, ,

Czasami trzeba wyrzucić gdzieś swoje frustracje, czyli o tym, co mnie irytuje...

23:00

     Nastał w końcu piątkowy wieczór, który spędzam w domu, z myślą w głowie, że aż do 7 stycznia nie muszę zamartwiać się tym, czy zaśpię na wykład, jak trudne będzie kolokwium oraz czy oby na pewno dobrze wszystko zrozumiałam... Oczywiście i w tym czasie nauka gdzieś tam się pojawi, nie mogę sobie tak po prostu rzucić jej w kąt i cały ten czas spędzić na tzw. "nicnierobieniu". Mimo wszystko, najpierw - chwila oddechu, odpoczynek, nadrobienie zaległości na blogu i co do tego to przede wszystkim przepraszam, że tak długo nie pojawiło się nic nowego. Jednocześnie studia, ale także poniekąd dość ostatnio rozwinięte życie towarzyskie sprawiło, że nie miałam ani zbyt dużo czasu albo też w ogóle siły i jedyne co robiłam po powrocie na mieszkanie to pójście spać, ani też jakiejś odpowiedniej motywacji oraz inspiracji... Stąd - jeszcze raz przepraszam i już staram się to jakoś wynagrodzić. 
      Jakiś czas temu powstała tutaj rubryka "still love - czyli niedzielna piątka", jednak wraz z początkiem kolejnego roku akademickiego nie miałam na nią aż tyle czasu i okazało się, że jakąś zawaliłam, stąd postanowiłam na jakiś czas ją zawiesić. Mimo wszystko kiedyś postaram się do niej wrócić... Jednak nie o tym dokładnie miała być mowa. Skoro stworzyłam cykl ulubionych rzeczy, tak jakoś dzisiaj (mimo że wewnątrz czuję jakiś spokój spowodowany tym, że zbliżają się święta, siedzę sobie w domku i tym podobnie) natchnęło mnie by napisać coś podobnego, jednak parę rzeczy, które totalnie doprowadzają mnie do szału. Co prawda - nie będzie to za bardzo pozytywny wpis, ale dzięki niemu wyleję na chwilę swoje frustracje, a przecież dobrze jest się poczuć wyzwolonym od negatywnych myśli, zwłaszcza na ten okres nadchodzących świąt, które powinno się spędzić w gronie rodziny i przyjaznej atmosferze. Nie wiem, ile tych punktów będzie, być może jedynie parę, jakie to najbardziej dokuczały mi w ostatnim czasie, a być może jeszcze kiedyś wyleję swoje frustracje? Chociaż nie do końca to lubię... No cóż, tak czy siak, żeby nie przedłużać, zaczynam swoją listę, a nuż w niektórych aspektach sami się ze mną zgodzicie.



1. Niemoc pisania

     Myślę, że każdy kto prowadzi blog bądź pisze gdziekolwiek indziej: czy to do szuflady czy już bardziej zawodowo, nienawidzi uczucia, kiedy nic nie wychodzi i jedyne co pozostaje to ta okropna "niemoc pisania". Nie znoszę tego, gdy brakuje mi inspiracji bądź też zabieram się do jakiegoś wpisu, zaczynam go, ale nie mam pojęcia co dalej. Myślę tak i myślę i nic nie przychodzi mi do głowy... Tak mija kolejna godzina, spędzona jedynie na wsłuchiwaniu się w dźwięk jakiegoś utworu szukając w nim ratunku, a tym samym na ekranie czy też kartce papieru nadal nie pojawiło się dosłownie NIC. Normalnie mam ochotę wtedy albo się rozpłakać albo rzucić tym wszystkim gdzieś daleko. Ten brak motywacji potrafi być wykańczający, zwłaszcza na dłuższą metę. Jednak na szczęście po jakimś czasie, dość krótkim, przechodzi mi ta złość na samą siebie i brak pomysłów, zamiast tego pojawiają się inspiracje, jak i ta motywacja jakoś wraca, aż w końcu zaczynają kwitnąć kolejne zdania. Zresztą mam tak zarówno z blogiem jak i własnymi opowiadaniami... To lekko frustrujące, gdy przeszukuję sobie pliki i natrafiam na zaczęte historie, lecz kiedy chcę się zabrać za dalsze ich pisanie, w głowie powstaje jedynie pustka. I tym samym dane opowiadanie czeka sobie nadal na swoją kolej kolejny dzień, tydzień, miesiąc...
     Mimo wszystko staram się walczyć z tą niemocą, jaka czasami mnie dotyka i mam nadzieję, że jednak mi to jakoś wychodzi. Czasami lepiej, czasami gorzej... Ale najważniejsze to się jej nie poddać bo wtedy całkowicie się zatracę i któregoś dnia okaże się, że to, o czym mówiłam jako o swojej największej pasji, już nie istnieje... Och, a tego bym nie chciała, nie ma nawet o tym mowy, stąd walczę i jakoś to idzie do przodu. Tak w ogóle to nawet nie wyobrażacie sobie, jaka byłam zła na siebie kiedy myślałam sobie, że już koniec grudnia za pasem, a ja mam zaledwie dwa wpisy w tym miesiącu. A tutaj i czas nie pozwalał i ta nieszczęsna niemoc... Ale jak napisałam wyżej - wracam z nową dawką energii i pomysłów - będzie dobrze!

2. Sztuczne podążanie za modą

     Od jakiegoś czasu na wielu, ale to naprawdę wielu blogach widuję wpisy o "książce" (tak, tak, celowo piszę to w cudzysłowie, a dlaczego, wyjaśnię za moment), jaka to jest fantastyczna, jak pobudza do myślenia, jak rozwija albo po prostu jak bardzo "chcę ją mieć, bo każdy ją teraz chwali!" Słowo klucz w poprzednim cytacie? KAŻDY. Tak, jakby moda była wyznacznikiem naszego życia. A o jaką "książkę" mi chodzi? Otóż "Zniszcz ten dziennik". Nie rozumiem fenomenu tego czegoś, czego książką nazwać nie mogę, ponieważ dla mnie lektura ma treść, a nie puste kartki jedynie z instrukcjami, które określają nam jak bardzo możemy doprowadzić te kilkadziesiąt stron do zagłady. Może i uczy jakiejś kreatywności - nie wiem, bo nie próbowałam i na pewno tego nie zrobię. Rozumiem, że komuś może się to podobać, chociaż to chyba dobre dla wieku powiedzmy 13-16, ale jeśli bawi się w to dorosła osoba... No cóż, w sumie - co kto lubi. ;) Jednak osobiście jest to dla mnie w większości przypadków ślepe podążanie za modą - "inni ją mają, muszę mieć i ja, przecież to takie super!" A potem ten dzienniczek leży sobie gdzieś w kącie prawie w ogóle nietknięty i zbierający jedynie na sobie kolejne sterty kurzu.
     Jednak jeśli chodzi o sam tytuł tego punktu - tak naprawdę to sztuczne podążanie za modą może dotyczyć mnóstwa innych aspektów: chociażby ubrań - coś jest modne, więc "tak, powinnam mieć to w szafie, co z tego, że mi to nie pasuje albo nie jestem do końca przekonana, grunt, że to jest cool!" To także multum innych rzeczy: od oglądania tych "modnych" filmów nawet jeśli dane kino nas nie interesuje, poprzez bawienie się w DIY nawet jeśli nie mamy do tego zdolności, ale KAŻDY to robi, aż po zakładanie blogów - tak właśnie, nie zważając na to, że może pisanie nie jest moją mocną stroną, ale przecież tyle osób to robi, pisze jak spędziło dzień, wstawia setki zdjęć nie mających związku z tematem który zawiera dany wpis i tak dalej, i tak dalej...
       Okej - może i sama nie jestem do końca hm, taka święta jeśli chodzi o ten punkt, bo czasami ulegam pokusie tych "modnych" rzeczy (tak było chociażby z instagramem, przed którym się broniłam, aż ostatecznie przez ciągłe namowy znajomego, pozwoliłam mu zainstalować mi to coś na telefonie), jednak nawet jeśli już coś takiego robię to raczej dlatego, że mi się to po prostu spodobało, a nie po to, by np. przypodobać się ludziom w tłumie.

3. Plucie jadem w każdej sytuacji

     Powyższy punkt szczególnie dobrze znany wszystkim w internecie. Tak zwane "hejtowanie", inaczej, przeze mnie częściej określane "pluciem jadem" wobec każdej sytuacji, każdej osoby, nieważne czy miała rację czy nie... Koszmar. Czasami zastanawiam się czy tacy ludzie nie mają po prostu swojego życia i próbują jakoś wyżyć się na tych, którzy swój czas poświęcają nieco ambitniejszym zajęciom? Czy może to po prostu ich pasja, tak jak np. moją własną jest pisanie? Nie mam bladego pojęcia. Jednak to nieco irytujące kiedy widzę jak dana osoba czepia się dosłownie wszystkiego, z byle jakiego powodu. Nawet jeśli gdzieś w głębi duszy zgodziłaby się z jakimś stwierdzeniem to jednak jej natura mówi "nie! musisz i tutaj wyżyć swoje własne frustracje!" Zresztą w internecie tak naprawdę każdemu jest łatwo prowadzić "dyskusje", natomiast co innego byłoby w rzeczywistości... Tak mi się przynajmniej wydaje. Oczywiście i w realnym życiu spotykam się z takimi przypadkach i naprawdę znajomość z osobą tego pokroju kończy się u mnie dosyć szybko. Nie chcę przecież by coś, a raczej ktoś, wysysał ze mnie całą energię poprzez swoje ciągłe jakże błyskotliwe opinie na dosłownie każdy temat.
       Oczywiście ktoś zarzuci - nie lubisz tego to po prostu nie czytaj (tutaj: sytuacja związana z tym hejtowaniem w internecie) i wiecie co? Tak właśnie staram się robić - w większości przypadków nie zwracać na to uwagi. Jednak kiedy widzę temat, który jest dobry i na każdym kroku osądzany w sposób, który nie jest kulturalnie krytyczny (bo co do szczerości, ale takiej na poziomie, nie mam naprawdę żadnych zastrzeżeń), a po prostu staje się tym "pluciem jadu" to jednak zatrzymuję się na dłuższą chwilę. W pozostałych przypadkach omijam albo po prostu staję się tym już lekko znudzona.
       Jednocześnie podkreślę, że sama bywam nieco sarkastyczna od czasu do czasu wyrażając swoje szczere opinie odnośnie niektórych tematów, jednak to akurat nie jest tak, że mam na celu dogryźć każdej osobie, a raczej albo robię to właśnie z takim lekkim sarkazmem, nieco może pół-żartem albo po prostu już tak mnie rozwala głupota niektórych sytuacji że nie mogę się powstrzymać przed kąśliwym komentarzem. Wiem jednak kiedy należy przystopować, jak i również, że niektóre słowa potrafią zranić ludzi, a jestem zbyt wrażliwa by czynić zło innym.

     Wiecie co? Myślę, że jeszcze sporo rzeczy by się znalazło, które mnie irytują, jakich nie lubię i tym podobnie, ale... nie lubię przesadnie narzekać (haha, znowu coś, co mnie frustruje, tym razem przede wszystkim w sobie!), no w sumie to nie przepadam też za budyniem czy wszystkim co kokosowe, ale jeśli miałabym wdrażać się w aż takie szczegóły to zbyt wiele wiedzielibyście o moim życiu. Tak naprawdę trzy wyżej wymienione punkty to takie najbardziej aktualnie frustracje, które to miały miejsce w ostatnim czasie. Jak napisałam - znalazłabym jeszcze inne, ale tutaj pasowałoby zrobić rozłam na chociażby cechy charakteru których nie trawię (jak egoizm, nadmierna chęć bycia wiecznie w centrum uwagi), jak i inne rzeczy... No a przecież kto powiedział, że kiedyś jeszcze nie będę musiała jakoś wewnętrznie się tutaj oczyścić? Właśnie! Więc przyjdzie być może taki czas... A na dzisiaj wystarczą te trzy punkty, do których, mam nadzieję, sami macie jakieś własne spostrzeżenia. Czekam na opinie. ;)
      Niedługo znów postaram się tutaj napisać, tym razem naprawdę niedługo... Właściwie to znalazłam któregoś wieczora dawne opowiadanie (tym razem na szczęście nie tylko zaczęte, a całe!) związane ze świętami jakie to nieubłaganie się do nas zbliżają, czyli z Bożym Narodzeniem. Pomyślałam sobie więc - co prawda napisałam je jak miałam jakieś 16/17 lat, ale czemu by nie opublikować na blogu? Stąd myślę, że w okolicach 24 grudnia opowiadanie zawita na ten blog. A być może wcześniej pokuszę się jeszcze o jakąś interpretację czy też recenzję? Zobaczymy. Póki co - trzymajcie się!

Spodobało się? Zerknij na to:

6 komentarze

  1. Bardzo fajny post :) Czasem warto wyrazić w słowach to co nam leży na duszy ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmmm...pierwszy raz spotkałam się z takim postem. Jeżeli kolejny post także mnie zainteresuję, zostanę tu na dłużej :D
    http://antenaaa-atena.blogspot.com/2014/12/my-christmas-wish-list.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajny post ! :)


    Zapraszam do siebie : http://modolivem.blogspot.com/ jeszcze 21 osób i będzie 400 obs BARDZO BĘDĘ WDZIĘCZNA ZA POMOC :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze się czyta :)
    obs za obs? Juz zaczęłam :)
    iknowtheuk.blogspot.co.uk zapraszam do mnie
    Wesołych świąt

    OdpowiedzUsuń
  5. Potrzebowałam takiego wolnego czasu. ;) Zgadzam się z tym, co napisałaś o książce (w sumie książką bym tego nie nazwała) "Zniszcz ten dziennik". Gdzie tu jest sens? Wydać 30 zł i za chwilę to zniszczyć na wióry..

    Wesołych Świąt!
    hollyandholly1.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. Oho! Czuję się trochę inspiracją dla tych słów o Zniszcz ten Dziennik! ;) Czekam na opowiadanie!

    OdpowiedzUsuń

*Każdy komentarz, czy to pochwała czy też krytyka, niezwykle motywuje mnie do dalszego działania, stąd dziękuję za wszystkie pozostawione przez Was słowa! :)
*Jeśli jednak zamierzasz napisać "fajny blog! może rev?" - lub coś w tym stylu, to naprawdę lepiej nie pisz niczego :)
*Nie bawię się w obserwację za obserwację, więc daruj sobie od razu takie pytania :)

Archiwum

Ostatnie wpisy