Żaden tytuł nie odda w pełni chaosu, jaki wytworzył się we mnie...

18:25

Na samym początku tego postu, chciałam przeprosić, że zaniedbuję troszkę blog, jednak chyba kiedyś zapowiadałam, że nastąpi szereg zmian, które sprawią, iż mój czas będzie coraz bardziej wypełniony przeróżnymi obowiązkami. Stąd też nie zawsze go już mam, żeby coś tutaj naskrobać, bądź po prostu brakuje mi już chęci, a przede wszystkim inspiracji i tak zwanej weny twórczej.
Wiem jednak, że pisanie w pewien sposób mi pomaga, jest moją pasją, lecz o tym było już w jakimś poście. Do czego dążę jednak to fakt, że są takie dni, kiedy ma się wrażenie, że nic nie ma sensu...
Siedząc samotnie w pustym mieszkaniu, w mojej głowie pojawia się tysiąc myśli, jak zawsze splątanych, lecz i tak kierujących się ku jakiejś konkretnej rzeczy, którą chcę z siebie wyrzucić, przelać na ten wirtualny papier, bo sama nie daję sobie rady. Są chwile, kiedy mam wrażenie, że emocje mnie opuściły, lecz z drugiej strony chcę krzyczeć z bólu, jaki tworzą różnorakie rozczarowania, chore ambicje, zawodzenie innych i siebie samej, zakładanie różnego rodzaju masek, byle by zachować kamienną twarz... I chciałabym te emocje gdzieś wylać. Padło akurat na ten blog, jak i na ten dzień. Nie będzie to post ciekawy, mający na celu analizę jakiegoś konkretnego tematu, czy opisanie książki, jaką chciałabym Wam polecić, a stanie się on jakoby kartką wyrwaną z pamiętnika osoby, która gdzieś po prostu w pewnym momencie się zagubiła i sama nie wie, co powinna zrobić z rzeczami, jakie to zaprzątają jej głowę, sprawiają, że czuje się szczęśliwa, lecz jednocześnie tak bardzo zdołowana. Podnoszą ją do życia, jak i zabijają... Ale może sens w tym, że (posłużę się tutaj cytatem z utworu One Republic - Counting stars), "wszystko to, co mnie zabija, sprawia, że czuję się żywym". Jest w tym sporo prawdy, bo to, co w jakiś sposób nas rani, może uczynić jeszcze silniejszym, sprawić, że będziemy chcieli jednak pokazać, że nie tak łatwo nas złamać. Lecz to zależy też od osobowości poszczególnych osób. Moja jest całkowicie zachwiana, a ja sama pełna sprzeczności. Potrafię motywować innych do działania, lecz sama nie umiem myśleć pozytywnie w wielu sytuacjach. Doradzam innym by zrobili krok naprzód ku osiągnięciu jakiegoś celu, ale sama nadal tkwię w martwym punkcie, z setką myśli i tych cholernych emocji, które wyrywają się, by wyjść na zewnątrz, a ja nie chcę do tego dopuścić. Dlaczego? Bo strach przejmuje górę, jak i czarne scenariusze tworzą się w mojej głowie. Bo chcę pozostać silna, gdzie pod tą kamienną twarzą, czasem nieco ironicznymi zdaniami wypowiadanymi przez moje usta, w środku istnieje tak bardzo wrażliwa, czuła osoba, która pragnie tego, by w końcu to, co spędza jej sen z powiek, stało się jasne... Lecz wie, że zależy to od niej samej. Haha, zabawne, jak przeskakuję z pierwszej osoby na trzecią, wiem, że to wprowadza dodatkowy chaos w ten post, ale to nieważne... Nie ogarniam już niczego. Samej siebie, tego wszystkiego, co tworzy takie rozdarcie wewnętrzne. Może po prostu powinnam dać sobie spokój, wmówić sobie, że czuję tego, co wydaje się, że czuję... Nie, stop. Koniec. Nie mogę o tym mówić. A może nie chcę? Nie wiem... Lecz najgorsze jest to, że jestem wręcz przekonana, że to nigdy by się nie udało, że ja nie zasługuję po prostu na to, żeby to zmieniło się na coś innego, choć tak bardzo tego pragnę... Bo przecież to nie zależy tylko ode mnie. Jedynie co, to po prostu kiedyś minie, bądź całkowicie zniknie. Wiem też, że ten wieczór, w prawie że ciemnym, pustym jeszcze jak na razie mieszkaniu, nie jest dobry, bo zawiodłam w jakiś sposób samą siebie, moje ambicje. Może niepotrzebnie dramatyzuje, bo pewności nie mam, że zawaliłam coś, czego nie chciałam, a poza tym to nie jest ostatnia rzecz i następna może pójdzie lepiej, lecz... Nie znoszę tego uczucia, bo skoro nie potrafię spełnić własnych oczekiwań, jak mogę nie zawieść kogoś innego? Choć staram się tego nie robić, zdecydowanie nie... Tysiące chorych myśli nadal kłębi się gdzieś we mnie, a sama mam ochotę po prostu płakać. Tak, dokładnie, jak mała dziewczynka, zaszyć się pod kocem i pozwolić łzom płynąć, oczyścić mnie samą z poczucia zawiedzenia siebie, (jakie miało w małym stopniu dzisiaj miejsce), z niemożliwych do spełnienia uczuć, jak i z tego, że czuję całkowity bezsens własnego istnienia i szczerze powiedziawszy, dnia dzisiejszego, a właściwie już wieczoru, nie jestem w stanie na siebie patrzeć, na osobę, która chce tak wiele, a robi tak mało, na kogoś, kto nie umie poradzić sobie z własnymi słabościami i przelewa je na blog, zamiast stawić im czoła, na kobietę, która chce być kochana... Ale tylko przez tą jedną osobę, co jest i będzie pewnie niemożliwe... Choć może jednak, kiedyś na pewno?
Kończę ten pełen dziwnych rozterek wpis, w którym skupiłam uwagę na samej sobie. Rozłożyłam w pewien sposób to, co mnie dręczy na mniejsze części, lecz nie do końca maleńkie, bo jednak resztę zostawię dla siebie, bo nie chcę, by ktokolwiek wiedział więcej, niż powinien. Czuję się całkowicie wypruta, jak jakiś wrak, a jedyne co chcę teraz zrobić, to naprawdę zaszyć się pod kocem, szlochając, w końcu przekonać siebie, że nie mogę się poddawać, bo raz jest lepiej, raz gorzej, jak i myśląc, czy jednak nie byłoby warto w końcu zrobić jakiegoś kroku naprzód w niektórych sprawach... Nie wiem. Wierzę jednak, (zacytuję tutaj fragment z książki Mariusza Maślanki, której to recenzji być może dokonam wkrótce, tak, to jest nagła myśl, lecz nie taka zła!) że "jutro będzie lepiej. Na pewno. Bo jutro na pewno stanie się coś dobrego. Trzeba tylko przetrzymać dziś." 
Tylko co, jeśli jutro wcale nie będzie lepiej...?

Spodobało się? Zerknij na to:

2 komentarze

  1. Szanowna Pani Autorko, życie polega na ciągłym "dotykaniu" nowości, po to żeby zwyczajnie ŻYĆ. Nie warto dogłębnie zastanawiać się czy zrobić to czy nie, bo tracimy czas, który moglibyśmy wykorzystać na tysiąc innych ciekawych doświadczeń. "Jak kraść to miliony, jak gwałcić to tylko arystokratów", bierz garściami i korzystaj, nie bój się życia, niech raczej ono się Ciebie boi, bo wierz mi że masz nad nim całkowitą władzę. Młoda jesteś, świat należy do Ciebie, wystarczy tylko więcej wiary w siebie! Stać Cię na to by "te osoby" lub "osoba" jadła Ci z ręki, naprawdę Cię na to stać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo za ten komentarz, bo powiem szczerze, że w jakiś sposób mnie podbudował, sprawił, że na mojej twarzy pojawił się uśmiech, który na parę dni gdzieś się zaszył i nie chciał powrócić. Myślę, że masz rację, muszę po prostu sama uwierzyć w to, że "świat należy do mnie". Tak czy siak, jeszcze raz dziękuję za poprawę nastroju i pozdrawiam! : )

      Usuń

*Każdy komentarz, czy to pochwała czy też krytyka, niezwykle motywuje mnie do dalszego działania, stąd dziękuję za wszystkie pozostawione przez Was słowa! :)
*Jeśli jednak zamierzasz napisać "fajny blog! może rev?" - lub coś w tym stylu, to naprawdę lepiej nie pisz niczego :)
*Nie bawię się w obserwację za obserwację, więc daruj sobie od razu takie pytania :)

Ostatnie wpisy