środa, 9 stycznia 2019

"-Widzę, że niewiele wiesz o przetrwaniu. 
Ten żart niespodziewanie mnie otrzeźwia.
-Przetrwałam ciebie - stwierdzam sucho."


Autor: Anna Bednarska
Tytuł: Co byś zrobił, gdybyś mnie dogonił?
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 420
Ocena: 6/6


     Tak się składa, że jakiś czas temu miałam już do czynienia z książką Anny Bednarskiej. Pamiętam, że "Trudny mężczyzna" był historią, która bardzo mi się spodobała i jaka sprawiła, że z niecierpliwością czekałam na kolejną powieść tej autorki. Dlatego też, gdy otrzymałam możliwość zrecenzowania "Co byś zrobił, gdybyś mnie dogonił?", nie wahałam się ani chwili. Będąc już po przeczytaniu tej historii, mogę śmiało stwierdzić, że się nie zawiodłam, a wręcz przeciwnie - ta książka spodobała mi się chyba jeszcze bardziej niż debiut Anny Bednarskiej. 
       Głowna bohaterka książki, a jednocześnie narratorka całej historii, to trzydziestoletnia Helena Maj. Kobieta, po spektakularnym debiucie książki, do tej pory nie była w stanie napisać kolejnej powieści. Co więcej, nadal nie do końca pozbierała się po bolesnym rozstaniu z Igorem oraz nie widzi szansy na znalezienie kolejnej miłości. Tymczasem w jej mieście dochodzi do zamachu terrorystycznego. Wśród mieszkańców oraz jej najbliższych zaczyna panować atmosfera niepewności. Dodatkowo, życie Heleny nagle także nieco się odmienia - warsztaty pisarskie, które prowadzi, zaczynają być bardziej popularne, w życiu jej bliskich sporo rzeczy zaczyna się zmieniać, a ona sama przypadkowo coraz częściej spotyka pewnego mężczyznę... Jak zatem potoczą się losy Heleny? Czy życie w końcu się do niej uśmiechnie? Czy kobieta uwierzy w przeznaczenie czy może wręcz przeciwnie - spotka się jedynie z kolejnym rozczarowaniem? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę Anny Bednarskiej. 
       Styl, jakim posługuje się autorka, ten język, którym tworzy każde kolejne słowa i zdania - to wszystko na pierwszy rzut oka wydaje się takie... proste i właśnie ta prostota jest najbardziej urzekająca. Autorka pisze w taki sposób, że kolejne kartki przekładają się wręcz same, a czytelnik nie może się oderwać od tej historii. Największą zaletą jest tutaj autentyczność - odnosi się wrażenie, że spokojnie te wszystkie wydarzenia mogłyby zdarzyć się w normalnym życiu, a co więcej, nic nie jest tutaj przerysowane - szczególnie bohaterowie (jednak postaciom poświęcę osobny akapit). Mimo tej prostoty i lekkości, da się tutaj znaleźć też takie fragmenty, jakie chwytają za serce i sprawiają, że dłoń sama sięga po karteczkę, dzięki której zaznaczy się dany wers czy dialog. Co więcej, autorka wprowadziła tutaj jedną, ciekawą rzecz - całość pisania jest w narracji pierwszoosobowej, gdzie główna bohaterka w normalny sposób opisuje wydarzenia i osoby, jednak w przypadku jednego bohatera, każdy opis kieruje bezpośrednio do tej postaci, to znaczy występuje tutaj zwrot do drugiej osoby liczby pojedynczej. Ten zabieg sprawił, że książkę czytałam z jeszcze większym zainteresowaniem, a docierając do ostatniej strony było mi wręcz smutno, że powieść już się skończyła. 
      Być może trafiłam na tę książkę w odpowiednim momencie życia, być może to jedna z pierwszych powieści po powrocie na blog, jaką przeczytałam i recenzuję, ale te ponad czterysta stron niezwykle mnie zachwyciły i jednocześnie dały mi motywację do działania na różnych płaszczyznach własnego życia. Jednym z pierwszych tekstów, które rzuciły mi się w oczy (nie tyko dlatego, że został on napisany dużą czcionką) po spojrzeniu na tył okładki było, że "nie znajdziesz szczęścia, wciąż patrząc za siebie". To jedno zdanie idealnie pasuje do całej historii Heleny Maj. To kobieta, która zbyt mocno przeżywa swoją przeszłość, zamiast żyć teraźniejszością. Jednak w momencie, gdy próbuje odrzucać od siebie natarczywe myśli "co by było, gdyby..." może ujrzeć, że często los rzuca przed człowiekiem różne szanse i tylko od niej zależy, co z tym dalej zrobi. Dlatego też uważam, że ta książka jest bardzo życiowa i każdy znajdzie w niej coś dla siebie. 
       Przede wszystkim historia stworzona przez autorkę pokazuje, że nawet jeżeli wydaje nam się, że wszystko się posypało, gdy mamy wrażenie, że być może kiedyś mogliśmy podjąć inne decyzje, to tak naprawdę niepotrzebnie zaprzątamy sobie głowę i blokujemy drogę do znalezienia prawdziwego szczęścia. Ta historia uświadamia, że jedna chwila może całkowicie odmienić nasze życie, ale nie dostrzeżemy jej, jeżeli wciąż będziemy tkwić w przeszłości. Jednocześnie powieść Anny Bednarskiej daje nadzieję, że nawet jeśli teraz jest źle, to być może jutro wszystko odmieni się na lepsze, bo nigdy nie wiadomo, co nas czeka - trzeba wierzyć, że te najlepsze chwile dopiero są przed nami. 
       Bohaterowie, jak wspomniałam troszkę wcześniej, zostali świetnie wykreowani, ponieważ to ludzie z krwi i kości. Nie są przerysowani, wyidealizowani, jak to często bywa w książkach, a to normalne postacie, które każdy z nas mógłby znaleźć w swoim otoczeniu. Mają zarówno swoje zalety, ale także wady, jakie nie zostały tutaj ukryte, co tylko mocniej sprawia, że stają się oni autentyczni. Bardzo polubiłam główną bohaterkę i wręcz z niektórymi jej cechami śmiało mogłabym się utożsamić, stąd być może dlatego ta książka wywarła na mnie tak silne wrażenie, bo odnalazłam w Helenie część samej siebie. Pozostali bohaterowie również zostali świetnie wykreowani, tak więc i pod tym aspektem historia stworzona przez autorkę zdecydowanie zasługuje maksymalną ocenę.
       Podsumowując, będę bardzo miło wspominać książkę "Co byś zrobił gdybyś mnie dogonił?", szczególnie, że dzięki niej wydarzyło się jeszcze jedno: to właśnie ta historia zmotywowała mnie do pisania, powrotu na blog, a także do tworzenia własnych historii. Dlatego też z całego serca dziękuję autorce - Annie Bednarskiej i z niecierpliwością czekam na kolejne jej powieści.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

poniedziałek, 31 grudnia 2018

    Nadszedł ostatni dzień roku, dlatego też postanowiłam przygotować dla Was wpis będący swego rodzaju przemyśleniami. Dawno nie było tego na blogu, ba! w końcu blog dopiero niedawno powoli zaczyna się ożywiać, dlatego też pomyślałam, że w takim wpisie będę mogła zawrzeć swoje spostrzeżenia dotyczące podsumowań starego roku oraz noworocznych postanowień, jak także podzielę się z Wami pokrótce moim osobistym podsumowaniem oraz planami i celami na nadchodzący wielkimi krokami rok 2019.
      Mam wrażenie, że za każdym razem, gdy nieuchronnie zbliża się koniec roku, spora część osób postanawia nieco podsumować sobie cały ten czas, który tak szybko przeminął. Jedni robią to w pełni świadomie, zastanawiając się, co udało im się zrealizować, a czego nie byli w stanie jeszcze zrobić, notują sobie wszystkie swoje sukcesy, a także wypunktowują porażki, wyjaśniają często różne sprawy, a wszystko po to, by w ten kolejny rok wejść z tak zwaną "czystą kartą" i od nowa zacząć spełniać swoje plany oraz cele. Inni z kolei niby nie skupiają aż tak swojej uwagi na tym, że rok się kończy, ale podświadomie na pewno przewijają się w ich głowach myśli jaki był dla nich ten rok, co takiego się wydarzyło, jakich ludzi poznali, a którzy to odeszli z ich życia. Są oczywiście też i tacy, dla których nie ma to większego znaczenia - ot, kończy się jeden rok, zaczyna kolejny, co tutaj więcej gdybać... i pewnie ci są najszczęśliwsi, bo nie analizują, nie zastanawiają się, nie dokopują się do wydarzeń, jakie już miały miejsce, a po prostu żyją chwilą i chwytają każdy dzień takim, jakim jest. Osobiście doszłam ostatnimi czasy do pewnego wniosku. Otóż warto chociażby przez chwilę zastanowić się nad tym, jaki był dla mnie dany rok. Usiąść z kubkiem dobrej herbaty i pomyśleć, co takiego wydarzyło się w życiu, co dało mi radość, a co też sprawiło, że być może pewne sprawy odwróciły się do góry nogami czy też niektóre relacje totalnie się posypały. Warto przez chwilę pomyśleć, co zrobić, by uniknąć tych złych rzeczy, a za to by tych dobrych i wspaniałych było jak najwięcej. Jednocześnie uważam, że nie ma sensu zagłębiać się aż tak w każdą rzecz, pluć sobie w brodę za każdy niespełniony cel - nie udało się teraz, trudno, uda się za rok. Bo wiecie... czasami można sobie planować wiele, można mieć cele, marzenia, które stopniowo się realizuje, ale wówczas los potrafi zburzyć tą fasadę pozornego spokoju i satysfakcji z tego, że coś ruszyło do przodu. Czasami nasz osobisty domek z kart, który sobie budujemy, zostaje totalnie rozwiany przez pasmo niepowodzeń bądź przez niewłaściwych ludzi, jakich spotykamy na swojej drodze. Dlatego nawet jeśli nasze plany się nie spełniły, to nie znaczy, że ten rok był tylko zły. Warto pamiętać chociażby o tych drobnych sukcesach, o życzliwych ludziach, którzy nas otaczali - to liczy się bardziej niż wszystko inne... Bo tak naprawdę czas ucieka zbyt szybko, by ciągle stać w miejscu. Warto więc podsumować sobie stary rok, ale bez ciśnienia, że coś "nie wyszło" - nie wyszło, to trudno i żyje się dalej, bo tak naprawdę nowy rok to tylko kolejna cyferka w naszym wieku, nie warto więc marnować czasu na to, co nie jest tego warte.
     Skoro było już krótko o podsumowaniach, to będzie i o słynnych, noworocznych postanowieniach. Już dawno zdałam sobie sprawę z jednego faktu - nie warto czegoś sobie postanawiać, warto określać sobie konkretne cele, nieważne czy robimy to na nowy rok, nowy miesiąc czy tydzień - lista jasnych i przejrzystych celów wydaje się przynajmniej być czymś rozsądniejszym niż rzucone w eter hasło: postanawiam sobie, że od 1 stycznia przestanę robić to, czy tamto. Bo wiecie, może to zabrzmi trochę brutalnie i nieelegancko jak na mnie, ale... każdy wraz z końcem starego roku i początkiem nowego coś sobie postanawia. Głośno mówi, jak to od początku robi przestaje palić czy też zaczyna chodzić na siłkę, a to jeszcze coś innego, a to, czy tamto, ale wiecie co to jest? Zwykłe pieprzenie. Pieprzenie haseł, bo tak trzeba. Pieprzenie o postanowieniach, bo każdy to robi, to ja też muszę. Pieprzenie o rzeczach, o jakich często podświadomie człowiek wie, że nie spełni, ale mówi głośno, chwali się znajomym, bo tak jest teraz modnie. A potem, po tygodniu czy dwóch, nagle tych postanowień już nie ma. Dlatego myślę, że zamiast powtarzać wokół do innych ludzi, co to sobie postanawiamy, po prostu usiądźmy we własnych czterech ścianach, zastanówmy się przez chwilę, co chcielibyśmy zmienić w swoim życiu, wyciągnijmy kartkę i długopis, zapiszmy nasz pomysł, ale taki, jaki wewnętrznie czujemy, że jesteśmy w stanie zrobić, powieśmy sobie tę kartkę w widocznym miejscu i dążmy do osiągnięcia tego celu... I nie musimy zakładać tego celu na cały rok. Może to być cel na miesiąc, by za miesiąc wprowadzić nowy, kolejny, o ile poczujemy, że jesteśmy na siłach to zrealizować. Może to być cel chociażby na tydzień, ale spróbujmy przez ten czas wytrwać w tych naszych planach... I nie musimy mówić o tym głośno, wystarczy, że zrobimy to dla siebie, jeśli czujemy, że "tak, w tym roku chcę w końcu zrobić to czy tamto, a przynajmniej SPRÓBUJĘ". No bo właśnie - w tych całych celach czy chociażby "postanowieniach" ważne jest, byśmy przynajmniej spróbowali je osiągnąć. Dążyli do tego, a nie napalali się na coś, by ten tak zwany słomiany zapał zaraz zniknął. Dlatego też jeśli czujemy potrzebę zmian, wprowadźmy je, ale tylko te, jakie wiemy, że jesteśmy w stanie przynajmniej spróbować realizować, a nie takie, jakie z góry skazane są na porażkę. 
         Tym oto akcentem przechodzę powoli do własnego, krótkiego podsumowania roku 2018 oraz wypisaniu sobie celów na rok 2019. Mając na myśli podsumowanie oraz cele - chodzi głównie o ten mój Chaos myśli, stąd też wygląda to następująco: 

1. Podsumowanie roku 2018 na Chaosie myśli

Zdecydowanie za mało pisałam i totalnie się wypaliłam - wiem to i chciałabym to zmienić, ale o tym za chwilę. Praktycznie ten blog stopniowo przestawał istnieć i tak, jak napisałam swego czasu na fanpage'u - przygotowywałam już nawet wpis o zakończeniu działalności. Jednak pewne sytuacje sprawiły, że postanowiłam wrócić do pisania i powoli odnajduję w sobie motywację oraz to, co niestety przez pewien czas zatraciłam... Tak więc nadal realizuję się na blogu i mam nadzieję, że tak pozostanie. Jakkolwiek zawiodłam Was, Drodzy Czytelnicy, jedyne, co pozostaje mi powiedzieć to przepraszam, tak po prostu... I uwierzcie mi, że samej mnie jest przykro, że odłożyłam swoją pasję na bok dla wielu spraw, jakie nie były tego niestety warte. 

2. Cele na rok 2019 na Chaosie myśli 

Przede wszystkim moim celem jest pisać. Chcę, żeby ten blog ożył, by znowu miał swoje grono czytelników, byście chętnie tutaj wracali i bym sama mogła przelewać w to miejsce swoje myśli, emocje i uczucia. Bardzo chciałabym, by pojawiało się tu jak najwięcej przemyśleń, trochę mniej recenzji, ale również pragnę wrócić do czytania większej ilości lektur niż to było swego czasu, chciałabym także zacząć recenzować filmy oraz seriale, tym samym Wam je polecając (bądź przestrzegając przed fatalnymi ekranizacjami), a przede wszystkim chciałabym więcej twórczości własnej w tym miejscu. Dlatego wypiszę sobie te cele gdzieś dla siebie, powieszę na swojej tablicy korkowej i będę je realizować. 

       Jeżeli jednak chodzi o podsumowanie tego roku w innych kwestiach - nie chcę tutaj dzielić się zbyt dużą dawką informacji o moim prywatnym życiu, ale na pewno mogę stwierdzić jedno: ten rok był nieprzewidywalny, a szczególnie jego końcówka. Pokazało mi to, że czasami ten los potrafi się odmienić tak nagle, że jednego dnia wszystko może być tak jak jest, a innego jest już totalnie inaczej... I na pewno ten rok uświadomił mi jedno: jakkolwiek czasami staramy się dla ludzi wokół nas, nieważne jak mocno pielęgnujemy pewne rzeczy, to może się okazać, ze to wszystko nie było tego warte, że my, ludzie, czasami po prostu się mylimy, a cokolwiek, co robiliśmy okazuje się nie mieć totalnie znaczenia i być całkowicie niedocenionym. Jednak jak wspomniałam nawet wyżej - nieważne, jak bardzo coś się nie udało, życie toczy się dalej, trzeba się więc podnieść i z głową uniesioną wysoko ruszyć do przodu, o.
      Natomiast co do moich osobistych postanowień - posłużę się tutaj cytatem z pięknego utworu Dawida Podsiadło zatytułowanego "Nie kłami", że na pewno już teraz, w ten ostatni dzień roku "zaczynam zamykanie bram" - a tym samym chciałabym wejść w 2019 rok z wewnętrzną siłą i energią, z celami, jakie mam i jakie usilnie pragnę zrealizować i przede wszystkim chcę na ten rok jednego: cieszyć się z każdej chwili i zrobić jak najwięcej dla samej siebie. 

      Przechodząc już do końca tego (myślę, że dość długiego) wpisu, nie obejdzie się bez krótkich życzeń dla Was, Moi Drodzy. Były świąteczne, będą teraz noworoczne, ale że tak powiem, będzie zwięźle i na temat. 

Kochani - życzę Wam przede wszystkim, byście byli szczęśliwi, tak po prostu. Niech ten Nowy Rok będzie dla Was jak najlepszy, byście spełnili wszystkie swoje cele, by otaczali Was sami dobrzy i życzliwi ludzie i byście doceniali każdą chwilę, czerpiąc z niej jak najwięcej, bo jak to napisała Wisława Szymborska:

"Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy."

Stąd też nie marnujcie żadnej z chwil, Moi Drodzy - Szczęśliwego, Nowego Roku!

    Niebawem powitam rok 2019 nowym wpisem, a na dziś życzę Wam jeszcze jedynie udanej zabawy - nieważne czy na wielkiej imprezie, w gronie rodziny czy przyjaciół czy też przed ekranem telewizora - świętujcie, a co! 

sobota, 29 grudnia 2018

    Nadeszła taka chwila, gdy postanowiłam przysiąść do laptopa, otworzyć pusty arkusz i spróbować coś dla Was napisać. Chociaż w mojej głowie piętrzą się myśli, które chciałyby przedostać się na papier - a to o tym, czy tęsknię za studiowaniem, a to o tym, jakie typy ludzi mnie irytują, a to z kolei o tym, dlaczego czasami wszelkie plany mogą legnąć w gruzach i trzeba budować swoje życie na nowo i wiele, wiele innych tematów od jakiegoś czasu chowa się gdzieś tam w czeluściach mojej podświadomości. Mimo to, nadal nie potrafię oddzielić ich od siebie, wrzucić każdy do osobnej szuflady w swoim mózgu i powoli kompletować informacje, jakie później mogłabym przenieść na ten wirtualny papier.
     Jednak z drugiej strony tak bardzo chciałam coś dla Was napisać, tak mocno pragnęłam w końcu przerwać ten swój zastój pisarski, powoli powrócić na mój Chaos myśli, zasypywać Was na nowo różnego rodzaju wpisami, a to recenzjami książek, a to z kolei muzycznymi postami, a to właśnie wspomnianym wyżej - przemyśleniami, jakich mam tak wiele i tak dosadnie chciałabym je z siebie wyrzucić... A mimo to, gdy nadchodzi moment, by przysiąść w końcu do działania, w głowie powstaje jakaś pustka ogromna. 
    Chociaż w zasadzie, jakby nie spojrzeć - już prawie pół strony tekstu stworzyło się na samych takich "pisarskich rozterkach". Może na tym w sumie ma polegać powrót - na tym, by po prostu pisać, nieważne o czym, nieważne jak, ale żeby to się działo, by mózg znowu zaczął pracować, słowa same napływały, palce stukały o klawiaturę przy akompaniamencie dobrej, nostalgicznej muzyki, a na ekranie tworzyły się po prostu kolejne zdania, nieważne, że są jedynie pisarskimi rozterkami? Być może... 
     Jednak nie chciałabym, by ten wpis opierał się jedynie na moich, jak to nazwałam dosłownie linijkę wyżej - tak zwanych "pisarskich rozterkach". Dlatego dzisiaj chciałabym zaserwować Wam znowu szczyptę klimatycznej muzyki, a dokładniej utworów, które to jakiś czas temu w taki czy inny sposób mnie zachwyciły, by następnie przez kilka kolejnych dni móc się zapętlić na odtwarzaczu. Dzisiaj będzie więc nostalgicznie i rzekłabym nawet, że nieco smętnie (czyli jak zazwyczaj, widzicie, staram się Was aż tak nie zaskakiwać, bo mój powrót jest zaskoczeniem dla mnie samej, ha). To co, zaczynamy, Moi Drodzy! 

1. Dean Lewis - "Be alright" 


"Nothing heals,
the past like time. 
And they can't steal 
the love you've born to find..."\

    Ten utwór usłyszałam kiedyś w radio - od razu wpadł mi w ucho, dlatego też postanowiłam, że go znajdę. Na całe szczęście nie okazało się to być zbyt trudne - po prostu weszłam na stronę internetową tej stacji i utwór odnalazłam na jakiejś tam liście przebojów. Przyznam się szczerze, że dziwne, iż wcześniej nie poznałam twórczości tego artysty, bo jest ona totalnie w moim stylu.
     Uwielbiam takie delikatne piosenki, dlatego też na "Be alright" nie skończyła się moja przygoda z tym wokalistą - przesłuchałam też inne jego kawałki i na pewno zostanie on ze mną, że tak to ujmę, na dłużej. Jednak jeśli chodzi o ten utwór, to w jakiś sposób tekst bardzo do mnie trafił. Jest on jednocześnie tak pełen bólu i żalu spowodowanego tym, że czasami wszystko, co wydawało się być piękne, może rozsypać się tak jak szkło uderzające o podłogę, jak również pełen jest nadziei na to, że jednak będzie dobrze. Cokolwiek się dzieje, to oczywiste, że będzie boleć, ale i tak nic nie uleczy ran lepiej niż czas - więc może warto po prostu zamiast kolejnego wieczoru w samotności, spędzić go z ludźmi lecząc swoje poharatane serce. 
    Jeżeli do tej pory nie mieliście okazji natrafić jednak na ten utwór, to serdecznie Wam go polecam - głos wokalisty jest pełen spokoju, a sama piosenka po prostu piękna. 



2. Lady Gaga, Bradley Cooper - "Shallow" 

"Are you happy in this modern world?
Or do you need more?
Is there something else you're searching for?"

    Odkąd pierwszy raz usłyszałam ten utwór - zakochałam się w nim totalnie. Jest tak piękny i spokojny, że jedyne, czego wówczas zapragnęłam, to zobaczyć film "A star is born" jak najszybciej. Niestety, aż wstyd się przyznać - do tej pory nie wybrałam się do kina, gdyż ze względu na to, jak wiele spraw miałam do zamknięcia do czasu świąt, nie dane było mi znaleźć zbyt wielu chwil dla siebie... Ale na szczęście sprawdziłam, że przez najbliższe dni film jeszcze jest puszczany w kinie, dlatego na pewno się na niego wybiorę, a wówczas chętnie podzielę się swoimi wrażeniami na blogu, a co! 
     To, co mnie zachwyciło w tym utworze, to jego prostota. Linia melodyczna, która wpada w ucho, do tego głos zarówno Bradleya Coopera, jak i Lady Gagi idealnie się tutaj ze sobą zgrywają. Nic tutaj nie jest przesadzone - nie ma jakiś udziwnień, wszystko jest takie delikatne i piękne. Do tego również tekst ma coś w sobie i daje do myślenia... Wydaje mi się, że każdy z nas śmiało mógłby zadać sobie chociażby te trzy powyższe pytania i przez chwilę zastanowić się nad odpowiedzią. Dlatego też "Shallow" skradło moje serce i było przeze mnie odsłuchiwane już kilkakrotnie, a i tak nadal chętnie włączam sobie ten utwór, tekst znając już chyba na pamięć i nie raz sobie podśpiewując.
     Myślę, że ze względu na fakt, iż sam film stał się dość popularny, pewnie wielu z Was miało okazję przesłuchać już  ten utwór. Jeśli jednak jeszcze tego nie zrobiliście, to jak najprędzej nadrabiajcie zaległości. 




3. Imagine Dragons - "Birds"

    "Seasons, they will change
Life will make you grow 
Dreams will make you cry, cry, cry...
Everything is temporary
Everything will slide
Love will never die, die, die..."

     Imagine Dragons nie jest dla mnie nowym zespołem - znam ich od dawna, słucham, generalnie naprawdę lubię ich kawałki. Jednak dopiero niedawno usłyszałam "Birds" i ten utwór totalnie mnie pochłonął - byłam w stanie pół dnia podczas pracy klikać "replay" i tak do znudzenia... Ba - cofam te słowa - bo ta piosenka nadal mi się nie znudziła i ilekroć ją włączam, tak samo mocno na mnie działa. Ma w sobie coś takiego, co jednocześnie wywołuje w człowieku uczucie jakiejś dziwnej nostalgii, a także daje swego rodzaju nadzieję. 
     Począwszy od linii melodycznej - takiej spokojnej, poprzez tekst, aż po sam głos wokalisty - wszystko w tym utworze mnie zachwyca. Myślę, że jednak przede wszystkim słowa tej piosenki mają coś w sobie. Pokazują, że w życiu bywa różnie - raz coś jest, a później tego nie ma, niektórzy ludzie są w naszym życiu, by później odejść - czy to jedynie na chwilę czy już niestety bezpowrotnie - ale cokolwiek się dzieje, to świat nadal się kręci. Nieważne, jakie wydarzenia mają miejsce, to przecież jak głosi chociażby powyższy tekst - pory roku nadal się zmieniają, a życie może jedynie sprawić, że dojrzejemy - z każdym rokiem staniemy się coraz silniejsi, jeżeli tylko sami będziemy tego chcieli. Jednocześnie ten utwór pokazuje, że być może któregoś dnia znowu się spotkamy z tymi ludźmi, jakich teraz już nie ma w naszym życiu - bo przecież nigdy nie wiadomo, co nas czeka... 
      Stąd też łapcie ten piękny, klimatyczny utwór i słuchajcie - być może i do Was przemówi w podobny sposób, jak do mnie i sprawi, że będziecie zapętlać odtwarzacz. ;) 



    Moi Drodzy, na dzisiaj to wszystko, co udało mi się przenieść na ten wirtualny papier. Mimo początkowych, krótkich rozterek, wydaje mi się, że nie jest tak źle i pisanie nadal w miarę mi wychodzi. Mogę mieć jedynie nadzieję, że będzie coraz lepiej i już niebawem znowu coś tutaj dla Was powstanie - trzymajcie kciuki! 

Fragmenty utworów znalezione na: tekstowo
Utwory znalezione na: youtube

niedziela, 23 grudnia 2018

     Moi Drodzy... Tak, wiem, że dawno mnie tutaj nie było. Nie będę się tłumaczyć po raz kolejny, bo to nie ma sensu, a poza tym umieściłam niedawno na fanpage'u pewne informacje. Mimo tak długiego czasu nieobecności cieszę się jednak, że dziś dla Was tutaj coś piszę. Będzie więc trochę nostalgicznie, bo nastał już praktycznie świąteczny czas, a także będą życzenia - takie szczere, naprawdę od serca. No to co, zaczynamy, prawda? 
      Zacznę od tego, że chociaż na ogół wszelkie świąteczne życzenia pisałam zawsze w wigilijny dzień, bo był dla mnie swego rodzaju wyjątkowy, w tym roku postanowiłam zrobić to ciut wcześniej czyli raptem może godzinę przed 24 grudnia. Wynika to przede wszystkim z faktu, że chciałabym wigilijny dzień spędzić z dala od mediów, podobnie jak resztę świątecznego czasu. Nie wiem na ile mi się to uda, a na ile ciekawość, czy pojawiły się jakieś nowe wiadomości, nie będzie silniejsza i przerwie moje postanowienie, ale jednak chcę spróbować odciąć się od tego wirtualnego świata. Chcę jak najwięcej czasu poświęcić rodzinie, temu, by odpocząć od szarej codzienności i od wielu sytuacji, jakie miały miejsce w moim życiu. Chcę podczas tych świąt, że tak to ujmę, stanąć w pełni na nogi z lepszym nastawieniem na zbliżający się wielkimi krokami Nowy Rok. Być może to banalne, bo każdego roku wmawiamy sobie formułki, że Nowy Rok to też nowa ja, ale wierzcie mi, że tym razem chcę by tak właśnie było... Ale o tym może wspomnę bliżej 1 stycznia. ;) 
     Natomiast tak jak już napisałam, chciałabym nie wchodzić na tzw. książkę twarzy, nie słyszeć powiadomień z messengera czy innych aplikacji, które często niosą wraz z sobą rzeczy, którymi ludzie usilnie próbują zepsuć humor... A tego nie chcę w te Święta. Chcę się uśmiechać, nie smucić, chcę być spokojna, a nie poddenerwowana, chcę skupić się na sobie, a nie na świecie wokół mnie, bo wiele się zmieniło i zmienia i trzeba ruszyć do przodu. Często mówi się, że "Święta Święta i po Świętach" i każdego roku jest pozornie tak samo: przygotowania, świętowanie i powrót do rzeczywistości, ale tak naprawdę każde Święta się różnią. Jedne możemy spędzać w innym gronie niż kolejne, jedne mogą przynieść rozmowy do nocy, gdy kolejne przynoszą szybkie pójście spać i tak dalej i tak dalej... Ale koniec tych lekkich świątecznych nostalgii. Trzeba łapać ten czas takim, jaki jest i cieszyć się z niego na tyle, na ile się tylko potrafi. :) Stąd też łapcie ode mnie trochę życzeń, o! 

ŚWIĘTA :)


Kochani... Życzę Wam, by te Święta były przede wszystkim takie, jakie sami sobie wymarzycie. Nieważne czy spędzacie je w małym gronie najbliższych, czy na wielkiej, rodzinnej imprezie, nie ma znaczenia czy będziecie świętować jedynie z drugą połówką, a może z przyjaciółmi, ważne jest to, byście spędzili ten czas tak, by go nie żałować i by był dla Was szczęśliwy. 
Życzę Wam też oczywiście zdrowia, bez którego ani rusz, cudownej atmosfery, mnóstwa pyszności, może nawet małego śnieżku, co by dodał klimatu, ciekawych rozmów przy wigilijnym stole (by obyło się bez niezręcznych pytań cioci, wujka czy też babci - "a to kiedy ten ślub będzie?" ;)), ciepłych gestów i tego, by uśmiech nie znikał Wam z twarzy ani na sekundę. 
Pamiętajcie też, by spędzić te Święta ze spokojem, bez niepotrzebnego stresu, bo "ryba jeszcze nie usmażona, a goście już się schodzą", bo to nie o to chodzi, by było perfekcyjnie i jednocześnie nerwowo, a o to, by poczuć bliskość z drugim człowiekiem... I pamiętajcie, by doceniać nawet małe gesty, nawet krótkie rozmowy czy chociażby mały uścisk dłoni z dawno nie widzianą osobą. Doceniajcie każdą chwilę, bo nie ma dwóch takich samych momentów w życiu. 

Trzymajcie się ciepło, Kochani, i mam nadzieję - do rychłego " mojego napisania, a Waszego przeczytania"! :)      

sobota, 6 października 2018

  
Autor: Paula Hawkins
Tytuł: Dziewczyna z pociągu
Wydawnictwo: Świat Książki 
Liczba strona: 328
Ocena: 2.5/5
     Minęło tak dużo czasu, odkąd opublikowałam ostatnią recenzję, że zanim zabrałam się za ten wpis, musiałam przypomnieć sobie, jak w ogóle pisałam dla Was opinie książek. Może brzmi to śmiesznie czy absurdalnie, ale potrzebowałam na nowo poznać własny styl pisania. Mam więc nadzieję, że recenzja książki, jaką niedawno przeczytałam, wyjdzie mi tak dobra, jakbym chciała. Mowa tutaj o słynnej "Dziewczynie z pociągu", którą napisała Paula Hawkins, jaka doczekała się nawet swojej ekranizacji (póki co nie oglądałam i raczej tego nie zrobię), lecz co najważniejsze - jaka to swego czasu podbijała internet ilością recenzji: zarówno tych na plus, jak i minus. Niestety, ale moje odczucia nie są zbyt pozytywne, a wręcz wymęczyłam tę książkę tak, jak bardziej wymęczyć się już chyba nie da. 
     Główna bohaterka książki, Rachel, codziennie dojeżdża do pracy pociągiem, z którego obserwuje życie tętniące wokół niej. Wydaje jej się nawet, że zna ludzi mieszkających w mijanych domach. Szczególnie dwa z  nich mają dla niej duże znaczenie - jeden kiedyś był jej domem, zanim rozwiodła się z mężem, a drugi z kolei zamieszkują ludzie, zdaniem Rachel, bardzo szczęśliwi. Któregoś razu w mediach pojawia się informacja, że kobieta mieszkająca w tym doskonałym domu, zaginęła, a co więcej, Rachel przypomina sobie, że któregoś razu widziała coś, czego nie powinna była zobaczyć... Kobieta pragnie więc udowodnić, że nie jest tylko dziewczyną z pociągu i na własną rękę próbuje rozwiązać sprawę zaginionej kobiety. Jak potoczą się jej losy? Czy uda jej się dociec prawdy? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w książce "Dziewczyna z pociągu". 
     Mimo że całościowo książka mnie nie zachwyciła, to zanim przejdę do rzeczy, jakie mi się nie podobały, kilka słów o pozytywnych jej aspektach. Na pewno dobrym zabiegiem były rozdziały opowiadane z perspektywy różnych osób, a w zasadzie trzech kobiet, które wiodą prym w tej książce, czyli wspomnianej już Rachel, a także Megan i Anny. Ten zabieg akurat przypadł mi do gustu, bo dzięki niemu każdy rozdział uzupełniany był przez informacje z innego rozdziału, dzięki czemu czytelnik stopniowo mógł tworzyć sobie jedną, logiczną całość. Co więcej, język jakim posługuje się autorka tej książki, jest dość prosty i lekki w odbiorze, dzięki czemu jest to taka książka na jeden wieczór, maksymalnie jakiś wolny weekend, kiedy czytelnik chce oderwać się od szarej rzeczywistości i najzwyczajniej w świecie spędzić czas z książką.
     Jednak niestety, ale w moim odczuciu, przeważają w tej książce minusy. To mógłby być naprawdę dobry thriller psychologiczny, lecz wydaje mi się, że autorka poszła trochę na skróty i tworząc takie, a nie inne postacie, ułatwiała sobie życie. Mowa tutaj o samej Rachel, która zmaga się z nałogiem alkoholowym, przez co niektóre jej zachowania mogą być odbierane jako spowodowane, brzydko mówiąc, przez to, że po prostu się nawaliła. Jednak oceny samych postaci zostawię sobie na dalszy akapit, a wracając do historii samej w sobie, to przykro mi to stwierdzić, ale koniec końców nie szokuje tak, jak można by pomyśleć po tylu pozytywnych recenzjach. Ani nie trzymała mnie w napięciu, ani nie zmuszała do jakiś mocnych przemyśleń - była taką oto lekturką, jaką przeczytałam z braku innych powieści pod ręką, ale po którą na pewno nie sięgnęłabym ponownie. W niej po prostu wieje nudą - zamiast jakiejś wartkiej akcji, szokujących momentów czy nawet fragmentów skłaniających do myślenia, w większości autorka serwuje czytelnikom denne zmagania się Rachel właśnie ze swoim nałogiem, jej użalanie się nad sobą, bo coś jej w życiu nie wyszło i od razu spadła na dno czy jej czasami totalnie szalone, żeby nie powiedzieć, nienormalne, pomysły, które były co najwyżej żenujące.
     Na ogół sięgając po tego typu książki, naprawdę liczę na to, że zostanę pochłonięta do świata stworzonego przez autorkę, będę się dwoić i troić, by sama znaleźć rozwiązanie danej sprawy, a ono i tak finalnie mnie zaskoczy, a tutaj niestety, ale nawet zakończenie nie jest szczególnie zaskakujące i zaczęłam się go domyślać już w którymś momencie podczas czytania, gdy szybko i bez zbędnych komplikacji połączyłam fakty. Spodziewałam się po tej książce czegoś więcej, a dostałam dość bezbarwną i mało wciągającą historię, jaka dla mnie na miano bestsellera kompletnie nie zasługuje, ale być może właśnie tak to jest z tymi "bestsellerami" - stają się nimi dzięki medialnemu szumowi, ludziom, którzy kupują z ciekawości historię, a koniec końców są nią rozczarowani bądź zażenowani. Sama przyczyniłam się do nadania jej łatwi bestsellera, bowiem książkę kupiłam, jednak przykro mi to stwierdzić, ale to chyba najgorszy thriller, jaki przeczytałam w ostatnim czasie. 
     Przechodząc natomiast do bohaterów, wspominałam już o Rachel, która zmaga się z nałogiem. Być może autorka chciała pokazać, co alkohol robi z człowiekiem, a ja po prostu nie doszukałam się tzw. drugiego dna, ale wydaje mi się, że akurat tego typu rzeczy zostawmy sobie na powieści inne niż thrillery, które jak ich nazwa wskazuje, mają szokować, a nie zanudzić czytelnika. Rachel niestety jest totalnie nierozgarniętą osobą, wiecznie użalającą się, okłamującą wszystkich wokół i mającą ciągle nadzieję na coś, co już dawno umarło. Jednak to nie tak, że nie polubiłam tej postaci - po prostu była ona dla mnie nijaka. Natomiast nie sposób nie wspomnieć tutaj jeszcze chociażby o Annie, bo pojawiają się rozdziały pisane też z jej perspektywy. Ta osoba z kolei jawiła się jako tak pusta i myśląca tylko o sobie, porównująca się do innych jako ta lepsza, że to było aż śmieszne. Pozostałe postacie też nie zostały wykreowane jakoś szczególnie, dlatego uważam, że bohaterowie również, podobnie jak sama historia, pozostawiają wiele do życzenia. 
       Podsumowując, rozczarowała mnie ta książka, niestety. Kwestię sięgnięcia po nią zostawię jednak Wam - być może jesteście ciekawi, czy podobnie jak ja, uznacie ją za słabą czy może stwierdzicie, że rzucam Wam tutaj stos negatywów, a dla Was historia będzie miała to "coś". Osobiście o niej zapominam i szukam lepszych thrillerów. 
           

sobota, 15 września 2018

     Miesiąc temu pisałam, że powoli będę wracać na bloga. Mimo to ciągle odciągałam napisanie pierwszego posta po powrocie, który byłby "o czymś", a nie tylko zawierałby moje różne wytłumaczenia, dlaczego nagle tak zamilkłam. Dlatego też właśnie dziś postanowiłam coś tutaj dla Was naskrobać. Chociaż przeczytałam w ostatnim czasie kilka książek, o jakich chętnie niebawem Wam opowiem, to dzisiaj chciałabym skupić się na tym, co również lubiłam tutaj wrzucać, czyli muzycznym wpisie. Opowiem Wam więc trochę o kilku utworach, jakie w ostatnim czasie aż nazbyt często pojawiały się w moich słuchawkach. Dzisiaj będzie męsko i po polsku, bo wszystkie te utwory wpadły mi w ucho na tyle, by nieustannie wciskać "replay". Kolejność jest przypadkowa, nie sugeruje żadnej skali uwielbienia. Zatem cóż - zaczynamy! ;) 

1. Dawid Podsiadło - "Małomiasteczkowy"

"Z małego miasta wielkie sny 
Gromadzą się na twoich ulicach
Pamiętam, bardzo chciałem tu być,
Na pewno dużo bardziej niż dzisiaj..."

    Na pierwszy ogień leci... Dawid Podsiadło. Wiecie, mam wrażenie, że to taki wokalista, który sprawia, że ludzie dzielą się na tych, którzy zachwycają się jego wokalem i stylem oraz na tych, do jakich on niestety nie trafia. Oczywiście sama od dawien dawna jestem w tej pierwszej grupie i z niecierpliwością wyczekiwałam na jego powrót po dość długiej przerwie. Obawiałam się jedynie, że mogę się rozczarować utworem... Jednak na szczęście tak się nie stało. Może to po prostu sympatia do tego wokalisty sprawia, że koniec końców każdy jego utwór wpada mi w ucho, a może po prostu ta piosenka, pozornie taka lekka i "na jeden bit", ma w sobie coś, co zachwyca. A co zachwyciło mnie?
     TEKST. Przede wszystkim ten utwór mimo lekkości samej melodii, wyróżnia się ciekawym, mającym drugie dno, tekstem. Osobiście odczuwam w nim swego rodzaju melancholię związaną z "małym miastem", z którego to ludzie często uciekają w ten jakże wielki świat. Myślę, że w pewnym sensie tekst trafia do mnie, bo mimo że aktualnie pracuję i mieszkam w Krakowie, to nadal jestem taka małomiasteczkowa - czuję tęsknotę za tym spokojnym miejscem, w którym się wychowałam. Pamiętam, że kiedyś chciałam się stamtąd wyrwać, ruszyć do większego miejsca, więc wybrałam studia w Krakowie... A jednak im starsza jestem, tym bardziej marzę o tym, by wrócić do swojej miejscowości, by uciec w ten małomiasteczkowy świat. :)
       Stąd też, polecam Wam włączyć poniższy link i dać się na chwilę ponieść tym raptem czterem minutom lekko - melancholijnego (jak dla mnie) utworu.



2. Kortez - "Stare drzewa"


"Zaczekaj, próbuję, już prawie umiem 
Prawie czuję..."

     Ach, ten Kortez... Niby taki prosty, skromny człowiek, a czyni wielkie rzeczy z sercami swoich słuchaczy. Pamiętam, że gdy pierwszy raz go usłyszałam, bodajże w utworze "Zostań", poczułam, że znalazłam artystę, którego wrażliwość jest tak bliska mojej własnej. Uwielbiam każdy jego utwór, a jednak dziś postanowiłam wybrać właśnie "Stare drzewa". 
     Nie pamiętam już, żeby to właśnie muzyka sprawiła, że zwróciłam uwagę na jakiś film. Kiedy więc zobaczyłam, że jest to utwór napisany do "Kamerdynera", czym prędzej obejrzałam zwiastun i już teraz wiem, że na pewno wybiorę się na ten film do kina. Nie dość, że zapowiedź intryguje, w głównej roli jest natomiast jeden z aktorów, którego uwielbiam, to w dodatku Kortez tym utworem zachęcił niesamowicie! 
      Natomiast co do samej piosenki, tej muzyki, tekstu, no i oczywiście głosu wokalisty - nic dodać, nic ująć. Ten utwór trafia gdzieś głęboko do serca człowieka sprawiając, że budzi się w nim wrażliwość, o jakiej czasami się zapomina. Gdyby spojrzeć na sam tekst - jest on tak krótki, a jednocześnie tak treściwy. Dla mnie jawi się jak takie wołanie człowieka, który kocha, który wie, że ta druga osoba zna go na wylot, człowieka, jaki prosi tylko o jedno - o czekanie... Przepiękny utwór, o równie pięknym tekście i chyba najważniejsze - linii melodycznej tak wzruszającej, że gdy zgrywa się ona z głosem Korteza, nic więcej już nie potrzeba. 
     Jeżeli jeszcze nie słyszeliście tego utworu, to czym prędzej odsłuchajcie poniższy link - być może i Was ten utwór zauroczy równie mocno jak mnie. 



3. Paweł Domagała - "Weź nie pytaj" 

"Weź nie młodniej, 
Weź się starzej,
Razem ze mną 
Idź krok w krok..."

     Było już nieco małomiasteczkowo - melancholijnie, było też wzruszająco... Czas więc na coś mega pozytywnego i tak uroczego, jak dawno nie udało mi się usłyszeć. Chociaż nie znam za dobrze twórczości Pawła Domagały, bo bardziej kojarzyłam go z różnych ról w filmach (m.in. świetnym "Eksterminatorze"), to obok tego utworu nie sposób przejść obojętnie. Sprawia, że od pierwszych sekund na twarz wychodzi szeroki uśmiech, a serce mocniej bije, kiedy podczas słuchania, w myślach pojawia się ukochana osoba. 
   Wyjątkowość tego utworu tkwi w jego niezwykłej prostocie. Delikatna linia melodyczna, a jednocześnie dość rytmiczna, do tego dźwięk gitary i przede wszystkim tekst, który jest świetny. Być może to paradoksalne, ale na ogół najtrudniej jest mówić o najprostszych rzeczach. Paweł Domagała robi to jednak w taki sposób, który chwyta za serce i sprawia, że człowiek uświadamia sobie, na czym tak naprawdę polega prawdziwa miłość... Bo to nie są wielkie gesty pod publikę, a to te najmniejsze czyny sprawiają, że uczucie między ludźmi stale się utrzymuje i aby tak jak śpiewa wokalista -  móc starzeć się razem. Piękny, piękny i jeszcze raz - piękny utwór!
      Piosenka ta stała się dość popularna i nawet słyszałam ją w stacjach radiowych, ale jeżeli jednak nie udało Wam się na nią do tej pory trafić, to migiem nadrabiajcie zaległości! 



     Tym oto akcentem kończę dzisiejszy wpis i mam nadzieję, że niebawem znowu zmotywuję się do tego, by coś dla Was napisać, ale "weź nie pytaj" kiedy to nastąpi, ha! :) Trzymajcie się!

Utwory znalezione na youtube. 
Teksty piosenek znalezione: tutaj.

niedziela, 12 sierpnia 2018


Kilka miesięcy milczenia…



…czyli co takiego działo się w tym czasie i czy Chaos myśli w końcu powróci, czy jednak zakończy swoją przygodę z pisaniem raz na zawsze?



Na początku chciałam zrobić jedynie krótki wpis na fanpage’u, w którym wyjaśniłabym Wam, Drodzy Czytelnicy, o ile jeszcze jacyś zostali, moją tak długą nieobecność na Chaosie myśli i opowiedziałabym Wam co takiego działo się przez ostatnie miesiące, że pisanie zeszło na dalszy tor. Już raz miałam chwilowy zastój, a w zasadzie przerwę, o jakiej Was informowałam i podawałam kilka powodów takiego stanu rzeczy. Tym razem chcę wyjaśnić, dlaczego tak nagle zniknęłam. Powody są zawsze te same: uciekający zbyt szybko czas, mnóstwo spraw, jakie dzieją się w życiu i poniekąd swego rodzaju „wypalenie” się zarówno w pisaniu przemyśleń czy innych wpisów, jak także czytaniu i recenzowaniu książek. Myślę, że natłok obowiązków, a do tego mój mały, wewnętrzny leń sprawił, że zamilkłam i przyznam się Wam szczerze – myślałam, że tak już zostanie. Wydawało mi się, że skoro od tak dawna nic nie napisałam, to nie ma sensu powracać i być może tak musi być, że Chaos myśli przestanie działać i zostaną na nim tylko te wszystkie teksty, jakie zebrałam tam przez dobre parę lat.

Ostatecznie jestem tutaj dzisiaj, próbując sklecić te kilkanaście zdań, bo od jakiś dwóch tygodni narastało we mnie poczucie, że nie mogę ot tak wyrzucić czegoś, co było dla mnie ważne. Serio – blog stanowił istotną część mnie, dawał mi poczucie, że mam to coś, co nazywa się pasją, uświadamiał mi też, że mogę robić coś więcej niż tylko egzystować studiując, czy też potem pracując, wracając do domu, spędzając czas z ważnymi dla mnie ludźmi. Blog był czymś moim, miejscem, które odzwierciedlało jaka jestem, co lubię, a czego z kolei się nie tykam (chociażby jeżeli chodzi o książki i ich różne gatunki), a jednocześnie był też miejscem Was wszystkich, którzy tylko chcieli na chwilę się tutaj zatrzymać i przeczytać to, co udało mi się przenieść na ten wirtualny papier. Dlatego wiem, że nie umiem go opuścić tak po prostu, jak czegoś niedokończonego i wiem także, że chyba wcale nie potrafię przestać pisać...

Dlatego też chciałabym wrócić do mojej pasji, chociaż czuję, że nie będzie to łatwe. Bo wiecie w czym tkwi problem? Przez pewien okres życia blog był dla mnie naprawdę czymś, z czego czerpałam energię, czemu poświęcałam wolne chwile. Teraz trochę się od tego oddaliłam, ale są momenty, gdy naprawdę mam ochotę po prostu usiąść przed laptopem, otworzyć czysty arkusz i pisać, pisać, pisać… Myślałam, że potrzebuję zmiany: nowego miejsca w blogosferze, a zamknięcia Chaosu myśli, ale jednocześnie jestem typem osoby, jaka przywiązuje się do miejsc, a tym moim pierwszym miejscem w Internecie, gdzie zaczęłam pisać dłużej niż kilka miesięcy, był właśnie ten blog. Stąd mam nadzieję, że niebawem natchnie mnie jakaś tajemnicza wena, bym w końcu przeniosła kilka swoich myśli na papier tworząc swego rodzaju felietony czy też spróbuję ponownie podjąć się recenzowania, bo od paru tygodni na nowo wręcz „pożeram” książki – szczególnie thrillery. Niczego nie obiecuję ani Wam, ani samej sobie, ale wiem, że chcę spróbować na nowo pisać, a jak to się mówi: liczą się już chęci. ;) Dlatego póki co Chaos myśli nie znika na zawsze, a być może przeżyje reaktywację.

Natomiast co do wzmianki o podzieleniu się z Wami tym, co działo się przez te miesiące, to cóż – przede wszystkim skończyłam studia i jestem już magistrem matematyki, o! Nawet nie wyobrażacie sobie, jakie to było szczęście móc wydrukować w końcu swoją pracę, a potem, po wyjściu z sali egzaminacyjnej, móc poczuć taką lekkość, że to już koniec uczenia się na kolejne sesje, że mogę w pełni nazwać się absolwentem swojej uczelni… I chociaż dotknęło mnie też swego rodzaju poczucie tęsknoty za tymi czasami, które siłą rzeczy były mimo wszystko w dużej mierze beztroskie, to cieszę się, że te pięć lat nauki mam już za sobą. Poza ukończeniem studiów, praca pozostała póki co ta sama – no, zmienił się jedynie rodzaj umowy i już teraz spędzam w pracy całe pięć dni w tygodniu. Jednak życie toczy się dalej, pracuję, planuję pewien, wielki dzień i kto wie, co jeszcze się wydarzy. Póki co żyję z dnia na dzień, mając wspaniałych ludzi wokół siebie… I dlatego też poczułam, że moja pasja może w końcu powoli wracać, bo co jak co, ale od niektórych zainteresowań nie sposób się oderwać.

Mam nadzieję, że ten wpis nie wyszedł mi tak bardzo chaotyczny, jak mam wrażenie, że jest, a nawet jeżeli tak się stało, to wybaczcie – ale powrót do pisania nie zawsze jest łatwy. Mam nadzieję, że niebawem zaproszę Was już na inny wpis: jakąś recenzję, muzyczny post czy może przemyślenia… A póki co – trzymajcie się (tak, to mój stały tekst od dawien dawna)!

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *