego też mój wzrok błądził głównie po półce "sensacja" i tak trafiłam na książkę "Na gorącym uczynku" Harlana Cobena. I wiecie co? Pochłonęłam ją w raptem dwa dni, nie mogąc się od niej oderwać i zarywając nieco noc, dopóki nie dotarłam do ostatniej strony i wszystkie te zawiłe zagadki nie zostały wyjaśnione. Brakowało mi kryminałów, zdecydowanie, a historia stworzona przez autora sprawiła, że chcę więcej książek z tego gatunku.
      Dan Mercer to pracownik opieki społecznej, który troszczy się w szczególności o los dzieci. Któregoś dnia wpada jednak w pułapkę zastawioną przez dziennikarkę Wendy Tynes, która w swoim programie telewizyjnym demaskuje przestępców seksualnych. Mężczyzna jednak zaprzecza wszelkim tym doniesieniom, mimo że w jego komputerze policja znajduje obciążające go materiały. W tym samym czasie siedemnastoletnia Haley McWaid pewnego dnia znika z domu. Wszyscy chcą powiązać jej zniknięcie z Danem. Jednak Wendy zaczyna podejrzewać, że coś w tej całej sprawie nie jest do końca jasne... Jak zatem potoczą się losy mężczyzny? Czy dziewczyna zostanie odnaleziona? I jaką rolę w tym wszystkim odegra sama Wendy Tynes? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście w książce "Na gorącym uczynku".
      To nie było moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy zetknęłam się z jego książką, a było to "Nie mów nikomu", zostałam urzeczona sposobem, w jaki kreuje on bohaterów i tworzy te wszystkie zawiłe sytuacje sprawiając, że czytelnik do ostatniej strony nie jest w stanie przewidzieć wielkiego finału. Od tamtej pory, jeżeli tylko mam ochotę na jakiś kryminał, bardzo często sięgam właśnie po dzieła tego autora. Zdarzały się te lepsze, które wręcz wciskają w fotel, ale też słabsze, przy jakich momentami wiało nudą. Dlatego też nie nastawiałam się w żaden sposób na tę książkę. Okazało się jednak, że od samego początku stałam się bacznym obserwatorem wydarzeń, które z każdą, kolejną, stroną stawały się coraz bardziej zawiłe. Kiedy już wydawało mi się, że domyślam się w jaki sposób potoczą się dalsze losy bohaterów, autor urzekał mnie niespodziewanym zwrotem akcji rujnując przy tym moje wszelkie teorie. Ta historia jest świetna i dopracowana pod każdym wręcz szczegółem. Uważam, że autor wykonał kawał dobrej roboty i oprócz dobrego thrillera, ukazał też kilka innych, istotnych aspektów. Ta książka uświadamia, że czasami niebezpieczeństwo może czyhać na nas bliżej niż się tego spodziewamy i że życie nie zawsze bywa łaskawe zabierając czasami nie tych, co trzeba. Pokazuje, że w obliczu tragedii rodzina zwykle spychana jest na margines społeczeństwa, bo ludzie obawiają się ingerować w jakikolwiek sposób, więc nie robią tego wcale. Harlan Coben wykonał kawał dobrej roboty i jeżeli macie ochotę na jakiś kryminał, ten polecam Wam z czystym sercem. 
       Bohaterowie zostali wykreowani niezwykle barwnie. Już od dawna wiem, że jeżeli chodzi o książkowe postacie, Coben potrafi nadać im świetne cechy charakteru (np. uwielbiam cykl kryminałów z Myronem Bolitarem na czele). Tutaj również stworzył on świetnych bohaterów mających ciekawą osobowość. Wendy to z jednej strony dziennikarka, która uwielbia sensację, lecz z drugiej to matka siedemnastoletniego Charliego, którą również dotknęła tragedia - jej mąż został zabity przez pijanego kierowcę. Stąd też kobieta potrafi być uparta, ale też wrażliwa. Jednak to, co mi się w niej podobało, to te sarkastyczne momentami uwagi - ach, jak ja uwielbiam ten specyficzny rodzaj sarkazmu, jaki Coben często stosuje przy kreacji swoich bohaterów. Ciekawą postacią był też Phil - dawny przyjaciel Dana, a jedną z zabawniejszych - Pops, teść Wendy. Krótko mówiąc, autor stworzył świetne postacie. 
       Podsumowując, polecam tę książkę każdemu, kto lubuje się w thrillerach, a nie miał z nią jeszcze do czynienia. Trzymająca w napięciu historia, pełna zagadkowych wątków, co więcej z barwnymi postaciami sprawia, że nie można się od niej oderwać, a po odłożeniu na półkę w pewnym sensie czuje się lekki niedosyt i chce się jeszcze więcej właśnie takich historii. 
      Niebawem na blogu kolejne teksty - felieton, muzyczny wpis, a potem też recenzje, bo już wzięłam się za następną książkę i tak, też jest to kryminał. Póki co - trzymajcie się! 

wtorek, 12 lipca 2016

Autor: Martin Calder
Tytuł: Lato w Gaskonii
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 350
Ocena: 4/6
    Wakacyjny czas bardzo często sprawia, że ma się ochotę sięgać po książki, dzięki którym w wyobraźni będzie można przenieść się do jakiegoś innego, pełnego klimatu, miejsca. Dlatego też postanowiłam w końcu sięgnąć po lekturę, jaka od pewnego czasu czekała na mojej półce. Przyznam się od razu, że do jej zakupu przede wszystkim zachęciła mnie okładka, która przywodzi na myśl właśnie lato w magicznym miejscu. Nie miałam więc jakiś wielkich oczekiwań co do książki "Lato w Gaskonii" Martina Caldera. Okazało się, że słusznie, bo jest to dosyć przyjemna opowieść o tym, jak bardzo autor pokochał Gaskonię, lecz nie jest to lektura, jaka powala na kolana. Całkiem klimatyczna, ale bez większego szału. 
        Całość opowiadana jest z perspektywy samego autora, który w wieku 22 lat postanowił całe wakacje pracować zagranicą. Wybrał się więc właśnie do Gaskonii, gdzie na farmie należącej do rodziny Cazagnac oddawał się różnym rodzajom pracy, lecz jednocześnie poznawał ten klimatyczny teren, szlifując przy okazji język francuski. Nie można nazwać tej książki biografią, a raczej jest to zapis wspomnień lata, które na zawsze pozostało w pamięci Martina Caldera i dzięki któremu w jego sercu wyryła się też miłość do Gaskonii. Jest to więc opis rodziny, u której pracował, a jaka to przyjęła go niezwykle ciepło i gościnnie, wszelkich prac, jakie wykonywał, miejsc, które miał możliwość odwiedzić, ale też relacji, jakie nawiązał, między innymi z inną pracownicą - Anją. Jeżeli więc macie ochotę poznać tę część Francji, to sięgniecie po "Lato w Gaskonii" na pewno Wam w tym pomoże i być może sprawi, że zechcecie zobaczyć Gaskonię na własne oczy.
        Jak już napisałam, była to przyjemna lektura, ale też nie sprawiła, że mogłabym się nad nią zachwycać wznosząc mnóstwo "ochów i achów". To nie tak, że znalazłam w niej jakieś wielkie negatywy. Raczej chodzi o sam fakt, że przeczytałam ją dla relaksu i nic poza tym - nie wniosła do mojego życia jakiś większych zmian, nie wpłynęła na moje emocje. Była po prostu lekką historią na ten wakacyjny czas, ale taką, o jakiej pewnie szybko zapomnę. To, co mi się w niej podobało to przede wszystkim klimat, bo tego akurat nie zabrakło. Autor opisywał wszelkie miejsca w Gaskonii tak, że miało się wrażenie, iż widzi się je własnymi oczami. Podobało mi się też to, że wielokrotnie podkreślał swoją wręcz miłość do tej części Francji, bo zdecydowanie dało się to poczuć. Sama więc czułam się tak, jakbym znalazła się w Gaskonii, wśród tych wszystkich życzliwych osób i mogła poznać tamte zakątki - a uwierzcie mi, że gdybym tylko miała taką możliwość, chętnie bym to zrobiła. Co więcej, autor wykonał naprawdę kawał dobrej roboty, by przedstawić nie tylko swoje doświadczenia związane z tamtejszym latem, ale też sporo uwagi poświęcił aspektom historycznym związanym z Gaskonią. Co prawda, te fragmenty albo bardziej mnie wkręcały, albo zdarzały się też takie, które lekko zanudzały - dlatego też momentami nie mogłam przebrnąć przez te historyczne ciekawostki. Jednak to zaangażowanie by przedstawić tamto miejsce dokładnie tak, jak autor zapamiętał, sprawiło, że całość jest właśnie niezwykle przyjemna i mimo tych momentów nieco nudnych, czyta się ją całkiem szybko. 
        Bohaterami tej książki są tak naprawdę wszyscy mieszkańcy Gaskonii, począwszy od rodziny Cazagnac poprzez inne osoby, które to autor spotykał na swojej drodze. Wielu z nich opisywał tak ciepło, że nie miało się wątpliwości, iż praca, jaką wykonywał mimo wszystko nie była dla niego udręką, skoro przebywał wśród tak gościnnych ludzi. Ciekawą postacią była też sama Anja, z którą połączyła go pewnego rodzaju więź. Szkoda tylko, że mimo wszystko poświęcił swoim uczuciom o wiele mniej miejscach, niż wszelkim innym opisom. Czytając jednak o tych wszystkich osobach, pomyślałam sobie, że pracując u takiego gospodarza, jakim był Jacques - Henri, sama też czułabym się prawie jak w domu. 
         Podsumowując, "Lato w Gaskonii" to ciepła opowieść o tamtejszym terenie, wspomnienia, jakie autor ciągle nosił w sobie, gdy spędzał tamten czas pracując właśnie w tej malowniczej części Francji, ale jednocześnie nie jest to lektura, jaka sprawi, że zmieni się nagle cały Wasz świat. Jeśli jednak interesują Was książki, dzięki którym chociaż na chwilę macie możliwość przenieść się w myślach do miejsc, które sami chcielibyście odwiedzić, to sięgniecie po wspomnienia zapisane przez Martina Caldera, będą strzałem w dziesiątkę. Być może sami odnajdziecie w sobie Gaskończyka i zapragniecie któregoś dnia na własne oczy zobaczyć tamte miejsca. Co więcej, mogę zapewnić Wam tylko tyle, że książka jest naprawdę dobrą opcją właśnie na ten wakacyjny okres. 
        Niebawem znów postaram się coś tutaj napisać. Jeśli chodzi o książki, postanowiłam nieco zmodyfikować swoje plany i... sięgam aktualnie po thriller. Dawno nie miałam takiego gatunku w rękach, więc pora się przełamać. Póki co - trzymajcie się!

niedziela, 10 lipca 2016

     Jak dobrze wiecie, muzyka stanowi nieodłączny element mojego życia. Niestety, ale nie jestem uzdolniona w tym kierunku, co nie znaczy, że nie uwielbiam słuchać dobrych utworów. A słucham ich praktycznie cały czas - jak tylko zbudzi mnie nowy dzień, w tle od razu rozbrzmiewają dobre dźwięki. Dawno na blogu nie pojawił się żaden muzyczny wpis, stąd dzisiaj postanowiłam to zmienić. Jednak tym razem nie będzie tak melancholijnie, jak zazwyczaj. Postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma utworami, jakie uwielbiam, mogę słuchać nałogowo i które to zaliczyłabym bardziej do "cięższych" brzmień, chociaż dla niektórych i tak będą wydawać się one dosyć lekkie (dobra, dla mnie też, ale nie chcę katować Was czymś, czego nie bylibyście w stanie przesłuchać do końca). No więc by już nie przedłużać zapraszam do przeczytania i odsłuchania poniższych punktów! 

1. Three Days Grace - "Give me a reason"

"Don't speak
Give me a reason to turn and run..."

     Uwielbiam ten zespół od bardzo dawna. Nie pamiętam dokładnie kiedy zaczęła się moja przygoda z Three Days Grace, ale wiem, że od początku bardzo ich polubiłam. Prawdopodobnie pierwszym utworem, jaki przesłuchałam było "I hate everything about you", a potem cóż - tak to poszło dalej. Jednak z czasem zmienił się skład i zabrakło już Adama Gontiera... Dlatego obecnie jeżeli słucham kawałków Three Days Grace to głównie tych za czasów pierwszego wokalisty, którego głos i te emocje, jakie wplatał w utwory, kupiły mnie od razu i mam do nich niezwykły sentyment.
   Utwór, który polecam Wam dzisiaj przesłuchać pochodzi z mojej ulubionej płyty Three Days Grace, czyli "Transit of Venus". To właśnie do tego albumu najczęściej wracam, nałogowo wałkując go po kilka razy tak, że obecnie znam już chyba teksty każdego utworu z tej płyty na pamięć, tak samo jak kolejność, w jakiej się pojawiają. 
     Jeżeli chodzi o samo "Give me a reason" - urzekło mnie już linią melodyczną, lecz przede wszystkim genialnym tekstem. Niedawno wracając właśnie do albumu, o którym wcześniej wspomniałam, to właśnie ten utwór najbardziej we mnie uderzył. Być może dlatego, że te wszelkie słowa odnosiły się do pewnej sytuacji i chyba sama czekałam właśnie na ten moment, by otrzymać powód, dzięki któremu odwrócę się i ucieknę. Do tego głos Adama naładowany emocji, w których kryje się tyle jakiegoś bólu sprawia, że tym bardziej uwielbiam ten kawałek. 
       Dlatego też polecam Wam przesłuchanie poniższego linku.. Być może i do Was trafi w równie mocnym stopniu, jak trafił do mnie. 



2. Alter Bridge - "Blackbird"

"A blackbird fly away
May you never be broken again."

     Grupę Alter Bridge poznałam też już jakiś czas temu, ale wtedy nie słuchałam tego jakoś nałogowo. Jednak głównie pod wpływem pewnego znajomego na nowo powróciłam do utworów tego zespołu. I cóż - przepadłam, szczególnie jeżeli chodzi o album "Blackbird", z którego pochodzi właśnie kawałek o tym samym tytule. Obecnie zatem często przesłuchuję sobie wspomnianą płytę, bo większość utworów niezwykle do mnie trafia. 
     Jednak ulubionym jest właśnie "Blackbird". Jest co prawda dosyć długi, ale kiedy zaczyna się go słuchać, nie ma znaczenia ten czas, a wręcz wydawać wtedy by się mogło, że jest nadal za krótki. Już sama linia melodyczna ma w sobie coś, co do mnie akurat trafia - od pierwszych sekund uderza w jakiś czuły punkt. Początkowo delikatna, by za parę chwil stać się mocniejsza. Do tego tekst pełen metafor jest świetny, już nawet nie wspominając o wykonaniu, gdzie wokalistka wkłada w to ogrom emocji. 
      Myślę, że na długi czas pozostanie we mnie sentyment do tego utworu, ale generalnie też do grupy Alter Bridge. Za każdym razem, kiedy ich słucham, moje myśli kierują się często ku wielu wspomnieniom, jakie być może skomplikowały niektóre sprawy, a jednak ani trochę ich nie żałuję. Wręcz gdybym mogła powtórzyłabym pewne sytuacje znowu i znowu... I znowu. Dlatego też utwór "Blackbird" bardzo mocno trafia w moją emocjonalność. 
        Polecam Wam więc przesłuchać poniższy link. Kto wie - a nuż, nawet jeśli nie słuchacie na co dzień takiej muzyki, akurat ten utwór przypadnie Wam do gustu. 
       


3. Disturbed - "Stricken"

"I am crippled by all that you've done
Into the abyss will I run."
     
     Mam wrażenie, że ten wpis zaczęłam stopniowo, jeżeli chodzi o moc tych brzmień. Początkowo lekki utwór, później już nieco mocniejszy, by zakończyć to czymś zdecydowanie cięższym. Ale cóż, lubię grupę Disturbed i w chwilach, kiedy ogarnia mnie ogromna frustracja nic tak nie pomaga, jak dobre, mocne brzmiene i głos właśnie tego wokalisty. Chociaż słucham ich tylko od czasu do czasu, to mimo wszystko uwielbiam do nich wracać, bo... to jest po prostu cholernie dobre. 
     Akurat utwór "Stricken" ma w sobie coś, co sprawia, że kiedy nadchodzi moment, że mam ochotę na Disturbed - to zawsze zaczynam właśnie od tego kawałka. Ma dobry, mocny tekst, w którym przelewa się mnóstwo goryczy i można by rzec, że też pewnego rodzaju żalu do jakiejś osoby, która sprawiła, że podmiot tekstu czuje się właśnie tak, a nie inaczej. Co więcej, oczywiście muzyka sama w sobie - genialna. 
    Tak jak już więc wspomniałam, akurat Distrubed bardzo często włączam sobie w momentach, gdy coś mnie wręcz rozsadza od środka. Dlatego też żeby oszczędzić talerze, które przypadkiem mogłyby się rozbić o ścianę (taki mało śmieszny żarcik, a co), włączam sobie utwory tego zespołu, słucham, podśpiewuję i czuję się lepiej.
     Polecam Wam więc przesłuchanie poniższego linku, chociaż zdaję sobie sprawę, że jeżeli nie lubujecie się w cięższych brzmieniach, "Stricken" może nie przypaść Wam do gustu. Jednak czemu by nie spróbować, czyż nie?



     To już wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszy, muzyczny wpis. Być może znacie któryś z tych zespołów i również chętnie słuchacie, a może dopiero pierwszy raz w życiu się z nimi spotkaliście. Niemniej, mam nadzieję, że chociaż spróbowaliście dać im szansę - a nuż komuś te utwory przypadły do gustu. ;)
      Niebawem odezwę się z nowymi tekstami - kolejnym felietonem, być może wkrótce recenzją następnej książki, jaką aktualnie sobie czytam w wolnej chwili bądź też znowu z muzycznym wpisem. Póki co - trzymajcie się!

Wszystkie utwory znalezione na: youtube.
Fragmenty tekstów znalezione na: tutaj.

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *