Matematyczny umysł z artystyczną duszą. Matematyk z wykształcenia, aktualnie pracownik jednej z krakowskich korporacji, a z zamiłowania niespełniona pisarka i zakręcona książkoholiczka.

poniedziałek, 26 marca 2018

Autor: Ali Benjamin
Tytuł: Serce meduzy
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 308
Ocena: 5/6

                Wraz z przemijającym czasem, coraz rzadziej sięgam po książki, jakie wpisują się w kategorie tych bardziej młodzieżowych czy też skierowanych po prostu dla młodszych czytelników, bo wychodzę z założenia, że wyrosłam już z takich historii. Jednak gdy natknęłam się na tytuł „Serce meduzy” – książkę napisaną przez Ali Benjamin, to poczułam się mocno zaintrygowana. Przyznaję, że już jeden rzut oka na tę przepiękną okładkę sprawił, że miałam ochotę sięgnąć po tę historię, a przeczytanie krótkiego opisu tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że temu tytułowi warto przyjrzeć się bliżej. 
                Główna bohaterka, jednocześnie narratorka całej historii, to dwunastoletnia Zuzanna – dziewczynka, która wyróżnia się spośród swoich rówieśników: nie podąża jak jej koleżanki za modą czy też nie szuka nie wiadomo jak wielu przyjaciół. Zamiast tego interesuje ją wszystko, co związane jest z nauką: pochłania różne informacje w mgnieniu oka. Jednak jak jest w stanie zrozumieć wiele spraw, tak jednej z nich nie potrafi – dlaczego życie jej przyjaciółki mogło skończyć się tak szybko… Zuza próbuje więc za wszelką cenę znaleźć sensowne wyjaśnienie śmierci Franny, a jednocześnie na swój sposób przeżywa żałobę po stracie tak bliskiej osoby. Czy uda jej się dowieść, że ktoś lub coś było winne temu, że Franny umarła? Jak Zuza radzi sobie z tą sytuacją? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę „Serce meduzy”.
                Zacznę od stylu, którym posługuje się autorka. Jest on niezwykle lekki w odbiorze, przez co przechodzenie przez kolejne strony nie stanowi większego problemu. Jednocześnie, pomimo że cała książka w moim odczuciu skierowana jest bardziej do dzieci/młodzieży, to ten język nie jest zbyt banalny i nie przyprawia o frustrację. Wręcz przeciwnie – to lekka opowieść, ale mająca w sobie wiele takich fragmentów, które o dziwo chwytają za serce – może nie meduzie, ale to nasze, ludzkie. Dlatego też tę lekturę mogę spokojnie polecić każdemu, bez względu na wiek - trafi ona zarówno do młodszych czytelników, bo przejście przez nią nie sprawia problemu, ale także do tych nieco starszych – bo być może w jakiś sposób rozczuli i przypomni młodzieńcze czasy.
                Cała historia w dużej mierze kręci się wokół fascynacji głównej bohaterki na temat meduz oraz na próbie odpowiedzenia sobie na pytanie, przez co tak naprawdę umarła Franny. Wydawać by się mogło, że to właśnie stanowi główny wątek całej książki, a jednak tak naprawdę w moim odczuciu najważniejszy aspektem jest pokazanie, jak wygląda przeżywanie żałoby po kimś bliskim. Zuza przyjaźniła się z Franny od najmłodszych lat, a jednak wraz z wkraczaniem w etap dorastania coś w ich relacji zaczęło się zmieniać. Stąd też czytelnik ma szansę poznać wcześniejsze losy dziewczynek, dzięki czemu łatwiej może zrozumieć, w jaki sposób Zuza przeżywa swoją własną żałobę.
                Muszę przyznać, że ta historia jest w jakiś sposób pouczająca. Pokazuje, że czasami nawet najlepsze przyjaciółki przeżywają chwile, gdzie ta przyjaźń wystawiana jest na próbę. Ta opowieść, jak już wspomniałam, uświadamia także, że każdy inaczej przeżywa żałobę. Nie ma jednak jednego, ustalonego schematu: ktoś będzie wylewał morze łez, gdy ktoś inny w ciszy i spokoju będzie próbował zrozumieć, że już nigdy więcej nie zobaczy twarzy bliskiej mu osoby. Dlatego też cała książka jest pełna emocji: smutku, złości, ale też małej iskierki radości i nadziei na lepsze jutro.
                Bohaterowie również zostali wykreowani bardzo ciekawie. Widać, że autorka włożyła trochę pracy w to, by stworzyć postacie nastolatków i ukazać te młodzieńcze problemy. Zuza to dziewczynka specyficzna, która może czasami wydawała się być dla innych dziwna, lecz nic sobie z tego nie robiła. Miała swoje zdanie i nie szukała nadmiernej uwagi u swoich rówieśników. Z kolei Franny czytelnik poznaje jedynie z opowieści głównej bohaterki, a dokładniej – ze swego rodzaju „kartek pamiętnika” Zuzy. Stąd też o drugiej dziewczynce można powiedzieć jedynie tyle, że wraz z wkraczaniem w bycie już nastolatką, a nie dziewczynką, powoli zaczęła się zmieniać, a wraz z tym zmieniały się jej relacje z Zuzą. Ciekawą postacią był natomiast Justin, kolega głównej bohaterki – wkładał on do książki nieco humoru i radości. Ostatnią już bohaterką, mającą też duży wpływ na samą Zuzę i jej postrzeganie świata, była nauczycielka fizyki. Stąd też uważam, że autorka dobrze wykreowała swoje postaci.
                Podsumowując, „Serce meduzy” to książka, która pozornie skierowana jest głównie do młodszych czytelników, a mimo to śmiało może po nią sięgnąć każdy, bez względu na wiek. To mądra opowieść o tym, jak przeżyć stratę bliskiej osoby, a także to historia pokazująca, że etap dorastania wcale nie jest tak łatwy, jak mogłoby się wydawać. Zdecydowanie nie żałuję, że po nią sięgnęłam i każdemu ją polecam.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

sobota, 3 lutego 2018

Muzyczny wpis

    Gdy jeszcze dawniej na tym moim Chaosie myśli nie zapanował iście książkowy klimat, lubiłam od czasu do czasu wrzucić dla Was tak zwane muzyczne wpisy. Najczęściej znajdowały się w nich utwory, które w jakiś sposób mnie urzekły - czy to samym brzmieniem, tekstem czy też jednym i drugim. Postanowiłam, że swój powolny powrót na blog zacznę właśnie od takiego muzycznego wpisu, w którym przedstawię Wam trzy tytuły, jakie bardzo przypadły mi do gustu i które są idealne dla mnie w momencie, kiedy dopadają mnie niewyjaśnione chwile melancholii. 

1. Mikromusic - "Na krzywy ryj"

"nie prosiłam a mam
wszystko mam
nie oczekując niczego, dostałam..."

     To, że uwielbiam Mikromusic, nie jest niczym nowym, bo dawno temu publikowałam na blogu wpis, gdzie muzyczny post poświęciłam tylko temu zespołowi. Dlatego też słucham ich raz częściej, raz rzadziej, ale zawsze są chwile, kiedy wracam do tych przepięknych utworów. Jednym z tych, jakie szczególnie mnie urzekły jest właśnie "Na krzywy ryj" - kawałek, jaki jest tak delikatny, a jednocześnie pełen emocji, że odczuwa się je samym sobą.
     Ten utwór trafił do mnie z kilku powodów. Pierwszym z nich jest sama muzyka - po prostu przepiękna, lekka aż można się w niej całkowicie rozpłynąć. Do tego dochodzi wspaniały tekst, niby taki banalny, a da się w nim dostrzec tak wiele małych przesłań. Od tego tekstu bije mnóstwo uczuć, jakie sama w sobie noszę, a niektóre wersy pasują do mnie wręcz idealnie. Ostatnim z kolei aspektem, jaki wpłynął na tak pozytywny odbiór tego utworu jest jego teledysk. Naprawdę rzadko słucham muzyki oglądając do nich klipy, ale ten jest wyjątkowy - przedstawia przepiękne góry, że nie sposób oderwać się od ekranu przez te niewiele ponad cztery minuty.
     Dlatego też z całego serca polecam Wam przesłuchanie poniżej wrzuconego linku, bo warto. Jeżeli tyko jesteście melancholikami, to ten utwór na pewno do Was trafi.



2. The Dumplings - "Ach nie mnie jednej"


"Taką mam w duszy kruchą łezkę
Jak kropla, która rzeźbi różę..."

     Kiedyś przypadkiem trafiłam na ten utwór i zakochałam się w tej wersji całkowicie. Urzekło mnie w niej to, że jest niezwykle emocjonalna, a wokalistka The Dumplings zrobiła doskonałą robotę jeżeli chodzi o interpretację tekstu, który jest czystą poezją, bo został napisany przez znaną zapewne wielu z Was, nieżyjącą już Agnieszkę Osiecką.
     Stąd też jeżeli chodzi o same słowa tego utworu - są piękne, ale jak już wspomniałam, szczególnie urzekło mnie to, w jaki sposób przekazują go The Dumplings. Ich aranżacja wywołuje ciarki na całym ciele i bije od tego tak wiele emocji, że jest to tak mocno autentyczne, iż samemu odczuwa się to wszystko, co zawiera w sobie tekst: jakąś niewyobrażalną tęsknotę, ból i nieumiejętność mówienia już o uczuciu jakim jest miłość. Najbardziej chyba urzekło mnie, że "włożone" zostały do tego skrzypce, które tylko potęgują uczucie jakiejś dramaturgii płynącej ze słów napisanych przez poetkę. Jak dla mnie to po prostu mistrzostwo.
     Dlatego też nie zwlekajcie i czym prędzej słuchajcie poniższego utworu - być może i Was wywoła ogrom emocji i sprawi, że wpadniecie w chwilę zadumy.



