Matematyczny umysł z artystyczną duszą. Matematyk z wykształcenia, aktualnie pracownik jednej z krakowskich korporacji, a z zamiłowania niespełniona pisarka i zakręcona książkoholiczka.

środa, 22 maja 2019



 "Prawdziwą radość i szczęście przynosi dawanie. Samego siebie, bezinteresowności, życzliwego wsparcia, drobnego gestu, pomocnej dłoni, uśmiechu, obecności, zrozumienia. Czuję wtedy to rozchodzące w środku ciepło,  gdy mogę podzielić się kawałkiem mojego "ja". I co może ważniejsze, nie oczekiwanie niczego w zamian."

Autor: Tomasz Jurkowski
Tytuł: Sięgając gwiazd
Wydawnictwo: Self publishing, Ridero
Liczba stron: 322
Ocena: 5/6
Premiera: 22.05.2019


     Jestem trochę niespełnioną pisarką, dlatego też, za każdym razem podziwiam ludzi, którym udało się stworzyć coś swojego i tym samym bez wahania sięgam po wszelkiego rodzaju debiuty naszych polskich pisarzy. Stąd też, gdy otrzymałam możliwość zrecenzowania książki Tomasza Jurkowskiego - "Sięgając gwiazd", nie wahałam się ani chwili, by zobaczyć, co też takiego przygotował autor na swoją debiutancką powieść. Będąc już po jej przeczytaniu, jeszcze przez kilka chwil po zamknięciu powieści, nie byłam w stanie powrócić do rzeczywistości. 
     Głównym bohaterem książki jest Grzegorz - tydziestokilkuletni singiel, którego bez wahania można określić jako introwertycznego - raczej na ogół trzymającego się z boku, żyjącego w tak zwanym swoim świecie. Kiedy jednak jego życie wywraca się do góry nogami z powodu utraty pracy, nie załamuje się, lecz postanawia spełnić swoje marzenie i napisać książkę. Okazuje się, że te kilkaset stron powieści jest w stanie niezwykle wpłynąć na życie mężczyzny i wręcz sprawić, że nagle, niespodziewanie, fikcja staje się rzeczywistością... Jak zatem potoczą się losy Grzegorza? Co takiego przeżyje mężczyzna? Jak to się w ogóle stało, że nagle to, co na papierze, zaczęło "żyć" w rzeczywistości? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w książce "Sięgając gwiazd". 
      Zacznę od sposobu pisania autora, jego stylu i języka jakim się posługuje. Muszę przyznać, że nie wsiąknęłam w tę historię od razu. Początkowo czytanie szło mi nieco powoli, lecz w pewnym momencie, nawet sama nie wiem kiedy, książka zaczęła wciągać mnie do swojego świata i sprawiać, że chciałam jak najszybciej poznać dalsze losy głównego bohatera. Co więcej, autor pisze w taki niby z jednej strony prosty sposób, a z drugiej strony zaś wplata w tą opowieść tak wiele życiowych fragmentów. Co rusz zaznaczałam sobie jakieś zdanie czy dłuższy opis, jaki idealnie do mnie trafiał i bez wątpienia może posłużyć za ciekawy i pełen prawdy cytat.
       Natomiast co do samej fabuły - wyobraźcie sobie jak to jest czytać książkę o... pisaniu książki i potem przeniesieniu się wręcz jej bohaterów i akcji do świata rzeczywistego? No właśnie - wydaje się to być z jednej strony czymś dziwnym, lecz z drugiej intrygującym i właśnie to czułam czytając historię Grzegorza. Zaintrygował mnie pomysł, jaki wpadł do głowy autorowi, a także jego wykonanie, które jest jak najbardziej na plus, mimo że... zakończenie lekko wsiąknęło mnie w fotel i sprawiło, że przez kilka chwil zastanawiałam się - dlaczego tak, a nie inaczej. 
        Ta historia wciąga do swojego świata i pokazuje, że każdy z nas może sięgnąć gwiazd, jeżeli tylko bardzo chce. Dla mnie jest to opowieść między innymi o spełnianiu marzeń i wierze w to, że czasami nawet niemożliwe, staje się możliwym i dodaje blasku do naszego życia. Jest to także historia pokazująca, że jeden dzień, jedna sprawa może wywrócić nasz dotychczasowy świat do góry nogami, lecz wówczas to tylko od nas zależy czy się poddamy czy może właśnie tak jak Grzegorz - staniemy twarzą twarz z problemem, by następnie odnaleźć w sobie siłę na spełnienie swoich marzeń i dążenie ku ich realizacji. Uważam więc, że to, jak na debiut, naprawdę dobry kawał powieści, która niesie wraz z sobą wiele uniwersalnych prawd.
          Jeżeli chodzi o bohaterów, bo oczywiście jest ich tutaj kilku, zostali wykreowani w ciekawy sposób. Co prawda najwięcej mamy do czynienia z Grzegorzem, mogąc powoli patrzeć jak ulega przemianie. Stopniowo, z nieco zimnego, zdystansowanego faceta trzymającego się na uboczu, staje się spontanicznym gościem, który zaczyna ściągać swoje maski i czytelnik może odkryć jaki tak naprawdę jest mężczyzna i co takiego spotkało go w życiu, że stał się takim, a nie innym człowiekiem. To właśnie taka analiza zachowań głównego bohatera i towarzyszenie mu w tej lekkiej przemianie, bardzo mi się spodobało. 
         Podsumowując, książka "Sięgając gwiazd" to w moim odczuciu udany debiut Tomasza Jurkowskiego. Chociaż po jej zamknięciu, w głowie kotłowało mi milion myśli i do końca chyba nie zrozumiem, dlaczego autor zdecydował się na takie zakończenie, to jak najbardziej uważam, że jest to ponad trzysta stron naprawdę intrygującej lektury. Polecam serdecznie.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 

Autorowi - Tomasz Jurkowski 

środa, 15 maja 2019

     Kochani, dzisiaj przychodzę do Was z tekstem, jakiego dawno tutaj nie było, a mowa, jak głosi zresztą tytuł wpisu, o wprowadzeniu tutaj szczypty muzyki. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami kilkoma utworami, które wzruszają swoim tekstem, linią melodyczną, swego rodzaju prostotą, ale też tym, że na pozór banalne, mają często "drugie dno" i przede wszystkim trafiają do wrażliwych dusz. Być może niektórzy z Was je słyszeli, a jeżeli nie - to a nuż przypadną Wam do gustu. Jednocześnie to nie tak, że chcę Was tutaj smucić - co to, to nie. Moim jedynym celem jest dzielić się z Wami tym, co dotyka mnie gdzieś głęboko, wywołuje ciarki na ciele bądź po prostu wprowadza w stan relaksu. 

1. The Dumplings - "Piękne dłonie" 

"Masz takie czułe dłonie
Daj mi popatrzeć,
Wszystkie linie namalować jeszcze raz..."

    Zespół The Dumplings nie jest mi obcy, jednak nie wiem, jak to się stało, że dopiero niedawno odkryłam właśnie ten utwór. Już od pierwszych sekund wiedziałam, że przypadnie mi do gustu i oczywiście tak też się stało. Począwszy od samej linii melodycznej, która przenosi słuchacza trochę jak w inny wymiar, poprzez tekst, który jest niezwykle krótki, ale w raptem tych kilkunastu zdaniach kryje się więcej niż pozornie mogłoby się wydawać, a skończywszy na cudownym głosie, który te słowa wyśpiewuje. 
     Ten tekst porusza mnie do głębi. Ktoś mógłby się zastanowić - "ale jak to śpiewać o dłoniach, co w nich takiego szczególnego?", jednak dla mnie dłonie to jedna z ważniejszych "części" każdego z nas. Kobiece dłonie - delikatne - przywołują na myśl troskę, dbanie o drugą osobę, o rodzinę, gdy z kolei dłonie mężczyzny - męskie i silnie (a przynajmniej w moim odczuciu takie powinny być) - dają poczucie bezpieczeństwa, bo to właśnie one ochornią nas, kobiety, przed wszelkim złem tego świata. Zresztą przypomnijmy sobie wszelkie czułe gesty - pierwsze chwycenie się za dłonie z ukochaną osobą, to, gdy ta dłoń głaszcze po włosach, bądź właśnie "ta" dłoń czule muska skórę... Dlatego też uważam, że ten utwór to proste, ale jakże dogłębnie prawdziwe, małe arcydzieło.
      Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji przesłuchać tego wzruszającego, pięknego utworu, to polecam nadrobić zaległości, bo The Dumplings naprawdę tworzy świetną muzykę.



2. Wasio - "Bądź"

"Kochać tak, by bolał rdzeń 
To nieuczciwe..."

     Może pamiętacie czasy, gdy mając naście lat, wyszukiwało się "smutnych kawałków", gdy może byliście nieszczęśliwie zakochani, bądź obiekt Waszych westchnień nawet nie wiedział o Waszym istnieniu? Nie wiem czemu, ale ten kawałek kojarzy mi się z takimi młodzieńczymi czasami... I piszę to jak najbardziej na plus. Chociaż jak wspomniałam - przywołał we mnie pewne wspomnienia tych "nastoletnich czasów", to tak naprawdę ten utwór jest niezwykle autentyczny na każdy etap życia, nieważne czy słucha go nastoletnie serduszko, czy może to dorosłe, porysowane doświadczeniami, serce...
   Głos wokalisty jest niezwykle delikatny i sprawia, że można się przy nim po prostu wyciszyć. Melodia z kolei od razu trafia gdzieś głęboko do wrażliwej duszyczki, a słowa - no cóż, mówią same za siebie. Pokazują, jaka wiele dla kogoś znaczy obecność tej drugiej osoby - nieważne, czy podczas wspólnych chwil, czy właśnie wtedy, gdy mamy wrażenie, że "jesteśmy na dnie"... Bo jeżeli obok nas jest ktoś, kto kocha i dla kogo bije także nasze serce, to nic więcej się już nie liczy. Cudowny, wzruszający i przyznaję - nostalgiczny, melancholijny - utwór.
    Stąd też śmiało klikajcie poniższy link i przenieście się na chwilę w stan, w którym skupicie się tylko na tym dźwięku i słowach, a cały świat wokół rozpłynie się jak mgła.

 

3. Kasia Lins - "Wiersz ostatni"

"Cóż mam od życia? - chyba już
wiesz, czujna i płocha? - 
tylko ten smutek, tylko ten 
wiersz, który mnie kocha..."

      Zacznę od tekstu, bo jest nim wiersz Władysława Broniewskiego - "Wiersz ostatni", który jest po prostu... piękny. Jednak poezja śpiewana w takim wykonaniu sprawiła, że te kilkanaście wersów stało się jeszcze piękniejszymi i uderzającymi gdzieś głęboko w odbiorcę. Ta interpretacja totalnie mnie urzekła, a głos Kasi Lins jest niesamowity.
     Nigdy nie byłam chyba "orłem" w interpretowaniu wierszy, a może najzwyczajniej w świecie odbierałam je na swój sposób, a nie taki, jak miał na myśli jakiś tam stworzony przez znawców klucz odpowiedzi. W tym przypadku ten wiersz kojarzy mi się po prostu z rozstaniem, z czasem, kiedy ktoś odchodzi z naszego życia i jedyne, co po nim pozostaje to wspomnienia i no właśnie - często być może jakieś teksty, czy "wiersze, które nas kochają", a jakie wyszły spod naszych palców w zaciszu swoich czterech ścian, gdy przelewanie wewnętrznego bólu na papier stawało się rodzajem terapii. Bardzo porusza mnie gdzieś w głębi serduszka ten wiersz, a wraz z tą linią melodyczną, staje się dla mnie istnym arcydziełem. Kasia zrobiła zdecydowanie kawał dobrej roboty.
    Jeżeli więc nie natknęliście się na ten utwór, albo może rzadko macie do czynienia z poezją śpiewaną, to warto dać szansę poniższej interpretacji.

   Tym akcentem kończę dzisiejszy, muzyczny wpis. Niebawem natomiast na blogu recenzja książki "Sięgając gwiazd" i... zobaczymy, co jeszcze. :) 

sobota, 11 maja 2019



    Dzisiaj przychodzę do Was z krótkim wpisem, a mianowicie z zapowiedzią książkową od Wydawnictwa IUVI. Mowa tutaj o książce, której opis (i okładka, przyznaję, jestem wzrokowcem, a ona jest przepiękna) mnie osobiście od razu zaintrygował i sprawił, że z pewnością sięgnę po tę historię, mając nadzieję na ogrom emocji, bo właśnie to we wszelkich powieściach lubię najbardziej. Łapcie zatem poniższą, krótką zapowiedź - być może i Was zainteresuje ten tytuł. 

Autor: Tammy Robinson
Tytuł:
Twoje fotografie
Wydawnictwo:
IUVI
Liczba stron:
336
Premiera:
15.05.2019

"Zostały ci zaledwie miesiące na rzeczy, na które jeszcze wczoraj miałaś długie lata. 

W dniu swoich dwudziestych ósmych urodzin Ava dowiaduje się o wznowie raka, z którym walczyła trzy lata wcześniej. Lekarze nie pozostawiają nadziei: dziewczyna ma przed sobą jakiś rok życia. Ava nie zamierza jednak pozwolić chorobie decydować o tym, jak przeżyje ostatnie cenne miesiące – pragnie urządzić swój wymarzony ślub. Jest tylko jeden mały problem. Brak pana młodego.

Ava nie ma też zbyt wiele pieniędzy, a przede wszystkim czasu… Lecz to wszystko jest bez znaczenia. Zorganizuje wesele dla siebie samej.


Gdy przyjaciele i rodzina mobilizują się, by pomóc jej spełnić ostatnie marzenie i zorganizować przyjęcie wszech czasów, w sprawę angażują się media i wieść o Avie rozchodzi się po całym kraju. Lecz plany dziewczyny nieco się komplikują. Nagle do głosu dochodzą uczucia, z którymi zdążyła się już pożegnać. Teraz musi zdecydować, czy wystarczy jej odwagi, by pokochać, a potem sił, by się pożegnać.


Do głębi poruszająca opowieść, przypominająca o tym, że życie jest darem i że na miłość nigdy nie jest za późno – Kelly Rimmer, autorka Kiedy ciebie straciłam" (źródło: iuvi.pl)





      Jeżeli zaintrygowała Was ta historia, to nie zostało nic więcej jak poczekać jeszcze tylko kilka dni, a 15 maja wybrać się do księgarni. :)

środa, 8 maja 2019

     Moi Drodzy, dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami tutaj szczyptą twórczości własnej. Jakiś czas temu, słuchając niesamowicie wzruszającego utworu zespołu The Dumplings - "Piękne dłonie" i siedząc wieczorową porą przy laptopie, nagle spod moich palców stukających o klawiaturę, powstało bardzo krótkie opowiadanie. Publikowałam je na swoim fanpage'u, ale wiem, że tam niektóre posty "giną" w eterze, dlatego postanowiłam podzielić się nim z Wami tutaj, na blogu. 
    Jestem przekonana, że to opowiadanie zapewne można dopracować, że czytając je za jakiś czas, znajdę mnóstwo zdań, które wymagają korekty, ale jednocześnie to coś, co uświadomiło mi, że pisanie stanowi nieodłączny element mojego życia. Może nie potrafię na tyle się zmotywować, by napisać książkę, ale wiem, że od czasu do czasu chociażby krótkie fragmenty przewijają się w moich notatkach i że pisanie to też swego rodzaju świetny rodzaj terapii. 
      Poniższe opowiadanie mówiąc w skrócie jest o rozstaniu - czyli nieodłącznym elemencie życia większości z nas. Być może zdarzają się przypadki, gdy ludzie dobierają się wręcz idealnie i nie poznali goryczy tego, czym jest rozstanie, ale myślę, że większość osób jednak chociażby raz zasmakowała emocji, jakich wcale nie chciało się czuć. Jednocześnie, ten krótki tekst miał też wnieść swego rodzaju nadzieję, że gdzieś tam, na każdego z nas czeka prawdziwe szczęście, a nie jedynie jego iluzja. Stąd też, nie przedłużając - zapraszam do przeczytania poniższego tekstu. 

***

Młoda dziewczyna usiadła na jednej z wielu, wolnych już o tej porze dnia, ławek. Przychodziła do tego miejsca ilekroć było jej źle, a właśnie tak czuła się teraz, gdy dosłownie kilka godzin temu jej serce, a wraz z nim wszelkie snute do tej pory plany, rozpadło się na kawałki. Ściskała w dłoniach kilka zdjęć, zrobionych jeszcze parę tygodni wcześniej, z których biła radość i ogrom uczuć, a jakie to nagle uciekły tak, jak gdyby od zawsze były tylko jedną, wielką grą aktorską. Chociaż oczy miała już spuchnięte od nieustannego płaczu, to łzy nadal nie były w stanie przestać spływać po jej bladej twarzy. Jedna za drugą, powoli torowały sobie drogę od samego kącika oka poprzez usiany lekkimi piegami policzek, lądując ostatecznie na trzymanym w rękach dziewczyny zdjęciu. Mimo że jakaś jej część miała ochotę od razu rozszarpać na kawałki uśmiechające się do niej z fotografii twarze, to głupie serce nie potrafiło tego zrobić. Ani się spostrzegła jak nagle, tuż obok niej przysiadła się starsza kobieta, która z wyraźną troską w głosie, powiedziała tylko dwa słowa:
-Zostawił cię. 
Dziewczyna powoli skierowała zapłakane oczy w kierunku staruszki, spoglądając na nią ze zdumieniem. Już miała otworzyć usta by móc cokolwiek odpowiedzieć, gdy poczuła, jak głos znów więźnie jej w gardle i jedynym, co udało jej się z siebie wyrzucić był przeszywający na wskroś szloch. Nie wiedziała ile czasu minęło odkąd zanosiła się płaczem, gdy delikatna dłoń zaczęła głaskać ją po głowie, a obok ucha słyszała jedynie cichy szept:
-No już, dziecinko, już… Płacz, ile tylko chcesz, nawet jeśli miałabyś wypłakać wszystkie swoje łzy. – po czym staruszka dodała – cii, wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
-Ale… ale… - zaczęła jąkać się dziewczyna – jak ma być dobrze, skoro nikt nigdy mi nie powiedział, że rozstania tak bolą, skoro nikt nigdy nie nauczył mnie, że nie zawsze istnieje jedna, jedyna miłość na całe życie, nawet jeśli naiwne serce wierzyło, że tak jest? 
Po czym ponownie zaniosła się szlochem, mając wrażenie, że nigdy nie zdoła wyrzucić z siebie tego ogromnego żalu, jaki czuła właśnie w tej chwili. Jednak starsza kobieta jedynie cicho westchnęła, po czym spokojnym głosem powiedziała:
-My, kobiety wrażliwe, kobiety pełne emocji, zawsze wierzymy, że człowiek spotyka jedną, jedyną osobę na całe swoje życie. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że być może wcale nie musi tak być i odnalezienie swojego przeznaczenia nie zawsze od razu się udaje. Jednocześnie nikt nie nauczył nas, że rozstania to nieunikniony etap życia – jedne są tylko na chwilę, inne takie jak twoje, sprawiają, że serce się kraje, gdy ogrom wspomnień uderza ze zdwojoną siłą, a jeszcze inne, tak jak śmierć to rozstania na zawsze i to one są najgorsze, bo każde, inne rozstanie może wyjść na lepsze, gdy to ostatnie sprawia, że niczego już nie możemy zmienić – kobieta zawiesiła na chwilę głos ze smutkiem spoglądając na obrączkę błyszczącą na jej lewej dłoni, po czym dodała – dlatego nawet jeśli boli, to uwierz mi, dziecinko, nie będzie boleć wiecznie. 
Dziewczyna poczuła, że jedyne co ma ochotę zrobić to przytulić się do tej starszej kobiety i na chwilę zapomnieć o tym, że miłość jej życia tak po prostu odeszła, jak gdyby żadna chwila nigdy nie miała znaczenia. Zamiast tego smutnym głosem powiedziała tylko:
-Tyle, że moje życie nie ma już większego sensu, bo tak bardzo boję się, że nie dam rady się pozbierać. 
Staruszka zamyśliła się na chwilę, po czym skierowała swoje bystre spojrzenie na tę młodą, tak bardzo zagubioną, osóbkę. 
-Słoneczko – zaczęła – wiem, że teraz nie chce ci się może nawet i żyć. Dobrze rozumiem, jak wiele żalu musi w tobie być, jak jednocześnie czujesz miłość i nienawiść, smutek i gniew, obrzydzenie i tęsknotę… I wiem też, że dużo czasu będzie musiało minąć, by te wszystkie emocje, jakie w tobie siedzą, mogły się na nowo poukładać. Będziesz tęsknić, będziesz tulić się do poduszki, która przypominać Ci będzie jego ramię, będziesz robić dwie kawy – ze zwykłego przyzwyczajenia – by za chwilę zdać sobie sprawę, że tej drugiej przecież nie potrzebujesz. Po jakimś czasie będziesz się śmiać i znowu czuć dobre emocje, by raz na jakiś czas coś przypomniało ci o tym dniu, gdy cały twój świat rozpadł się w drobny pył. Ale wiem, że to przetrwasz, bo uwierz mi, dziecinko, jeżeli to byłoby twoje przeznaczenie, to nigdy nie znalazłabyś się tutaj, w tym miejscu i ze łzami w oczach. Gdyby to miało być najlepsze, co cię w życiu spotkało, to nigdy nie szlochałabyś tak bardzo jak teraz i nie trzymałabyś się kurczowo szczęśliwych chwil na zdjęciu dobrze wiedząc, że widocznie dla niego nic nie znaczyły. Los przygotował dla ciebie coś lepszego i nie, nie pytaj mnie, dlaczego zatem zesłał ci to wszystko, by potem tak perfidnie to odebrać, bo nikt nie będzie znał dokładnej odpowiedzi. 
Młoda dziewczyna już chciała coś powiedzieć, gdy staruszka uciszyła ją znanym gestem i dodała:
-Mogę powiedzieć ci jedynie coś, co wyda ci się absurdalne, ale zrozumiesz to później, gdy czas nieco uleczy twoje rany. Bo widzisz, być może los zrobił to wszystko tylko po to, byś w przyszłości dostrzegła i doceniła, że może być tylko lepiej i nie wątp w to, kochana, bo wiem, że tak będzie…
Po tych słowach, staruszka przyciągnęła do siebie dziewczynę i pozwoliła jej szlochać tak długo, jak gdyby właśnie kończył się świat.


***

    Jeżeli dobrnęliście do końca - serdecznie Wam dziękuję. Mam także nadzieję, że niebawem znowu będę miała możliwość podzielić się z Wami własną twórczością. Póki co - trzymajcie się, Kochani. 

czwartek, 2 maja 2019

Autor: Sanjida Kay
Tytuł:
Skradzione dziecko
Wydawnictwo:
W.A.B.
Liczba stron:
368
Ocena:
5.5/6


     Bardzo chciałam wrzucić dla Was przedpremierową recenzję książki "Skradzione dziecko", którą napisała Sanjida Kay, jednak nie zawsze można zrobić to, czego bardzo się chce... Mimo to, nie mogłam się doczekać aż w końcu znajdę chwilę, by przysiąść do laptopa i przenieść na papier emocje, jakie towarzyszyły mi podczas czytania tej naprawdę dobrej, trzymającej w napięciu do samego końca, historii. 
      Zoe Morley i jej mąż Ollie po długim oczekiwaniu na dziecko, w końcu mają zostać przybranymi rodzicami Evie, którą młode małżeństwo pokochało od pierwszego wejrzenia. Po kilku latach okazuje się jednak, że w ich rodzinie pojawia się kolejne dziecko - tym razem ich własne. Kiedy Ben, brat Evie, kończy dwa latka, dziewczynka zaczyna dostawać tajemnicze prezenty, które sądząc po zostawianych przy nich listach, dostarcza ojciec, chcący odzyskać "skradzione" mu siedem lat wcześniej dziecko. Co więcej, atmosfera w rodzinie staje się coraz bardziej ciężka, a główna bohaterka - Zoe - wplątuje się w niebezpieczną relację... Jak zatem potoczą się losy bohaterów? Czy to, co pisze nieznajomy jest prawdą i zrobi wszystko, by odzyskać córkę? Dlaczego w ogóle Evie trafiła do adopcji? I jak ułoży się życie całej rodziny? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Skradzione dziecko". 
     Muszę przyznać, że od pierwszych stron, przypadł mi do gustu styl, jakim posługuje się autorka i być może właśnie to stanowiło kluczową sprawę jeśli chodzi o tempo przeczytania przeze mnie całej historii, bo zajęło mi to w ogólnym rozrachunku może raptem jeden dzień. Autorka stopniowo rozwija całą akcję, co nie oznacza, że jest tutaj nudno - co to, to absolutnie nie. Jednak pisze w taki sposób, że całość nie skupia się od razu na postaci dziewczynki, a wplecione zostały także inne wątki, dzięki czemu ta książka jeszcze bardziej wciąga czytelnika do swojego świata. Dodatkowo, uważam że autorka naprawdę nieźle buduje napięcie i mimo że w połowie książki wydawało mi się, iż domyśliłam się wszystkiego, tak koniec końców zostałam, jak to się mówi, wyprowadzona w pole, a cała moja teoria rozsypała się w drobny pył. Tak więc pozytywnie zaskoczyło mnie to, że ta historia naprawdę do ostatnich stron trzyma czytelnika w napięciu. 
     Sam pomysł na fabułę wydaje się być może lekko oklepany, lecz autorka tak ugryzła temat, że nie ma szans, by całość znudziła czytelnika. Jak zresztą wspomniałam - wywołuje ona uczucie niepokoju, które trwa do ostatnich stron, mimo że początkowo kilkakrotnie wywracałam oczami z powodu niedomyślności głównej bohaterki, sama myśląc, że już rozwikłałam zagadkę - jak się okazało później - błędnie. Dodatkowo to, co podobało mi się w tej książce to nie tylko skupienie się na akcji związanej z tajemniczym "ojcem" małej Evie, ale też wplecione zostały tutaj, moim zdaniem, elementy obyczajówki. Historia przedstawia też zwykłe, codzienne problemy rodziny, która w pewnym momencie chyba sama zagubiła się w tym co jest ważne, a co można odrzucić na dalszy plan. Ta książka pokazuje, że czasami pracoholizm burzy ściany bezpiecznego domu, a także uświadamia, że każdy człowiek często musi zmierzyć się z różnymi pokusami życia i tylko od nas samych zależy, czy pozwolimy na to, by te pokusy zniszczyły to, co do tej pory tak mocno się budowało.
     Bohaterowie zostali wykreowani całkiem dobrze. Chociaż główna postać - Zoe - początkowo troszkę mnie irytowała, to koniec końców jawiła się przede wszystkim jako troskliwa matka, która dla swoich dzieci zrobi wszystko. Mimo bycia artystką, większość swojego czasu poświęcała dzieciom, na dalszy plan odkładając swój talent. Jeśli chodzi o jej męża, to autorka przedstawiła tutaj idealny przykład osoby, która z czasem zaczyna mylić robienie czegoś dla rodziny z własnymi ambicjami i pięciem się coraz bardziej na szczyt kariery. Pozostali bohaterowie, w tym tajemniczy "ojciec" Evie, również zostały ciekawie stworzone, a autorka zbudowała intrygujące profile psychologiczne swoich postaci.
     Podsumowując, książka "Skradzione dziecko" to intrygujący thriller psychologiczny, który porusza dodatkowo istotne problemy związane z życiem rodzinnym, a jednocześnie do samego końca trzyma w napięciu. Osobiście polecam, bo to książka bez dwóch zdań do przeczytania w jeden, wolny wieczór w ramach relaksu.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Wydawnictwu W.A.B.  

poniedziałek, 22 kwietnia 2019



25 lat minęło jak jeden dzień… I właśnie dzisiaj, z tej okazji, chciałabym napisać tutaj kilka przemyśleń, jak też tak naprawdę złożyć sobie samej życzenia w dniu, w którym stuka mi tak zwane ćwierćwiecze. Często śmieję się, że co roku obchodzę swoją osiemnastkę, tylko już któryś raz z rzędu. Jednak liczba 25 to taka bardziej okrągła rocznica, to dzień, w którym mogę na chwilę spojrzeć wstecz, zastanowić się nad tym, jak wyglądało moje życie i jednocześnie pomyśleć, co jeszcze na mnie czeka i co mogę zrobić, by spełnić swoje te nawet najmniejsze i najbardziej błahe marzenia. Chciałabym więc w tym krótkim wpisie, zabrać Was, moi Drodzy Czytelnicy, trochę jakby do wehikułu czasu i własnych przemyśleń…

 1. Wspomnień czar

     Gdy patrzę wstecz, widzę siebie jako małą dziewczynkę, która uwielbiała bawić się lalkami, przebierać je, czesać, jaka kochała kolekcjonować torebeczki (i co zostało mi do dzisiaj), jaka to miała naprawdę udane dzieciństwo. Jedynymi troskami było to, by nauczyć się wierszyka do szkoły, rozwiązać zadanie z matematyki czy też zrozumieć czasownik „to be”, albo też posprzątać swój pokój czy już później, gdy urodził się mój młodszy brat – zająć się rodzeństwem. Potem przyszedł czas na kolejne etapy edukacji, okres gimnazjum, liceum, gdy tu zaczęły się już wybory, co dalej chciałabym robić w życiu. Tak też padło na… matematykę, który to wybór przez długi czas wydawał mi się nie do końca przemyślany, lecz teraz śmiało mogę stwierdzić, że mimo wszystko go nie żałuję.
     To 25 lat pełne było też różnych ludzi, znajomości, zauroczeń czy chwili, kiedy wydawało mi się, że odnalazłam prawdziwą miłość. Niektórzy ludzie przychodzili, inni odchodzili, zmieniali się znajomi, przyjaciele czy tak zwane – obiekty westchnień – ot, zwykłe życie, równie zwykłej dziewczyny. Za pewnymi relacjami czasami tęsknię, pewnej jednej wciąż nadal gdzieś głęboko w środku mi brakuje, bo jej koniec zburzył wszelkie fasady planów, jakie powoli się tworzyły, tak jakby dla drugiej strony nigdy nie miały znaczenia, gdy inne z kolei rozeszły się w taki sposób, że obecnie uważam, iż wyszło to na lepsze, gdy jeszcze inne dobrowolnie powoli od siebie odsuwałam, wyznając zasadę, że nie warto ciągnąć relacji, które nie są najzwyczajniej w świecie „zdrowe”.
     W swoim tak naprawdę dość krótkim życiu, spotkało mnie wiele cudownych chwil, których naprawdę mi nie brakowało takich jak np. okres studiów, który wspominam najmilej i nie mam tutaj na myśli nauki, a ludzi, jakich poznałam i jacy wciąż są moimi przyjaciółmi, na których wiem, że mogę liczyć – nieważne, że wielu z nas mieszka teraz w różnych częściach Polski – to wiem, że są, jeśli tego potrzebuję i wzajemnie – ja także zawsze dla nich będę.
     Jednak zdarzyły się także wielkie rozczarowania – a czasami nie potrzeba ich wielu, by człowiek na jakiś czas stracił wiarę w ludzi, w uczucia i w to, że kiedyś nadejdzie lepsze jutro. Są więc takie chwile, jak ta – cieszę się, że kończę dzisiaj tak okrągłą rocznicę swoich urodzin, mimo że w serduszku pozostaje lekki żal, że może nie do końca tak wyobrażałam sobie ten dzień… Lecz przeszłość trzeba w końcu zostawić za sobą i zacząć na nowo żyć, bo zapewne jeszcze wiele rozczarowań czeka na mojej drodze – jedne większe, inne mniejsze – ale trzeba stawić im czoła i po prostu w końcu zapomnieć, bo szkoda by było za kolejne 25 lat obudzić się z myślą, że czekając na jakiś „cud”, ominęło mnie tak wiele cudownych sytuacji i zapewne też cudownych ludzi.
    To, o czym jeszcze chcę wspomnieć, rozmyślając o minionych latach to blog – miejsce, które powstało, gdy raptem zdałam maturę, mając 19 lat. Jak zatem możecie łatwo wykalkulować – już niebawem, bo dokładne 29 maja, to miejsce kończyć będzie swoje szóste urodziny – na pewno z tej okazji przygotuję dla Was pewne niespodzianki takie jak m.in. konkursy. Blog był i wciąż jest miejscem, które sprawia, że ta codzienność nabiera barw. To miejsce, dzięki któremu jeszcze nie wpadłam w totalną rutynę życia, jaka wyżerałaby ze mnie całą energię i chociaż wiem, że zaniedbałam swój Chaos myśli, to ciągle staram się na nowo go tutaj „ożywić”.
    Znowu czytam i sprawia mi to niezwykłą frajdę, znowu recenzuję – nadal nawet nawiązując współprace recenzenckie, znowu piszę też swoje teksty, chociaż sporo z nich trafia póki co do tak zwanej szuflady. Pisanie to nieodłączna część mnie i wiem, że jednocześnie to dzięki niemu nawet gdy w ciągu tych swoich 25 lat spotkały mnie cholernie mocne rozczarowania, to właśnie pisanie pomagało mi przetrwać. To kartki papieru najbardziej rozumiały moje emocje, to im mogłam zwierzyć się z tego, czego nie mówiłam nawet najbliższym… Dlatego blog i cała ta moja pasja – to coś, co miało duży wpływ na mnie, na ukształtowanie we mnie takiego, a nie innego człowieka.
Stąd też to 25 lat minęło zdecydowanie za szybko, jak to się właśnie często mówi – niczym jeden dzień, a jednocześnie kryje w sobie tak wiele wspomnień, uczuć, pozytywnych chwil, ale też czasami tych smutnych momentów – bo takie po prostu jest samo życie. 

 2. Co sobie sama życzę?

    Wiecie, Moi Drodzy, bo najlepsze są życzenia dla siebie od samej siebie, a może nawet bardziej dokładniej mówiąc: to nadanie sobie celów, jakie chce się osiągnąć zanim przekroczy się kolejną, magiczną cyferkę, teraz już coraz usilniej zbliżając się do końcówki „-ści”… :D
Życzę więc sobie przede wszystkim zdrowia – to klasyczne życzenie, ale bardzo ważne, chociaż często o tym zapominamy. Jednak człowiek zdrowy to taki, który może nakładać na siebie kolejne wyzwania, może dążyć do innych wartości, może po prostu spełniać swoje marzenia. Życzę więc sobie, by to zdrowie mnie nie opuszczało, bo bez niego ani rusz z czymkolwiek innym.
    Życzę też sobie tego, bym potrafiła w końcu zamknąć pewne rozdziały – bo chociaż czasem wydaje mi się, że już to zrobiłam, to przez jakąś małą szczelinę w drzwiach wspomnień przedziera się to, co już dawno powinno być zakopane gdzieś głęboko w głowie. Jednak to właśnie moment, by nie marnować więcej chwil na rozmyślanie, a jedyne, co można zrobić to zaakceptować taki bieg rzeczy.
    Życzę też sobie spełnienia swoich marzeń i celów – tego, bym może w końcu odrzuciła na bok swój słomiany zapał i napisała książkę, o jakiej od zawsze marzę bądź chociażby zbiór opowiadań czy też tomik poezji – bo zarówno sporo prozy, jak i poezji przewija się ostatnio przez moje notatki. Chciałabym znaleźć w sobie tyle siły i motywacji, by te wszystkie pomysły po prostu zrealizować, bo kiedy, jeśli nie teraz?
    Życzę też sobie, bym realizowała się w pracy, bym znalazła ten swój jedyny „cel” – póki co jestem tak zwanym korposzczurkiem, praca jaką wykonuję podoba mi się, jest ciekawa, a ludzie, których tam poznałam, są naprawdę świetnymi osobami, ale wciąż szukam, wciąż myślę, czy to właśnie "to", czy może chciałabym spróbować czegoś nowego – wierzę, że kolejne miesiące przyniosą mi odpowiedzi... A w zasadzie, że sama spróbuję je odnaleźć.
    A na koniec… życzę sobie tego, bym czuła się najzwyczajniej w świecie szczęśliwa. Bym nadal miała wokół siebie kochającą mnie rodzinę, cudownych przyjaciół oraz… bym odnalazła w końcu tą prawdziwą „bratnią duszę”, a nie tak, jak mi się wydawało – jedynie iluzję miłości. Bo prawdziwa miłość doda szczyptę do tej już pełni szczęścia, której każdy, a więc i ja, z nas pragnie.

Dziękuję Wam, jeżeli dotrwaliście do końca tego wpisu i tym samym chciałabym jeszcze w dniu swoich urodzin podziękować Wam, Drodzy Czytelnicy – za to, że byliście ze mną przez te prawie 6 lat mojego pisania. Od tych początkowych postów, których aż sama wstydzę się czytać, poprzez wszystkie te recenzje, muzyczne wpisy, przemyślenia, własną twórczość, aż do teraz – do okresu, gdy tak Was zaniedbałam myśląc, że moje życie ma się kręcić wokół jednej osoby, co nie było tego warte… Dziękuję i mam nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas będę Was mogła tutaj „męczyć” swoim pisaniem, o! :)

środa, 17 kwietnia 2019

     Moi Drodzy, dzisiaj przychodzę do Was z wpisem, jakiego dawno tutaj nie było - krótkimi zapowiedziami nowości, jakie niebawem ukażą się nakładem Wydawnictwa IUVI. Być może któraś z przedstawionych poniżej książek przypadnie Wam do gustu. Chociaż zdecydowanie jest to literatura w dużej mierze skierowana do młodzieży, to przecież w końcu każdy nas powinien mieć w sobie coś z tego etapu życia, by nie stać się zgorzkniałymi dorosłymi... ;)

1. Cathy Cassidy - "Wiśniowe serce" 

Autor: Cathy Casidy
Tytuł: Wiśniowe serce
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 278
Premiera: 24.04.2019


"Wiśniowe serce, czyli I tom serii Bombonierki to zwariowana, nieprzewidywalna, pełna emocji i czekolady powieść dla nastolatek! To najsłodsza seria pod słońcem!
Cherry jest niepoprawną marzycielką i… no cóż, powiedzmy, że lubi fantazjować. Chodzi do szkoły, miewa kłopoty z koleżankami, nauczyciele jej nie rozumieją… Klasyka.
Ale w jej życiu zachodzi rewolucyjna zmiana: Cherry przeprowadza się z ojcem do jego dziewczyny i staje się częścią niesamowitej rodziny Tanberry, wielkiej, hałaśliwej i… ciut zwariowanej. Teraz Cherry mieszka we wspaniałym starym domu na szczycie nadmorskiego klifu i wszystko idzie dobrze, dopóki nie zakocha się w chłopaku jednej z przyrodnich sióstr. Nie trzeba chyba dodawać, że ta ostatnia nie jest zachwycona i zrobi wiele, by wyeliminować konkurencję.
Podczas gdy wszyscy są pochłonięci tworzeniem domowej wytwórni czekolady, Cherry  musi wybrać pomiędzy lojalnością wobec zołzowatej siostry a nieodpartym urokiem Shaya..." (źródło: iuvi.pl)


"Wiśniowe serce"

2. Hayley Chewins - "Odwórcone" 

Autor: Hayley Chewins
Tytuł: Odwrócone
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 272
Premiera: 24.04.2019

"Odwrócone. Magiczna opowieść o Mistrzach tworzących muzykę oraz odwróconych dziewczętach w milczeniu przemieniających ją w złoto. 

Dwunastoletnia Delphernia całe życie spędziła w klasztorze, którego kamienna kopuła, zgodnie z prawem miasta Blajbakan, odgradza odwrócone dziewczęta od morza, nieba, świata… Na zewnątrz Mistrzowie – wyłącznie chłopcy i mężczyźni – grają muzykę. W środku odwrócone w milczeniu, bez słowa, przemieniają tę muzykę w złoto. Matka Dziewięć nazywa to wytwarzaniem migotu.
Delphernia jednak nie umie wytwarzać migotu. I woli śpiewać, zamiast milczeć.
Gdy do klasztoru przybywa Mistrz, który nie zachowuje się jak Mistrz, dziewczyna ma szansę wyrwać się ze swojego więzienia. Na zewnątrz, poza murami klasztoru, morze dyszy jak dzikie zwierzę, niebo spogląda z góry tysiącami gwiazd przypominających oczy, a tajemniczy ogród ma liście ostre jak szpony. Delphernia poznaje księcia mówiącego cytatami z poezji oraz dziewczynę o zadziwiającej odwadze i niezależności. Uwikłana w rozgrywki złowieszczo milczącego Kuratora i nieprzeniknionej królowej, Delphernia pojmuje, że choć uwolniła się z klasztoru, w Blajbakanie nigdy nie będzie wolna.
Blajbakan zaś nie stanie się wolny bez niej." (źródło: iuvi.pl)

"Odwrócone"



    To już wszystko jeśli chodzi o dzisiejszy wpis - jak więc widzicie są to książki skierowane raczej do młodszej grupy wiekowej, ale tak jak wspomniałam na początku - każda historia może być warta uwagi, czasami może nawet przypominając nam, jak to było, gdy mieliśmy naście lat... Stąd też, być może kogoś z Was zainteresuje któraś z tych książek, a sama natomiast rozważam sięgnięcie przynajmniej po jeden z tych tytułów. Jeżeli tak się stanie, na pewno uraczę Was tutaj recenzją. Póki co - trzymajcie się! 

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *