wtorek, 5 marca 2019



Autor: Gabrielle Bernstein
Tytuł: Przestań się oceniać
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 248
Ocena: -4/6

    Łatwo jest oceniać. Zarówno innych, jak i przede wszystkim siebie. Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu wytyka czyjeś błędy, a także równie często bądź nawet częściej jest krytyczny względem samego siebie. Tak jak każdy człowiek, tak i ja oceniam głównie samą siebie, doszukując się zbyt często tego, co złe, zamiast skupić się na aspektach, które są moją mocną stroną. Dlatego też, gdy otrzymałam możliwość przeczytania książki "Przestań się oceniać", którą napisała Gabrielle Bernstein, nie wahałam się ani chwili, by po nią sięgnąć. Jest to całkiem przyjemna lektura, chociaż może nie wybitna i ciut rozczarowująca, ale na pewno wnosząca jakiś niewielki ułamek wiedzy do tego ludzkiego życia. 
    Autorka poprzez opisanie sześciu kroków chce uświadomić czytelnikowi skąd bierze się osądzanie, a także co zrobić, by wyzbyć się tego nawyku. Ukazuje między innymi co to znaczy uszanować swoje rany, jak ważne jest postawienie miłości na ołtarzu czy też co to znaczy rzucić światło na swój cień. Stara się poprzez tę książkę wpłynąć na myśli czytelnika i sprawić, by po odłożeniu już lektury na półkę, w głowie pozostało, że może warto właśnie teraz zacząć inaczej postrzegać świat, lecz przede wszystkim samego siebie. 
      Styl, jakim posługuje się autorka jest zdecydowanie lekki. Nie jest to książka, którą czyta się jakby była drętwo napisanym poradnikiem. Tutaj przechodzenie przez kolejne strony idzie bardzo szybko. Jednak to, co początkowo wydawało mi się plusem, wraz z kolejnymi rozdziałami, poniekąd zaczynało przypominać mi masło maślane... A co więcej - miałam wrażenie, że autorka nie raz na siłę stara się wplatać w swoje porady swego rodzaju sentencje. Niektóre z nich faktycznie były może i trafne, ale inne z kolei sprawiały, że książka stawała się mało logiczna. Stąd też jest to na pewno lekturka idealna na jakiś wolny wieczór, by w ramach relaksu móc skupić się na książce, ale jednocześnie momentami może sprawiać, że czytelnik poczuje się zdezorientowany, czy też autorka aby na pewno nie przeczy sama sobie. 
     Ciężko tutaj mówić o moich osobistych odczuciach po przeczytaniu tej książki, ponieważ myślę, że spodziewałam się czegoś więcej niż dostałam. To nie tak, że ten poradnik jest zły. Być może sięgałam po tę książkę wręcz z bijącym serduchem i ogromną ciekawości, czy może dzięki poradom autorki dowiem się więcej co zrobić, by mniej krytycznie osądzać samą siebie. W końcu każdy popełnia czasami błędy, ale to nie znaczy, by za każdym razem widzieć winę tylko w sobie. Natomiast otrzymałam w dużej mierze skupienie się wokół tego, co w ogóle przyczynia się do tego, że osądzamy - siebie oraz innych. 
     Według autorki jest to brak miłości, bo właśnie to uczucie, ta wartość w dużej mierze wpływa na człowieka. Co więcej, twierdzi ona także, że ci, którzy krytykują, stale osądzają innych, mają tak naprawdę niskie poczucie własnej wartości i tym samym chcą podnieść swoją samoocenę. Niestety, ale z wieloma tymi przytoczonymi przykładami nie do końca się zgadzam i mam odmienną opinię. 
     Mimo to znalazłam w tej książce także te momenty, które przypadły mi do gustu. Na pewno trafiło do mnie to, że autorka uświadomiła, jak ważna jest akceptacja samego siebie, jak istotne jest także uszanowanie tych swoich ran. Być może czasami czegoś w życiu brakuje - niekoniecznie tylko miłości - co sprawia, że skupiamy się na swoich wadach, na tym, co nam nie wyszło, zamiast zaakceptować fakt, iż nikt nie jest idealny. 
     Podsumowując, książka "Przestań się oceniać" to napisana lekkim językiem lektura idealna na jeden wieczór w ramach relaksu. Być może nie zmienia życia i nie jest wybitnym poradnikiem, ale myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie
Księgarni TaniaKsiążka.pl

sobota, 23 lutego 2019

Autor: Melissa Alvarez
Tytuł: Żyj przytulnie
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 240
Ocena: -5/6