3. Sarsa - "Motyle i ćmy"


"Nocą
Kiedy resztki światła migoczą, cichną miasta
Szukaj mnie..."

    Muszę przyznać, że rzadko podobają mi się te tzw. radiowe kawałki, które nieustannie się słyszy aż wręcz do znudzenia. Tak samo nie bardzo przepadałam za Sarsą, bo chociaż kibicowałam jej specyficznemu śpiewaniu w programie The Voice of Poland, tak większość jej kawałków po prostu do mnie nie trafiła, bo były dla mnie tanim, popowym brzmieniem.
    Nie inaczej jest może w przypadku utworu "Motyle i ćmy" - ewidentnie można sklasyfikować go do lekkiego gatunku, a jednak coś w tym kawałku sprawia, że gdy przesłuchałam go parę razy, to potem nie mogłam się już od niego oderwać. Tym, co przede wszystkim mnie w nim urzekło jest tekst - tym razem Sarsa trafiła do mnie tym niby prostym, a bardzo melancholijnym tekstem, jaki opowiada o wielu uczuciach: tęsknocie, jakiejś takiej pustce, która zostaje, gdy kogoś już nie ma i zostały nam jedynie wspomnienia. Do tego bardzo klimatyczna, spokojna linia melodyczna i można się w tym utworze rozpłynąć, a potem słuchać, słuchać i słuchać...
    Być może mieliście okazję go już usłyszeć, chociażby dlatego, że często leci w kanałach radiowych, ale mimo to wrzucam link dla tych, jacy nie mieli okazji posłuchać tego kawałka.



       Stąd też w dzisiejszym, muzycznym wpisie przedstawiłam Wam utwory z pięknymi, damskimi wokalami, świetnymi tekstami oraz aranżacjami muzycznymi. Wiem także, że tego typu wpisy będą pojawiać się o wiele częściej i mam nadzieję, że być może kiedyś dzięki nim traficie na ten utwór, jaki i Was totalnie urzeknie.

Utwory znalezione na: YouTube.

czwartek, 1 lutego 2018

Chaos myśli
     Bardzo długo zabierałam się do tego, by wreszcie opublikować tutaj wpis, w którym wyjaśniam, dlaczego mój Chaos myśli milczał tak długo - zarówno tutaj, na blogu, jak także niewiele lepiej wyglądała sytuacja na fanpage'u, choć w tamtym miejscu kilkakrotnie wyjaśniałam moją nieobecność. Jednak dzisiaj publikuję dla Was wpis pełen szczerości i taki, w którym nie tylko mówię, dlaczego tak po prostu zniknęłam na jakiś czas z internetu, ale też wyjaśniam, co dalej będzie z Chaos myśli. Tak więc zacznijmy od początku...
      Nie piszę ani tutaj ani na fanpage'u. Zniknęły recenzje książek, które to od pewnego czasu były jedyną tematyką poruszaną na blogu, nie ma moich krótkich tekstów, jakie co rusz wrzucałam na fanpage - po prostu nie piszę niczego. Nie pisałam, bo nie miałam kiedy, ale też chyba dlatego, że po prostu straciłam chęci i uznałam, że nie potrafię tego robić tak, jak dawniej... A przynajmniej tak myślałam do pewnego momentu. Otóż do chwili, w której uświadomiłam sobie, że pisanie zawsze będzie jakąś tam częścią mnie. Kiedy ostatnio dostałam od mamy przepiękny notes (tak, to ten w pióra ze zdjęcia), bo jak to sama powiedziała, kiedy go zobaczyła, to od razu wiedziała, że to coś dla mnie na to moje pisanie, to wiecie, pomyślałam sobie wtedy, że w sumie to brakuje mi tego wszystkiego. Bardzo mocno brakuje mi mojego miejsca w internecie, w którym mogłabym umieścić opinię czy to o książce, filmie, serialu czy też wrzucić własne przemyślenia dotyczące przeróżnych spraw. Gdy tak o tym wszystkim myślałam i myślałam to wreszcie coś sobie uświadomiłam. 
      Jako, że jestem osobą szczerą i wyznaję zasadę, że powinno się głośno mówić o tym, co się myśli i czuje, to odsłonię w tym momencie przed Wami bardzo wiele rzeczy, jakie dopiero niedawno do mnie dotarły. Parę linijek wyżej napisałam, że coś sobie uświadomiłam i wiecie co to takiego? A no to, że najgorsze w tym braku pisania był fakt, że sama, dobrowolnie, powoli zaczęłam z tego rezygnować. Zasłaniałam się pracą i studiami, spędzaniem czasu z bliskimi w wolnych chwilach, jakich mam niewiele, tym, że nie mogę pogodzić wszystkiego, a tak naprawdę, nawet jak były momenty, że mogłabym coś napisać to najzwyczajniej w świecie mi się NIE CHCIAŁO. Tak samo mocno nie chciało mi się pisać, jak i czytać. 
      Kiedy otwierałam nową książkę, na samą myśl o czytaniu dostawałam ataku lenistwa. Na widok napływających egzemplarzy recenzenckich robiło mi się niedobrze. Gdy próbowałam sklecić jakiś wpis, uznawałam wówczas, że żadne słowa nie układają się w spójną całość i po prostu wyłączałam ten wirtualny arkusz. Poczułam, że w pewnym momencie to wszystko mi się PRZEJADŁO. Za dużo egzemplarzy recenzenckich, ciągła walka pomiędzy napisaniem recenzji na czas, a czymś innym sprawiło, że poczułam niechęć nie tylko do czytania, ale i pisania. Bo kiedy nie pisałam opinii o jakiejś lekturze, to i miałam wrażenie, że mój blog stał się już tak bardzo książkowy, że próba wrzucenia czegokolwiek innego nie ma najmniejszego sensu. Poddawałam się już na starcie. 
      Faktycznie, łączę ostatni rok studiów z pracą, co na początku nowego semestru naprawdę pochłaniało mnóstwo mojego czasu. Może inaczej by to wyglądało, gdybym oprócz chodzenia na uczelnię i do pracy, nie musiała się uczyć, wtedy być może lepiej gospodarowałabym swoim czasem. Ale jest jak jest, a ja po prostu nie potrafiłam znaleźć w tym wszystkim chwil dla bloga, a nawet jeśli je znajdywałam, to po prostu odechciało mi się pisania. To są główne powody, dlaczego Chaos myśli milczał - częściowo przez natłok obowiązków, a częściowo przez moje własne lenistwo i to, że przejadło mi się czytanie i pisanie. Może brzmi to niefajnie, ale wiecie co? Potrafię się do tego przyznać, a uważam, że umiejętność mówienia o swoich błędach jest o wiele bardziej ceniona niż mydlenie innym oczu półprawdami. 
       Jednak co dalej z Chaosem myśli? Nie, nie rozstaję się z nim. Niedawno w głowie zaczęły kiełkować mi super pomysły na artykuły z serii przemyśleń, a piętrzący się stosik WŁASNYCH książek, czekających od dawna, o dziwo zaczął mnie przyciągać. Właśnie dlatego zrozumiałam, że czegoś, co się kocha, nie da się ot tak porzucić. Kiedy dodatkowo spojrzałam na rok, od kiedy prowadzę swój blog, pomyślałam sobie, że nie chcę zaprzepaścić tak długiego czasu, a przynajmniej jeszcze nie. No i przede wszystkim zdałam sobie sprawę z faktu, że mam Was, Czytelników - nieważne czy jest Was tysiąc, dwustu czy raptem paru - ważne, że JESTEŚCIE. 
       Pojawiały się w mojej głowie jednak myśli, czy pozostać tutaj, na moim Chaosie, czy może spróbować sił na czymś nowym - wiecie, pusta kartka i zacząć wszystko od początku. Po przemyśleniu stwierdziłam, że to jest moje miejsce i to właśnie tutaj nadal będę pisać, a jednocześnie powrót na Chaos myśli może być jakimś tam nowym początku. Dlatego na pewno chcę wprowadzić kilka zmian, czyli:
  • muszę pomyśleć nad wizualną kwestią bloga: zmianą szablonu, uporządkowaniem wpisów, stworzeniem miejsca, które na sto procent odzwierciedli mnie
  • nie chcę pisać już tylko recenzji książek (a na pewno bardzo, bardzo ograniczę współprace recenzenckie, czas na lektury z własnej półki!), a chcę recenzować także filmy czy też seriale, których od pewnego czasu oglądam sporo
  • chcę, by pojawiało się tutaj o wiele więcej przemyśleń niż do tej pory 
  • i... wiecie co? Chcę, by jakikolwiek jeszcze pomysł wpadnie mi do głowy, nieważne czego będzie dotyczyć, mógł się tutaj realizować, no bo przecież to Chaos myśli: mój własny miszmasz wszystkiego, o! 
      Mam jedynie nadzieję, że z pomocą innych i ich wiarą w moje możliwości, uda mi się to wszystko zrobić: że jakoś ogarnę wizualną kwestię bloga, a pisanie... ono już przyjdzie samo!  Tak więc, Kochani - do rychłego "napisania"! :)     

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Autor: Amanda Prowse
Tytuł: Świąteczne marzenie
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 336
Ocena: -5/6


      Chociaż co prawda jest już po świętach, nadszedł moment, bym w końcu opublikowała zaległą recenzję książki, jaka obraca się właśnie w klimacie świątecznym. To już druga historia stworzona przez Amandę Prowse, jaką miałam okazję czytać. W swoim "Świątecznym marzeniu" zawarła ona opowieść o dziewczynie, która pragnie kochać i być kochaną. W pewnym sensie całość ma kilka nawiązań do "Szczypty miłości", ale nawet jeżeli czytelnik nie miał wcześniej styczności z wymienionym tytułem, to nie ma problemu, by bez wahania mógł sięgnąć po ciepłą opowieść zawartą na kartach "Świątecznego marzenia". 
      Główna bohaterka tej książki - Meg - to dziewczyna, jaka w życiu nie miała łatwo. Dzieciństwo spędziła głównie w rodzinach zastępczych, a jej wielka, pierwsza miłość koniec końców okazała się rozczarowaniem. Ciężarną wówczas Meg, której narzeczony, prowadzący podwójne życie, zginął w wypadku samochodowym, przygarnęły dwie starsze Panie - Pru i Milly Plum. Po kilku latach, gdy życie Meg wydaje się być dosyć poukładane, a jej kochany, mały synek jest dla niej całym światem, brakuje jej tylko jednego - prawdziwej miłości. Kiedy więc wyrusza na kilka dni do Nowego Jorku, nie zdaje sobie ona sprawy, że być może tam odmienią się jej losy... Czy Meg spotka w końcu miłość swojego życia? Jakie niespodzianki czekają na nią w Nowym Jorku? Czy nadchodzące święta spędzi ona tylko z synkiem, czy może jeszcze z kimś trzecim? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Świąteczne marzenie". 
       Bardzo chciałam przeczytać tę książkę, ponieważ miałam już do czynienia ze stylem autorki, gdy sięgnęłam po jej "Szczyptę miłości". Kiedy dodatkowo zobaczyłam, że główną bohaterką jest znana mi już Meg, nie wahałam się ani chwili, by przenieść się na moment do tego świątecznego świata wykreowanego przez autorkę. Bowiem styl, jakim się posługuje nadal jest niezwykle lekki i przyjemny w odbiorze, a fakt, że całość wydarzeń wpisuje się w klimat świąt sprawia, że historia staje się bardzo ciepła i wręcz urocza. Być może początkowo mogłoby się wydawać, że momentami wieje swego rodzaju przewidywalnością, to koniec końców całość to naprawdę urocza opowieść o szukaniu prawdziwej miłości. 
     Książka "Świąteczne marzenie" pokazuje bowiem, że czasami, chociaż ciężko w to uwierzyć, istnieje przeznaczenie. Być może czeka ono jedynie na stosowną chwilę, by móc pojawić się w naszym życiu i wywrócić je do góry nogami. To także opowieść o tym, że dzieciństwo ma wpływ na przyszłość - kiedy nie jest zbyt szczęśliwe, to w dorosłym życiu usilnie próbujemy je odnaleźć, chociaż często ogarniają nas niepewności. Co więcej, ta książka osadzona w świątecznym klimacie sprawia, że można się rozczulić historią Meg. Dlatego osobiście polecam Wam sięgnięcie po tę opowieść, która wierzcie mi, nie musi być przeczytana tylko w okresie świąt. 
    Bohaterowie zostali wykreowani ciekawie. Sama Meg to kobieta niepewna swoich możliwości, choć tak naprawdę jest niezwykle poukładaną i inteligentną osobą. Całym światem jest dla niej synek i ta matczyna miłość wręcz rozczula czytelnika. Na pewno barwną postacią jest Edd - jego poczucie humoru sprawia, że aż nie sposób kilkakrotnie nie roześmiać się podczas czytania. Stąd też uważam, że postacie są wykreowane całkiem dobrze. 
     Podsumowując, nie jest to może arcydzieło, ale jest to niezwykle ciepła i urocza historia, którą polecam Wam na jakiś zimowy, niekoniecznie świąteczny, wieczór. 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 
Wydawnictwu Kobiecemu

poniedziałek, 13 listopada 2017

Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Alcatraz kontra Bibliotekarze. Rycerze Krystalii.

Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 301
Ocena: 5/6

     Tak się składa w tym moim blogowym świecie, że często, kiedy sięgam po pierwszy tom z danego cyklu, wówczas otrzymuję do recenzji kolejne części. Oczywiście gdyby dana książka nie przypadła mi od razu do gustu, czym prędzej poinformowałabym wydawnictwo, że nie mam zamiaru pochłaniać dalszych tomów. Jednak historia Alcatraza - mimo że pozornie będąca taką typową opowieścią dla młodszych czytelników - za każdym razem wciąga mnie bez reszty i sprawia, że podczas jej czytania wielokrotnie wybucham śmiechem. Tak było i tym razem, a mnie nie pozostało nic innego, jak z niecierpliwością czekać na kolejne tomy serii "Alcatraz kontra Bibliotekarze", jakie to książki napisał Brandon Sanderson. 
    Ten akapit może zawierać spoiler poprzednich części. Alcatrazowi w końcu udaje się dotrzeć do Nalhalli, czyli swojej ojczyzny. Nie zdawał sobie on jednak sprawy, że wśród mieszkańców Wolnych Królestw jest on postacią niezwykle znaną. Pewnie z przyjemnością poddałby się sławie, gdyby nie fakt, że oprócz niego, przybyli tu także Bibliotekarze. Alcatraz musi jak najszybciej uniemożliwić władcy Nalhalii podpisanie traktatu ze swoimi największymi wrogami. Okazuje się, że nie będzie to takie proste, bowiem i jego matka również macza palce w całym tym spisku... Jak zatem potoczą się jego losy? Co takiego wydarzy się w Nalhalli? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po kolejny tom niezwykle zabawnej historii Brandona Sandersona. 
     Jeżeli chodzi o styl, jakim posługuje się autor - co tu dużo mówić. Pisałam o tym w poprzednich dwóch recenzjach i napiszę też tym razem - uwielbiam to, w jaki sposób bawi się on słowami i sprawia, że czytelnik co rusz wybucha gromkim śmiechem, zastanawiając się, skąd u tego człowieka aż tyle kreatywności. Dzięki temu książkę czyta się niezwykle lekko i przyjemnie, a cała historia bardzo wciąga do swojego nieco zakręconego świata. Dlatego też wiem, że jeszcze nie raz sięgnę po historie, jakie wyjdą spod pióra Brandona Sandersona, bo facet ma talent do wywoływania w czytelniku pozytywnych emocji. 
      Skupiając swoją uwagę z kolei na samej historii, muszę przyznać, że autor mnie nie zawiódł. Kolejny raz udowadnia, że potrafi budować napięcie i sprawiać, że ostatecznie ma się ochotę jak najszybciej sięgnąć po kontynuację. Jednocześnie cała opowieść jak zawsze kryje w sobie tak zwane drugie dno, a przynajmniej ja sama takowego się doszukałam. Pokazuje ona bowiem, że czasami potrafimy być zbyt samolubni - szczególnie wtedy, gdy poczujemy się doceniani przez innych. Ta książka pokazuje zatem, że często zbyt egocentryczne myślenie może prowadzić nas do zguby i sprawi, że zaczniemy tracić ludzi, na jakich nam zależy. Jednocześnie ta historia po raz kolejny ukazuje czym jest siła prawdziwej przyjaźni i uświadamia, że potrafi ona zdziałać cuda. Stąd też uważam, że to udany, kolejny tom, historii, jaka pozornie wydaje się być skierowaną ku młodszym czytelnikom, a która to potrafi wciągnąć każdego - bez względu na wiek! 
      Bohaterowie po raz kolejny zostali wykreowani niezwykle ciekawie. Każdy z nich posiada specyficzne cechy charakteru sprawiające, że wprost nie da się ich nie lubić - no, może z wyjątkiem niektórych, okropnych Bibliotekarzy... Ale nawet wśród nich znajdują się tacy, którzy sprawiają, że zaczyna się pałać do nich sympatią. Autor postarał się więc, by jego postacie nie stały się nagle nudne i bezbarwne, a utrzymywały stały, wysoki poziom. Alcatraz w tej części próbuje przedstawić samego siebie w całkowicie inny sposób niż dotychczas, co wychodzi mu w zasadzie dosyć zabawnie, z kolei Bastylia - mimo wielu przykrych wydarzeń, jakie ją spotykają - nadal jest pełna wewnętrznej siły. Stąd też uważam, że i postacie wciąż utrzymują dobry poziom. 
      Podsumowując, kolejny tom historii i Alcatrazie to z pewnością "must read" dla tych, którzy sięgali po poprzednie części. Jeżeli natomiast nie mieliście okazji do tej pory zapoznać się z twórczością Brandona Sandersona, to śmiało polecam Wam sięgnięcie po tę serię - nie pożałujecie! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Wydawnictwu IUVI

środa, 1 listopada 2017

Autor: Rebecca Stead
Tytuł: Gdy tu dotrzesz
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 210
Ocena: -5/6
     Dziwnym trafem ostatnio sięgam po sporo młodzieżówek. Tak też tym razem skusiłam się na tytuł "Gdy tu dotrzesz", którą to książkę napisała Rebecca Stead. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się nie wiadomo czego, a liczyłam przede wszystkim na lekką historyjkę. Okazało się, że właśnie taką przyjemną historię otrzymałam i w jakimś stopniu sama poczułam się tak, jakbym znowu miała naście lat i moimi jedynymi zmartwieniami byli m.in. przyjaciele. Nie jest to więc książka, która odmieni Wasze życie, ale jednocześnie jest naprawdę lekka i przyjemna w odbiorze. Idealna na jakiś ponury, jesienny wieczór.
    Główna bohaterka tej książki, tudzież narratorka całości, to nastoletnia Miranda. Dziewczynka ma najlepszego przyjaciela Sala, jednak od pewnego momentu chłopiec się od niej odwraca. Jej mama z kolei ma wziąć udział w teleturnieju, w którym do wygrania są duże pieniądze. Dodatkowo Miranda zaczyna dostawać dziwne listy od człowieka, który rzekomo ma uratować jej przyjaciela i samego siebie i jaki wie także o wielu rzeczach, które dopiero mają się wydarzyć. Czy Miranda zrozumie co na myśli ma tajemniczy człowiek wysyłający jej listy? Jak potoczą się jej losy? Czy uda jej się naprawić przyjaźń z Salem? A może zawiąże też nowe znajomości? Czy jej mama zdobędzie nagrodę w teleturnieju? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Gdy tu dotrzesz".
    Nie było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką, bo jakiś czas temu sięgałam po "Całkiem obcy człowiek". Już wtedy wiedziałam, że styl, jakim posługuje się Rebecca Stead jest niezwykle lekki i przyjemny w odbiorze, dokładnie taki, jaki powinien być język charakterystyczny dla książek młodzieżowych. Dlatego też całość przeczytałam w mgnieniu oka. Tak naprawdę kiedy wciągnęłam się w tę książkę, przejście przez te raptem ponad dwieście stron zajęło mi może (z przerwami na inne zajęcia) kilka godzin. Stąd też uważam, że to dobra lekturka na jakiś ponury, jesienny wieczór.
     Sama fabuła może nie jest zbyt ambitna, gdyż ukazuje tak naprawdę życie nastolatków. Co prawda autorka wplotła tutaj też wątek, jaki był zaskakujący, bo związany z możliwością podróży w czasie, co dodatkowo ciekawiło czytelnika, jednak koniec końców uważam, że jest to książka idealna głównie dla młodzieży. Sama jednak, jak już wspomniałam, poczułam się trochę tak, gdybym znowu miała naście lat, stąd też miło było się przenieść mentalnie w czasie do okresu, gdy jedyne, czym się martwiłam było zawiązywanie nowych przyjaźni czy też uważanie na lekcjach.
     Jednak myślę również, że ta książka pokazuje przede wszystkim jak ważna jest przyjaźń i jednocześnie jak trudna potrafi być. Wiąże się ona z akceptowaniem zarówno swoich zalet, jak i wad czy też zrozumieniem potrzeb drugiego człowieka. Ta historia pokazuje też, że każdy z nas będąc nastolatkiem przeżywał różne chwile i często zachowywał się tak, jak nie powinien. Grunt to jednak wyciągnąć z tego wnioski i stawać się coraz lepszym człowiekiem. Polecam tę książkę przede wszystkim młodzieży, w tym powiedziałabym, że już uczniom szkoły podstawowej - ta książka na pewno przypadnie Wam do gustu.
   Bohaterowie zostali wykreowani ciekawie. Polubiłam Mirandę, która była naprawdę dojrzała jak na swój wiek. Chociaż czasami zachowywała się niekoniecznie tak, jak powinna, to mimo wszystko wyciągała z tego wnioski i starała się być jak najlepszym człowiekiem. Ciekawymi bohaterami byli także Annemarie, Julia, Colin oraz Marcus. Natomiast niewiele było tutaj samego Sala, a raczej pojawiał się głównie w rozmyślaniach Mirandy. Tak czy siak autorka dobrze wykreowała swoje postacie.
     Podsumowując, książka "Gdy tu dotrzesz" to lekka młodzieżowka do przeczytania w jeden wieczór. Może nie odmienia życia, ale przenosi nas do czasu, gdy sami byliśmy nastolatkami.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

wtorek, 31 października 2017

     Ani się spostrzegłam, a już przemija kolejny miesiąc. Uczelnia, praca, spędzanie czasu z bliskimi i wiele innych zajęć sprawiło, że październik naprawdę przeleciał mi przez palce. Jednak pomimo wszelkiego rodzaju obowiązków, jak i przyjemności, znalazłam także czas na czytanie. Stąd też zapraszam Was do przeczytania krótkiego podsumowania czytelniczego października oraz planów książkowych na listopad. 

1. Podsumowanie czytelnicze października 

Listopad
W tym miesiącu udało mi się przeczytać sześć książek. Tak naprawdę zastanawiam się, jak tego dokonałam - serio. Jak na moje zabieganie i wieczny brak czasu ta ilość i tak wydaje się mi imponująca. Jednocześnie jestem dosyć zadowolona z lektur, w tym parę z nich naprawdę dostarczyło mi wielu pozytywnych wrażeń. Krótko opisując każdą z nich, wygląda to następująco:
  • Jeff Giles - "Na krawędzi wszystkiego" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa IUVI. Lekka młodzieżówka w stylu fantasy, która całkiem przypadła mi do gustu. Początkowo obawiałam się, że mnie rozczaruje, ale tak się na całe szczęście nie stało. 
  • Rebecca Stead - "Gdy to dotrzesz" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa IUVI. Bardzo lekka młodzieżówka, taka, jaką śmiało można pochłonąć w jeden dzień. W zasadzie przeniosła mnie nieco do czasów, gdy sama miałam naście lat - niezwykle promienna, dobra na ponure, jesienne wieczory. Recenzja pojawi się na dniach, bo dzisiaj skończyłam ją czytać.
  • Colleen Hoover - "Confess" - egzemplarz własny. Ta historia bez dwóch zdań dołącza na podium do mojego ukochanego "Maybe someday" tej autorki. Wspaniała, pełna emocji opowieść, o jakiej nie zapomina się od razu po jej odłożeniu, a wręcz przeciwnie - ciągle w głowie ma się jeszcze te wszystkie wydarzenia. Uwielbiam Colleen Hoover i po raz kolejny mnie nie zawiodła. 
  • Carlos Ruiz Zafon - "Marina" - egzemplarz własny. Zdecydowanie ten autor to bezapelacyjnie mój Mistrz Słowa. Nie wiem, jak on to robi, ale każdą, wprost każdą jego książkę pochłaniam całkowicie. Uwielbiam styl, jakim się posługuje, fabułę, jaką tworzy, bohaterów, których kreuje - dosłownie wszystko! Genialna historia. 
  • Sejal Badani - "Ślad po złamanych skrzydłach" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Kobiecego. To opowieść pełna bólu i rozczarowania, a jednocześnie skłaniająca do przemyśleń i koniec końców dająca nadzieję. 
  • Corinne Michaels - "Consolation" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Szósty Zmysł. Nie spodziewałam się, że ta książka będzie emocjonalnym rollercoasterem - zdecydowanie przypadła mi do gustu i z pewnością sięgnę po kolejną część! 
Jak więc widzicie, do żadnej z lektur nie miałam się w zasadzie czym przyczepić, bo każda byłą na swój sposób dobra. Jednak jeżeli miałabym wskazać najlepsze historie tego miesiąca, to bez dwóch zdań jest to "Marina" Carlosa Ruiza Zafona oraz "Confess" Colleen Hoover. 

2. Plany czytelnicze na listopad

Tradycyjnie wielkich planów nie robię - rozpoczyna się poniekąd sezon na kolokwia, czego nie znoszę na tej uczelni, szczególnie gdy będąc na ostatnim roku muszę uczyć się tysiąca niepotrzebnych wzorów.  Jednak postaram się także czytać, gdy tylko znajdę chwilę. Na pewno sięgnę po trzeci tom historii o Alcatrazie, jaka to książka dotarła do mnie od Wydawnictwa IUVI. Poza tym planuję zapoznać się z zakupioną niedawno nową powieścią Colleen Hoover - "It ends with us", jak również kryminałem Jo Nesbo - "Pierwszy śnieg" (szczególnie, że powstał film na jego podstawie i obawiam się jedynie, że wcześniej wybiorę się do kina aniżeli przeczytam książkę). Poza tym czeka na mnie również przecudna, najwspanialsza na świecie lektura, bo wyhaczona na Targach Książki w Krakowie. Mowa tutaj oczywiście o "Labiryncie duchów" Carlosa Ruiza Zafona, ale coś czuję, że ją zostawię sobie już na grudzień. 

    To już wszystko jeśli chodzi o dzisiejszy wpis. Jak u Was minął miesiąc pod względem czytelniczym? Po jakie ciekawe książki sięgnęliście? Piszcie, chętnie poczytam! 
     Natomiast niebawem spodziewajcie się recenzji "Gdy tu dotrzesz" oraz być może wreszcie wpisu z serii przemyśleń. Póki co - trzymajcie się!

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *