Matematyczny umysł z artystyczną duszą. Matematyk z wykształcenia, aktualnie pracownik jednej z krakowskich korporacji, a z zamiłowania niespełniona pisarka i zakręcona książkoholiczka.

wtorek, 31 grudnia 2019


Ostatni dzień roku odkąd pamiętam wiązał się z pisaniem pewnego rodzaju podsumowań: tego, co działo się tutaj, na Chaosie myśli, ale też pokrótce w moim zwykłym, codziennym życiu. To także taki czas, gdy postanawiałam sobie różne rzeczy, ale jak to na ogół bywa z wszelkimi postanowieniami – na planach się kończyło. Chociaż nie pisałam tutaj od czerwca, czyli pół roku i mimo że zbierałam się do tego od jakiegoś czasu – niestety bez skutku – to powiedziałam sobie, że dziś, w ten ostatni dzień 2019 roku napiszę coś dla Was.
Podsumuję bloga, podsumuję swoje życie i... nie, nie będę pisać po razy kolejny dlaczego Chaos myśli praktycznie tu nie istnieje, a sama daję znaki życia od czasu do czasu na fanpage’u, bo nie mam żadnej wymówki. Nie mogę zwalić winy wyłącznie na brak czasu,  czy też nie powiem, że to dlatego, bo brakuje mi weny, bo prawda jest taka, że nie piszę tutaj z jednej strony po trochę z każdego z tych powodów: uciekającego czasu i mnóstwa zmian, jakie zaszły w ciągu tego pół roku, z braku weny i chęci, by w ogóle zasiąść do pustego arkusza, a jednocześnie z powodu nieustannej walki jaką toczę z samą sobą: chęcią pisania i poczuciem, że to nie ma sensu, że chyba już nikt mnie tu nie czyta, albo nie będzie już chciał czytać...
A jednak wciąż, co jakiś czas wracam, jak nie tutaj, na blog, to na fanpage na facebook’u, bo prawda jest taka, że pisanie to zawsze będzie jakaś część mnie. Jeżeli do kogoś ono trafia – to tym cieplej robi mi się na sercu. Stąd też mimo różnych myśli, rozważań, czy zamknąć to miejsce i założyć coś nowego, czy jednak może nieco odświeżyć Chaos myśli zarówno pod względem wizualnym, jak i różnorodnością tekstów – koniec końców stwierdziłam, że to miejsce jest moim, jedynym i jeżeli nadal chcę pisać to wciąż tutaj, na Chaosie moich własnych, czasami splątanych, myśli.
Tą, dość rozległą, drogą wstępu, przejdę zatem do krótkiego podsumowania bloga z opisaniem wstępnych planów na nadchodzący, Nowy Rok. Jednocześnie krótko podsumuję też to, co działo się u mnie – ale tylko króciutko – bo grunt, że obecnie jest lepiej niż mogłabym sobie to wyobrazić. 

Podsumowanie roku 2019 na blogu i plany na rok 2020
Niestety za wiele do podsumowywania nie mam – otóż łącznie z dzisiejszym wpisem, w tym roku na blogu pojawiło się raptem 20 postów. Większość z nich była książkowych – recenzje kilku lektur, jedno opowiadanie własnego autorstwa, jakiś muzyczny wpis i kilka postów z serii przemyśleń. Zatem wynik zarówno pod względem pisania, ale też czytania imponujący nie jest... Bo wiecie, moim problemem był fakt, że chyba podczas tego okresu, gdy blog był stricte czytelniczy, ja z kolei czytałam naprawdę sporo jak na ilość też wolnego czasu, który udawało mi się wykrzesać, a egzemplarze recenzenckie wciąż napływały, najzwyczajniej w świecie w pewnym momencie się wypaliłam i nie mogłam przemóc do książek. Na szczęście teraz, gdy moje życie osobiste nabrało spokojnego rytmu, powoli wracam do czytania i muszę Wam powiedzieć, że już szykuję dla Was jedną recenzję na nowy rok, a kolejna książka jest w trakcie jej wertowania. Stąd też podsumowując – blog przez dłuższy czas przeżywał ciszę, w zasadzie ostatnie pół roku nie pojawiło się tutaj zupełnie nic.
Jakie zatem mam plany na rok 2020? Po pierwsze – chciałabym przede wszystkim znowu pisać, ale bardziej regularnie. Nie chciałabym zostawiać takich długich przerw, jak teraz, takiego półrocznego milczenia. Po drugie – planuję nieco zmienić bloga wizualnie. Pewnie nie będą to wielkie zmiany, ale może nadam tutaj nieco koloru, bo czerń i biel jest przejrzysta, to fakt, ale czas dodać trochę barw temu miejscu... Ale jak i czy mi to wyjdzie - jeszcze zobaczymy. Po trzecie – chciałabym, by ten blog nie był już głównie książkowy. Rozważam więc stworzenie kilku, różny rubryk. Oczywiście znajdzie się miejsce na literaturę, może czasem szczyptę muzyki, ale w dużej mierze, chyba największej, chciałabym wrzucać tutaj swoje przemyślenia dotyczące różnych spraw, bo naprawdę sporo tematów kotłuje się w mojej głowie od dłuższego już czasu. Poza tym chciałabym dodać także coś nowego – polecać Wam seriale, które do mnie trafiły (bo jestem bardziej serialowa niż filmowa), a może też dzielić się z Wami kuchenno – piekarskimi pomysłami, bo gotowanie i pieczenie to jedna z rzeczy, jakie też bardzo lubię robić – nie wiem, czy uda mi się tutaj przemycić jakieś moje proste pomysły, ale kto wie – spróbuję.
Mam zatem nadzieję, że najzwyczajniej w świecie wrócę do pisania, że za kilka dni ten pomysł nie wyda mi się znów bez sensu, tylko przy nim pozostanę realizując go, a także mam nadzieję, że wciąż będę tutaj mieć Was, Drodzy Czytelnicy.

Podsumowanie mojego roku 2019 i moje plany na 2020 rok 
Gdy zastanawiam się, jaki był dla mnie ten rok, w głowie roi mi się od różnych myśli. Przede wszystkim był niespodziewany. Pełen zdarzeń, w które wciąż czasami ciężko mi uwierzyć, ale też jakie sprawiły, że teraz, w ten ostatni dzień 2019 roku mogę bez wahania powiedzieć, że jestem po prostu szczęśliwa. Ten rok pokazał mi, że nigdy nie wiadomo co nas czeka i nawet jeśli myślimy sobie, że nasze życie nie poukłada się tak, jakbyśmy chcieli, to może okazać się, że spotka nas miła niespodzianka. Tak było w moim przypadku. Chociaż ten rok pełen był różnych zawirowań oraz popełnienia przeze mnie też błędów, to mimo wszystko ostatecznie przyniósł spokój i szczęście, a to, co było złe i te decyzje, jakich podjęcia żałuję, chcę raz na zawsze zamknąć za sobą i nigdy już do nich nie wracać, bo cóż, czasu nie cofnę, a trwanie myślami w tym, co było, może jedynie wciąż ściągać mnie w dół, a tego nie chcę, bo nie warto, gdy w końcu wszystko układa się tak, jak powinno.
Chociaż na ogół nie dzielę się aż tak z Wami swoim życiem, to tym razem zrobię wyjątek, by uświadomić Wam, że nie można przekreślać sobie jednego życia, bo może okazać się, że szczęście przyjdzie niespodziewanie. Otóż widzicie - rok 2018 kończyłam ze złamanym sercem, zdeptanymi planami na przyszłość, z niepewnością, co dalej robić w swoim życiu i układaniem swoich rzeczy w 9 metrach kwadratowych... Gdy z kolei rok 2019 otworzył mi oczy na wiele spraw, uświadomił, że to, co wydawało mi się pechem, było szczęściem i przyniósł wraz z sobą prawdziwą miłość, cudownego człowieka i poukładane życie już nie w 9 metrach kwadratowych, a prawie 40, u boku kogoś, z kim tym razem śmiało mogę powiedzieć, że wiem, że będę wiodła takie życie, o jakim zawsze marzyłam. Rok 2019 kończę więc z dobrą pracą, w której zostałam doceniona, z sercem przepełnionym miłością, z planami na przyszłość i przede wszystkim – z ogromnym uśmiechem na ustach. 
A jakie mam plany na rok 2020? Przede wszystkim życzę sobie samej i wszystkim moim bliskim zdrowia – bo gdy ono będzie, to wszystko inne jest do osiągnięcia. Życzę sobie też, bym każdy dzień mogła witać u boku ukochanej osoby, bym w pracy wciąż mogła się spełniać i bym znalazła także czas na swoją pasję – czyli pisanie tutaj, dla Was, na Chaosie myśli. Nie robię sobie więc jakichś wielkich postanowień, bo uznałam, że nie ma sensu ich robić, jeśli naprawdę nie wierzy się w ich realizację. A ja postanawiam po prostu żyć tak, by być szczęśliwą i robić dla siebie to wszystko co sprawi, że za rok o tej porze powiem sobie: nie żałuję spędzonych chwil i tak, ten rok też był dla mnie dobry.
Kończąc, mam nadzieję, że każdy z Was w jakiś sposób zastanowi się nad tym rokiem 2019, wyciągnie z niego wnioski (ja to zrobiłam, głównie względem samej siebie, ale też tego miejsca tutaj) i jeśli postanawiacie coś na rok 2020, to życzę Wam powodzenia i dużo motywacji. 
Natomiast jeszcze kilka słów ode mnie - na ten Nowy Rok, Kochani, życzę Wam przede wszystkim, byście byli szczęśliwi, by zdrowie Was nie opuszczało, byście otaczali się takimi ludźmi, jacy o Was dbają i którzy są dla Was ważni i byście spełniali wszystkie swoje plany i marzenia, a przynajmniej nie bali się próbować. Trzymajcie się!

sobota, 22 czerwca 2019

"Jeżeli kogoś kochasz, mów o tym. Bo jeśli tego nie zrobisz, pewnego dnia będzie za późno. To nie żadne gdybanie. Naprawdę będzie za późno. Jesteśmy tylko przez chwilę małymi trybikami we wszechświecie. Pewnego dnia nasz czas się kończy i już. Nie ma prób. Nie ma powtórek. Nie ma drugich szans. Jest tylko jedna, więc musisz ją wykorzystać i żyć tak, jak chcesz. Nie ma znaczenia, czy masz wielkie ambicje, czy może wystarcza ci życie, które inni mogliby uznać za przeciętne. Jeżeli jesteś szczęśliwa, przeżyłaś je jak należy..." 
 
Autor: Tammy Robinson
Tytuł:
Twoje fotografie
Wydawnictwo:
IUVI
Liczba stron:
335
Ocena:
6+/6
     Książki, które wzbudzają emocje sprawiając, że czytelnik wraz z bohaterami przeżywa chwile radości, złości, a także smutku czy rozczarowania to takie, jakie cenię najbardziej. Jeżeli dodatkowo dane historie skłaniają do przemyśleń, to stają się tymi wyjątkowymi. Właśnie taka jest powieść Tammy Robinson - "Twoje fotografie" - niepozorna książeczka, która wycisnęła z moich oczu łzy i sprawiła, że na chwilę zatrzymałam się i spojrzałam na swoje życie, doceniając to, że je mam.
     Główna bohaterka książki - Ava - w dniu swoich dwudziestych ósmych urodzin dowiaduje się o wznowie raka, z którym toczyła walkę trzy lata wcześniej. Jednak tym razem diagnoza nie pozostawia już żadnej nadziei - został jej maksymalnie rok życia. Dziewczyna postanawia więc spełnić swoje marzenie i zorganizować... ślub. Istnieje jeden poważny problem - brak pana młodego, lecz Ava postanawia zrobić to dla samej siebie: zamiast pogrzebu, urządzić ceremonię swojego życia. Jednak poprzez pewną akcję zainicjowaną przez jej przyjaciółkę, w całe wydarzenie angażują się media oraz inni ludzie, chcący pomóc Avie zrealizować jej ostatnie marzenie. Co więcej, nagle na jej drodze stają też uczucia - lecz czy kobieta będzie w stanie pokochać tylko po to, by następnie umieć się pożegnać? Jak z tymi wszystkim wydarzeniami poradzą sobie jej bliscy? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po "Twoje fotografie".
      Nie znałam twórczości tej autorki, stąd też sięgając po książkę nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Okazało się jednak, że od pierwszych stron styl, jakim się posługuje niezwykle przypadł mi do gustu. Pisze ona bowiem w sposób dość prosty i łatwy w odbiorze, a jednocześnie nie pamiętam już kiedy to zużyłam tak wiele karteczek indeksujących zaznaczając każdy fragment, jaki do mnie trafiał. Co więcej, autorka pisze w taki sposób, który skłania do przemyśleń i wplata w tę historię taki ogrom emocji, że wręcz w którymś momencie całkowicie przelewają się na czytelnika.
     Tematyka, jakiej dotyczy ta książka jest trudna i niezwykle przygnębiająca, bo nie ukrywajmy, ale raczej choroba, która powoli odbiera czyjeś życie, zjadając wręcz organizm od środka, nie należy do wesołych tematów, tak samo jak wizja odejścia i pogrążonych w żałobie bliskich. Jednak autorka w taki sposób "ugryzła" ten temat, by dał on do myślenia nam, ludziom, którzy często nie doceniają swojego życia. Ta historia pokazuje też, jak ciężko jest się pogodzić z myślą, że raptem kilka miesięcy to czas, jaki pozostał i podczas którego chciałoby się zrobić jak najwięcej, a przede wszystkim pozostawić bliskim jak najlepsze wspomnienia.
     Jednak tym, co najbardziej ta książka uświadamia to fakt, by doceniać każdą chwilę - zwykły zapach kawy o poranku, zachód słońca, czułe pocałunki czy nawet budzik dzwoniący o tej przeklętej piątej rano, bo to, że wciąż dzwoni i budzi nas do pracy przynajmniej pokazuje, że ciągle żyjemy, że wciąż mamy szansę na to, by być szczęśliwymi ludźmi, by układać sobie życie i nawet popełniać błędy, bo przecież nikt nie jest idealny.
      Stąd też historia Avy, tego, jak bardzo kochała swoich bliskich i jak wielkim uczuciem oni ją darzyli, sprawiła, że przez kilkanaście ostatnich stron nie byłam w stanie pohamować łez płynących po moich policzkach. Przekładałam kolejne kartki drżącymi rękami, czując ogrom emocji i wręcz mając wrażenie, jakbym rozumiała ból bohaterów, bo przez całą książkę bardzo zżyłam się z główną bohaterką, jej wszelkimi przemyśleniami i po prostu tym, jaką była osobą. Dlatego polecam tę historię z czystym sercem - to smutna, lecz przepiękna powieść, jaka pokazuje, by doceniać życie.
     Bohaterowie zostali wykreowani świetnie. Jak już wspomniałam, zżyłam się z samą Avą - to dziewczyna, której faktycznie ciężko pogodzić się z tym, że akurat ją spotkał taki los, a jednocześnie mimo to wciąż stara się pozostać pozytywną i próbuje wycisnąć z tych ostatnich chwil jak najwięcej dobrego. Bardzo polubiłam też oczywiście rodziców dziewczyny, jak także jej przyjaciółki - wszyscy bliscy Avy na swój sposób przeżywali swój wewnętrzny ból, próbując pogodzić się z wizją odejścia dziewczyny. Pozostaje także James - postać, którą zapewne nie jedna z nas chciałaby spotkać w realnym życiu i nie, wcale nie został aż tak wyidealizowany - miał też swoje wady, zawahania, a mimo wszystko stał się dla Avy bezpieczną przystanią przy krańcu jej życia. Stąd też kreacja postaci również przypadła mi do gustu.
    Podsumowując, "Twoje fotografie" to przepiękna, do głębi wzruszająca historia, która niesie jednocześnie ze sobą przesłanie, by korzystać z życia jak tylko umiemy i robić wszystko, byśmy byli szczęśliwi, bo nikt z nas nigdy nie wie, co jeszcze nas czeka i jak dużo czasu nam zostało.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

niedziela, 16 czerwca 2019

Autor: Hayley Chewins
Tytuł: Odwrócone
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 272
Ocena: 5/6
     Bardzo rzadko sięgam po fantastykę, a jeszcze rzadziej gdy jest ona skierowana do młodszych czytelników, a jednak gdy tylko ujrzałam okładkę książki "Odwrócone" autorstwa Hayley Chewins, jak także zapoznałam się z krótkim opisem tej historii, pomyślałam sobie - okej, spróbuję, czemu nie? Jak się okazuje, ta niepozorna książka, jest napisana w tak przepiękny, liryczny wręcz sposób, że z całym sercem mogę ją polecić każdemu - nie tylko młodzieży. 
       Dwunastoletnia Delphernia - główna bohaterka książki - całe życie spędziła w klasztorze, będąc jedną z odwróconych dziewcząt. Gdy na zewnątrz Mistrzowie, będący wyłącznie płci męskiej, grają muzykę, wówczas odwrócone w milczeniu mają zamieniać ją w złoto. Jednak Delphernia to jedyna z dziewcząt, która nie potrafi wytworzyć migotu. Co więcej, zamiast milczeć, woli śpiewać - lecz robi to tylko wtedy, gdy wie, że czuwająca nad dziewczętami Matka Dziewięć nie może jej usłyszeć. Kiedy zatem do klasztoru przybywa Mistrz, który wcale nie zachowuje się jak Mistrz, dziewczynka ma wreszcie szansę wyrwać się ze swojego więzienia i zobaczyć na własne oczy jak wygląda Blajbakan. Jednak szybko pojmuje, że chociaż uciekła z klasztoru, to w Blajbakanie nigdy nie będzie wolna... Jak zatem potoczą się jej losy? Kim jest tajemniczy Mistrz? Jakich ludzi Delphernia spotka na swojej drodze? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Odwrócone".
         Jak już wspomniałam na początku, jestem niezwykle pozytywnie zaskoczona stylem, jakim posługuje się autorka. Gdy tylko zaczęłam czytać tę historię, uderzyło we mnie to, jak bardzo... lirycznie jest napisana ta książka. Kompletnie nie spodziewałam się takiego stylu, języka, zdań budowanych w taki sposób, że są one dosyć proste (w końcu to trochę książka przeznaczona w moim odczuciu dla młodzieży), a jednocześnie są tak wręcz poetyckie. Stąd też jestem ciekawa innych książek tej autorki (chociaż to dopiero pierwsza jej powieść, to już czekam na kolejne), bo dawno nie miałam styczności z takim stylem pisania.
         Sama historia również jest ciekawa, chociaż odnoszę wrażenie, że można jeszcze było coś z niej wycisnąć, a przynajmniej nieco rozwinąć jakieś wątki (tak, właśnie po to, bym mogła przez więcej niż niespełna 300 stron zachwycać się językiem, jakim historia została napisania). Tak czy siak, mimo że sama akcja nie jest jakaś nadzwyczaj skomplikowana, a raczej to taki rodzaj książek idealnych do przeczytania w jeden wieczór w ramach relaksu, to jednak dostrzegłam w niej również swego rodzaju przesłania. Przede wszystkim pokazuje ona, że każdy z nas ma prawo być, kim chce - nie można skupiać się na tym, co może chcieliby narzucić nam inni. Jeżeli chcemy coś osiągnąć i mocno będziemy wierzyć w to, że się uda oraz robić wszystko, by tak się właśnie stało, to wówczas nic i nikt nie będzie w stanie nas powstrzymać. To także historia, która uświadamia, że chociaż czasami czujemy się słabi, to każdy w nas ma swego rodzaju siłę, by powalczyć z przeciwnościami losu - wystarczy jedynie uwierzyć w siebie.
       Bohaterowie zostali wykreowani bardzo dobrze. Sama Delphernia początkowo wydawała mi się taką za bardzo wystraszoną, wycofaną dziewczynką, lecz wraz z kolejnymi rozdziałami, czytelnik powoli mógł też dostrzegać, że zaczyna ona wierzyć w siebie i swoje możliwości. Niezwykle natomiast pozytywną postacią była Linna, która stała się przyjaciółką głównej bohaterki. Natomiast Mistrz imieniem Bly przypominał mi nieco introwertyka żyjącego w swoim świecie, ale jego również polubiłam. Stąd też bohaterów oceniam jak najbardziej na plus.
      Podsumowując, "Odwrócone" to książka, która przede wszystkim zaskoczyła mnie tym, w jak przepiękny sposób została napisana - zdecydowanie będę czekać na inne książki tej autorki. To także opowieść, jaką mogę polecić nie tylko młodszym czytelnikom, ale każdemu - to idealna książka na jakiś jeden, letni wieczór, a jednocześnie niosąca przesłanie.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

niedziela, 26 maja 2019


Mama & Córka
     Dzisiaj opowiem Wam historię o kobiecie, będącej najwspanialszą osobą na całym świecie. Będzie to krótka opowieść o wyjątkowej istotce, która nie tylko jest moją mamą, ale także najlepszą przyjaciółką… Wiecie, taka „numer jeden” w kategorii przyjaźni. Dzisiaj jest jej święto, dlatego chciałabym opowiedzieć Wam trochę o tak ważnej osobie w moim życiu.
     Moja mama jest piękna. I nie mam tutaj na myśli tylko tej zewnętrznej skorupy, chociaż trzeba przyznać, że tak – jest przepiękną kobietą. Naturalność i taka wspaniała energia bije od niej sprawiając, że z kimkolwiek zamieni chociażby parę słów, to każdy ją zapamięta i widząc kiedyś przypadkiem bez wątpienia powie zwykłe „dzień dobry”. Jednak moja mama ma przede wszystkim piękne serce. Nie znam drugiego takiego człowieka, który mimo wielu przeciwności w swoim życiu, zawsze był w stanie myśleć o innych, o tym, co zrobić, by uszczęśliwić swoich bliskich, otaczając ich ciepłem i prawdziwą miłością.
     To właśnie ona wstawała do mnie w nocy, gdy zapewne nie raz byłam nieznośna i nie chciałam spać. To ona czytała mi bajki, w tym ulubioną historyjkę, o ile dobrze pamiętam, zatytułowaną „Urodziny Puszka”, nawet wtedy, gdy budziłam ją o piątej rano pełna energii i gotowa rozpocząć nowy dzień właśnie od jakiejś opowieści. To ona specjalnie dla mnie wróciła do sklepu, w którym wypatrzyłam małą, różową torebeczkę, bo wiedziała, jak wielki uśmiech wywoła to na mojej twarzy… I pewnie wiele, wiele innych wspomnień mogłabym jeszcze przytoczyć.
     To mama dba o mnie (jak oczywiście też o mojego brata) tak, jak nie dba nikt inny. To ona odkąd pamiętam stoi za mną murem, wspiera mnie, kiedy tego potrzebuję, zawsze wysłucha wszystkiego, co leży mi gdzieś głęboko na serduszku. To właśnie z nią najbardziej lubię chodzić na zakupy, bo wiem, że zawsze podzieli się ze mną szczerą opinią i na to samo może liczyć z mojej strony,  to z nią picie kawy o poranku jest przyjemnością i to z nią uwielbiam spędzać czas w weekendy, gdy wracam z krakowskiego świata w swoje rodzinne strony. To mama sprawia, że czuję, że mam kogoś, komu mogę powiedzieć o wszystkim i kto nawet, jeśli czasami nie zgodzi się ze mną, czy powstanie między nami konflikt, to wiem, że nadal mnie kocha, a nawet te małe kłótnie szybko zostają załagodzone.
     Moja mama to najcudowniejsza osoba na świecie. Troskliwa, wrażliwa i jednocześnie mimo wszystko zawsze potrafiąca myśleć pozytywnie - za co bardzo ją podziwiam. Jest takim promieniem słońca, które przebija się nawet przez najciemniejsze chmury. To właśnie z nią się śmieję i spędzam wspaniale czas, to też ona pozwoli mi wypłakać się na swoim ramieniu, kiedy coś złego się dzieje, to ona najchętniej rozprawiłaby się z każdym, kto w jakikolwiek sposób mnie zranił, gdyby tylko mogła i to mama pragnie dla mnie jednego – tego, bym była szczęśliwa, akceptując wszelkie moje decyzje, nawet jeśli nie zawsze się z nimi zgadza.
     Dlatego też ja sama chcę, by ona także była szczęśliwa i dumna ze swoich dzieci, więc także ze mnie… Tak więc i ja jeśli tylko mama tego potrzebuje, służę swoim ramieniem, wysłuchaniem jej oraz dobrym słowem płynącym z moich ust. To ja pragnęłabym obdarować moją mamę wszystkimi skarbami świata, bo zasługuje na każdą, możliwą rzecz, słowo czy gest, a nawet i na więcej… I dlatego też pragnę, by na jej twarzy każdego dnia gościł uśmiech.
    Kończąc dzisiejszy wpis – mam nadzieję, że również i Wy, Drodzy Czytelnicy, możecie powiedzieć o swojej mamie, że jest kimś, kto zawsze ma miejsce w Waszych sercach… A wówczas nigdy, przenigdy jej nie zaniedbujcie i kochajcie tak mocno, jak ona kocha Was. Natomiast sama mogę powiedzieć jeszcze tylko jedno...

Dziękuję Ci Mamo za to, że jesteś i kocham Cię całym swoim małym serduszkiem... Bo nie ma i nigdy nie byłoby drugiej tak wspaniałej mamy, jak Ty.

środa, 22 maja 2019



 "Prawdziwą radość i szczęście przynosi dawanie. Samego siebie, bezinteresowności, życzliwego wsparcia, drobnego gestu, pomocnej dłoni, uśmiechu, obecności, zrozumienia. Czuję wtedy to rozchodzące w środku ciepło,  gdy mogę podzielić się kawałkiem mojego "ja". I co może ważniejsze, nie oczekiwanie niczego w zamian."

Autor: Tomasz Jurkowski
Tytuł: Sięgając gwiazd
Wydawnictwo: Self publishing, Ridero
Liczba stron: 322
Ocena: 5/6
Premiera: 22.05.2019


     Jestem trochę niespełnioną pisarką, dlatego też, za każdym razem podziwiam ludzi, którym udało się stworzyć coś swojego i tym samym bez wahania sięgam po wszelkiego rodzaju debiuty naszych polskich pisarzy. Stąd też, gdy otrzymałam możliwość zrecenzowania książki Tomasza Jurkowskiego - "Sięgając gwiazd", nie wahałam się ani chwili, by zobaczyć, co też takiego przygotował autor na swoją debiutancką powieść. Będąc już po jej przeczytaniu, jeszcze przez kilka chwil po zamknięciu powieści, nie byłam w stanie powrócić do rzeczywistości. 
     Głównym bohaterem książki jest Grzegorz - tydziestokilkuletni singiel, którego bez wahania można określić jako introwertycznego - raczej na ogół trzymającego się z boku, żyjącego w tak zwanym swoim świecie. Kiedy jednak jego życie wywraca się do góry nogami z powodu utraty pracy, nie załamuje się, lecz postanawia spełnić swoje marzenie i napisać książkę. Okazuje się, że te kilkaset stron powieści jest w stanie niezwykle wpłynąć na życie mężczyzny i wręcz sprawić, że nagle, niespodziewanie, fikcja staje się rzeczywistością... Jak zatem potoczą się losy Grzegorza? Co takiego przeżyje mężczyzna? Jak to się w ogóle stało, że nagle to, co na papierze, zaczęło "żyć" w rzeczywistości? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w książce "Sięgając gwiazd". 
      Zacznę od sposobu pisania autora, jego stylu i języka jakim się posługuje. Muszę przyznać, że nie wsiąknęłam w tę historię od razu. Początkowo czytanie szło mi nieco powoli, lecz w pewnym momencie, nawet sama nie wiem kiedy, książka zaczęła wciągać mnie do swojego świata i sprawiać, że chciałam jak najszybciej poznać dalsze losy głównego bohatera. Co więcej, autor pisze w taki niby z jednej strony prosty sposób, a z drugiej strony zaś wplata w tą opowieść tak wiele życiowych fragmentów. Co rusz zaznaczałam sobie jakieś zdanie czy dłuższy opis, jaki idealnie do mnie trafiał i bez wątpienia może posłużyć za ciekawy i pełen prawdy cytat.
       Natomiast co do samej fabuły - wyobraźcie sobie jak to jest czytać książkę o... pisaniu książki i potem przeniesieniu się wręcz jej bohaterów i akcji do świata rzeczywistego? No właśnie - wydaje się to być z jednej strony czymś dziwnym, lecz z drugiej intrygującym i właśnie to czułam czytając historię Grzegorza. Zaintrygował mnie pomysł, jaki wpadł do głowy autorowi, a także jego wykonanie, które jest jak najbardziej na plus, mimo że... zakończenie lekko wsiąknęło mnie w fotel i sprawiło, że przez kilka chwil zastanawiałam się - dlaczego tak, a nie inaczej. 
        Ta historia wciąga do swojego świata i pokazuje, że każdy z nas może sięgnąć gwiazd, jeżeli tylko bardzo chce. Dla mnie jest to opowieść między innymi o spełnianiu marzeń i wierze w to, że czasami nawet niemożliwe, staje się możliwym i dodaje blasku do naszego życia. Jest to także historia pokazująca, że jeden dzień, jedna sprawa może wywrócić nasz dotychczasowy świat do góry nogami, lecz wówczas to tylko od nas zależy czy się poddamy czy może właśnie tak jak Grzegorz - staniemy twarzą twarz z problemem, by następnie odnaleźć w sobie siłę na spełnienie swoich marzeń i dążenie ku ich realizacji. Uważam więc, że to, jak na debiut, naprawdę dobry kawał powieści, która niesie wraz z sobą wiele uniwersalnych prawd.
          Jeżeli chodzi o bohaterów, bo oczywiście jest ich tutaj kilku, zostali wykreowani w ciekawy sposób. Co prawda najwięcej mamy do czynienia z Grzegorzem, mogąc powoli patrzeć jak ulega przemianie. Stopniowo, z nieco zimnego, zdystansowanego faceta trzymającego się na uboczu, staje się spontanicznym gościem, który zaczyna ściągać swoje maski i czytelnik może odkryć jaki tak naprawdę jest mężczyzna i co takiego spotkało go w życiu, że stał się takim, a nie innym człowiekiem. To właśnie taka analiza zachowań głównego bohatera i towarzyszenie mu w tej lekkiej przemianie, bardzo mi się spodobało. 
         Podsumowując, książka "Sięgając gwiazd" to w moim odczuciu udany debiut Tomasza Jurkowskiego. Chociaż po jej zamknięciu, w głowie kotłowało mi milion myśli i do końca chyba nie zrozumiem, dlaczego autor zdecydował się na takie zakończenie, to jak najbardziej uważam, że jest to ponad trzysta stron naprawdę intrygującej lektury. Polecam serdecznie.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 

Autorowi - Tomasz Jurkowski 

środa, 15 maja 2019

     Kochani, dzisiaj przychodzę do Was z tekstem, jakiego dawno tutaj nie było, a mowa, jak głosi zresztą tytuł wpisu, o wprowadzeniu tutaj szczypty muzyki. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami kilkoma utworami, które wzruszają swoim tekstem, linią melodyczną, swego rodzaju prostotą, ale też tym, że na pozór banalne, mają często "drugie dno" i przede wszystkim trafiają do wrażliwych dusz. Być może niektórzy z Was je słyszeli, a jeżeli nie - to a nuż przypadną Wam do gustu. Jednocześnie to nie tak, że chcę Was tutaj smucić - co to, to nie. Moim jedynym celem jest dzielić się z Wami tym, co dotyka mnie gdzieś głęboko, wywołuje ciarki na ciele bądź po prostu wprowadza w stan relaksu. 

1. The Dumplings - "Piękne dłonie" 

"Masz takie czułe dłonie
Daj mi popatrzeć,
Wszystkie linie namalować jeszcze raz..."

    Zespół The Dumplings nie jest mi obcy, jednak nie wiem, jak to się stało, że dopiero niedawno odkryłam właśnie ten utwór. Już od pierwszych sekund wiedziałam, że przypadnie mi do gustu i oczywiście tak też się stało. Począwszy od samej linii melodycznej, która przenosi słuchacza trochę jak w inny wymiar, poprzez tekst, który jest niezwykle krótki, ale w raptem tych kilkunastu zdaniach kryje się więcej niż pozornie mogłoby się wydawać, a skończywszy na cudownym głosie, który te słowa wyśpiewuje. 
     Ten tekst porusza mnie do głębi. Ktoś mógłby się zastanowić - "ale jak to śpiewać o dłoniach, co w nich takiego szczególnego?", jednak dla mnie dłonie to jedna z ważniejszych "części" każdego z nas. Kobiece dłonie - delikatne - przywołują na myśl troskę, dbanie o drugą osobę, o rodzinę, gdy z kolei dłonie mężczyzny - męskie i silnie (a przynajmniej w moim odczuciu takie powinny być) - dają poczucie bezpieczeństwa, bo to właśnie one ochornią nas, kobiety, przed wszelkim złem tego świata. Zresztą przypomnijmy sobie wszelkie czułe gesty - pierwsze chwycenie się za dłonie z ukochaną osobą, to, gdy ta dłoń głaszcze po włosach, bądź właśnie "ta" dłoń czule muska skórę... Dlatego też uważam, że ten utwór to proste, ale jakże dogłębnie prawdziwe, małe arcydzieło.
      Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji przesłuchać tego wzruszającego, pięknego utworu, to polecam nadrobić zaległości, bo The Dumplings naprawdę tworzy świetną muzykę.



2. Wasio - "Bądź"

"Kochać tak, by bolał rdzeń 
To nieuczciwe..."

     Może pamiętacie czasy, gdy mając naście lat, wyszukiwało się "smutnych kawałków", gdy może byliście nieszczęśliwie zakochani, bądź obiekt Waszych westchnień nawet nie wiedział o Waszym istnieniu? Nie wiem czemu, ale ten kawałek kojarzy mi się z takimi młodzieńczymi czasami... I piszę to jak najbardziej na plus. Chociaż jak wspomniałam - przywołał we mnie pewne wspomnienia tych "nastoletnich czasów", to tak naprawdę ten utwór jest niezwykle autentyczny na każdy etap życia, nieważne czy słucha go nastoletnie serduszko, czy może to dorosłe, porysowane doświadczeniami, serce...
   Głos wokalisty jest niezwykle delikatny i sprawia, że można się przy nim po prostu wyciszyć. Melodia z kolei od razu trafia gdzieś głęboko do wrażliwej duszyczki, a słowa - no cóż, mówią same za siebie. Pokazują, jaka wiele dla kogoś znaczy obecność tej drugiej osoby - nieważne, czy podczas wspólnych chwil, czy właśnie wtedy, gdy mamy wrażenie, że "jesteśmy na dnie"... Bo jeżeli obok nas jest ktoś, kto kocha i dla kogo bije także nasze serce, to nic więcej się już nie liczy. Cudowny, wzruszający i przyznaję - nostalgiczny, melancholijny - utwór.
    Stąd też śmiało klikajcie poniższy link i przenieście się na chwilę w stan, w którym skupicie się tylko na tym dźwięku i słowach, a cały świat wokół rozpłynie się jak mgła.

 

3. Kasia Lins - "Wiersz ostatni"

"Cóż mam od życia? - chyba już
wiesz, czujna i płocha? - 
tylko ten smutek, tylko ten 
wiersz, który mnie kocha..."

      Zacznę od tekstu, bo jest nim wiersz Władysława Broniewskiego - "Wiersz ostatni", który jest po prostu... piękny. Jednak poezja śpiewana w takim wykonaniu sprawiła, że te kilkanaście wersów stało się jeszcze piękniejszymi i uderzającymi gdzieś głęboko w odbiorcę. Ta interpretacja totalnie mnie urzekła, a głos Kasi Lins jest niesamowity.
     Nigdy nie byłam chyba "orłem" w interpretowaniu wierszy, a może najzwyczajniej w świecie odbierałam je na swój sposób, a nie taki, jak miał na myśli jakiś tam stworzony przez znawców klucz odpowiedzi. W tym przypadku ten wiersz kojarzy mi się po prostu z rozstaniem, z czasem, kiedy ktoś odchodzi z naszego życia i jedyne, co po nim pozostaje to wspomnienia i no właśnie - często być może jakieś teksty, czy "wiersze, które nas kochają", a jakie wyszły spod naszych palców w zaciszu swoich czterech ścian, gdy przelewanie wewnętrznego bólu na papier stawało się rodzajem terapii. Bardzo porusza mnie gdzieś w głębi serduszka ten wiersz, a wraz z tą linią melodyczną, staje się dla mnie istnym arcydziełem. Kasia zrobiła zdecydowanie kawał dobrej roboty.
    Jeżeli więc nie natknęliście się na ten utwór, albo może rzadko macie do czynienia z poezją śpiewaną, to warto dać szansę poniższej interpretacji.

   Tym akcentem kończę dzisiejszy, muzyczny wpis. Niebawem natomiast na blogu recenzja książki "Sięgając gwiazd" i... zobaczymy, co jeszcze. :) 

sobota, 11 maja 2019



    Dzisiaj przychodzę do Was z krótkim wpisem, a mianowicie z zapowiedzią książkową od Wydawnictwa IUVI. Mowa tutaj o książce, której opis (i okładka, przyznaję, jestem wzrokowcem, a ona jest przepiękna) mnie osobiście od razu zaintrygował i sprawił, że z pewnością sięgnę po tę historię, mając nadzieję na ogrom emocji, bo właśnie to we wszelkich powieściach lubię najbardziej. Łapcie zatem poniższą, krótką zapowiedź - być może i Was zainteresuje ten tytuł. 

Autor: Tammy Robinson
Tytuł:
Twoje fotografie
Wydawnictwo:
IUVI
Liczba stron:
336
Premiera:
15.05.2019

"Zostały ci zaledwie miesiące na rzeczy, na które jeszcze wczoraj miałaś długie lata. 

W dniu swoich dwudziestych ósmych urodzin Ava dowiaduje się o wznowie raka, z którym walczyła trzy lata wcześniej. Lekarze nie pozostawiają nadziei: dziewczyna ma przed sobą jakiś rok życia. Ava nie zamierza jednak pozwolić chorobie decydować o tym, jak przeżyje ostatnie cenne miesiące – pragnie urządzić swój wymarzony ślub. Jest tylko jeden mały problem. Brak pana młodego.

Ava nie ma też zbyt wiele pieniędzy, a przede wszystkim czasu… Lecz to wszystko jest bez znaczenia. Zorganizuje wesele dla siebie samej.


Gdy przyjaciele i rodzina mobilizują się, by pomóc jej spełnić ostatnie marzenie i zorganizować przyjęcie wszech czasów, w sprawę angażują się media i wieść o Avie rozchodzi się po całym kraju. Lecz plany dziewczyny nieco się komplikują. Nagle do głosu dochodzą uczucia, z którymi zdążyła się już pożegnać. Teraz musi zdecydować, czy wystarczy jej odwagi, by pokochać, a potem sił, by się pożegnać.


Do głębi poruszająca opowieść, przypominająca o tym, że życie jest darem i że na miłość nigdy nie jest za późno – Kelly Rimmer, autorka Kiedy ciebie straciłam" (źródło: iuvi.pl)





      Jeżeli zaintrygowała Was ta historia, to nie zostało nic więcej jak poczekać jeszcze tylko kilka dni, a 15 maja wybrać się do księgarni. :)

środa, 8 maja 2019

     Moi Drodzy, dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami tutaj szczyptą twórczości własnej. Jakiś czas temu, słuchając niesamowicie wzruszającego utworu zespołu The Dumplings - "Piękne dłonie" i siedząc wieczorową porą przy laptopie, nagle spod moich palców stukających o klawiaturę, powstało bardzo krótkie opowiadanie. Publikowałam je na swoim fanpage'u, ale wiem, że tam niektóre posty "giną" w eterze, dlatego postanowiłam podzielić się nim z Wami tutaj, na blogu. 
    Jestem przekonana, że to opowiadanie zapewne można dopracować, że czytając je za jakiś czas, znajdę mnóstwo zdań, które wymagają korekty, ale jednocześnie to coś, co uświadomiło mi, że pisanie stanowi nieodłączny element mojego życia. Może nie potrafię na tyle się zmotywować, by napisać książkę, ale wiem, że od czasu do czasu chociażby krótkie fragmenty przewijają się w moich notatkach i że pisanie to też swego rodzaju świetny rodzaj terapii. 
      Poniższe opowiadanie mówiąc w skrócie jest o rozstaniu - czyli nieodłącznym elemencie życia większości z nas. Być może zdarzają się przypadki, gdy ludzie dobierają się wręcz idealnie i nie poznali goryczy tego, czym jest rozstanie, ale myślę, że większość osób jednak chociażby raz zasmakowała emocji, jakich wcale nie chciało się czuć. Jednocześnie, ten krótki tekst miał też wnieść swego rodzaju nadzieję, że gdzieś tam, na każdego z nas czeka prawdziwe szczęście, a nie jedynie jego iluzja. Stąd też, nie przedłużając - zapraszam do przeczytania poniższego tekstu. 

***

Młoda dziewczyna usiadła na jednej z wielu, wolnych już o tej porze dnia, ławek. Przychodziła do tego miejsca ilekroć było jej źle, a właśnie tak czuła się teraz, gdy dosłownie kilka godzin temu jej serce, a wraz z nim wszelkie snute do tej pory plany, rozpadło się na kawałki. Ściskała w dłoniach kilka zdjęć, zrobionych jeszcze parę tygodni wcześniej, z których biła radość i ogrom uczuć, a jakie to nagle uciekły tak, jak gdyby od zawsze były tylko jedną, wielką grą aktorską. Chociaż oczy miała już spuchnięte od nieustannego płaczu, to łzy nadal nie były w stanie przestać spływać po jej bladej twarzy. Jedna za drugą, powoli torowały sobie drogę od samego kącika oka poprzez usiany lekkimi piegami policzek, lądując ostatecznie na trzymanym w rękach dziewczyny zdjęciu. Mimo że jakaś jej część miała ochotę od razu rozszarpać na kawałki uśmiechające się do niej z fotografii twarze, to głupie serce nie potrafiło tego zrobić. Ani się spostrzegła jak nagle, tuż obok niej przysiadła się starsza kobieta, która z wyraźną troską w głosie, powiedziała tylko dwa słowa:
-Zostawił cię. 
Dziewczyna powoli skierowała zapłakane oczy w kierunku staruszki, spoglądając na nią ze zdumieniem. Już miała otworzyć usta by móc cokolwiek odpowiedzieć, gdy poczuła, jak głos znów więźnie jej w gardle i jedynym, co udało jej się z siebie wyrzucić był przeszywający na wskroś szloch. Nie wiedziała ile czasu minęło odkąd zanosiła się płaczem, gdy delikatna dłoń zaczęła głaskać ją po głowie, a obok ucha słyszała jedynie cichy szept:
-No już, dziecinko, już… Płacz, ile tylko chcesz, nawet jeśli miałabyś wypłakać wszystkie swoje łzy. – po czym staruszka dodała – cii, wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
-Ale… ale… - zaczęła jąkać się dziewczyna – jak ma być dobrze, skoro nikt nigdy mi nie powiedział, że rozstania tak bolą, skoro nikt nigdy nie nauczył mnie, że nie zawsze istnieje jedna, jedyna miłość na całe życie, nawet jeśli naiwne serce wierzyło, że tak jest? 
Po czym ponownie zaniosła się szlochem, mając wrażenie, że nigdy nie zdoła wyrzucić z siebie tego ogromnego żalu, jaki czuła właśnie w tej chwili. Jednak starsza kobieta jedynie cicho westchnęła, po czym spokojnym głosem powiedziała:
-My, kobiety wrażliwe, kobiety pełne emocji, zawsze wierzymy, że człowiek spotyka jedną, jedyną osobę na całe swoje życie. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że być może wcale nie musi tak być i odnalezienie swojego przeznaczenia nie zawsze od razu się udaje. Jednocześnie nikt nie nauczył nas, że rozstania to nieunikniony etap życia – jedne są tylko na chwilę, inne takie jak twoje, sprawiają, że serce się kraje, gdy ogrom wspomnień uderza ze zdwojoną siłą, a jeszcze inne, tak jak śmierć to rozstania na zawsze i to one są najgorsze, bo każde, inne rozstanie może wyjść na lepsze, gdy to ostatnie sprawia, że niczego już nie możemy zmienić – kobieta zawiesiła na chwilę głos ze smutkiem spoglądając na obrączkę błyszczącą na jej lewej dłoni, po czym dodała – dlatego nawet jeśli boli, to uwierz mi, dziecinko, nie będzie boleć wiecznie. 
Dziewczyna poczuła, że jedyne co ma ochotę zrobić to przytulić się do tej starszej kobiety i na chwilę zapomnieć o tym, że miłość jej życia tak po prostu odeszła, jak gdyby żadna chwila nigdy nie miała znaczenia. Zamiast tego smutnym głosem powiedziała tylko:
-Tyle, że moje życie nie ma już większego sensu, bo tak bardzo boję się, że nie dam rady się pozbierać. 
Staruszka zamyśliła się na chwilę, po czym skierowała swoje bystre spojrzenie na tę młodą, tak bardzo zagubioną, osóbkę. 
-Słoneczko – zaczęła – wiem, że teraz nie chce ci się może nawet i żyć. Dobrze rozumiem, jak wiele żalu musi w tobie być, jak jednocześnie czujesz miłość i nienawiść, smutek i gniew, obrzydzenie i tęsknotę… I wiem też, że dużo czasu będzie musiało minąć, by te wszystkie emocje, jakie w tobie siedzą, mogły się na nowo poukładać. Będziesz tęsknić, będziesz tulić się do poduszki, która przypominać Ci będzie jego ramię, będziesz robić dwie kawy – ze zwykłego przyzwyczajenia – by za chwilę zdać sobie sprawę, że tej drugiej przecież nie potrzebujesz. Po jakimś czasie będziesz się śmiać i znowu czuć dobre emocje, by raz na jakiś czas coś przypomniało ci o tym dniu, gdy cały twój świat rozpadł się w drobny pył. Ale wiem, że to przetrwasz, bo uwierz mi, dziecinko, jeżeli to byłoby twoje przeznaczenie, to nigdy nie znalazłabyś się tutaj, w tym miejscu i ze łzami w oczach. Gdyby to miało być najlepsze, co cię w życiu spotkało, to nigdy nie szlochałabyś tak bardzo jak teraz i nie trzymałabyś się kurczowo szczęśliwych chwil na zdjęciu dobrze wiedząc, że widocznie dla niego nic nie znaczyły. Los przygotował dla ciebie coś lepszego i nie, nie pytaj mnie, dlaczego zatem zesłał ci to wszystko, by potem tak perfidnie to odebrać, bo nikt nie będzie znał dokładnej odpowiedzi. 
Młoda dziewczyna już chciała coś powiedzieć, gdy staruszka uciszyła ją znanym gestem i dodała:
-Mogę powiedzieć ci jedynie coś, co wyda ci się absurdalne, ale zrozumiesz to później, gdy czas nieco uleczy twoje rany. Bo widzisz, być może los zrobił to wszystko tylko po to, byś w przyszłości dostrzegła i doceniła, że może być tylko lepiej i nie wątp w to, kochana, bo wiem, że tak będzie…
Po tych słowach, staruszka przyciągnęła do siebie dziewczynę i pozwoliła jej szlochać tak długo, jak gdyby właśnie kończył się świat.


***

    Jeżeli dobrnęliście do końca - serdecznie Wam dziękuję. Mam także nadzieję, że niebawem znowu będę miała możliwość podzielić się z Wami własną twórczością. Póki co - trzymajcie się, Kochani. 

czwartek, 2 maja 2019

Autor: Sanjida Kay
Tytuł:
Skradzione dziecko
Wydawnictwo:
W.A.B.
Liczba stron:
368
Ocena:
5.5/6


     Bardzo chciałam wrzucić dla Was przedpremierową recenzję książki "Skradzione dziecko", którą napisała Sanjida Kay, jednak nie zawsze można zrobić to, czego bardzo się chce... Mimo to, nie mogłam się doczekać aż w końcu znajdę chwilę, by przysiąść do laptopa i przenieść na papier emocje, jakie towarzyszyły mi podczas czytania tej naprawdę dobrej, trzymającej w napięciu do samego końca, historii. 
      Zoe Morley i jej mąż Ollie po długim oczekiwaniu na dziecko, w końcu mają zostać przybranymi rodzicami Evie, którą młode małżeństwo pokochało od pierwszego wejrzenia. Po kilku latach okazuje się jednak, że w ich rodzinie pojawia się kolejne dziecko - tym razem ich własne. Kiedy Ben, brat Evie, kończy dwa latka, dziewczynka zaczyna dostawać tajemnicze prezenty, które sądząc po zostawianych przy nich listach, dostarcza ojciec, chcący odzyskać "skradzione" mu siedem lat wcześniej dziecko. Co więcej, atmosfera w rodzinie staje się coraz bardziej ciężka, a główna bohaterka - Zoe - wplątuje się w niebezpieczną relację... Jak zatem potoczą się losy bohaterów? Czy to, co pisze nieznajomy jest prawdą i zrobi wszystko, by odzyskać córkę? Dlaczego w ogóle Evie trafiła do adopcji? I jak ułoży się życie całej rodziny? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Skradzione dziecko". 
     Muszę przyznać, że od pierwszych stron, przypadł mi do gustu styl, jakim posługuje się autorka i być może właśnie to stanowiło kluczową sprawę jeśli chodzi o tempo przeczytania przeze mnie całej historii, bo zajęło mi to w ogólnym rozrachunku może raptem jeden dzień. Autorka stopniowo rozwija całą akcję, co nie oznacza, że jest tutaj nudno - co to, to absolutnie nie. Jednak pisze w taki sposób, że całość nie skupia się od razu na postaci dziewczynki, a wplecione zostały także inne wątki, dzięki czemu ta książka jeszcze bardziej wciąga czytelnika do swojego świata. Dodatkowo, uważam że autorka naprawdę nieźle buduje napięcie i mimo że w połowie książki wydawało mi się, iż domyśliłam się wszystkiego, tak koniec końców zostałam, jak to się mówi, wyprowadzona w pole, a cała moja teoria rozsypała się w drobny pył. Tak więc pozytywnie zaskoczyło mnie to, że ta historia naprawdę do ostatnich stron trzyma czytelnika w napięciu. 
     Sam pomysł na fabułę wydaje się być może lekko oklepany, lecz autorka tak ugryzła temat, że nie ma szans, by całość znudziła czytelnika. Jak zresztą wspomniałam - wywołuje ona uczucie niepokoju, które trwa do ostatnich stron, mimo że początkowo kilkakrotnie wywracałam oczami z powodu niedomyślności głównej bohaterki, sama myśląc, że już rozwikłałam zagadkę - jak się okazało później - błędnie. Dodatkowo to, co podobało mi się w tej książce to nie tylko skupienie się na akcji związanej z tajemniczym "ojcem" małej Evie, ale też wplecione zostały tutaj, moim zdaniem, elementy obyczajówki. Historia przedstawia też zwykłe, codzienne problemy rodziny, która w pewnym momencie chyba sama zagubiła się w tym co jest ważne, a co można odrzucić na dalszy plan. Ta książka pokazuje, że czasami pracoholizm burzy ściany bezpiecznego domu, a także uświadamia, że każdy człowiek często musi zmierzyć się z różnymi pokusami życia i tylko od nas samych zależy, czy pozwolimy na to, by te pokusy zniszczyły to, co do tej pory tak mocno się budowało.
     Bohaterowie zostali wykreowani całkiem dobrze. Chociaż główna postać - Zoe - początkowo troszkę mnie irytowała, to koniec końców jawiła się przede wszystkim jako troskliwa matka, która dla swoich dzieci zrobi wszystko. Mimo bycia artystką, większość swojego czasu poświęcała dzieciom, na dalszy plan odkładając swój talent. Jeśli chodzi o jej męża, to autorka przedstawiła tutaj idealny przykład osoby, która z czasem zaczyna mylić robienie czegoś dla rodziny z własnymi ambicjami i pięciem się coraz bardziej na szczyt kariery. Pozostali bohaterowie, w tym tajemniczy "ojciec" Evie, również zostały ciekawie stworzone, a autorka zbudowała intrygujące profile psychologiczne swoich postaci.
     Podsumowując, książka "Skradzione dziecko" to intrygujący thriller psychologiczny, który porusza dodatkowo istotne problemy związane z życiem rodzinnym, a jednocześnie do samego końca trzyma w napięciu. Osobiście polecam, bo to książka bez dwóch zdań do przeczytania w jeden, wolny wieczór w ramach relaksu.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Wydawnictwu W.A.B.  

poniedziałek, 22 kwietnia 2019



25 lat minęło jak jeden dzień… I właśnie dzisiaj, z tej okazji, chciałabym napisać tutaj kilka przemyśleń, jak też tak naprawdę złożyć sobie samej życzenia w dniu, w którym stuka mi tak zwane ćwierćwiecze. Często śmieję się, że co roku obchodzę swoją osiemnastkę, tylko już któryś raz z rzędu. Jednak liczba 25 to taka bardziej okrągła rocznica, to dzień, w którym mogę na chwilę spojrzeć wstecz, zastanowić się nad tym, jak wyglądało moje życie i jednocześnie pomyśleć, co jeszcze na mnie czeka i co mogę zrobić, by spełnić swoje te nawet najmniejsze i najbardziej błahe marzenia. Chciałabym więc w tym krótkim wpisie, zabrać Was, moi Drodzy Czytelnicy, trochę jakby do wehikułu czasu i własnych przemyśleń…

 1. Wspomnień czar

     Gdy patrzę wstecz, widzę siebie jako małą dziewczynkę, która uwielbiała bawić się lalkami, przebierać je, czesać, jaka kochała kolekcjonować torebeczki (i co zostało mi do dzisiaj), jaka to miała naprawdę udane dzieciństwo. Jedynymi troskami było to, by nauczyć się wierszyka do szkoły, rozwiązać zadanie z matematyki czy też zrozumieć czasownik „to be”, albo też posprzątać swój pokój czy już później, gdy urodził się mój młodszy brat – zająć się rodzeństwem. Potem przyszedł czas na kolejne etapy edukacji, okres gimnazjum, liceum, gdy tu zaczęły się już wybory, co dalej chciałabym robić w życiu. Tak też padło na… matematykę, który to wybór przez długi czas wydawał mi się nie do końca przemyślany, lecz teraz śmiało mogę stwierdzić, że mimo wszystko go nie żałuję.
     To 25 lat pełne było też różnych ludzi, znajomości, zauroczeń czy chwili, kiedy wydawało mi się, że odnalazłam prawdziwą miłość. Niektórzy ludzie przychodzili, inni odchodzili, zmieniali się znajomi, przyjaciele czy tak zwane – obiekty westchnień – ot, zwykłe życie, równie zwykłej dziewczyny. Za pewnymi relacjami czasami tęsknię, pewnej jednej wciąż nadal gdzieś głęboko w środku mi brakuje, bo jej koniec zburzył wszelkie fasady planów, jakie powoli się tworzyły, tak jakby dla drugiej strony nigdy nie miały znaczenia, gdy inne z kolei rozeszły się w taki sposób, że obecnie uważam, iż wyszło to na lepsze, gdy jeszcze inne dobrowolnie powoli od siebie odsuwałam, wyznając zasadę, że nie warto ciągnąć relacji, które nie są najzwyczajniej w świecie „zdrowe”.
     W swoim tak naprawdę dość krótkim życiu, spotkało mnie wiele cudownych chwil, których naprawdę mi nie brakowało takich jak np. okres studiów, który wspominam najmilej i nie mam tutaj na myśli nauki, a ludzi, jakich poznałam i jacy wciąż są moimi przyjaciółmi, na których wiem, że mogę liczyć – nieważne, że wielu z nas mieszka teraz w różnych częściach Polski – to wiem, że są, jeśli tego potrzebuję i wzajemnie – ja także zawsze dla nich będę.
     Jednak zdarzyły się także wielkie rozczarowania – a czasami nie potrzeba ich wielu, by człowiek na jakiś czas stracił wiarę w ludzi, w uczucia i w to, że kiedyś nadejdzie lepsze jutro. Są więc takie chwile, jak ta – cieszę się, że kończę dzisiaj tak okrągłą rocznicę swoich urodzin, mimo że w serduszku pozostaje lekki żal, że może nie do końca tak wyobrażałam sobie ten dzień… Lecz przeszłość trzeba w końcu zostawić za sobą i zacząć na nowo żyć, bo zapewne jeszcze wiele rozczarowań czeka na mojej drodze – jedne większe, inne mniejsze – ale trzeba stawić im czoła i po prostu w końcu zapomnieć, bo szkoda by było za kolejne 25 lat obudzić się z myślą, że czekając na jakiś „cud”, ominęło mnie tak wiele cudownych sytuacji i zapewne też cudownych ludzi.
    To, o czym jeszcze chcę wspomnieć, rozmyślając o minionych latach to blog – miejsce, które powstało, gdy raptem zdałam maturę, mając 19 lat. Jak zatem możecie łatwo wykalkulować – już niebawem, bo dokładne 29 maja, to miejsce kończyć będzie swoje szóste urodziny – na pewno z tej okazji przygotuję dla Was pewne niespodzianki takie jak m.in. konkursy. Blog był i wciąż jest miejscem, które sprawia, że ta codzienność nabiera barw. To miejsce, dzięki któremu jeszcze nie wpadłam w totalną rutynę życia, jaka wyżerałaby ze mnie całą energię i chociaż wiem, że zaniedbałam swój Chaos myśli, to ciągle staram się na nowo go tutaj „ożywić”.
    Znowu czytam i sprawia mi to niezwykłą frajdę, znowu recenzuję – nadal nawet nawiązując współprace recenzenckie, znowu piszę też swoje teksty, chociaż sporo z nich trafia póki co do tak zwanej szuflady. Pisanie to nieodłączna część mnie i wiem, że jednocześnie to dzięki niemu nawet gdy w ciągu tych swoich 25 lat spotkały mnie cholernie mocne rozczarowania, to właśnie pisanie pomagało mi przetrwać. To kartki papieru najbardziej rozumiały moje emocje, to im mogłam zwierzyć się z tego, czego nie mówiłam nawet najbliższym… Dlatego blog i cała ta moja pasja – to coś, co miało duży wpływ na mnie, na ukształtowanie we mnie takiego, a nie innego człowieka.
Stąd też to 25 lat minęło zdecydowanie za szybko, jak to się właśnie często mówi – niczym jeden dzień, a jednocześnie kryje w sobie tak wiele wspomnień, uczuć, pozytywnych chwil, ale też czasami tych smutnych momentów – bo takie po prostu jest samo życie. 

 2. Co sobie sama życzę?

    Wiecie, Moi Drodzy, bo najlepsze są życzenia dla siebie od samej siebie, a może nawet bardziej dokładniej mówiąc: to nadanie sobie celów, jakie chce się osiągnąć zanim przekroczy się kolejną, magiczną cyferkę, teraz już coraz usilniej zbliżając się do końcówki „-ści”… :D
Życzę więc sobie przede wszystkim zdrowia – to klasyczne życzenie, ale bardzo ważne, chociaż często o tym zapominamy. Jednak człowiek zdrowy to taki, który może nakładać na siebie kolejne wyzwania, może dążyć do innych wartości, może po prostu spełniać swoje marzenia. Życzę więc sobie, by to zdrowie mnie nie opuszczało, bo bez niego ani rusz z czymkolwiek innym.
    Życzę też sobie tego, bym potrafiła w końcu zamknąć pewne rozdziały – bo chociaż czasem wydaje mi się, że już to zrobiłam, to przez jakąś małą szczelinę w drzwiach wspomnień przedziera się to, co już dawno powinno być zakopane gdzieś głęboko w głowie. Jednak to właśnie moment, by nie marnować więcej chwil na rozmyślanie, a jedyne, co można zrobić to zaakceptować taki bieg rzeczy.
    Życzę też sobie spełnienia swoich marzeń i celów – tego, bym może w końcu odrzuciła na bok swój słomiany zapał i napisała książkę, o jakiej od zawsze marzę bądź chociażby zbiór opowiadań czy też tomik poezji – bo zarówno sporo prozy, jak i poezji przewija się ostatnio przez moje notatki. Chciałabym znaleźć w sobie tyle siły i motywacji, by te wszystkie pomysły po prostu zrealizować, bo kiedy, jeśli nie teraz?
    Życzę też sobie, bym realizowała się w pracy, bym znalazła ten swój jedyny „cel” – póki co jestem tak zwanym korposzczurkiem, praca jaką wykonuję podoba mi się, jest ciekawa, a ludzie, których tam poznałam, są naprawdę świetnymi osobami, ale wciąż szukam, wciąż myślę, czy to właśnie "to", czy może chciałabym spróbować czegoś nowego – wierzę, że kolejne miesiące przyniosą mi odpowiedzi... A w zasadzie, że sama spróbuję je odnaleźć.
    A na koniec… życzę sobie tego, bym czuła się najzwyczajniej w świecie szczęśliwa. Bym nadal miała wokół siebie kochającą mnie rodzinę, cudownych przyjaciół oraz… bym odnalazła w końcu tą prawdziwą „bratnią duszę”, a nie tak, jak mi się wydawało – jedynie iluzję miłości. Bo prawdziwa miłość doda szczyptę do tej już pełni szczęścia, której każdy, a więc i ja, z nas pragnie.

Dziękuję Wam, jeżeli dotrwaliście do końca tego wpisu i tym samym chciałabym jeszcze w dniu swoich urodzin podziękować Wam, Drodzy Czytelnicy – za to, że byliście ze mną przez te prawie 6 lat mojego pisania. Od tych początkowych postów, których aż sama wstydzę się czytać, poprzez wszystkie te recenzje, muzyczne wpisy, przemyślenia, własną twórczość, aż do teraz – do okresu, gdy tak Was zaniedbałam myśląc, że moje życie ma się kręcić wokół jednej osoby, co nie było tego warte… Dziękuję i mam nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas będę Was mogła tutaj „męczyć” swoim pisaniem, o! :)

Formularz kontaktowy

Nazwa

Adres e-mail *

Wiadomość *