    Każdy z nas, czy zdaje sobie z tego sprawę czy też nie, dąży do tego, by mieć takie swoje miejsce, do którego chętnie się wraca. Dom, mieszkanie czy chociażby mały pokój, który będzie stanowić oazę spokoju, a swoją przytulnością sprawi, że opanują nas jedynie pozytywne emocje. Kiedy więc otrzymałam propozycję zrecenzowania książki "Żyj przytulnie", którą to napisała Melissa Alvarez, nie wahałam się ani chwili. Chciałam zobaczyć, co też autorka ma na myśli mówiąc o przytulnym życiu. Będąc już po lekturze tych ponad dwustu stron, muszę przyznać, że niezwykle przyjemnie czytało mi się tę książkę i kilka rozdziałów naprawdę do mnie trafiło. 
    Książka składa się z ośmiu rozdziałów, a każdy z nich, choćby pozornie wydawało się to niemożliwym, łączy się z pojęciem przytulności. Na początek autorka serwuje nam pojęcie, chyba dość już znane, czyli hygge, a także przedstawia inne, podobne koncepcje kulturowe. Następnie prowadzi nas poprzez odnajdywanie głębszego sensu życia dzięki przytulności, opisuje, czym według niej jest przytulne życie, ukazuje jak ważne jest docenianie codzienności, rozwijanie uważności, a także spędzanie czasu na łonie natury. Przedstawia także pojęcie emocjonalnej przytulności oraz duchowego dobrostanu. Stąd też autorka nie wskazuje jedynie przytulności w sensie miejsca, które takie może być, ale skupia się też na tym, jak ważny jest stan emocjonalny człowieka, by czuł się komfortowo w swoim własnym życiu. 
      Muszę przyznać, że styl, jakim posługuje się autorka, bardzo przypadł mi do gustu. Pisze w lekki sposób, a jednocześnie potrafi zaciekawić czytelnika. Stąd też książka jest idealna na taki wolny wieczór, jeżeli potrzebujemy chwili relaksu oraz zamiast na powieść, mamy ochotę na coś w stylu poradnika, dzięki któremu możemy dowiedzieć się co robić, by nasze życie było bardziej przytulne. Każdy rozdział, autorka dzieli także na podrozdziały, skupiając swoją uwagę na różnych aspektach związanych z tematem głównym rozdziału, a także wplata różnego rodzaju propozycje ćwiczeń dla czytelnika jak np. zaplanuj dzień tylko dla siebie, zrezygnuj z technologii na tydzień czy też stwórz listę swoich oczekiwań. Taka forma książki sprawia, że nie nudzi ona czytelnika. 
     Książka ta jest w jakiś sposób pouczająca. Uświadamia bowiem każdemu z nas, jak ważne jest nie tylko miejsce, które sobie tworzymy, ale przede wszystkim to, co dzieje się w głębi nas samych, bo właśnie to wszystko sprawia, że życie może stać się bardziej przytulne bądź też, niestety, wręcz przeciwnie. Stąd też ta lektura ukazuje, że przytulność to nie tylko piękny, wygodny fotel, dekoracyjne poduszki, dobre oświetlenie mieszkania czy kwiaty w wazonie, ale to także nasze podejście do życia, nastawienie do świata oraz innych ludzi, a także zajrzenie w głąb siebie i poukładanie tych wszystkich spraw, jakie sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Stąd też mnie osobiście ten poradnik przypadł do gustu i stanowił miłe oderwanie od codzienności.
    Jedynym może niuansem, o jakim warto wspomnieć, jest fakt, że w dobie dzisiejszych czasów, sporo już podobnych książek przewinęło się na rynku. Sama koncepcja hygge jest już dość znana od dawna, powstało o niej mnóstwo innych lektur, stąd też osoby, które są już w temacie podobnego stylu życia, tą pozycją mogą się rozczarować i uznać, że być może nie wnosi ona niczego nowego Chociaż z drugiej strony - nie ma dwóch takich samych książek, prawda? A nuż ta okaże się lepsza od innej, mającej podobną tematykę. Dla mnie, czytelnika, który wcześniej nie sięgał po podobną tematykę, książka stanowiła swego rodzaju wieczorny relaks. Stąd też, jeżeli podobnie jak ja, nie mieliście wcześniej styczności z takimi tematami, to "Żyj przytulnie" może miło Was zaskoczyć. 
    Podsumowując, jeżeli w swoim życiu być może lekko się pogubiliście albo biegniecie przez nie tak szybko, że nie pamiętacie już, co to znaczy złapanie chwili oddechu, ta książka będzie idealnym oderwaniem się od tego trybu życia i skupieniem swojej uwagi na tym, co zrobić, by zacząć czuć się komfortowo, a tym samym, by przytulnie żyć. Osobiście - polecam. 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 
Księgarni TaniaKsiążka.pl

czwartek, 21 lutego 2019

     
Autor: Sarah Knight 
Tytuł: Get your sh*t together. Ogarnij się!
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 192
Ocena: 5/6

   Pamiętam, że spory czas temu wypowiadałam się odnośnie wszelkiego rodzaju poradników, dzienników i tym podobnych rzeczy, że w zasadzie to nie traktuję ich jak książki, bo dla mnie lektura musi posiadać treść, a nie być jedynie zeszycikiem do uzupełniania. Jakież było moje własne zdziwienie, gdy zainteresowała mnie pozycja "Get your sh*t together. Ogarnij się!", którą to stworzyła Sarah Knight. Jednak chwytliwy tytuł, do tego fakt, że chyba sama czułam się w pewnej chwili przytłoczona życiem, to wszystko sprawiło, iż postanowiłam zaryzykować i sięgnąć po ten poradniko - dziennik. I wiecie co? Nie żałuję. 
       Mieliście kiedyś wrażenie, że popadacie w taki wir, z którego ciężko uciec? Praca, obowiązki, czasem jedynie drobne przyjemności i znowu to samo: praca, obowiązki... A może czuliście się przytłoczeni światem, który Was otacza, bo zbyt wiele braliście na swoje barki czy też za dużą ilością rzeczy się przejmowaliście? Macie ochotę wprowadzić w swoim życiu pewne zmiany, wyzbyć się tej rutyny, która jedynie ciągnie Was w dół i sprawia, że życie ucieka Wam przez palce? Jeżeli chociaż na jedno z tych pytań odpowiedzieliście twierdząco, to ta książka jest właśnie dla Was... O ile oczywiście spojrzycie w lustro i powiecie sami do siebie, że "Tak! To jest ten czas, by w końcu w pełni się ogarnąć!". 

Sarah Knight - Get your sh*t together. Ogarnij się!

       Autorka stworzyła coś, co łączy w sobie cechy poradnika wraz z dziennikiem - czyli miejscem, gdzie czytelnik sam uzupełnia wolne pola. Autorka wplata tutaj więc krótkie teksty, w których opisuje na czym w ogóle polegać ma próba ogarnięcia swojego życia i podaje sposoby na to, by przełamać tę rutynę, która być może nieustannie ciągnie nas w dół. Celem tej książki jest więc zmotywowanie nas samych do wprowadzenia w swoim życiu zmian - małymi kroczkami, wypisywaniem sobie konkretnych planów i dążeniem do ich realizacji. Życie przedstawia jako grę, w której każdy z nas rywalizuje... z samym sobą, z nikim więcej. Tym samym Sarah Knight próbuje uświadomić sięgającemu po tę książkę, że tak naprawdę to, czy chcemy się ogarnąć i w jaki sposób to zrobimy, zależy wyłącznie od nas. To my musimy tego chcieć - nie dla innych, lecz przede wszystkim dla siebie... Bo w tej książce to "ja i moje potrzeby, moje zmiany, moje ogarnianie" jest tutaj kluczowym elementem. 
      Ta książka daje więc szansę na zdefiniowanie własnej "wygranej w życie". Autorka przedstawia tutaj także metodę wyznaczania celów, ale takich realistycznych, tych, jakie wiemy, że jeśli dobrze się postaramy i "zbierzemy do kupy" jesteśmy w stanie osiągnąć. Ukazuje także teorię zbierania się do kupy, na którą składają się trzy główne elementy: strategia, koncentracja oraz zaangażowanie. Każdą z nich także pokrótce opisuje. Co więcej, znajduje się tutaj szereg porad, w jaki sposób radzić sobie z negatywnymi myślami pokroju "co, jeśli nie dam rady", ukazuje czym jest strach przed porażką i jak się go pozbyć czy też uświadamia, jakie mogą czekać na nas pokusy, które będą starały się odwieść nas od wcześniej założonego planu działania.
     Oprócz oczywiście porad samej autorki, z racji, że jest to też, jak już kilkakrotnie wspomniałam, dziennik, znajdziemy tu miejsce na wypisanie swoich realistycznych celów, czy też miejsce na zaznaczenie, co każdego dnia będziemy robić, by w końcu się ogarnąć, lecz także znajduje się tutaj także miejsce na wypisanie chociażby swoich lęków, stworzenie listu do samego siebie czy też opisaniu własnego hobby, na które być może w wirze życia, nie mieliśmy tak wiele czasu.
      Stąd też, osobiście jestem niezwykle pozytywnie zaskoczona tą pozornie błahą książeczką. Nie spodziewałam się, że porady autorki aż tak przypadną mi do gustu, szczególnie, że warto tutaj wspomnieć, iż pisane są niezwykle lekkim i prostym językiem, a jednocześnie w sposób niezwykle motywujący. Tym samym nie spodziewałam się także, że koniec końców wszelkie porady znalezione w tej książce sprawią, że faktycznie sięgnę po listę swoich celów i stopniowo będę starała się je realizować... Szczególnie, że w ludzkim życiu bywa różnie i czasami trzeba w końcu zastanowić się, czy aby na pewno żyje się w stu procentach w zgodzie z własnymi pragnieniami, czy być może do tej pory spychało się je na dalszy plan. 
       Podsumowując, jeżeli czujecie, że powinniście coś ze sobą zrobić, że być może jesteście niepewni samych siebie, bądź też pogubiliście się w tym, przyznajmy się szczerze - nie zawsze łatwym - życiu, to ta książka powinna Was usatysfakcjonować. Może początkowo jak ja, podejdziecie do niej nieco sceptycznie, zastanawiając się na ile ten "śmieszny poradniko - dziennik" jest w stanie sprawić, że się ogarnę, by przejrzawszy go uznać, że chyba czas sięgnąć po długopis, wypisać cele i.. zebrawszy się do kupy, realizować je krok po kroku. Osobiście polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Wydawnictwu Muza SA

środa, 23 stycznia 2019

"Kiedyś wierzyłem, że jeśli wystarczająco mocno się kogoś kocha, ta miłość będzie mogła przetrwać wszystko. O ile dwoje ludzi będzie się kochać, nic nie może ich rozdzielić..."

Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Wszystkie nasze obietnice
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 320
Ocena: 6+/6

     Nie ukrywam, że od dawien dawna uwielbiam książki Colleen Hoover. Kilkakrotnie mieliście już okazję czytać recenzje pełne zachwytów nad powieściami tej autorki. Nie wiem, co takiego ma w swoim stylu, ale za każdym razem jej książki mnie do siebie przyciągają i wywołują we mnie ogrom emocji i to dosłownie - potrafię się przy nich śmiać, jak także bardzo wzruszać. Tak też było w przypadku książki "Wszystkie nasze obietnice". Obawiałam się, że nadejdzie moment, gdy z przykrością stwierdzę, że już jednak nie ruszają mnie już historie stworzone przez tę autorkę, a jednak okazało się, że ten tytuł staje się moją kolejną, ulubioną powieścią pisarki. Przepiękna, wzruszająca historia, która łamie serce i jednocześnie napawa nadzieją. 
     Główni bohaterowie tej książki to Quinn oraz Graham. Ich losy splatają się w momencie, gdy obydwoje rozstają się ze swoimi partnerami. Wydawać by się mogło, że są sobie przeznaczeni, stąd też wkrótce przysięgają sobie miłość na zawsze. Jednak ich małżeństwo z biegiem czasu zaczyna powoli się rozsypywać, marzenia o założeniu rodziny stają się dla nich wręcz nieosiągalne, a wszelkie rozczarowania jeszcze bardziej ich od siebie oddalają. Mimo to, przyszłość małżonków kryje się w śladach z przeszłości, szczelnie zamkniętych w szkatułce, którą Graham wręcza Quinn w dniu ich ślubu. Jak zatem potoczą się losy bohaterów? Czy będą w stanie odbudować swoje małżeństwo czy może zrezygnują z dalszej walki o miłość? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Wszystkie nasze obietnice". 
       Co tutaj dużo mówić o stylu autorki - jak zawsze jest on niezwykle lekki i przyjemny w odbiorze, choć pewnie wielu osobom mogłoby się wydawać, że wręcz zbyt banalny. Mimo to, nie brakuje tutaj fragmentów, jakie sprawiają, że czytelnik mimowolnie sięga po karteczkę, by zaznaczyć sobie dane zdanie jako chwytający za serce cytat. Colleen Hoover maluje swoje historie emocjami. Nie wiem, jak ona to robi, ale czytając jej książki, jak już wspomniałam wcześniej, można się śmiać, irytować na bohaterów, czuć nutkę strachu co do ich dalszych losów, a także wylewać morze, jak nie ocean, łez. Osobiście jestem osobą emocjonalną, ale już dawno żadna książka znowu nie sprawiła, że przekładając kolejne strony, literki rozmazywały mi się przed oczami, z których powoli spływały łzy ogromnego wzruszenia. Co więcej, warto tutaj wspomnieć, że świetnym pomysłem było przeplatanie w tej książce rozdziałów "wtedy" - czyli, gdy Quinn i Graham dopiero co się poznawali, z tymi "teraz" - czyli losami ich małżeństwa. Każdy rozdział idealnie się dopełniał, a samą książkę przeczytałam wręcz w mgnieniu oka. 
       Wbrew pozorom, nie jest to typowe romansidło, jak to bywa w przypadku tej autorki. To także nie taka łatwa książka, jak mogłoby się wydawać, bo pokazująca, że życie nie zawsze zsyła nam dokładnie to, czego od niego oczekujemy, a nawet w małżeństwie mogą nagle pojawić się chwile zwątpienia. Autorka świetnie ukazuje, jak narastające rozczarowania, namnażające się niedopowiedzenia oraz uciekanie we własne emocje, zamiast podzielenie się nimi z bliską osobą wpływa na relacje między dwojgiem ludzi, którzy przecież przysięgali sobie wieczność. To również historia ukazująca, że chęć posiadania dzieci nie zawsze idzie w parze z tym, że się to uda, a wszelkie, nieudane próby dla kogoś, kto marzył o tym od dawna, przynoszą jedynie gorycz i wplatają jeszcze więcej negatywnych uczuć w małżeństwie. Stąd też autorka porusza trudne tematy, lecz z drugiej strony wplata w swoją historię swego rodzaju nadzieję. Pokazuje, że jeżeli bardzo się kogoś kocha i pragnie się walczyć, to mimo wszelkich przeciwności, pomimo coraz większego oddalania się od siebie nawzajem, wszystko może się odmienić - jeżeli tylko obie strony będą tego pragnąć. To przepiękna, pełna emocji historia, która potrafi złamać serce czytelnika, jednocześnie dając mu wiarę w to, że nigdy nie wiadomo, co nas czeka i dopóki istnieje choćby mały cień nadziei, wszystko może się zdarzyć.
           Bohaterowie zostali wykreowani bardzo dobrze. Quinn to kobieta, która ma swoje marzenia, a coraz bardziej oddalająca się wizja ich urzeczywistnienia sprawia, że powoli z radosnej dziewczyny, w jakiej zakochał się Graham, staje się szczelnie zamkniętą w sobie, emocjonalną bombą - która nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle wybuchnie. Z kolei Graham to bohater, o jakim pewnie marzyłoby większość kobiet - troskliwy, opiekuńczy mąż, który chciałby zrobić wszystko, by uszczęśliwić żonę. Mimo tych zalet, i on popełnia błędy, jakich żałuje, lecz których też nie da się cofnąć. Każde z nich ma swoje mocne strony, ale też i wady - stąd dzięki temu zyskują oni na autentyczności. Oczywiście pojawiają się też postacie drugoplanowe jak siostra Quinn - Ava, jej matka czy rodzina Grahama, jednak autorka uwagę kieruje przede wszystkim na tę dwójkę głównych bohaterów. 
      Podsumowując, "Wszystkie nasze obietnice", to przepiękna, pełna emocji opowieść o tym, że nawet miłość na całe życie, nie jest łatwa i przeżywa swoje zgrzyty. To historia pokazująca, że tylko od nas zależy, co zrobimy z tymi, jak to ujęła autorka, "wydarzeniami piątej kategorii" w swoim związku - czy razem, ramię w ramię przez nie przebrniemy, czy może jedna ze stron zrezygnuje, czy też obydwoje odpuścimy. Stąd też polecam Wam tę książkę z całego, mojego skromnego serducha i w ramach zachęty wrzucam jeszcze kilka cytatów. 
  • "-Zapłaczesz dziś w nocy. W łóżku. Wtedy będzie bolało najbardziej. Kiedy zostaniesz sama." 
  • "Kiedy tak długo kojarzysz siebie z kimś innym, trudno jest znowu stać się samodzielną osobą."
  • "(...) smutek jest jak pajęcza sieć. Nie widzi się go, dopóki się w nim nie utknie, a wtedy trzeba go z siebie zdzierać, żeby się uwolnić." 
  • "Przeprosiny są przydatne, gdy człowiek chce wyrazić żal, ale nie da się za ich sprawą odebrać prawdziwości działaniom, które go wywołały."
  • "Niezależnie od tego, jak bardzo się kogoś kocha, rozmiar tej miłości jest nieistotny, jeżeli na drodze staje niezdolność przebaczania."
  • "Skupiamy się na najgłupszych, najbłahszych sprawach. Stresujemy się rzeczami, nieistotnymi z punktu widzenia wszechświata, a powinniśmy być jedynie wdzięczni ewolucji, że w ogóle dała nam szansę na to, by mieć problemy."

środa, 9 stycznia 2019

"-Widzę, że niewiele wiesz o przetrwaniu. 
Ten żart niespodziewanie mnie otrzeźwia.
-Przetrwałam ciebie - stwierdzam sucho."


Autor: Anna Bednarska
Tytuł: Co byś zrobił, gdybyś mnie dogonił?
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 420
Ocena: 6/6


     Tak się składa, że jakiś czas temu miałam już do czynienia z książką Anny Bednarskiej. Pamiętam, że "Trudny mężczyzna" był historią, która bardzo mi się spodobała i jaka sprawiła, że z niecierpliwością czekałam na kolejną powieść tej autorki. Dlatego też, gdy otrzymałam możliwość zrecenzowania "Co byś zrobił, gdybyś mnie dogonił?", nie wahałam się ani chwili. Będąc już po przeczytaniu tej historii, mogę śmiało stwierdzić, że się nie zawiodłam, a wręcz przeciwnie - ta książka spodobała mi się chyba jeszcze bardziej niż debiut Anny Bednarskiej. 
       Głowna bohaterka książki, a jednocześnie narratorka całej historii, to trzydziestoletnia Helena Maj. Kobieta, po spektakularnym debiucie książki, do tej pory nie była w stanie napisać kolejnej powieści. Co więcej, nadal nie do końca pozbierała się po bolesnym rozstaniu z Igorem oraz nie widzi szansy na znalezienie kolejnej miłości. Tymczasem w jej mieście dochodzi do zamachu terrorystycznego. Wśród mieszkańców oraz jej najbliższych zaczyna panować atmosfera niepewności. Dodatkowo, życie Heleny nagle także nieco się odmienia - warsztaty pisarskie, które prowadzi, zaczynają być bardziej popularne, w życiu jej bliskich sporo rzeczy zaczyna się zmieniać, a ona sama przypadkowo coraz częściej spotyka pewnego mężczyznę... Jak zatem potoczą się losy Heleny? Czy życie w końcu się do niej uśmiechnie? Czy kobieta uwierzy w przeznaczenie czy może wręcz przeciwnie - spotka się jedynie z kolejnym rozczarowaniem? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę Anny Bednarskiej. 
       Styl, jakim posługuje się autorka, ten język, którym tworzy każde kolejne słowa i zdania - to wszystko na pierwszy rzut oka wydaje się takie... proste i właśnie ta prostota jest najbardziej urzekająca. Autorka pisze w taki sposób, że kolejne kartki przekładają się wręcz same, a czytelnik nie może się oderwać od tej historii. Największą zaletą jest tutaj autentyczność - odnosi się wrażenie, że spokojnie te wszystkie wydarzenia mogłyby zdarzyć się w normalnym życiu, a co więcej, nic nie jest tutaj przerysowane - szczególnie bohaterowie (jednak postaciom poświęcę osobny akapit). Mimo tej prostoty i lekkości, da się tutaj znaleźć też takie fragmenty, jakie chwytają za serce i sprawiają, że dłoń sama sięga po karteczkę, dzięki której zaznaczy się dany wers czy dialog. Co więcej, autorka wprowadziła tutaj jedną, ciekawą rzecz - całość pisania jest w narracji pierwszoosobowej, gdzie główna bohaterka w normalny sposób opisuje wydarzenia i osoby, jednak w przypadku jednego bohatera, każdy opis kieruje bezpośrednio do tej postaci, to znaczy występuje tutaj zwrot do drugiej osoby liczby pojedynczej. Ten zabieg sprawił, że książkę czytałam z jeszcze większym zainteresowaniem, a docierając do ostatniej strony było mi wręcz smutno, że powieść już się skończyła. 
      Być może trafiłam na tę książkę w odpowiednim momencie życia, być może to jedna z pierwszych powieści po powrocie na blog, jaką przeczytałam i recenzuję, ale te ponad czterysta stron niezwykle mnie zachwyciły i jednocześnie dały mi motywację do działania na różnych płaszczyznach własnego życia. Jednym z pierwszych tekstów, które rzuciły mi się w oczy (nie tyko dlatego, że został on napisany dużą czcionką) po spojrzeniu na tył okładki było, że "nie znajdziesz szczęścia, wciąż patrząc za siebie". To jedno zdanie idealnie pasuje do całej historii Heleny Maj. To kobieta, która zbyt mocno przeżywa swoją przeszłość, zamiast żyć teraźniejszością. Jednak w momencie, gdy próbuje odrzucać od siebie natarczywe myśli "co by było, gdyby..." może ujrzeć, że często los rzuca przed człowiekiem różne szanse i tylko od niej zależy, co z tym dalej zrobi. Dlatego też uważam, że ta książka jest bardzo życiowa i każdy znajdzie w niej coś dla siebie. 
       Przede wszystkim historia stworzona przez autorkę pokazuje, że nawet jeżeli wydaje nam się, że wszystko się posypało, gdy mamy wrażenie, że być może kiedyś mogliśmy podjąć inne decyzje, to tak naprawdę niepotrzebnie zaprzątamy sobie głowę i blokujemy drogę do znalezienia prawdziwego szczęścia. Ta historia uświadamia, że jedna chwila może całkowicie odmienić nasze życie, ale nie dostrzeżemy jej, jeżeli wciąż będziemy tkwić w przeszłości. Jednocześnie powieść Anny Bednarskiej daje nadzieję, że nawet jeśli teraz jest źle, to być może jutro wszystko odmieni się na lepsze, bo nigdy nie wiadomo, co nas czeka - trzeba wierzyć, że te najlepsze chwile dopiero są przed nami. 
       Bohaterowie, jak wspomniałam troszkę wcześniej, zostali świetnie wykreowani, ponieważ to ludzie z krwi i kości. Nie są przerysowani, wyidealizowani, jak to często bywa w książkach, a to normalne postacie, które każdy z nas mógłby znaleźć w swoim otoczeniu. Mają zarówno swoje zalety, ale także wady, jakie nie zostały tutaj ukryte, co tylko mocniej sprawia, że stają się oni autentyczni. Bardzo polubiłam główną bohaterkę i wręcz z niektórymi jej cechami śmiało mogłabym się utożsamić, stąd być może dlatego ta książka wywarła na mnie tak silne wrażenie, bo odnalazłam w Helenie część samej siebie. Pozostali bohaterowie również zostali świetnie wykreowani, tak więc i pod tym aspektem historia stworzona przez autorkę zdecydowanie zasługuje maksymalną ocenę.
       Podsumowując, będę bardzo miło wspominać książkę "Co byś zrobił gdybyś mnie dogonił?", szczególnie, że dzięki niej wydarzyło się jeszcze jedno: to właśnie ta historia zmotywowała mnie do pisania, powrotu na blog, a także do tworzenia własnych historii. Dlatego też z całego serca dziękuję autorce - Annie Bednarskiej i z niecierpliwością czekam na kolejne jej powieści.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

poniedziałek, 31 grudnia 2018

    Nadszedł ostatni dzień roku, dlatego też postanowiłam przygotować dla Was wpis będący swego rodzaju przemyśleniami. Dawno nie było tego na blogu, ba! w końcu blog dopiero niedawno powoli zaczyna się ożywiać, dlatego też pomyślałam, że w takim wpisie będę mogła zawrzeć swoje spostrzeżenia dotyczące podsumowań starego roku oraz noworocznych postanowień, jak także podzielę się z Wami pokrótce moim osobistym podsumowaniem oraz planami i celami na nadchodzący wielkimi krokami rok 2019.
      Mam wrażenie, że za każdym razem, gdy nieuchronnie zbliża się koniec roku, spora część osób postanawia nieco podsumować sobie cały ten czas, który tak szybko przeminął. Jedni robią to w pełni świadomie, zastanawiając się, co udało im się zrealizować, a czego nie byli w stanie jeszcze zrobić, notują sobie wszystkie swoje sukcesy, a także wypunktowują porażki, wyjaśniają często różne sprawy, a wszystko po to, by w ten kolejny rok wejść z tak zwaną "czystą kartą" i od nowa zacząć spełniać swoje plany oraz cele. Inni z kolei niby nie skupiają aż tak swojej uwagi na tym, że rok się kończy, ale podświadomie na pewno przewijają się w ich głowach myśli jaki był dla nich ten rok, co takiego się wydarzyło, jakich ludzi poznali, a którzy to odeszli z ich życia. Są oczywiście też i tacy, dla których nie ma to większego znaczenia - ot, kończy się jeden rok, zaczyna kolejny, co tutaj więcej gdybać... i pewnie ci są najszczęśliwsi, bo nie analizują, nie zastanawiają się, nie dokopują się do wydarzeń, jakie już miały miejsce, a po prostu żyją chwilą i chwytają każdy dzień takim, jakim jest. Osobiście doszłam ostatnimi czasy do pewnego wniosku. Otóż warto chociażby przez chwilę zastanowić się nad tym, jaki był dla mnie dany rok. Usiąść z kubkiem dobrej herbaty i pomyśleć, co takiego wydarzyło się w życiu, co dało mi radość, a co też sprawiło, że być może pewne sprawy odwróciły się do góry nogami czy też niektóre relacje totalnie się posypały. Warto przez chwilę pomyśleć, co zrobić, by uniknąć tych złych rzeczy, a za to by tych dobrych i wspaniałych było jak najwięcej. Jednocześnie uważam, że nie ma sensu zagłębiać się aż tak w każdą rzecz, pluć sobie w brodę za każdy niespełniony cel - nie udało się teraz, trudno, uda się za rok. Bo wiecie... czasami można sobie planować wiele, można mieć cele, marzenia, które stopniowo się realizuje, ale wówczas los potrafi zburzyć tą fasadę pozornego spokoju i satysfakcji z tego, że coś ruszyło do przodu. Czasami nasz osobisty domek z kart, który sobie budujemy, zostaje totalnie rozwiany przez pasmo niepowodzeń bądź przez niewłaściwych ludzi, jakich spotykamy na swojej drodze. Dlatego nawet jeśli nasze plany się nie spełniły, to nie znaczy, że ten rok był tylko zły. Warto pamiętać chociażby o tych drobnych sukcesach, o życzliwych ludziach, którzy nas otaczali - to liczy się bardziej niż wszystko inne... Bo tak naprawdę czas ucieka zbyt szybko, by ciągle stać w miejscu. Warto więc podsumować sobie stary rok, ale bez ciśnienia, że coś "nie wyszło" - nie wyszło, to trudno i żyje się dalej, bo tak naprawdę nowy rok to tylko kolejna cyferka w naszym wieku, nie warto więc marnować czasu na to, co nie jest tego warte.
     Skoro było już krótko o podsumowaniach, to będzie i o słynnych, noworocznych postanowieniach. Już dawno zdałam sobie sprawę z jednego faktu - nie warto czegoś sobie postanawiać, warto określać sobie konkretne cele, nieważne czy robimy to na nowy rok, nowy miesiąc czy tydzień - lista jasnych i przejrzystych celów wydaje się przynajmniej być czymś rozsądniejszym niż rzucone w eter hasło: postanawiam sobie, że od 1 stycznia przestanę robić to, czy tamto. Bo wiecie, może to zabrzmi trochę brutalnie i nieelegancko jak na mnie, ale... każdy wraz z końcem starego roku i początkiem nowego coś sobie postanawia. Głośno mówi, jak to od początku robi przestaje palić czy też zaczyna chodzić na siłkę, a to jeszcze coś innego, a to, czy tamto, ale wiecie co to jest? Zwykłe pieprzenie. Pieprzenie haseł, bo tak trzeba. Pieprzenie o postanowieniach, bo każdy to robi, to ja też muszę. Pieprzenie o rzeczach, o jakich często podświadomie człowiek wie, że nie spełni, ale mówi głośno, chwali się znajomym, bo tak jest teraz modnie. A potem, po tygodniu czy dwóch, nagle tych postanowień już nie ma. Dlatego myślę, że zamiast powtarzać wokół do innych ludzi, co to sobie postanawiamy, po prostu usiądźmy we własnych czterech ścianach, zastanówmy się przez chwilę, co chcielibyśmy zmienić w swoim życiu, wyciągnijmy kartkę i długopis, zapiszmy nasz pomysł, ale taki, jaki wewnętrznie czujemy, że jesteśmy w stanie zrobić, powieśmy sobie tę kartkę w widocznym miejscu i dążmy do osiągnięcia tego celu... I nie musimy zakładać tego celu na cały rok. Może to być cel na miesiąc, by za miesiąc wprowadzić nowy, kolejny, o ile poczujemy, że jesteśmy na siłach to zrealizować. Może to być cel chociażby na tydzień, ale spróbujmy przez ten czas wytrwać w tych naszych planach... I nie musimy mówić o tym głośno, wystarczy, że zrobimy to dla siebie, jeśli czujemy, że "tak, w tym roku chcę w końcu zrobić to czy tamto, a przynajmniej SPRÓBUJĘ". No bo właśnie - w tych całych celach czy chociażby "postanowieniach" ważne jest, byśmy przynajmniej spróbowali je osiągnąć. Dążyli do tego, a nie napalali się na coś, by ten tak zwany słomiany zapał zaraz zniknął. Dlatego też jeśli czujemy potrzebę zmian, wprowadźmy je, ale tylko te, jakie wiemy, że jesteśmy w stanie przynajmniej spróbować realizować, a nie takie, jakie z góry skazane są na porażkę. 
         Tym oto akcentem przechodzę powoli do własnego, krótkiego podsumowania roku 2018 oraz wypisaniu sobie celów na rok 2019. Mając na myśli podsumowanie oraz cele - chodzi głównie o ten mój Chaos myśli, stąd też wygląda to następująco: 

1. Podsumowanie roku 2018 na Chaosie myśli

Zdecydowanie za mało pisałam i totalnie się wypaliłam - wiem to i chciałabym to zmienić, ale o tym za chwilę. Praktycznie ten blog stopniowo przestawał istnieć i tak, jak napisałam swego czasu na fanpage'u - przygotowywałam już nawet wpis o zakończeniu działalności. Jednak pewne sytuacje sprawiły, że postanowiłam wrócić do pisania i powoli odnajduję w sobie motywację oraz to, co niestety przez pewien czas zatraciłam... Tak więc nadal realizuję się na blogu i mam nadzieję, że tak pozostanie. Jakkolwiek zawiodłam Was, Drodzy Czytelnicy, jedyne, co pozostaje mi powiedzieć to przepraszam, tak po prostu... I uwierzcie mi, że samej mnie jest przykro, że odłożyłam swoją pasję na bok dla wielu spraw, jakie nie były tego niestety warte. 

2. Cele na rok 2019 na Chaosie myśli 

Przede wszystkim moim celem jest pisać. Chcę, żeby ten blog ożył, by znowu miał swoje grono czytelników, byście chętnie tutaj wracali i bym sama mogła przelewać w to miejsce swoje myśli, emocje i uczucia. Bardzo chciałabym, by pojawiało się tu jak najwięcej przemyśleń, trochę mniej recenzji, ale również pragnę wrócić do czytania większej ilości lektur niż to było swego czasu, chciałabym także zacząć recenzować filmy oraz seriale, tym samym Wam je polecając (bądź przestrzegając przed fatalnymi ekranizacjami), a przede wszystkim chciałabym więcej twórczości własnej w tym miejscu. Dlatego wypiszę sobie te cele gdzieś dla siebie, powieszę na swojej tablicy korkowej i będę je realizować. 

       Jeżeli jednak chodzi o podsumowanie tego roku w innych kwestiach - nie chcę tutaj dzielić się zbyt dużą dawką informacji o moim prywatnym życiu, ale na pewno mogę stwierdzić jedno: ten rok był nieprzewidywalny, a szczególnie jego końcówka. Pokazało mi to, że czasami ten los potrafi się odmienić tak nagle, że jednego dnia wszystko może być tak jak jest, a innego jest już totalnie inaczej... I na pewno ten rok uświadomił mi jedno: jakkolwiek czasami staramy się dla ludzi wokół nas, nieważne jak mocno pielęgnujemy pewne rzeczy, to może się okazać, ze to wszystko nie było tego warte, że my, ludzie, czasami po prostu się mylimy, a cokolwiek, co robiliśmy okazuje się nie mieć totalnie znaczenia i być całkowicie niedocenionym. Jednak jak wspomniałam nawet wyżej - nieważne, jak bardzo coś się nie udało, życie toczy się dalej, trzeba się więc podnieść i z głową uniesioną wysoko ruszyć do przodu, o.
      Natomiast co do moich osobistych postanowień - posłużę się tutaj cytatem z pięknego utworu Dawida Podsiadło zatytułowanego "Nie kłami", że na pewno już teraz, w ten ostatni dzień roku "zaczynam zamykanie bram" - a tym samym chciałabym wejść w 2019 rok z wewnętrzną siłą i energią, z celami, jakie mam i jakie usilnie pragnę zrealizować i przede wszystkim chcę na ten rok jednego: cieszyć się z każdej chwili i zrobić jak najwięcej dla samej siebie. 

      Przechodząc już do końca tego (myślę, że dość długiego) wpisu, nie obejdzie się bez krótkich życzeń dla Was, Moi Drodzy. Były świąteczne, będą teraz noworoczne, ale że tak powiem, będzie zwięźle i na temat. 

Kochani - życzę Wam przede wszystkim, byście byli szczęśliwi, tak po prostu. Niech ten Nowy Rok będzie dla Was jak najlepszy, byście spełnili wszystkie swoje cele, by otaczali Was sami dobrzy i życzliwi ludzie i byście doceniali każdą chwilę, czerpiąc z niej jak najwięcej, bo jak to napisała Wisława Szymborska:

"Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy."

Stąd też nie marnujcie żadnej z chwil, Moi Drodzy - Szczęśliwego, Nowego Roku!

    Niebawem powitam rok 2019 nowym wpisem, a na dziś życzę Wam jeszcze jedynie udanej zabawy - nieważne czy na wielkiej imprezie, w gronie rodziny czy przyjaciół czy też przed ekranem telewizora - świętujcie, a co! 

sobota, 29 grudnia 2018

    Nadeszła taka chwila, gdy postanowiłam przysiąść do laptopa, otworzyć pusty arkusz i spróbować coś dla Was napisać. Chociaż w mojej głowie piętrzą się myśli, które chciałyby przedostać się na papier - a to o tym, czy tęsknię za studiowaniem, a to o tym, jakie typy ludzi mnie irytują, a to z kolei o tym, dlaczego czasami wszelkie plany mogą legnąć w gruzach i trzeba budować swoje życie na nowo i wiele, wiele innych tematów od jakiegoś czasu chowa się gdzieś tam w czeluściach mojej podświadomości. Mimo to, nadal nie potrafię oddzielić ich od siebie, wrzucić każdy do osobnej szuflady w swoim mózgu i powoli kompletować informacje, jakie później mogłabym przenieść na ten wirtualny papier.
     Jednak z drugiej strony tak bardzo chciałam coś dla Was napisać, tak mocno pragnęłam w końcu przerwać ten swój zastój pisarski, powoli powrócić na mój Chaos myśli, zasypywać Was na nowo różnego rodzaju wpisami, a to recenzjami książek, a to z kolei muzycznymi postami, a to właśnie wspomnianym wyżej - przemyśleniami, jakich mam tak wiele i tak dosadnie chciałabym je z siebie wyrzucić... A mimo to, gdy nadchodzi moment, by przysiąść w końcu do działania, w głowie powstaje jakaś pustka ogromna. 
    Chociaż w zasadzie, jakby nie spojrzeć - już prawie pół strony tekstu stworzyło się na samych takich "pisarskich rozterkach". Może na tym w sumie ma polegać powrót - na tym, by po prostu pisać, nieważne o czym, nieważne jak, ale żeby to się działo, by mózg znowu zaczął pracować, słowa same napływały, palce stukały o klawiaturę przy akompaniamencie dobrej, nostalgicznej muzyki, a na ekranie tworzyły się po prostu kolejne zdania, nieważne, że są jedynie pisarskimi rozterkami? Być może... 
     Jednak nie chciałabym, by ten wpis opierał się jedynie na moich, jak to nazwałam dosłownie linijkę wyżej - tak zwanych "pisarskich rozterkach". Dlatego dzisiaj chciałabym zaserwować Wam znowu szczyptę klimatycznej muzyki, a dokładniej utworów, które to jakiś czas temu w taki czy inny sposób mnie zachwyciły, by następnie przez kilka kolejnych dni móc się zapętlić na odtwarzaczu. Dzisiaj będzie więc nostalgicznie i rzekłabym nawet, że nieco smętnie (czyli jak zazwyczaj, widzicie, staram się Was aż tak nie zaskakiwać, bo mój powrót jest zaskoczeniem dla mnie samej, ha). To co, zaczynamy, Moi Drodzy! 

1. Dean Lewis - "Be alright" 


"Nothing heals,
the past like time. 
And they can't steal 
the love you've born to find..."\

    Ten utwór usłyszałam kiedyś w radio - od razu wpadł mi w ucho, dlatego też postanowiłam, że go znajdę. Na całe szczęście nie okazało się to być zbyt trudne - po prostu weszłam na stronę internetową tej stacji i utwór odnalazłam na jakiejś tam liście przebojów. Przyznam się szczerze, że dziwne, iż wcześniej nie poznałam twórczości tego artysty, bo jest ona totalnie w moim stylu.
     Uwielbiam takie delikatne piosenki, dlatego też na "Be alright" nie skończyła się moja przygoda z tym wokalistą - przesłuchałam też inne jego kawałki i na pewno zostanie on ze mną, że tak to ujmę, na dłużej. Jednak jeśli chodzi o ten utwór, to w jakiś sposób tekst bardzo do mnie trafił. Jest on jednocześnie tak pełen bólu i żalu spowodowanego tym, że czasami wszystko, co wydawało się być piękne, może rozsypać się tak jak szkło uderzające o podłogę, jak również pełen jest nadziei na to, że jednak będzie dobrze. Cokolwiek się dzieje, to oczywiste, że będzie boleć, ale i tak nic nie uleczy ran lepiej niż czas - więc może warto po prostu zamiast kolejnego wieczoru w samotności, spędzić go z ludźmi lecząc swoje poharatane serce. 
    Jeżeli do tej pory nie mieliście okazji natrafić jednak na ten utwór, to serdecznie Wam go polecam - głos wokalisty jest pełen spokoju, a sama piosenka po prostu piękna. 



2. Lady Gaga, Bradley Cooper - "Shallow" 

"Are you happy in this modern world?
Or do you need more?
Is there something else you're searching for?"

    Odkąd pierwszy raz usłyszałam ten utwór - zakochałam się w nim totalnie. Jest tak piękny i spokojny, że jedyne, czego wówczas zapragnęłam, to zobaczyć film "A star is born" jak najszybciej. Niestety, aż wstyd się przyznać - do tej pory nie wybrałam się do kina, gdyż ze względu na to, jak wiele spraw miałam do zamknięcia do czasu świąt, nie dane było mi znaleźć zbyt wielu chwil dla siebie... Ale na szczęście sprawdziłam, że przez najbliższe dni film jeszcze jest puszczany w kinie, dlatego na pewno się na niego wybiorę, a wówczas chętnie podzielę się swoimi wrażeniami na blogu, a co! 
     To, co mnie zachwyciło w tym utworze, to jego prostota. Linia melodyczna, która wpada w ucho, do tego głos zarówno Bradleya Coopera, jak i Lady Gagi idealnie się tutaj ze sobą zgrywają. Nic tutaj nie jest przesadzone - nie ma jakiś udziwnień, wszystko jest takie delikatne i piękne. Do tego również tekst ma coś w sobie i daje do myślenia... Wydaje mi się, że każdy z nas śmiało mógłby zadać sobie chociażby te trzy powyższe pytania i przez chwilę zastanowić się nad odpowiedzią. Dlatego też "Shallow" skradło moje serce i było przeze mnie odsłuchiwane już kilkakrotnie, a i tak nadal chętnie włączam sobie ten utwór, tekst znając już chyba na pamięć i nie raz sobie podśpiewując.
     Myślę, że ze względu na fakt, iż sam film stał się dość popularny, pewnie wielu z Was miało okazję przesłuchać już  ten utwór. Jeśli jednak jeszcze tego nie zrobiliście, to jak najprędzej nadrabiajcie zaległości. 




3. Imagine Dragons - "Birds"

    "Seasons, they will change
Life will make you grow 
Dreams will make you cry, cry, cry...
Everything is temporary
Everything will slide
Love will never die, die, die..."

     Imagine Dragons nie jest dla mnie nowym zespołem - znam ich od dawna, słucham, generalnie naprawdę lubię ich kawałki. Jednak dopiero niedawno usłyszałam "Birds" i ten utwór totalnie mnie pochłonął - byłam w stanie pół dnia podczas pracy klikać "replay" i tak do znudzenia... Ba - cofam te słowa - bo ta piosenka nadal mi się nie znudziła i ilekroć ją włączam, tak samo mocno na mnie działa. Ma w sobie coś takiego, co jednocześnie wywołuje w człowieku uczucie jakiejś dziwnej nostalgii, a także daje swego rodzaju nadzieję. 
     Począwszy od linii melodycznej - takiej spokojnej, poprzez tekst, aż po sam głos wokalisty - wszystko w tym utworze mnie zachwyca. Myślę, że jednak przede wszystkim słowa tej piosenki mają coś w sobie. Pokazują, że w życiu bywa różnie - raz coś jest, a później tego nie ma, niektórzy ludzie są w naszym życiu, by później odejść - czy to jedynie na chwilę czy już niestety bezpowrotnie - ale cokolwiek się dzieje, to świat nadal się kręci. Nieważne, jakie wydarzenia mają miejsce, to przecież jak głosi chociażby powyższy tekst - pory roku nadal się zmieniają, a życie może jedynie sprawić, że dojrzejemy - z każdym rokiem staniemy się coraz silniejsi, jeżeli tylko sami będziemy tego chcieli. Jednocześnie ten utwór pokazuje, że być może któregoś dnia znowu się spotkamy z tymi ludźmi, jakich teraz już nie ma w naszym życiu - bo przecież nigdy nie wiadomo, co nas czeka... 
      Stąd też łapcie ten piękny, klimatyczny utwór i słuchajcie - być może i do Was przemówi w podobny sposób, jak do mnie i sprawi, że będziecie zapętlać odtwarzacz. ;) 



    Moi Drodzy, na dzisiaj to wszystko, co udało mi się przenieść na ten wirtualny papier. Mimo początkowych, krótkich rozterek, wydaje mi się, że nie jest tak źle i pisanie nadal w miarę mi wychodzi. Mogę mieć jedynie nadzieję, że będzie coraz lepiej i już niebawem znowu coś tutaj dla Was powstanie - trzymajcie kciuki! 

Fragmenty utworów znalezione na: tekstowo
Utwory znalezione na: youtube

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *