Matematyczny umysł z artystyczną duszą. Matematyk z wykształcenia, aktualnie pracownik jednej z krakowskich korporacji, a z zamiłowania niespełniona pisarka i zakręcona książkoholiczka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą featured. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą featured. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 marca 2018

Autor: Ali Benjamin
Tytuł: Serce meduzy
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 308
Ocena: 5/6

                Wraz z przemijającym czasem, coraz rzadziej sięgam po książki, jakie wpisują się w kategorie tych bardziej młodzieżowych czy też skierowanych po prostu dla młodszych czytelników, bo wychodzę z założenia, że wyrosłam już z takich historii. Jednak gdy natknęłam się na tytuł „Serce meduzy” – książkę napisaną przez Ali Benjamin, to poczułam się mocno zaintrygowana. Przyznaję, że już jeden rzut oka na tę przepiękną okładkę sprawił, że miałam ochotę sięgnąć po tę historię, a przeczytanie krótkiego opisu tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że temu tytułowi warto przyjrzeć się bliżej. 
                Główna bohaterka, jednocześnie narratorka całej historii, to dwunastoletnia Zuzanna – dziewczynka, która wyróżnia się spośród swoich rówieśników: nie podąża jak jej koleżanki za modą czy też nie szuka nie wiadomo jak wielu przyjaciół. Zamiast tego interesuje ją wszystko, co związane jest z nauką: pochłania różne informacje w mgnieniu oka. Jednak jak jest w stanie zrozumieć wiele spraw, tak jednej z nich nie potrafi – dlaczego życie jej przyjaciółki mogło skończyć się tak szybko… Zuza próbuje więc za wszelką cenę znaleźć sensowne wyjaśnienie śmierci Franny, a jednocześnie na swój sposób przeżywa żałobę po stracie tak bliskiej osoby. Czy uda jej się dowieść, że ktoś lub coś było winne temu, że Franny umarła? Jak Zuza radzi sobie z tą sytuacją? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę „Serce meduzy”.
                Zacznę od stylu, którym posługuje się autorka. Jest on niezwykle lekki w odbiorze, przez co przechodzenie przez kolejne strony nie stanowi większego problemu. Jednocześnie, pomimo że cała książka w moim odczuciu skierowana jest bardziej do dzieci/młodzieży, to ten język nie jest zbyt banalny i nie przyprawia o frustrację. Wręcz przeciwnie – to lekka opowieść, ale mająca w sobie wiele takich fragmentów, które o dziwo chwytają za serce – może nie meduzie, ale to nasze, ludzkie. Dlatego też tę lekturę mogę spokojnie polecić każdemu, bez względu na wiek - trafi ona zarówno do młodszych czytelników, bo przejście przez nią nie sprawia problemu, ale także do tych nieco starszych – bo być może w jakiś sposób rozczuli i przypomni młodzieńcze czasy.
                Cała historia w dużej mierze kręci się wokół fascynacji głównej bohaterki na temat meduz oraz na próbie odpowiedzenia sobie na pytanie, przez co tak naprawdę umarła Franny. Wydawać by się mogło, że to właśnie stanowi główny wątek całej książki, a jednak tak naprawdę w moim odczuciu najważniejszy aspektem jest pokazanie, jak wygląda przeżywanie żałoby po kimś bliskim. Zuza przyjaźniła się z Franny od najmłodszych lat, a jednak wraz z wkraczaniem w etap dorastania coś w ich relacji zaczęło się zmieniać. Stąd też czytelnik ma szansę poznać wcześniejsze losy dziewczynek, dzięki czemu łatwiej może zrozumieć, w jaki sposób Zuza przeżywa swoją własną żałobę.
                Muszę przyznać, że ta historia jest w jakiś sposób pouczająca. Pokazuje, że czasami nawet najlepsze przyjaciółki przeżywają chwile, gdzie ta przyjaźń wystawiana jest na próbę. Ta opowieść, jak już wspomniałam, uświadamia także, że każdy inaczej przeżywa żałobę. Nie ma jednak jednego, ustalonego schematu: ktoś będzie wylewał morze łez, gdy ktoś inny w ciszy i spokoju będzie próbował zrozumieć, że już nigdy więcej nie zobaczy twarzy bliskiej mu osoby. Dlatego też cała książka jest pełna emocji: smutku, złości, ale też małej iskierki radości i nadziei na lepsze jutro.
                Bohaterowie również zostali wykreowani bardzo ciekawie. Widać, że autorka włożyła trochę pracy w to, by stworzyć postacie nastolatków i ukazać te młodzieńcze problemy. Zuza to dziewczynka specyficzna, która może czasami wydawała się być dla innych dziwna, lecz nic sobie z tego nie robiła. Miała swoje zdanie i nie szukała nadmiernej uwagi u swoich rówieśników. Z kolei Franny czytelnik poznaje jedynie z opowieści głównej bohaterki, a dokładniej – ze swego rodzaju „kartek pamiętnika” Zuzy. Stąd też o drugiej dziewczynce można powiedzieć jedynie tyle, że wraz z wkraczaniem w bycie już nastolatką, a nie dziewczynką, powoli zaczęła się zmieniać, a wraz z tym zmieniały się jej relacje z Zuzą. Ciekawą postacią był natomiast Justin, kolega głównej bohaterki – wkładał on do książki nieco humoru i radości. Ostatnią już bohaterką, mającą też duży wpływ na samą Zuzę i jej postrzeganie świata, była nauczycielka fizyki. Stąd też uważam, że autorka dobrze wykreowała swoje postaci.
                Podsumowując, „Serce meduzy” to książka, która pozornie skierowana jest głównie do młodszych czytelników, a mimo to śmiało może po nią sięgnąć każdy, bez względu na wiek. To mądra opowieść o tym, jak przeżyć stratę bliskiej osoby, a także to historia pokazująca, że etap dorastania wcale nie jest tak łatwy, jak mogłoby się wydawać. Zdecydowanie nie żałuję, że po nią sięgnęłam i każdemu ją polecam.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

sobota, 3 lutego 2018

Muzyczny wpis

    Gdy jeszcze dawniej na tym moim Chaosie myśli nie zapanował iście książkowy klimat, lubiłam od czasu do czasu wrzucić dla Was tak zwane muzyczne wpisy. Najczęściej znajdowały się w nich utwory, które w jakiś sposób mnie urzekły - czy to samym brzmieniem, tekstem czy też jednym i drugim. Postanowiłam, że swój powolny powrót na blog zacznę właśnie od takiego muzycznego wpisu, w którym przedstawię Wam trzy tytuły, jakie bardzo przypadły mi do gustu i które są idealne dla mnie w momencie, kiedy dopadają mnie niewyjaśnione chwile melancholii. 

1. Mikromusic - "Na krzywy ryj"

"nie prosiłam a mam
wszystko mam
nie oczekując niczego, dostałam..."

     To, że uwielbiam Mikromusic, nie jest niczym nowym, bo dawno temu publikowałam na blogu wpis, gdzie muzyczny post poświęciłam tylko temu zespołowi. Dlatego też słucham ich raz częściej, raz rzadziej, ale zawsze są chwile, kiedy wracam do tych przepięknych utworów. Jednym z tych, jakie szczególnie mnie urzekły jest właśnie "Na krzywy ryj" - kawałek, jaki jest tak delikatny, a jednocześnie pełen emocji, że odczuwa się je samym sobą.
     Ten utwór trafił do mnie z kilku powodów. Pierwszym z nich jest sama muzyka - po prostu przepiękna, lekka aż można się w niej całkowicie rozpłynąć. Do tego dochodzi wspaniały tekst, niby taki banalny, a da się w nim dostrzec tak wiele małych przesłań. Od tego tekstu bije mnóstwo uczuć, jakie sama w sobie noszę, a niektóre wersy pasują do mnie wręcz idealnie. Ostatnim z kolei aspektem, jaki wpłynął na tak pozytywny odbiór tego utworu jest jego teledysk. Naprawdę rzadko słucham muzyki oglądając do nich klipy, ale ten jest wyjątkowy - przedstawia przepiękne góry, że nie sposób oderwać się od ekranu przez te niewiele ponad cztery minuty.
     Dlatego też z całego serca polecam Wam przesłuchanie poniżej wrzuconego linku, bo warto. Jeżeli tyko jesteście melancholikami, to ten utwór na pewno do Was trafi.



2. The Dumplings - "Ach nie mnie jednej"


"Taką mam w duszy kruchą łezkę
Jak kropla, która rzeźbi różę..."

     Kiedyś przypadkiem trafiłam na ten utwór i zakochałam się w tej wersji całkowicie. Urzekło mnie w niej to, że jest niezwykle emocjonalna, a wokalistka The Dumplings zrobiła doskonałą robotę jeżeli chodzi o interpretację tekstu, który jest czystą poezją, bo został napisany przez znaną zapewne wielu z Was, nieżyjącą już Agnieszkę Osiecką.
     Stąd też jeżeli chodzi o same słowa tego utworu - są piękne, ale jak już wspomniałam, szczególnie urzekło mnie to, w jaki sposób przekazują go The Dumplings. Ich aranżacja wywołuje ciarki na całym ciele i bije od tego tak wiele emocji, że jest to tak mocno autentyczne, iż samemu odczuwa się to wszystko, co zawiera w sobie tekst: jakąś niewyobrażalną tęsknotę, ból i nieumiejętność mówienia już o uczuciu jakim jest miłość. Najbardziej chyba urzekło mnie, że "włożone" zostały do tego skrzypce, które tylko potęgują uczucie jakiejś dramaturgii płynącej ze słów napisanych przez poetkę. Jak dla mnie to po prostu mistrzostwo.
     Dlatego też nie zwlekajcie i czym prędzej słuchajcie poniższego utworu - być może i Was wywoła ogrom emocji i sprawi, że wpadniecie w chwilę zadumy.



3. Sarsa - "Motyle i ćmy"


"Nocą
Kiedy resztki światła migoczą, cichną miasta
Szukaj mnie..."

    Muszę przyznać, że rzadko podobają mi się te tzw. radiowe kawałki, które nieustannie się słyszy aż wręcz do znudzenia. Tak samo nie bardzo przepadałam za Sarsą, bo chociaż kibicowałam jej specyficznemu śpiewaniu w programie The Voice of Poland, tak większość jej kawałków po prostu do mnie nie trafiła, bo były dla mnie tanim, popowym brzmieniem.
    Nie inaczej jest może w przypadku utworu "Motyle i ćmy" - ewidentnie można sklasyfikować go do lekkiego gatunku, a jednak coś w tym kawałku sprawia, że gdy przesłuchałam go parę razy, to potem nie mogłam się już od niego oderwać. Tym, co przede wszystkim mnie w nim urzekło jest tekst - tym razem Sarsa trafiła do mnie tym niby prostym, a bardzo melancholijnym tekstem, jaki opowiada o wielu uczuciach: tęsknocie, jakiejś takiej pustce, która zostaje, gdy kogoś już nie ma i zostały nam jedynie wspomnienia. Do tego bardzo klimatyczna, spokojna linia melodyczna i można się w tym utworze rozpłynąć, a potem słuchać, słuchać i słuchać...
    Być może mieliście okazję go już usłyszeć, chociażby dlatego, że często leci w kanałach radiowych, ale mimo to wrzucam link dla tych, jacy nie mieli okazji posłuchać tego kawałka.



       Stąd też w dzisiejszym, muzycznym wpisie przedstawiłam Wam utwory z pięknymi, damskimi wokalami, świetnymi tekstami oraz aranżacjami muzycznymi. Wiem także, że tego typu wpisy będą pojawiać się o wiele częściej i mam nadzieję, że być może kiedyś dzięki nim traficie na ten utwór, jaki i Was totalnie urzeknie.

Utwory znalezione na: YouTube.

czwartek, 1 lutego 2018

Chaos myśli
     Bardzo długo zabierałam się do tego, by wreszcie opublikować tutaj wpis, w którym wyjaśniam, dlaczego mój Chaos myśli milczał tak długo - zarówno tutaj, na blogu, jak także niewiele lepiej wyglądała sytuacja na fanpage'u, choć w tamtym miejscu kilkakrotnie wyjaśniałam moją nieobecność. Jednak dzisiaj publikuję dla Was wpis pełen szczerości i taki, w którym nie tylko mówię, dlaczego tak po prostu zniknęłam na jakiś czas z internetu, ale też wyjaśniam, co dalej będzie z Chaos myśli. Tak więc zacznijmy od początku...
      Nie piszę ani tutaj ani na fanpage'u. Zniknęły recenzje książek, które to od pewnego czasu były jedyną tematyką poruszaną na blogu, nie ma moich krótkich tekstów, jakie co rusz wrzucałam na fanpage - po prostu nie piszę niczego. Nie pisałam, bo nie miałam kiedy, ale też chyba dlatego, że po prostu straciłam chęci i uznałam, że nie potrafię tego robić tak, jak dawniej... A przynajmniej tak myślałam do pewnego momentu. Otóż do chwili, w której uświadomiłam sobie, że pisanie zawsze będzie jakąś tam częścią mnie. Kiedy ostatnio dostałam od mamy przepiękny notes (tak, to ten w pióra ze zdjęcia), bo jak to sama powiedziała, kiedy go zobaczyła, to od razu wiedziała, że to coś dla mnie na to moje pisanie, to wiecie, pomyślałam sobie wtedy, że w sumie to brakuje mi tego wszystkiego. Bardzo mocno brakuje mi mojego miejsca w internecie, w którym mogłabym umieścić opinię czy to o książce, filmie, serialu czy też wrzucić własne przemyślenia dotyczące przeróżnych spraw. Gdy tak o tym wszystkim myślałam i myślałam to wreszcie coś sobie uświadomiłam. 
      Jako, że jestem osobą szczerą i wyznaję zasadę, że powinno się głośno mówić o tym, co się myśli i czuje, to odsłonię w tym momencie przed Wami bardzo wiele rzeczy, jakie dopiero niedawno do mnie dotarły. Parę linijek wyżej napisałam, że coś sobie uświadomiłam i wiecie co to takiego? A no to, że najgorsze w tym braku pisania był fakt, że sama, dobrowolnie, powoli zaczęłam z tego rezygnować. Zasłaniałam się pracą i studiami, spędzaniem czasu z bliskimi w wolnych chwilach, jakich mam niewiele, tym, że nie mogę pogodzić wszystkiego, a tak naprawdę, nawet jak były momenty, że mogłabym coś napisać to najzwyczajniej w świecie mi się NIE CHCIAŁO. Tak samo mocno nie chciało mi się pisać, jak i czytać. 
      Kiedy otwierałam nową książkę, na samą myśl o czytaniu dostawałam ataku lenistwa. Na widok napływających egzemplarzy recenzenckich robiło mi się niedobrze. Gdy próbowałam sklecić jakiś wpis, uznawałam wówczas, że żadne słowa nie układają się w spójną całość i po prostu wyłączałam ten wirtualny arkusz. Poczułam, że w pewnym momencie to wszystko mi się PRZEJADŁO. Za dużo egzemplarzy recenzenckich, ciągła walka pomiędzy napisaniem recenzji na czas, a czymś innym sprawiło, że poczułam niechęć nie tylko do czytania, ale i pisania. Bo kiedy nie pisałam opinii o jakiejś lekturze, to i miałam wrażenie, że mój blog stał się już tak bardzo książkowy, że próba wrzucenia czegokolwiek innego nie ma najmniejszego sensu. Poddawałam się już na starcie. 
      Faktycznie, łączę ostatni rok studiów z pracą, co na początku nowego semestru naprawdę pochłaniało mnóstwo mojego czasu. Może inaczej by to wyglądało, gdybym oprócz chodzenia na uczelnię i do pracy, nie musiała się uczyć, wtedy być może lepiej gospodarowałabym swoim czasem. Ale jest jak jest, a ja po prostu nie potrafiłam znaleźć w tym wszystkim chwil dla bloga, a nawet jeśli je znajdywałam, to po prostu odechciało mi się pisania. To są główne powody, dlaczego Chaos myśli milczał - częściowo przez natłok obowiązków, a częściowo przez moje własne lenistwo i to, że przejadło mi się czytanie i pisanie. Może brzmi to niefajnie, ale wiecie co? Potrafię się do tego przyznać, a uważam, że umiejętność mówienia o swoich błędach jest o wiele bardziej ceniona niż mydlenie innym oczu półprawdami. 
       Jednak co dalej z Chaosem myśli? Nie, nie rozstaję się z nim. Niedawno w głowie zaczęły kiełkować mi super pomysły na artykuły z serii przemyśleń, a piętrzący się stosik WŁASNYCH książek, czekających od dawna, o dziwo zaczął mnie przyciągać. Właśnie dlatego zrozumiałam, że czegoś, co się kocha, nie da się ot tak porzucić. Kiedy dodatkowo spojrzałam na rok, od kiedy prowadzę swój blog, pomyślałam sobie, że nie chcę zaprzepaścić tak długiego czasu, a przynajmniej jeszcze nie. No i przede wszystkim zdałam sobie sprawę z faktu, że mam Was, Czytelników - nieważne czy jest Was tysiąc, dwustu czy raptem paru - ważne, że JESTEŚCIE. 
       Pojawiały się w mojej głowie jednak myśli, czy pozostać tutaj, na moim Chaosie, czy może spróbować sił na czymś nowym - wiecie, pusta kartka i zacząć wszystko od początku. Po przemyśleniu stwierdziłam, że to jest moje miejsce i to właśnie tutaj nadal będę pisać, a jednocześnie powrót na Chaos myśli może być jakimś tam nowym początku. Dlatego na pewno chcę wprowadzić kilka zmian, czyli:
  • muszę pomyśleć nad wizualną kwestią bloga: zmianą szablonu, uporządkowaniem wpisów, stworzeniem miejsca, które na sto procent odzwierciedli mnie
  • nie chcę pisać już tylko recenzji książek (a na pewno bardzo, bardzo ograniczę współprace recenzenckie, czas na lektury z własnej półki!), a chcę recenzować także filmy czy też seriale, których od pewnego czasu oglądam sporo
  • chcę, by pojawiało się tutaj o wiele więcej przemyśleń niż do tej pory 
  • i... wiecie co? Chcę, by jakikolwiek jeszcze pomysł wpadnie mi do głowy, nieważne czego będzie dotyczyć, mógł się tutaj realizować, no bo przecież to Chaos myśli: mój własny miszmasz wszystkiego, o! 
      Mam jedynie nadzieję, że z pomocą innych i ich wiarą w moje możliwości, uda mi się to wszystko zrobić: że jakoś ogarnę wizualną kwestię bloga, a pisanie... ono już przyjdzie samo!  Tak więc, Kochani - do rychłego "napisania"! :)     

piątek, 20 października 2017

     Moi Drodzy, z racji, że w poprzednim tygodniu liczba polubień mojego fanpage'a Chaos myśli na facebooku przekroczyła 400, obiecałam wówczas, że z tej okazji zorganizuję dla Was jakiś konkurs. Tym samym dzisiaj serdecznie zapraszam Was do wzięcia udziału w konkursie, jaki odrobinę różni się od tych, które na ogół dla Was organizuję, gdyż... Nie będziecie wiedzieć, o jaką książkę walczycie aż do chwili, gdy ktoś z Was ją otrzyma i odpakuje magiczną paczkę (w której oprócz książki - niespodzianki, czeka na Was jeszcze mały dodatek). 
    Konkurs tradycyjnie polega na odpowiedzeniu na poniższe pytanie konkursowe, podając swoje imię w przypadku, gdy pisać będziecie jako "Anonimowy" uczestnik. Nie wymagam od Was podawania żadnych adresów mailowych (jeżeli to robicie, to na własną odpowiedzialność!). 
    Zanim jednak przejdę do właściwej części konkursu, postanowiłam troszkę Wam pomóc, czyli wskażę kilka podpowiedzi, byście mogli mniej więcej zorientować się, o jaką książkę walczycie. Ale UWAGA - konkurs, jak już wspomniałam, polega na kreatywnym odpowiedzeniu na pytanie, a nie na odgadnięciu tytułu, więc nawet jeżeli będziecie wiedzieć, jaka książka jest w środku, proszę NIE UMIESZCZAJCIE tego w komentarzu - wszelkie tego typu zgłoszenia niestety zostaną usunięte. No, skoro już przedstawiłam większość formalności, czas na podpowiedzi, a więc: 
  • Autorem tej książki jest jeden z moich ulubionych pisarzy 
  • Książka nie była recenzowana do tej pory na moim blogu, ale zapewne kiedyś to nastąpi
  • Jest to pierwszy tom pewnej trylogii 

KONKURS

REGULAMIN KONKURSU
  • Organizatorem konkursu jest autorka bloga Chaos Myśli.
  • Sponsorem nagrody jest autorka bloga Chaos myśli.
  • Nagrodą w konkursie jest egzemplarz książki - niespodzianki + małego dodatku.
  • Konkurs trwa od  20 października 2017 roku do 27 października 2017 roku do godziny 23:59.
  • Aby wziąć udział w konkursie, należy udzielić odpowiedzi na poniższe pytanie konkursowe oraz podać swoje imię w przypadku pisania z anonimowego konta.
  • Zwycięzca będzie jeden i zostanie wyłoniony spośród osób, której wypowiedź będzie najbardziej kreatywna.
  • Wyniki konkursu pojawią się na blogu w ciągu 3 dni od jego zakończenia, a osoba, która otrzyma nagrodę, proszona jest o przesłanie adresu do wysyłki na blogowy adres mailowy: xstill.changeablex@gmail.com 
  • Jeżeli w ciągu 5 dni od ogłoszenia wyników, osoba nie zgłosi się po wygraną, wybrana zostanie kolejna odpowiedź. 
  • W konkursie może wziąć udział każdy odwiedzający bloga (nie jest koniecznie posiadanie własnego bloga), wystarczy, że poda swoje imię (w przypadku pisania z anonimowego konta) oraz udzieli odpowiedzi na pytanie konkursowe. 
  • Konkurs organizowany jest jedynie dla osób zamieszkałych na terenie Polski. 
  • Organizator zastrzega sobie możliwość wprowadzania zmian w regulaminie w trakcie trwania konkursu.
  • Będzie mi miło, jeżeli zamieścicie baner konkursowy na swoim blogu i/lub fanpage'u (o ile go posiadacie), jak także polubicie fanpage Chaosu myśli na facebooku, jednak nie jest to warunek konieczny. 

PYTANIE KONKURSOWE

Niespodzianki - jedni je uwielbiają, gdy z kolei inni nie należą do ich fanów. A jak jest z Tobą?
Napisz, czy lubisz niespodzianki i uzasadnij swoje zdanie - dlaczego jesteś na tak, bądź też dlaczego uważasz, że niespodzianki wcale nie są fajne. Niech poniesie Cię kreatywność!

    Życzę Wam więc Kochani powodzenia i czekam z niecierpliwością na Wasze zgłoszenia! Mam nadzieję, że zaskoczycie mnie (jak zawsze) wspaniałymi odpowiedziami. Pamiętajcie, że macie na wzięcie udziału w konkursie macie równo tydzień. Stąd też do dzieła i trzymam kciuki za przyjście do Was weny twórczej! :) 

sobota, 23 września 2017

"To jest właśnie życie, prawda? Przychodzimy na świat i umieramy, a pomiędzy dostaje nam się krótka chwila, którą trzeba najlepiej wykorzystać, bo nic więcej nie będzie... " 

Autor: Amanda Prowse
Tytuł: Szczypta miłości
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 384
Ocena: 6/6

      Ostatnim czasem do moich rąk wpadały różne książki - czy to literatura faktu, czy też biografia Haruki Murakamiego, czy jakaś młodzieżówka... Aż nagle zapragnęłam sięgnąć po coś, co lubię najbardziej, czyli powieść obyczajową okraszoną historią miłosną i to nie taką, jak to czasami bywa w lekkich romansach, gdzie to uczucie jawi się jako zbyt banalne, a taką, która zapadnie w pamięci i pokaże, jak wygląda prawdziwa, dojrzała miłość. Dokładnie taką, a nie inną opowieść zaserwowała mi autorka książki "Szczypta miłości" - Amanda Prowse. Jestem absolutnie urzeczona tą książką i to właśnie ona sprawiła, że rosnąca we mnie od jakiegoś czasu nieuzasadniona niechęć do czytania, na jakiś moment po prostu zniknęła.
     Główna bohaterka tej książki - Pru Plum - to właścicielka słynnej piekarni Mayfair w Londynie. Wraz ze swoją kuzynką Milly od lat prowadzi biznes, jaki znany jest przez każdego mieszkańca tamtejszego miejsca, przyciągając klientów wspaniałymi wypiekami - chlebem, bułeczkami, ciasteczkami, tortami i wieloma innymi, kuszącymi pysznościami. Wszyscy postrzegają ją jako kobietę sukcesu i niemal nikt nie wie, że ta dama ma sześćdziesiąt sześć lat. Jednak sama Pru kryje w sobie mnóstwo sekretów, szczególnie tych, jakie dotyczą jej przeszłości. Kiedy więc przypadkiem poznaje Christophera, do którego serce zaczyna jej mocniej bić, postanawia, że zrobi wszystko, byle go nie stracić. Jak zatem potoczą się jej losy? Czy jej dawne życie wyjdzie na jaw? Jakich czynów się dopuściła? Czy jej relacja z Chrisem będzie miała szansę istnieć? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Szczypta miłości".  
     Tak, jak już wspomniałam, jestem całkowicie urzeczona historią zawartą na kartach tej książki. Kiedy po nią sięgałam, nie spodziewałam się, że tak bardzo mnie do siebie przyciągnie i sprawi, że nie będę mogła się od niej oderwać. Po pierwsze, już sam styl, jakim posługuje się autorka, jest niezwykle lekki w odbiorze, a jednocześnie dobiera ona słowa wprost idealnie - nie są to banalne zdania czy równie zbyt proste dialogi, a niejednokrotnie to fragmenty, które skłaniają do przemyśleń. Co więcej, autorka wspaniale tworzy wszelkie opisy - osób, miejsc czy też tych doskonałych wypieków, przez co podczas czytania czułam się tak, jakbym sama znajdowała się w tym niezwykłym miejscu pachnącym świeżo wypiekanym chlebem czy też aromatycznymi ciastami. Stąd też z przyjemnością śledziłam losy bohaterów i chociaż całość czytało mi się szybko, to wręcz nie chciałam rozstawać się z tą książką. 
     Przede wszystkim jednak spodobał mi się sam pomysł na historię, który pokazuje, że na prawdziwą miłość nigdy nie jest za późno. Bez względu na to, jak toczyło się nasze życie, nigdy nie wiadomo co nas spotka, a kiedy już to się wydarzy, może okazać się, że warto robić wszystko, by dana relacja się nie rozsypała. Autorka ukazuje, że czasami ludzie, których życie niejednokrotnie doświadczało, gdy nagle spotykają miłość, traktują ją już dojrzalej i bardziej delikatnie wiedząc, że tak naprawdę to od nich samych zależy czy resztę życia spędzą w samotności czy pozwolą sobie na to, by ponownie poczuć się młodym i zakochanym. Stąd też uczucie, jakie stopniowo odkrywali w sobie bohaterowie, było wręcz rozczulające i pokazywało, że na prawdziwą miłość nigdy nie jest za późno, a wiek to jedynie bariera, jaką sami tworzymy sobie w głowie. 
     Co więcej, ta książka dotyka też kilku innych, ciekawych problemów. Przede wszystkim pokazuje, że życie często daje w kość i nie zawsze to, co widzimy, jest takim, jakim wydaje się być. Ukazuje, że ludzie, których kochamy, też są w stanie kłamać i nas oszukiwać, chociaż czasami ciężko jest nam pojąć dlaczego tak się dzieje. Ta książka uświadamia także, że w dobie gorszych chwil, ludzie dokonują czasami wyborów, jakich żałują i jakie często chcieliby zmienić, chociaż wiedzą, że to niemożliwe. To także historia o sile miłości i o tym, że musi ona niejednokrotnie stawiać czoła ciężkim sytuacjom i dopiero wtedy okazuje się, czy była na tyle silna, by je przezwyciężyć. 
     Dlatego też ta książka sprawiła, że niezwykle miło spędziłam przy niej czas i chociaż od dłuższego okresu momentami czytanie napawa mnie nieuzasadnioną niechęcią, tak tym razem powróciła mi wiara w to, że jednak wciąż czytam, bo po prostu lubię to robić i jest to moją pasją. Ta książka na chwilę oderwała mnie od szarej rzeczywistości i przeniosła do całkowicie innego świata zakłócając to poczucie "czytelniczej niechęci". 
      Bohaterowie natomiast zostali wykreowani niezwykle ciekawie. Każda kreacja została stworzona z rozmysłem i widać, że autorka naprawdę postarała się przy tworzeniu każdej postaci. W zasadzie do żadnej nie byłam w stanie nie pałać sympatią, bo polubiłam zarówno Pru, jak także jej kuzynkę Milly i niejednokrotnie wybuchałam śmiechem czytając niektóre ich rozmowy. Również Chris zdobył moją sympatię, podobnie jak mnóstwo innych bohaterów, którzy pojawili się w tej książce. Stąd też uważam, że również co do postaci, wprost nie ma się do czego przyczepić. 
     Podsumowując, książka "Szczypta miłości" to niezwykle przyjemna historia, która ukazuje, że na miłość i prawo do własnego szczęścia nigdy nie jest za późno. Osobiście jestem nią zauroczona i polecam każdemu, kto lubi powieści obyczajowe, która obracają się też wokół miłości. 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Wydawnictwu Kobiecemu 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Autor: Anna Bichalska
Tytuł: Wzgórze niezapominajek
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 288
Ocena: 5.5/6

    Powieści obyczajowe mają to do siebie, że siłą rzeczy coś mnie do nich przyciąga. Być może sięgam po nie tak chętnie, bo na ogół nawet jeżeli są fikcją literacką, to dotykają spraw całkowicie przyziemnych - takich, jakie mogą spotkać każdego człowieka. Dlatego też z wielką ciekawością postanowiłam sięgnąć po "Wzgórze niezapominajek" Anny Bichalskiej. Będąc już po lekturze muszę stwierdzić, że ta historia bardzo przypadła mi do gustu, lecz przede wszystkim - dzięki tej książce poczułam się tak, jakbym przeniosła się dokładnie do miejsca, w którym odbywa się cała akcja - miejscowości pełnej spokoju i dającej ukojenie dla duszy. 
     Główna bohaterka książki, tudzież narratorka wydarzeń - Lena - jest kobietą, jaka wiodła poukładane życie. Być może nie do końca satysfakcjonujące, ale przynoszące jej spokój ducha. Kiedy jednak zamiast planowanego ślubu, następuje rozstanie, kobieta postanawia udać się na jakiś czas do rodzinnej miejscowości położonej nad jeziorem, by właśnie tam, z pomocą babci, móc uleczyć złamane serce. Nie spodziewa się jednak, że odkrycie jednego listu zmieni całkowicie jej życie. W szkatułce w niezapominajki czeka na nią list pełen wskazówek, pochodzący od Julii - najlepszej przyjaciółki kobiety z lat dzieciństwa, która to zmarła rok wcześniej. Ta zagadka dotyczy nie tylko Leny, ale też paru bliskich jej osób. Główna bohaterka postanawia poznać tajemnice z przeszłości. Jak zatem potoczą się jej losy? Odpowiedzi na jakie pytania odnajdzie w kolejnych listach pozostawionych przez Julię? Co jeszcze wydarzy się w Błękitnych Brzegach? Jeżeli jesteście tego ciekawi, sięgnijcie po "Wzgórze niezapominajek". 
      Wielu czytelników ma dziwnym trafem jakąś nieuzasadnioną niechęć, by sięgać po książki polskich autorów, a przecież to co nasze, rodzime powinno przyciągać jeszcze bardziej. Dlatego sama, jeżeli tylko mam taką możliwość i wystarczającą ilość czasu wolnego, daję szansę polskim nazwiskom, jakich do tej pory nie miałam szansy poznać. Od razu przyznaję więc, że styl, jakim posługuje się Anna Bichalska niezwykle przypadł mi do gustu. Jest on lekki w odbiorze, przez co całość czyta się w mgnieniu oka i wręcz ciężko jest się oderwać od tej historii, a jednocześnie ma ona coś takiego w swoim stylu, co dotyka czytelnika do głębi. Przede wszystkim buduje często zdania, jakie trafiają gdzieś na dno ludzkiego serca wywołując emocje. No właśnie - bo chyba to główna zaleta stylu autorki - potrafi ona malować różnego rodzaju uczucia, wplatając je w każdy rozdział. Czytelnik czuje więc zarówno radość, złość, gniew, rozgoryczenie, smutek - wszystkie emocje mieszają się ze sobą wywołując zarówno wybuchy śmiechu, ale też łzy wzruszenia. Dlatego też z przyjemnością czytałam tę historię i nie mogłam oderwać się od przekładania kolejnych i kolejnych jej stron, jednocześnie chcąc, by ta książkowa wędrówka trwała jak najdłużej. 
     Przede wszystkim jest to historia, która dla wielu osób w pewnym sensie może wydawać się nieco przekoloryzowana i faktycznie - sama mogłabym stwierdzić, że co jak co, ale w niektóre wydarzenia może ciężko byłoby uwierzyć, że aż tak plączą się ze sobą tworząc jedność. Mimo to akurat mnie to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie - uważam, że autorka stworzyła przepiękną opowieść przede wszystkim o tym, że życie często płata nam figla i nie zawsze to, co nas spotykało do tej pory jest jedyne i prawdziwe. To także historia, jaka pokazuje siłę miłości w każdym jej wymiarze - zarówno jeżeli chodzi o miłość rodzicielską, taką między rodzeństwem czy też tą, która tworzy się między dwojgiem osób. Jednak oprócz miłości, ta książka ukazuje także czym jest prawdziwa przyjaźń oraz uświadamia coś niezwykle ważnego - nigdy nie można się poddawać i zawsze powinno się dążyć do spełnienia swoich marzeń oraz planów.
     To, co również przypadło mi do gustu, to fakt, że historia toczy się jakby w dwóch płaszczyznach czasowych - jedna to teraźniejszość opowiadana z perspektywy Leny, druga to przeszłość, gdzie występuje narrator trzecioosobowy i ta część dotyczy przede wszystkim Julii. Dzięki temu czytelnik stopniowo odkrywa coraz więcej i więcej, a ta zawiła układanka zaczyna się zlepiać w jedną, spójną całość.
    Jedyne zastrzeżenie, jakie mam to raptem kilka błędów logicznych - a może to ja źle coś skojarzyłam, ale miałam wrażenie, że czy to jakieś imię w danym miejscu mi się nie zgadzało czy też niektóre sytuacje były troszeczkę niejasne. Drugie natomiast zastrzeżenie skierowane jest natomiast nie ku historii i autorce, a korekcie - jak rzadko się to zdarza, gdy czytam książki tego wydawnictwa, tak tym razem trafiłam na parę literówek. Jednak nie wpływa to na fakt, że cała historia niezwykle przypadła mi do gustu.
     Bohaterowie zostali wykreowani ciekawie. Bardzo polubiłam główną postać, czyli Lenę. Była kobietą, którą los kilkakrotnie doświadczył, a jednak starała się wychodzić z twarzą z każdej sytuacji. Bardzo przypadła mi do gustu także postać Marcina oraz jego kochana córeczka Ada - tej dziewczynki nie dało się nie polubić! Równie ważną bohaterką tej książki jest babcia Florentyna - ilekroć czytałam wydarzenia z nią w roli głównej czułam jakąś taką beztroskę dzieciństwa. Jeszcze sporo postaci się tutaj przewija, w tym oczywiście też Julia i każdy z bohaterów wnosi coś do tej historii.
    Podsumowując, polecam Wam sięgniecie po "Wzgórze niezapominajek", bo jest to ciekawa, pełna emocji opowieść, która będzie idealna na taki właśnie letni czas. Osobiście spędziłam przy niej miłe chwile i cieszę się, że po nią sięgnęłam.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

środa, 2 sierpnia 2017

Autor: Julie Israel
Tytuł: Indeks szczęścia Juniper Lemon
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 372
Ocena: 5.5/6

    Ostatnim czasem rzadko sięgam po młodzieżówki. Być może stwierdziłam, że przejadła mi się nieco taka literatura, a może po prostu już z niej wyrosłam. Jednak od czasu do czasu pozwalam sobie na sięgnięcie po jakąś lekką historię, gdzie prym wiodą nastolatkowie. Dlatego też postanowiłam zapoznać się z historią "Indeks szczęścia Juniper Lemon", którą to napisała Julie Israel. Nie stawiałam tej książce żadnych poprzeczek, co by się w razie czego nie rozczarować. Potraktowałam ją jako taką wakacyjną (bo takie skojarzenie wywołuje okładka) opowieść. Wiecie jednak, co się okazało? Urzekła mnie ta pozornie banalna historia, bo mimo swojej lekkości dotyczy tak naprawdę trudnej sprawy - śmierci ukochanej osoby i koniec końców całość skłania do refleksji.
   Główna bohaterka, tudzież narratorka całej tej historii - Juniper - to dziewczyna, której świat wywrócił się do góry nogami w momencie, kiedy to jej ukochana, starsza siostra Camie, zginęła w wypadku samochodowym. Od tamtej chwili minęło sześćdziesiąt pięć dni, podczas których Juniper jakoś próbowała pogodzić się z myślą, że jej siostra odeszła na zawsze. Kiedy jednak znajduje ona przypadkiem list zaadresowany do tajemniczego "Ty", będący autorstwa Camie - dziewczyna jest w szoku. Nie miała pojęcia o sekretnym związku siostry i ma wrażenie, że tak naprawdę nigdy dobrze jej nie znała. Postanawia odszukać w jakiś sposób tajemniczego chłopaka, by móc dostarczyć mu znaleziony list... i pewnie wszystko byłoby pięknie, gdyby tego samego dnia nie zgubiła przypadkiem jednej, pozornie nieznaczącej fiszki ze swojego codziennego "indeksu szczęścia - takiej, jaka zawiera tajemnicę, której nikt nie może poznać. Czym kończy się grzebanie w cudzych śmieciach? Czy Juniper uda się odnaleźć fiszkę, a także odkryć tożsamość tajemniczego "Ty"? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę Julie Israel.
     Zacznę od stylu, jakim posługuje się autorka. Muszę przyznać, że jest on naprawdę lekki w odbiorze, a jednocześnie nie razi mnie tak, jak często zdarza się to w przypadku młodzieżówek. Co mam na myśli poprzez to stwierdzenie? A no fakt, że autorka posługuje się jednocześnie językiem, który sprawia, że książkę czyta się w mgnieniu oka, ale potrafi budować też takie fragmenty, jakie zapadają czytelnikowi w pamięci. Nie ma tutaj typowego, bardzo banalnego i zbyt prostego stylu - jest on dostosowany do młodzieży, ale jednocześnie będzie trafiał i do starszych osób, tak, jak chociażby trafił do mnie. Książkę przeczytałam więc z przyjemnością i ani się spojrzałam, jak przebrnęłam przez całą lekturę.
       Kiedy patrzy się na okładkę tej historii, wydawać by się mogło, że będzie ona właśnie taka lekka i niezobowiązująca, idealna na lato - i tak, coś w tym jest, ale jednocześnie to także opowieść mająca swoje drugie dno i swego rodzaju przekaz. Przede wszystkim pokazuje, czym jest strata i jak bardzo odciska ona swoje piętno na ludziach. Uświadamia nam, że każdy inaczej przechodzi swoją żałobę - jeden będzie usilnie chwytał się wszelkich wspomnień, by wciąż czuć się tak, jakby ukochana osoba była blisko, ktoś inny zaszyje się w swoich czterech ścianach i pozwoli depresji małymi kroczkami owładnąć jego umysłem, a jeszcze inna osoba będzie udawać, że nic się nie dzieje, chociaż w środku ciągle rozsypuje się na nowo. Autorka świetnie pokazała więc, iż każdy przeżywa żałobę inaczej i chociaż ludzi łączy jedno: chęć cofnięcia czasu, pragnienie, by niektóre sprawy nie okazały się prawdziwe, to koniec końców każdy z nich musi przejść własne etapy pogodzenia się z obecnym stanem rzeczy.
       Chociaż wspomniałam, że ta historia dotyka trudniejszego problemu, jakim jest właśnie żałoba po stracie bliskiej osoby, to mimo wszystko wciąż pozostaje tą lekką i przyjemną lekturą, jaką śmiało można pochłonąć w jeden wieczór. Ta książka pokazuje, że czasami wydarzeniami rządzą przypadki i los niejednokrotnie może płatać nam figla. Uświadamia także, jak ważna jest przyjaźń i wzajemne zrozumienie - bo nawet gdy popełnia się błędy, to prawdziwi przyjaciele ostatecznie są w stanie je wybaczyć. Jednak co było przeurocze i jaki to wątek bardzo, ale to bardzo polubiłam - to pojawienie się oczywiście uczucia, jakie stopniowo rozwija się pomiędzy Juniper, a jednym z męskich bohaterów. To, co ich łączyło uważam, że było wręcz urzekające.
        Bohaterowie zostali wykreowani ciekawie i co najważniejsze - nie dało się ich nie lubić. Już począwszy od Juniper, która to jak na nastolatkę była niezwykle dojrzała i chociaż czasami zachowywała się zabawnie (jak to zresztą na jej wiek przystało), to potrafiła także podejmować ważne decyzje. Bardzo polubiłam jej postać, podobnie jak obdarzyłam sympatią Brada - swego rodzaju buntownika, który także skrywa własne tajemnice. Moją sympatię otrzymali także Nate, Kody czy Angela. Stąd też uważam, że bohaterowie również stanowią mocną część tej książki.
      Podsumowując, polecam Wam sięgnięcie po "Indeks szczęścia Juniper Lemon", bo jest to pozornie banalna historia, która mimo wszystko dotyka także trudnych tematów. Co więcej, czyta się ją w mgnieniu oka, dlatego będzie idealną lekturą na jakiś wakacyjny wieczór.

Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję:

środa, 26 lipca 2017

"Nie mogę liczyć na uznanie i podziw innych, jeśli nie mam go sama dla siebie. Kierunek jest jeden: z wewnątrz na zewnątrz. To ja muszę unieść głowę do góry, aby inni zobaczyli, że mam ją dumnie podniesioną."

Autor: Edyta Włoszek
Tytuł: Ambasadorowa
Wydawnictwo: Dlaczemu
Liczba stron: 286
Ocena: 6/6

     Istnieją takie książki, po które początkowo obawia się sięgnąć, by ostatecznie odłożywszy je na półkę móc stwierdzić, że to była dobra, wartościowa lektura. Taką właśnie historią jest "Ambasadorowa" autorstwa Edyty Włoszek. Kiedy otrzymałam możliwość rozpoczęcia współpracy z nowym wydawnictwem i na pierwszy rzut miała pójść właśnie ta książka, wahałam się, czy aby na pewno taki zarys fabuły przypadnie mi do gustu. Jednak po zastanowieniu i doczytaniu, że ta historia wydarzyła się naprawdę, doszłam do wniosku, że może być ona niezwykle pouczająca. I wiecie co? Teraz, dosłownie zamknąwszy niedawno tę lekturę, muszę stwierdzić, że to bardzo wartościowa i godna polecenia opowieść, jaką powinna przeczytać każda kobieta, a już szczególnie te z nas, które zmagają się z toksycznymi relacjami. 
     Główna bohaterka, tudzież narratorka tej historii - Ewa - to kobieta, która od najmłodszych lat jest uzależniona od matki. Cokolwiek powie jej rodzicielka jest dla niej świętą prawdą i niejednokrotnie robi to, co jej narzuca, tylko po to, by nie czuć się winną. Kiedy więc poniekąd namówiona przez matkę, postanawia poślubić ambasadora Łotwy - Wiktora - nie wie ona jeszcze, jakie życie ją czeka... Wkrótce okazuje się, że jej mąż to tyran, według którego żona powinna jedynie siedzieć w domu i spełniać swoje obowiązki. Ewa czuje się coraz bardziej przytłoczona swoim życiem i trzyma się tylko ze względu na dzieci - bliźniaków Maksa oraz Leona. To właśnie oni są jej motywacją, by walczyć i uwolnić się od domowego horroru. Z pomocą życzliwych ludzi, Ewa postanawia stanąć na nogi. Jak toczą się zatem jej losy? Czy uda jej się rozwieść z despotycznym mężem? A jak to jest z jej relacjami z matką - czy również i tutaj Ewa postanowi zmienić swoje podejście do rodzicielki? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Ambasadorowa".
     Nie sądziłam, że tak szybko uda mi się pochłonąć tę lekturę i będę śledzić losy głównej bohaterki z tak wielkim zaangażowaniem. Jednak styl, jakim posługuje się autorka jest niezwykle przyjemny w odbiorze. Jednocześnie lekki, ale nie zbyt banalny, bo kilkakrotnie można znaleźć wiele świetnych zdań, jakie śmiało mogłyby stać się motywacją dla kobiet, które podobnie jak Ewa, nie mogą poradzić sobie z mężem tyranem. Przeczytałam tę opowieść w mgnieniu oka, w zasadzie nie mogąc się od niej wprost oderwać, bo jak najszybciej chciałam poznać losy głównej bohaterki i mocno kibicowałam jej przez całą tę historię, kiedy to rozpoczęła swoją drogę ku odzyskaniu niezależności.
    Jest to książka, która została objęta patronatem Centrum Praw Kobiet, co zresztą nie dziwi mnie, czytelnika, bo dotyczy spraw, z jakimi każda z nas mogłaby mieć do czynienia. Wydawać by się mogło, że przecież osoba, którą poślubiamy, powinna być tą, jaką kochamy i z którą to pragniemy spędzić życie. W przypadku głównej bohaterki to jednak nie do końca miłość, a narzucanie tego pomysłu przez matkę sprawiło, że Ewa postanowiła wyjść za mąż za ambasadora Łotwy. Być może miały czekać ją wspaniałe przyjęcia, życie w luksusie i szczęście i pewnie tak by się stało, gdyby tylko Wiktor nie okazał się być totalnym chamem i prostakiem, który żonę traktuje jak przedmiot. Nieważne nawet, czy ma z nią dzieci, czy nie - one też do końca go nie obchodzą, no bo co po co - ważne, że są, że udowodnił on tym samym swoją męskość.
   Nie jest to więc łatwa historia, ale dzięki temu staje się bardzo wartościową lekturą i każda kobieta powinna po nią sięgnąć - bez względu na to, czy sama tkwi w takim toksycznym małżeństwie, czy być może prowadzi spokojne życie. To opowieść, która skłania do przemyśleń i pokazuje, jak bardzo można zatracić samą siebie, całą pewność, jaką się w sobie nosi przez ludzi, którzy powinni być dla nas wsparciem. Dotyczyło to zarówno męża głównej bohaterki, ale też i matki - kobiety, która we wszystkich widziała wady, tylko nie w samej sobie. To jednocześnie historia, jaka uświadamia, że każdą sytuację można zmienić, jeżeli tylko bardzo się tego chce i potrafi się szukać pomocy wśród innych. Czasami trzeba pokonać wstyd, zakopać gdzieś dumę, a pokazać jak pełne łez i bólu prowadzi się życie i jak bardzo pragnie się je zmienić.
     Oprócz całej tej historii, tuż po epilogu pojawia się "Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej", w której znajduje się masa informacji o wszelkich rodzajach aktów przemocy i tym, jak sobie z nimi radzić. Dlatego też jeszcze raz to podkreślę - to wartościowa książka i właśnie takie historie powinno się pisać, o takich sprawach powinno się mówić głośno. Kto wie, czy za Twoją ścianą nie rozgrywa się tragedia? A może to właśnie Ciebie ona dotyczy? Co więcej - nie ma znaczenia, czy jesteś biedny czy bogaty - ta książka uświadamia nam, że przemoc może być w każdym domu bez względu na status majątkowy. Polecam ją każdemu, z naciskiem kierując ją ku nam, kobietom.
    Bohaterowie zostali wykreowani bardzo autentycznie - jak zresztą cała ta historia. Ewa to osoba, która miała w sobie ogromną siłę, tylko bała się po nią sięgnąć. Kiedy jednak dostrzegła, że może się uwolnić, sama sterować własnym życiem, tak też postanowiła walczyć. Wiktor to z kolei typowy tyran, któremu co najmniej kilkanaście (jak nie kilkadziesiąt) razy podczas czytania tej historii miała ochotę przywalić własnymi rękoma i to tak, by się chłopak z ziemi pozbierać nie mógł! Innymi postaciami, równie ważnymi jest też matka Ewy - kobieta, która doprowadzała ludzi do szału oraz ojciec, z jakim to główną bohaterkę łączyły nieco dziwne, ale mimo wszystko w jakiś sposób szczególne, relacje. Stąd też uważam, że autorka świetnie wykreowała swoje postacie.
    Podsumowując, polecam tę książkę serdecznie, bo czyta się ją błyskawicznie i porusza ona trudne tematy - takie, o których często boimy się mówić. Jednocześnie skłania do refleksji i pokazuje, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko bardzo się tego chce.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Wydawnictwu Dlaczemu

niedziela, 23 lipca 2017

Autor: Sumia Sukkar
Tytuł: Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 312
Ocena: 6/6
     Na ogół nie sięgam po książki okraszone tematem wszelkiego rodzaju wojen, bo albo nie mam okazji na nie trafiać albo też czasami moja zbyt wrażliwa osobowość boi się po nie sięgać. Jednak tym razem postanowiłam przeczytać historię "Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę", jaką to napisała Sumia Sukkar i... okazało się, że było warto i to bardzo. To mocna historia opowiadająca o wojnie w Syrii, która zapada czytelnikowi w pamięci i koniec końców wyciska z oczu łzy wzruszenia.
     Głównym bohaterem, tudzież narratorem prawie całej książki (z wyłączeniem raptem kilku rozdziałów, w których historia opowiadana jest z perspektywy Yasmin) jest Adam - czternastoletni chłopiec, który przejawia symptomy zespołu Aspergera i syntezji. To właśnie jego oczami czytelnik patrzy na wojnę, a chłopiec - kochający malować, opisuje ją przede wszystkim za pomocą kolorów. Wraz ze swoimi bliskimi - siostrą Yasmin, ojcem oraz braćmi i przyjaciółmi musi mierzyć się z każdym dniem, który nigdy nie wiadomo co przyniesie - czy pozorny spokój czy może nagłe zniszczenie bądź śmierć. Jak zatem toczą się losy wszystkich bohaterów? Czym jest wojna według Adama? Jakie niesie ze sobą konsekwencje? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę". 
       Zacznę od stylu, którym posługuje się autorka. Jest on niezwykle lekki i przyjemny w odbiorze pomimo tego, o jak trudnym temacie postanowiła ona napisać. Pięknie buduje zdania, świetnie opisuje miejsca, postaci oraz wszelkie wydarzenia, lecz tak naprawdę tym, co zasługuje na największy plus jest fakt, że autorce udało się wcielić w czternastoletniego chłopca. Może nie byłoby to nic takiego, gdyby nie to, ten chłopiec przejawiał objawy m.in. zespołu Aspergera. Autorka musiała włożyć sporo pracy, by przedstawić świat, w tym przede wszystkim wojnę, widzianą oczami dziecka z takimi zaburzeniami. Osobiście uważam, że zrobiła to doskonale. Co więcej, w jej stylu nie brakuje emocji, które idealnie wplotła w całą historię.
      Tak, jak już kilkakrotnie wspomniałam, ta książka ukazuje przede wszystkim wojnę w Syrii, o której słyszał i pewnie nadal słyszy każdy z nas. Nie znajdziecie tutaj jednak dokładnych opisów tego, co się działo, jakie walki prowadziły dane strony, a raczej odnajdziecie tutaj przede wszystkim obraz życia ludzi, których wojna dotknęła z dnia na dzień wywracając cały ich dotychczasowy świat do góry nogami. Nie brakuje tutaj też momentów wprowadzających niepokój czy też ukazujących okrucieństwo wojny, lecz przede wszystkim całość nie skupia się na tej batalistycznej części, a bierze pod uwagę głównie tą, jaka ukazuje życie cywilów.
      Autorka poprzez swoją książkę uświadamia, jak bardzo wojna zmienia nie tylko ludzkie życie, ale samego człowieka. Nagle uciekają od niego wszelkie dobre kolory - ciepłe barwy szczęścia zamieniają się w chłodną szarość codzienności, w której nigdy nie wiadomo, co się przydarzy - czy nagle wybuchnie kolejna bomba, czy znowu nie będzie dostępu do wody, czy kolejny raz zacznie brakować jedzenia i wiele, wiele innych rzeczy, jakie niesie wraz z sobą wojna.
     Jednocześnie ta historia pokazuje, że w obliczu zagrożenia więzi rodzinne czy przyjacielskie albo się zacieśniają, kiedy to trzeba trzymać się razem, by przetrwać, albo wręcz przeciwnie - rozluźniają się jeszcze bardziej, gdy nagle każdy zaczyna troszczyć się o samego siebie. Jednak wszystko to zależy od ludzi i ich własnych decyzji. To mocna, niepokojąca opowieść, bo taka też jest wojna - pełna lęku, łez, bólu i krzyków, ale jest to też mimo wszystko piękna historia, gdyż ukazuje, że nawet w obliczu zagrożeń, jeżeli bardzo się chce, to można trzymać się razem i cieszyć się chociaż z krótkich chwil szczęścia i pozornego spokoju.
     Bohaterowie zostali wykreowani bardzo dobrze. Jak już wspomniałam, autorka świetnie stworzyła postać Adama. Ukazała go jako chłopca mającego swego rodzaju zaburzenia, ale będącego jednocześnie bardzo uzdolnionym - jego obrazy wielu osobom przypadały do gustu, bo ukazywały przede wszystkim ogrom emocji. Postacią, jaką również polubiłam była Yasmin, siostra chłopca, która opiekowała się nim tak, jak własnym dzieckiem i zrobiłaby wszystko, by zapewnić mu bezpieczeństwo. Pozostałe postacie, a było ich jeszcze wiele, również zostały wykreowane ciekawie i każda z nich wnosiła coś do całej tej historii.
     Podsumowując, polecam Wam sięgnięcie po "Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę", bo to z jednej strony pełna lęku, ukazująca okrucieństwa wojny, historia, a z drugiej strony to także piękna opowieść pełna emocji, która potrafi wywołać łzy wzruszenia i uświadomić, że nawet w obliczu tak strasznych wydarzeń, najważniejsze to trzymać się razem. Uwierzcie mi, że nie będziecie żałować, jeżeli postanowicie przeczytać tę historię, bo to książka, jakie powinno się pisać i które uświadamiają ludziom, że nigdy nie wiadomo, co nas czeka, bo w każdej chwili świat danego kraju, danej rodziny, czy danego, jednego człowieka może ulec zmianie. Jeszcze raz gorąco polecam.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Wydawnictwu Jaguar 

niedziela, 9 lipca 2017

Autor: Brandon Sanderson
Tytuł:
Alcatraz kontra Bibliotekarze. Kości Skryby
Wydawnictwo:
IUVI
Liczba stron:
320
Ocena:
6/6

     Jakiś czas temu miałam okazję po raz pierwszy zetknąć się z twórczością Brandona Sandersona. Co prawda rozpoczęłam ją sięgając po książkę, która pozornie skierowana była bardziej dla młodszych czytelników. Jednak okazało się, że pierwszy tom z serii "Alcatraz kontra Bibliotekarze" niezwykle przypadł mi do gustu. Dlatego też niezmiernie ucieszyłam się, gdy dotarł do mnie egzemplarz recenzencki drugiej części zmagań Alcatraza zatytułowany "Kości Skryby". Jednocześnie uświadomiłam sobie, że autor po raz kolejny odwalił kawał dobrej roboty, a styl, jakim się posługuje rozbraja mnie do łez! 
     Ten akapit może zawierać spoilery pierwszego tomu. Alcatraz Smerdy - trzynastoletni chłopiec i jednocześnie narrator całej historii - jeszcze nie tak dawno prowadził sobie względnie normalne życie. Kiedy jednak dowiedział się, że jest Okulatorem, a cała jego rodzina od lat zmaga się z Bibliotekarzami, jego świat wywrócił się całkowicie do góry nogami. Po raz kolejny musi stawić czoła swoim wrogom - tym razem infiltrując Bibliotekę Aleksandryjską, a to wszystko po to, by być może odnaleźć swojego ojca, który jak się okazuje, wcale nie umarł. Wraz z Alcatrazem w całej przygodzie biorą udział oczywiście waleczna Bastylia, ale także pojawiają się nowe postaci - kuzynka Alcatraza, jego wujek oraz mama Bastylii. Czy uda im się rozwikłać wszelkie zagadki, jakie pojawią się na ich drodze? A może tym razem ściga ich jeszcze większe niebezpieczeństwo niż dotychczas? Odpowiedzi na wszelkie pytania znajdziecie sięgając po książkę Brandona Sandersona. 
     Być może będę to powtarzać za każdym razem pisząc recenzję jakiejkolwiek historii stworzonej przez tego autora, ale to, jakim posługuje się on stylem jest po prostu genialne. Uwielbiam to, w jaki sposób opisał on przygody Alcatraza. Oprócz tego, że historia toczy się swoim odpowiednim tempem, to dodatkowo autor wprowadza przy każdym z rozdziałów takie "oderwanie" od historii, gdzie najczęściej kieruje wszelkie swoje słowa do czytelnika, bardzo często rozbawiając nimi do łez! Chociażby ze względu na ten aspekt, śmiało mogę powiedzieć, że uwielbiam ten cykl i z niecierpliwością czekam na dalsze losy bohaterów. 
     Sama historia niezwykle wciąga i sprawia, że nie można się od niej oderwać. Co ciekawsze, naprawdę myślałam, że to opowieść bardziej dla młodszych czytelników, jednak Brandon Sanderson wspaniale udowadnia, że po te książki pozornie "dla dzieci", śmiało może sięgać każdy. To dzięki nim można przenieść się na chwilę do innego świata i być może czasami odnaleźć w sobie gdzieś tam głęboko skrywane dziecko. Stąd też niezwykle przyjemnie spędziłam czas przy lekturze "Kości Skryby" i z ogromną ciekawością przekładałam kolejne i kolejne strony. 
     Tak naprawdę najlepsze, nie tylko w tej części, ale w całym tym cyklu jest fakt, że to nie tylko jakaś tam wymyślona historia, nie tylko jakiś tam pomysł na fabułę stworzoną przez autora, ale coś więcej - wierzcie mi czy nie, książki Brandona Sandersona niosą wraz z sobą różnego rodzaju przesłania. Po pierwsze, sporo jest tutaj o sile przyjaźni, jak i więzach rodzinnych i tym, że chociaż czasami wydają się być zagmatwane, to bliscy nam ludzie zawsze powinni być dla nas ważni. To także opowieść o tym, że nawet jeżeli dana nasza umiejętność może wydawać się wadą, to kto wie - a nuż ta pozornie słabsza cecha okaże się mieć sens i nie raz pomoże nam w życiu. Oprócz tego, nie brakuje tutaj też wielu różnych przemyśleń autora - niektóre niby rozbawiają, ale mają też, moim zdaniem, swoje drugie dno. 
     Bohaterowie zostali wykreowani ponownie bardzo dobrze. Wciąż trzymają swój poziom, a jednocześnie każdy z nich w jakiś sposób stopniowo się zmienia, być może dojrzewa czy też jest w stanie bardziej podejmować różnego rodzaju decyzje czy też wpływać na innych. Tak naprawdę polubiłam prawie każdą z postaci, może z wyjątkiem przerażających Kustoszy czy też mega sztywnej Draulin, matki Bastylii. Uważam zatem, że autor bardzo dobrze kreuje swoich bohaterów i mam nadzieję, że wraz z kolejnymi tomami przygód Alcatraza, każdy z nich nabierze jeszcze innych cech charakteru. 
     Podsumowując, polecam tę książkę każdemu - nie tylko młodszym czytelnikom, ale też dorosłym, którzy mają ochotę na kawał zabawnej, niezobowiązującej i lekkiej lektury. Co więcej, uważam, że kiedy autor potrafi utrzymać poziom przy kolejnych tomach i wciąż pozostawia w czytelniku wrażenie, że warto sięgać po następne części, to może być z siebie dumny. Osobiście więc polecam zapoznać się z losami Alcatraza - nie pożałujecie. 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

sobota, 24 czerwca 2017

"Czasami to, co w życiu najlepsze, nic nie kosztuje. Ciszę, o której myślę, znajdziesz tam, gdzie jesteś, wtedy, gdy ci to odpowiada, we własnej głowie, bez ponoszenia kosztów."

Autor: Erling Kagge
Tytuł: Cisza. Opowieść o tym, dlaczego utraciliśmy umiejętność przebywania w ciszy
i jak ją odzyskać."
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 128
Ocena: 4.5/6

     
Rzadko sięgam po książki, w których znajduję refleksje na dany temat, a raczej skupiam się na takich lekturach, jakie zaserwują mi wciągającą fabułę. Jednak od jakiegoś czasu chodziła za mną książka, którą napisał Erling Kagge - "Cisza. Opowieść o tym, dlaczego utraciliśmy umiejętność przebywania w ciszy i jak ją odzyskać." Być może spowodowane było to faktem, że sama uwielbiam celebrować ciszę, zamykać się w swoich czterech ścianach i zatapiać we własnych myślach. Dlatego byłam ciekawa, jakie też refleksje na temat ciszy zaserwuje mi autor. Ostatecznie muszę stwierdzić, że to lekka w odbiorze książka, jaka jest w stanie przemówić do ludzi.
     Warto zacząć od kilku słów na temat samego autora. Erling Kagge to norweski podróżnik i filozof, jednocześnie właściciel własnego wydawnictwa. Jako pierwszemu człowiekowi na świecie, samotnie udało mu się dojść na biegun południowy, ale to nie wszystko - zdobył on tak zwane "trzy bieguny", bo oprócz wspomnianego już, południowego, na jego koncie znalazł się także biegun północy i najwyższy szczyt - Mount Everest. Dlatego też swoje refleksje na temat ciszy często odwołuje do podróży, podczas to których celebrował te momenty przebywania bez żadnych hałasów, dźwięków płynących z życia w mieście.
      W swojej książce autor próbuje udzielić odpowiedzi na trzy podstawowe pytania - "Czym jest cisza?", "Gdzie ją odnaleźć?" oraz "Dlaczego współcześnie jest ważniejsza niż kiedykolwiek dotąd?". Swoje refleksje z kolei snuje w trzydziestu trzech krótkich rozdziałach. Stąd też całość to niewiele ponad sto stron, ale jasnych i zrozumiałych, takich, które trafiają czytelnika, bowiem styl, jakim posługuje się autor jest lekki w odbiorze. Pisze on całkiem konkretnie, a jednocześnie nie brakuje tutaj zdań, jakie skrupulatnie można sobie zaznaczać jako tak zwane "złote myśli" dotyczące tej słynnej ciszy. Bardzo często odwołuje się on do swoich podróży, bo właśnie wtedy najczęściej był w stanie odnaleźć tę ciszę nie tylko w otoczeniu, ale także w samym sobie. Stąd też nie brakuje tutaj również krótkich opisów jego wypraw, między innymi na biegun południowy, co dodatkowo wzbogaca całość i budzi w czytelniku większe zainteresowanie.

"Cisza to w pewnym sensie coś zupełnie przeciwnego. To przenikanie do środka tego, czym się zajmujesz. Doświadczanie bez zbędnych myśli. Cieszenie się chwilą, nawet tą zwyczajną."

        Przechodząc jednak do głównego tematu książki, czyli ciszy, autor przede wszystkim ukazuje ją jako luksus dzisiejszego świata. Dobrze wiemy, że słowo "luksus" kojarzy nam się z czymś często drogim, ale takim, dzięki czemu upiększamy sobie własne życie. W tym przypadku autor pokazuje, że luksus wcale nie musi nic kosztować, bo jest nim cisza - chwila, w jakiej odcinamy się od innych, ale nie odwracając się do świata plecami, ale tak, by jeszcze bardziej go celebrować i dostrzegać. Jednocześnie uświadamia, jak ważne są te chwile, kiedy zatracamy się we własnych myślach, ale też w otoczeniu - tym pełnym spokoju, a nie tym, jaki towarzyszy nam każdego dnia, czyli ciągłym zgiełku i hałasie. Jednocześnie ta książka pokazuje, że warto pobyć czasami z samym sobą, jak również fakt, że tak naprawdę ciszę jesteśmy w stanie wytworzyć sobie sami, we własnej głowie - czy to w drodze do pracy, czy szkoły, czy też w jakiejkolwiek innej sytuacji. Dlatego też ta pozornie niewielka lektura niesie wraz z sobą sporo ciekawych i trafnych przemyśleń.
     Jednak żeby nie było tak kolorowo - nie wiem dlaczego, ale coś mi w tej książce o przepięknej, niebieskiej okładce, wadziło. Chociaż to, co napisał autor w dużej mierze do mnie trafiało, to kilkakrotnie łapałam się na tym, że czytam w zasadzie podobne myśli, tylko inaczej skonstruowane. Miałam wrażenie, jakby autor tak naprawdę powtarzał to, co zostało już powiedziane, ale na kilka różnych sposobów, które koniec końców prowadzą do początkowej tezy. Dlatego też być może całość udałoby się zamknąć nawet w mniejszej ilości stron, bez przeciągania, które pozostawiło we mnie uczucie pokroju - "na siłę chcę wpleść tutaj jeszcze więcej filozoficznych przemyśleń". To, w moim odczuciu, taki mały minus tej książki, która mimo wszystko jako całość wypadła w moich oczach naprawdę pozytywnie.

"W odcinaniu się od świata nie chodzi o odwracanie się do otoczenia plecami, przeciwnie: o zobaczenie świata wyraźniej, utrzymanie obranego kierunku i próbę pokochania życia."

       Podsumowując, jeżeli macie ochotę oderwać się od lektur mających jakąś konkretną fabułę i zmyślonych bohaterów, proponuję Wam sięgnięcie po ten szereg przemyśleń, jaki oferuje wraz z sobą książka Erlinga Kagge'a. Na pewno nie pożałujecie, a jej przeczytanie zajmie Wam niewiele czasu. Być może jednocześnie dzięki tej niepozornej książce, sami odnajdziecie w sobie ciszę.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Autor: Kate Eberlen
Tytuł: Bez ciebie
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Liczba stron: 496
Ocena: 5.5/6
    Od czasu do czasu chętnie sięgam po powieści obyczajowe, szczególnie jeżeli zabarwione są wątkiem miłosnym. Dlatego też, mimo wizji obowiązków i tego, że czasu na czytanie mam coraz mniej, postanowiłam sięgnąć po "Bez ciebie" autorstwa Kate Eberlen i wiecie co? Przeczytałam tę książkę w jeden weekend - ba! W zasadzie można by powiedzieć, że tylko dlatego zajęło mi to aż tyle czasu, bo do lektury wracałam głównie wieczorami. Nigdy nie pomyślałabym, że ten niepozorny tytuł, opis oraz okładka sprawią, że nie będę mogła oderwać się od historii stworzonej na kartach tej książki. To zdecydowanie powieść, jaką śmiało przeczytacie w jeden dzień i która to Was rozczuli, wywołując na twarzy uśmiech. 
     Tess i Gus - główni bohaterowie tej książki, tudzież narratorzy poszczególnych rozdziałów - spotykają się we Florencji, kiedy to jako osiemnastolatkowie spędzają wakacje. Niestety oprócz krótkiej rozmowy i wymiany uśmiechów nie mają czasu na pogłębienie swojej znajomości ani nawet wymienienie się jakimkolwiek kontaktem. Przez następne szesnaście lat każde z nich układa swoje życie w różny sposób, często nie do końca tak, jakby chcieli i nie wracają pamięcią do tego krótkiego spotkania. Chociaż w ciągu tych lat, wielokrotnie mają okazję się spotkać, los jakby z nich kpi sprawiając, że wciąż się mijają. Do czasu, gdy któregoś lata ponownie każde z nich udaje się na wakacje do Włoszech. Czy i tym razem Tess i Gus na siebie wpadną? Czy być może połączeni są niewidzialną nicią przeznaczenia, jaka sprawia, że i tak pisane jest im być razem? A może wręcz przeciwnie - po raz kolejny nie uda im się rozwinąć tej relacji? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Bez ciebie". 
      Nie wiem co takiego było w tej książce, ale czytało mi się ją bardzo dobrze. W zasadzie kiedy już zaczęłam przekładać kolejne i kolejne rozdziały, wprost nie mogłam się od niej oderwać i musiałam ją skończyć, bo nie mogłam skupić się na niczym innym. Styl, jakim posługuje się autorka jest niezwykle przyjemny w odbiorze, a jednocześnie potrafi ona wplatać różnego rodzaju emocje, które wpływają także na czytelnika. Co więcej, książka podzielona jest na pięć głównych części, w obrębie których rozdziały pisane są wymiennie przez Tess i Gusa oraz tytułowane są kolejnymi, mijającymi latami ich życia. Bardzo lubię taki zabieg w książkach, gdzie mogę oglądać świat przedstawiony oczami dwójki głównych bohaterów, a także dzięki temu wczuwać się w ich odrębne historie. 
      Gdyby przez chwilę zastanowić się nad tym, o czym jest ta książka, to wydawać by się mogło, że o sile przeznaczenia. Chociaż wielu ludzi nie wierzy w to, że los wybiera dla nas taką, a nie inną drogę życia i ja sama przez pewien czas nie byłam pewna, czy przeznaczenie istnieje (obecnie sądzę, że tak, coś w tym powiedzeniu jest), to ta książka mocno mnie rozczuliła. Jednak to nie tylko historia miłosna, a przede wszystkim jest to powieść o życiu. Każde z tej dwójki bohaterów niosło na sobie bagaż doświadczeń, nie było oszczędzanych przez los. Tess - mająca mnóstwo marzeń i celów, nie mogła rozpocząć studiów, kiedy jej mama umarła na raka, a osiemnastolatka musiała zajmować się najmłodszą siostrą - Hope. Z kolei Gus przez długi czas czuł się odpowiedzialny za śmierć swojego brata wierząc, że gdyby powstrzymał go przed zjazdem na nartach ze stromego zbocza, być może Ross wciąż by żył. Oprócz tego, każdy z nich przez te szesnaście lat boryka się z różnego rodzaju problemami, które są po prostu ludzkie. Nie ma tu ubarwiania (no, może jedynie z tym przeznaczeniem, ale kto wie, kto wie, co zapisane jest nam w gwiazdach!), dlatego cała ta powieść zyskuje autentyczność. Dlatego ta książka to nie tylko opowieść o sile przeznaczenia, ale głównie o życiu samym w sobie. 
      Na pewno nie zabrakło mi tutaj także emocji. Co rusz uśmiechałam się do danych stron, to z kolei potępiałam niektóre postępowanie bohaterów odczuwając gniew, czy też czułam względem nich smutek, że los tak ich doświadcza, aż nawet momentami wybuchałam śmiechem czy też powstrzymywałam się przed łzami wzruszenia. Osobiście uważam, że autorka zrobiła kawał dobrej roboty i chociaż jej nazwisko do tej pory było mi obce, już teraz wiem, że na pewno sięgnę jeszcze kiedyś po jakąś jej książkę, o ile tylko pojawi się w Polsce. 
    Bohaterowie zostali wykreowani ciekawie. W zasadzie cieszę się, że mimo niektórych "wybryków" tej głównej dwójki, jakie to owe wybryki mnie drażniły, to mimo wszystko poczułam do nich sympatię. Tess to dziewczyna, która musiała porzucić własne marzenia dla dobra siostry i jaką to los niejednokrotnie doświadczał, a mimo to nie poddawała się, lecz ciągle szła naprzód. Gus z kolei to taki wrażliwy młodzieńec, jaki stopniowo przeistaczał się w mężczyznę - niestety trochę zagubionego, ale ostatecznie i jemu udało się odnaleźć samego siebie. Oprócz nich istotnymi postaciami tej książki była Doll - przyjaciółka Tess, którą także w miarę polubiłam oraz Charlotte - jedna z kobiet na drodze Gusa, jaka natomiast doprowadzała mnie do szału. Krótko mówiąc uważam, że postacie zostały wykreowane bardzo dobrze. 
       Podsumowując, muszę jedynie wspomnieć, że ta książka pewnie niektórym wyda się trochę schematyczna czy przewidywalna, ale mnie osobiście urzekła. Mimo paru tam rzeczy, jakie może lekko bym zmieniła, całość niezwykle mnie rozczuliła i sprawiła, że bardzo miło spędziłam czas przy tej książce. To taka urocza opowieść, ale też poruszająca różne, ważne życiowe kwestie. Osobiście bardzo polecam! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

sobota, 10 czerwca 2017

  "Pamiętam muzykę. Ona zawsze rozbrzmiewała gdzieś obok. Muzyka była i jest, nawet teraz, kiedy żeby to wytrzymać, udaję, że jej nie ma. Ona zawsze będzie. Jest wieczna. " 

Autor: Patrycja Gryciuk
Tytuł: Trzy godziny ciszy
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 341
Ocena: 6/6
     Twórczość Patrycji Gryciuk nie jest mi obca - miałam już bowiem okazję sięgać po jej poprzednie książki. Tak, jak "Plan" mnie zachwycił porywając w swój wir emocji, tak z kolei "450 stron" nie do końca mnie usatysfakcjonowało. Kiedy jednak zobaczyłam, że pojawiła się nowa historia tej autorki, coś mnie do niej przyciągnęło. Być może był to już sam tytuł - "Trzy godziny ciszy", przepiękna, delikatna okładka, czy też krótki opis. Pomyślałam sobie wówczas, że to może być dobra, pełna emocji, historia. Okazało się, że się nie zawiodłam, a ta książka dostarczyła mi mnóstwa wrażeń i na pewno na dłużej będę mieć ją w głowie.
      Patrycja - główna bohaterka, tudzież narratorka całej historii - kiedy dowiaduje się, że jest śmiertelnie chora, postanawia rzucić dotychczasowe życie i udaje się do Gourdon. Ta mała miejscowość na południu Francji to niezwykle ważne dla niej miejsce - bowiem właśnie tam spędzała w dzieciństwie wakacje i poznała miłość swojego życia - Marnixa. Kobieta postanawia, że będąc w Gourdon, sprowadzi tam swojego ukochanego na zaledwie trzy dni, mimo, że od dziewięciu lat nie mieli ze sobą kontaktu. Jednocześnie wraz ze swoim powrotem do domu ciotki, Patrycja zauważa, że dawny dom jej ukochanego ma nowego właściciela. Stopniowo poznaje mieszkającego po sąsiedzku mężczyznę, chociaż wie, że jej serce od zawsze należało tylko do Marnixa. Jak potoczą się losy Patrycji? Czy uda jej się odbyć ostatnie spotkanie z miłością swojego życia? Kim jest tajemniczy sąsiad i jak poznanie go wpłynie na Patrycję? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Trzy godziny ciszy".
      Zacznę od stylu, jakim posługuje się autorka. Już kilkakrotnie miałam okazję przekonać się, że potrafi ona w prosty sposób pisać o pięknych rzeczach. Chociaż całość czyta się w mgnieniu oka, bo język książki jest lekki w odbiorze, to jednocześnie nie jest zbyt banalny, dzięki czemu nie brakuje tutaj mnóstwa zdań, jakie skrupulatnie sobie zaznaczałam, bo idealnie do mnie trafiały. Co więcej, Patrycja Gryciuk koloruje swoje historie emocjami. Ze słów buduje zdania, a ze zdań całe akapity, jakie trafiają do czytelnika całkowicie, sprawiając, że wywołują one zarówno smutek, melancholię, jak i czasami złość aż po i uśmiech na twarzy, chociaż wcześniej ozdobiony łzami wzruszenia. Dlatego pod tym względem ta historia kupiła mnie totalnie.

"Miłość to jednak zabawna sprawa. Nieskończona wraca nieproszona. Zostaje na zawsze. Trwa i trwa. Nie ustaje. Daje mi co łaska. Biorę bez grymaszenia i dziękuję."
      Co więcej, tak naprawdę jest to opowieść, w której czytelnik może lekko się zagubić, ale, ale - by Wam nie spoilerować, nie zdradzę niczego więcej. Muszę jednak przyznać, że autorka naprawdę namotała mi w głowie na tyle, że jeszcze chwilę po odłożeniu tej książki na półkę, zastanawiałam się nad tym wszystkim, co zostało mi zaserwowane na tych ponad trzystu stronach. Wiem natomiast jedno - to przepiękna opowieść o miłości, jaka jest silniejsza niż wszystko. To historia, która ukazuje, że prawdziwe uczucie nigdy nie opuszcza człowieka - bez względu na to, jak wiele upłynie lat, jak ciężkie wydarzenia przytrafią się na naszej życiowej drodze. To opowieść o tym, że jeżeli kogoś bardzo się kocha, to nawet, gdy tej osoby nie ma już obok nas, wciąż czujemy jej obecność, chcemy kolejny raz móc wtulić się w jej ramiona czy tak po prostu spędzić czas podczas "trzech godzin ciszy".
     Mimo że ta historia opowiada przede wszystkim o sile miłości, to nie zabrakło tutaj też innych wątków. Sporo jest także o tym, jak ważna jest rodzina i rodzeństwo i to, że te więzy, jakie łączą nas ze swoimi bliskimi są nie do rozerwania, nawet wtedy, gdy kogoś już zabraknie. To jednocześnie historia o życiu samym w sobie, o ludziach i tym, w jaki sposób reagują na niektóre sytuacje, jak i o tym, że czasami nie wszystko jest dokładnie takim, jakim pozornie nam się wydaje. Oprócz tego, autorka stworzyła swego rodzaju (może to za dużo powiedziane) wątek kryminalny. Nie będę opisywać go Wam w szczegółach, bo uważam, że jeżeli sięgniecie po książkę, to warto, byście sami stopniowo go odkrywali, ale muszę przyznać, że dodało to jakąś szczyptę ciekawości do całej tej historii.
     Bohaterowie zostali wykreowani ciekawie, każdy z nich miał swoje indywidualne cechy, jedne bardziej intrygujące, inne mniej, ale jako całość - postacie również oceniam na plus. Patrycja to kobieta, która na pewno w moich oczach jawiła się jako pełna wrażliwości, krucha istota, dla której Marnix był całym światem. Tak naprawdę sporo w tej książce jest uczuć Patrycji, dlatego jej postać została najbardziej zarysowana. Mimo to również kreacja Marnixa - będącego muzykiem bardzo do mnie trafiła. Ciekawym bohaterem okazał się być także tajemniczy sąsiad kobiety.
     Podsumowując, "Trzy godziny ciszy" to historia, jaka potrafi namieszać czytelnikowi w głowie i w jakiej to nie brakuje emocji. One wylewają się wręcz z każdej strony sprawiając, że od całości nie można się oderwać. Dlatego też osobiście polecam jak najbardziej i mam nadzieję, że autorka w najbliższej przyszłości znowu napisze coś, co chwyci mnie za serce równie mocno, jak losy Patrycji i Marnixa. 

niedziela, 4 czerwca 2017

     Czas mija nieubłaganie - czasami chciałabym, żeby doba trwała nieco dłużej, chociaż może to uczucie przemijania i często wręcz "nie wyrabiania się" z niektórymi sprawami tak, jakbym tego chciała wynika po prostu z niezbyt dobrej organizacji własnego czasu? Być może, ale mimo wszystko, jeżeli tylko łapię jakąś wolną chwilę, chętnie sięgam po książki. Stąd też pora na podsumowanie czytelnicze maja wraz z planami czytelniczymi na czerwiec. :)

1. Podsumowanie czytelnicze maja

MAJ

Jak widzicie - w maju udało mi się przeczytać pięć książek, co uważam za bardzo dobry wynik i wręcz sama jestem zaskoczona, że miałam czas na to, by poświęcić parę chwil na te wspaniałe historie. Większość z nich już zrecenzowałam, jedynie jedna książka, to jest: "Trzy godziny ciszy" Patrycji Gryciuk czeka na to, by w końcu wrzucić o niej opinię - zapewne zrobię to na dniach, gdy znowu na dłużej dorwę się do laptopa. Natomiast opisując krótko każdą z tych historii wygląda to następująco: 
  • Patrycja Gryciuk - "Trzy godziny ciszy" - więcej będzie w recenzji, ale już teraz mogę powiedzieć, że to była piękna, pełna emocji historia, zdecydowanie jedna z lepszych książek tego miesiąca. 
  •  Cecelia Ahern - "Lirogon" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Akurat. Na pewno jest to trochę nietypowa opowieść z równie intrygującą bohaterką. Mimo jakiś drobnych "minusików", całość niezwykle mnie urzekła i przeczytałam ją w mgnieniu oka. 
  •  A.J.Banner - "Mroczna toń" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa HarperCollins Polska. To ciekawy thriller psychologiczny, który co prawda pod niektórymi względami mógł zostać lepiej dopracowany, ale mimo wszystko całkiem mnie wciągnął. 
  •  Tosca Lee - "Pierworodna" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa IUVI. Ciąg dalszy historii zawartej w książce "Potomkowie". Udana kontynuacja pierwszego tomu, którą pochłonęłam migiem i jaka bardzo mi się spodobała, zdecydowanie polecam obie części.
  •  Liz Flanagan - "Lato Eden" - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa IUVI. To taka typowa młodzieżówka, która mimo swojej pozornej lekkości, dotyka poważnych problemów, z jakimi borykają się młodzi ludzie. Co  prawda miała parę niedociągnięć, ale jest całkiem przyjemna. 

Stąd też, jak widzicie, maj upłynął mi w towarzystwie zarówno młodzieżówek, powieści w stylu lekkiej fantastyki czy thrillerów psychologicznych. Na pewno najbardziej i najdłużej będę miała w głowie "Trzy godziny ciszy", bo Patrycja Gryciuk urzekła mnie tą historią. 

2. Plany czytelnicze na czerwiec 

Zawsze staram się robić chociaż małe plany, ale czerwiec to miesiąc, który oznacza kolokwia i egzaminy na uczelni. Tym samym zapewne nie będę aż tak aktywna czytelniczo, bo jednak trzeba stawiać sobie pewne priorytety. Mimo to sięgnę na pewno po trzy książki - egzemplarze recenzenckie, jakie w ostatnim czasie do mnie dotarły, czyli "Alcatra kontra Bibliotekarze: Kości Skryby" Brandona Sandersona, "Bez Ciebie" Kate Eberlen oraz "Cisza" Erlinga Kagge (co za cudowna okładka, zakochałam się w niej!). Jeśli uda mi się w miarę sprawnie poznać te trzy historie, to już będę usatysfakcjonowana, a kto wie, może jeszcze coś wpadnie w moje ręce.

      To już wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszy wpis. Jak u Was wyglądał maj pod względem czytelniczym? Udało Wam się sięgnąć po ciekawe historie? Piszcie, chętnie poczytam! Natomiast niebawem postaram się umieścić na pewno recenzję wspominanej w tym wpisie książki, jak i może w końcu naskrobię artykuł w stylu felietonu bądź muzycznego wpisu. Póki co - trzymajcie się!

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *