Jakiś czas temu postanowiłam dodać do bloga kolejną zakładkę, otóż: recenzje filmów. Jednak wyszło, jak wyszło, że pojawiła się do tej pory tylko jedna, w której opisywałam swoje wrażenia po obejrzeniu "Nostalgii Anioła". Może pomysł z zaczynaniem takiego działu nie był najlepszy zważywszy na to, że kinomana nigdy ze mnie nie było, ale przecież od czasu do czasu coś sobie obejrzę, a wtedy mam ochotę podzielić się wrażeniami na blogu. Stąd dzisiaj powracam do Was z recenzją pewnego filmu, jednak historię, o której opowiada już znacie, bo dzisiejszy wpis będzie związany z moimi odczuciami po obejrzeniu "Love, Rosie".
Nie tak dawno pisałam na blogu recenzję książki o powyższym tytule (jeśli nie czytaliście, wystarczy kliknąć tutaj), na podstawie której powstał film i właściwie na jego rzecz stworzono nowy wygląd graficzny lektury, a także tytuł (oryginalny brzmi: "Na końcu tęczy"). Wtedy też wspomniałam, że historia Rosie oraz Alexa tak bardzo mi się spodobała, że skuszę się na ekranizację. Nie jestem jednak do końca przekonana czy osoby, jakie kochają literaturę, powinny oglądać filmy na podstawie ukochanych książek, bo może się okazać, że... no cóż - ekranizacja okaże się totalną klapą. W przypadku "Love, Rosie" na ekranie - mam bardzo, ale to bardzo mieszane uczucia.
Nie tak dawno pisałam na blogu recenzję książki o powyższym tytule (jeśli nie czytaliście, wystarczy kliknąć tutaj), na podstawie której powstał film i właściwie na jego rzecz stworzono nowy wygląd graficzny lektury, a także tytuł (oryginalny brzmi: "Na końcu tęczy"). Wtedy też wspomniałam, że historia Rosie oraz Alexa tak bardzo mi się spodobała, że skuszę się na ekranizację. Nie jestem jednak do końca przekonana czy osoby, jakie kochają literaturę, powinny oglądać filmy na podstawie ukochanych książek, bo może się okazać, że... no cóż - ekranizacja okaże się totalną klapą. W przypadku "Love, Rosie" na ekranie - mam bardzo, ale to bardzo mieszane uczucia.
