Matematyczny umysł z artystyczną duszą. Matematyk z wykształcenia, aktualnie pracownik jednej z krakowskich korporacji, a z zamiłowania niespełniona pisarka i zakręcona książkoholiczka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2020

Autor: Wiktor Orzeł
Tytuł: Książka, której nigdy nie przeczytasz
Wydawnictwo: Papierowy Motyl
Liczba stron: 165
Ocena: 5.5/6
      Muszę przyznać, że jestem osobą, którą bardzo często do przeczytania danej książki zachęca jej okładka bądź tytuł - ot, taki ze mnie wzrokowiec. Mimo że na blogu, nie ukrywajmy, od pewnego czasu pojawiam się rzadko, to gdy otrzymałam propozycję przeczytania najnowszej powieści, jaką napisał Wiktor Orzeł, pomyślałam sobie - co za intrygujący tytuł, więc czemu by nie? Co więcej,  sięgałam wcześniej po debiut tego autora, który jak dobrze pamiętam mimo wywołania we mnie mieszanych uczuć, wyróżniał się na tle innych powieści. Po przeczytaniu historii ukazanej w "Książka, której nigdy nie przeczytasz", bez wątpienia muszę przyznać, że nie żałuję, iż ją przeczytałam, a dlaczego? Zaraz się przekonacie. 
       Główny bohater - Zenon - to niespełniony artysta, który od dłuższego czasu próbuje skończyć swoją powieść, chociaż w rzeczywistości można by pomyśleć, że to wciąż balujący za hajs swojego ojca, jak i narcystyczny niespełna trzydziestolatek. Obraca się też w gronie ludzi, z jakich część to równie niespełnieni artyści - Renata i Justyn. Mamy też inne postaci, których losy są ukazane nie mniej wyraziście niż Zenona - w tym jego matkę Korę, szofera czy nawet i ogrodnika. Jak zatem toczą się losy bohaterów? Czy Zenon, w tym zepsutym świecie, będzie w stanie napisać i wydać w końcu swoją książkę? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po historię zawartą w "Książka, której nigdy nie przeczytasz". 
        Zacznę od stylu, jakim posługuje się autor, bo jest on niezwykle lekki i sprawia, że od książki trudno się oderwać, a to, w jaki sposób opisuje tak naprawdę rzeczywistość i świat, w jakim każdy z nas obecnie żyje, jest momentami aż nadto autentyczny, co jednak w moim odbiorze, działa na ogromny plus. Nie znajdziecie tutaj więc słodkich opisów, czy ubarwień - od tej książki otrzymacie dawkę prawdy, wulgaryzmów, które tutaj pasują jak ulał i tylko dodają tej całej historii naturalności, a to wszystko koniec końców pokaże Wam, w jakim, brzydko mówiąc - szurniętym świecie - przyszło nam żyć. Stąd też styl autora od początku przypadł mi do gustu. 
          Chociaż czasami słyszy się, że to zwykle debiut jest najlepszy i każda kolejna książka, płyta czy film konkretnego artysty musi być tak dopracowana, by dorównać temu pierwszemu dziełu, to w przypadku tego autora bez wahania stwierdzam, że "Książka, której nigdy nie przeczytasz" zaskoczyła mnie o wiele pozytywniej niż debiut "I tak dalej". Może po prostu do powieści tego autora trzeba dorosnąć, a może jedynie właśnie ta konkretna miała w sobie "to coś", co mogłam zinterpretować na swój sposób i co, moim zdaniem, miało też drugie dno, a właśnie takie książki, z jakimś przesłaniem, cenię sobie najmocniej. 
         Od samego początku uderzyła we mnie ta autentyczność ukazująca ten nasz świat, ten XXI wiek - młodych ludzi samych często nie wiedzących czego chcą i żyjących na koszt swoich rodziców, tego social mediowego szału - bo przecież w świecie internetu wszystko wydaje się prawdziwe, nieważne, czy rzeczywiście piszę książkę, czy też próbuję ukazać swój idealny świat, czy to pokazuję jaki "SPA relaks" kosmetykami takiej czy nie innej marki szykuję tego wieczoru - pyk, jedno zdjęcie na insta i kreuję się na kogoś, kim tak naprawdę nie jestem... No bo hej, kto mi zabroni? Może tutaj nie jest idealnie, ale tam, w sieci może być. 
         Książka pokazuje też, że czasem dobieramy sobie znajomych byle ich mieć, byle zrobić kolejny melanż, chociaż gdzieś w głębi siebie wiemy, że w sumie nic nas z tymi ludźmi nie łączy, a nasze zdanie na ich temat nie jest najlepsze... Jednak najważniejszym, co wyniosłam z tej historii to fakt, że w gruncie rzeczy ten nasz świat jest po prostu zakłamany, a to, co my z tym zrobimy i jak będziemy żyć, zależy od nas samych. Jedynym, co nieco mnie zaskoczyło w taki sposób, że ciężko mi opisać, czy w zasadzie jest to na plus czy też minus, to samo zakończenie. Jednak książka, w moim odczuciu, jest naprawdę godna polecenia. 
       Bohaterowie zostali wykreowani tutaj różnorodnie, niemniej są to w głównej mierze, dość tragicznie postaci. Zenon - jak już wspomniałam - narcystyczny mężczyzna, który próbuje zostać artystą, jego matka, Kora - nieszczęśliwa kobieta, która chyba nigdy nie dojrzała do tego, by być prawdziwą matką, Aleks - wiecznie zapracowany mężczyzna, totalnie nie potrafiący być ojcem czy też trochę szalona, przyjaciółka - artystka Zenon, Renata. Każda z tych postaci wnosi coś do książki i uważam, że mimo tej całej dramaturgii, zostały one wykreowane zdecydowanie dobrze. 
        Podsumowując, polecam sięgnięcie po tę książkę każdemu, kto ma ochotę spojrzeć na ten nasz świat jako na zbiorowisko przekłamania czy też kreowania się na ludzi, jakimi w głębi duszy nie jesteśmy. To dodatkowo taka lekturka na jeden wieczór - czyta się ją w ekspresowym tempie, a w głowie zostaje jeszcze przez dłuższy czas, tuż po jej odłożeniu, stąd osobiście serdecznie polecam. 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 

sobota, 14 marca 2020

Autor: Ilona Gołębiewska
Tytuł: Zaczekaj na miłość
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 465
Ocena: 4.5/6

      Życie pisze różne scenariusze. Czasami płata figla wtedy, gdy nie powinno, bo wszystko tak doskonale się układa, kariera nabiera rozpędu, a i wydawać by się mogło, że miłość rozkwita. Jednak nagle wszystko może się zmienić i cały dotychczasowy świat rozsypuje się na kawałki... Lecz wszystko można poskładać, jeśli bardzo się tego chce. Między innymi właśnie to pokazuje Ilona Gołębiewska w swojej powieści "Zaczekaj na miłość". Chociaż jest to trzeci tom serii Dwór na Lipowym Wzgórzu, bez problemu można sięgnąć po książkę bez znajomości poprzednich części, czego jestem doskonałym przykładem.
         Klara Horczyńska - główna bohaterka książki - robiąca karierę modelki w Paryżu, z przystojnym mężczyzną u boku ma wrażenie, że jej życie jest doskonałe. Jednak nagle całe jej dotychczasowe życie okazuje się jedną, wielką iluzją, a kobieta wraca do kraju szukając schronienia w ramionach kochanej babci Anieli. Postanawia więc na jakiś czas zamieszkać w dworku na Lipowym Wzgórzu mając nadzieję, że uda jej się jakoś posklejać swoje złamane serce. Kobieta zostaje zatrudniona w Akademii Sztuk Anielskich, którą prowadzi jej babcia, będąca sławną malarką. Na horyzoncie pojawia się też pewien mężczyzna, a w dodatku na jaw wychodzą pewne, rodzinne sekrety... Jak zatem potoczy się życie Klary? Czy jej nadszarpnięte zaufanie sprawi, że nie pozwoli sobie na żaden, nowy związek? Jakie rodzinne tajemnice wyjdą na jaw? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w książce "Zaczekaj na miłość". 
        Jako, że to moje pierwsze zetknięcie się z tą autorką, zacznę od stylu, jakim się posługuje. Jest on lekki w odbiorze i sprawia, że książkę czyta się niezwykle szybko, chociaż poniekąd mimo wszystko "coś" nie do końca mi w nim pasowało. Fakt, autorka ma lekkie pióro i widać, że potrafi budować także takie zdania, które w jakiś sposób pozostają w pamięci czytelnika, jednak momentami miałam wrażenie, że całościowo ten język jest pozbawiony jakiejś iskry, która sprawiłaby, że miałabym ochotę w nim wręcz utonąć, tak jak to bywało w przypadku innych powieści. Są to jednak moje osobiste odczucia, a być może spowodowane też tym, że dawno nie sięgałam po powieść obyczajową. 
       Sama historia, chociaż początkowo wydawało mi się, że tych  wydarzeń i różnych zwariowań jest zbyt wiele jak na jedną książkę, to koniec końców niesie wraz z sobą wiele, ważnych tematów i życiowych prawd. Autorka skupia się chociażby na tym, jak bardzo boimy się na nowo zaufać, jeśli spotyka nas wcześniej ogromne rozczarowanie. Ukazuje także, iż każdy w życiu ma prawo się pogubić, lecz najważniejsze, to nie popaść w samotność i rozpacz, a spróbować poskładać się na nowo. Lecz przede wszystkim podobały mi się te więzi rodzinne, w tym głównie ta, jaka łączyła Klarę z jej babcią, Anielą - uroczą staruszką, która bez wahania podjęła się tego, by pomóc wnuczce na nowo ujrzeć piękno życia. Jest to bez wątpienia opowieść pełna ciepła i nadziei, która pokazuje, że nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że nic dobrego już nas nie spotka, nagle życie nas zaskoczy i wyjdzie dla nas to upragnione słońce. 
      Bohaterowie zostali wykreowani w ciekawy sposób i każda z postaci wyróżnia się innymi, dla niej jednej - szczególnymi cechami charakteru. Klara jest postacią, której losy śledzi się od momentu paryskich rozczarowań, aż do chwil, gdy kobieta stara się znowu stanąć na nogi. Mamy tutaj także matkę Klary, Sabinę, a relacja jaka jest między tymi kobietami, od początku wydaje się nieco skomplikowana. Jednak postacią, jaką szczególnie zapamiętałam, jest właśnie Aniela. Niezwykle ciepła, może nieco zwariowana, ale również niezwykle silna kobieta, dla której rodzina i szczęście ważnych dla niej ludzi, stanowi taką perełkę, o jaką nieustannie stara się dbać. Stąd też uważam, że postacie działają na plus tej książki. 
       Podsumowując, "Zaczekaj na miłość" to opowieść, jaka przenosi czytelnika w klimatyczne miejsce, którym jest dwór na Lipowym Wzgórzu i pokazuje, że w życiu zawsze można zacząć na nowo. To taka historia na kilka wieczorów by po codziennych obowiązkach, można było przenieść się do tego, pełnego rodzinnego ciepła, świata. 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 

sobota, 18 stycznia 2020

     "Bo nic, co w życiu jest wartościowego, nie przychodzi łatwo. Zawsze jest okupione wysiłkiem, często bólem. Ale najmilsze prezenty naprawdę przychodzą niespodziewanie."

Autor: Agnieszka Krawczyk
Tytuł: Najmilszy prezent
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 464
Ocena: 5/6



     Chociaż święta dawno za nami, a w zasadzie jesteśmy już w połowie stycznia, mimo to postanowiłam wrócić na chwilę do tego świątecznego klimatu za sprawą recenzji książki "Najmilszy prezent" autorstwa Agnieszki Krawczyk. Swoją drogą ta lektura wpadła w moje ręce jako taki niespodziewany, niesamowicie miły prezent i sprawiła, że jak widać - powolnymi, małymi, ale jednak jakimiś, kroczkami, wracam do pisania tu, na blogu. 
       Jedna ulica - Wierzbowa, dziewięć domów. Każdy z mieszkańców ma swoje troski, zmartwienia, ale także marzenia i plany. Mamy tu samotnego lekarza, starszego pana, próbującego wyhodować idealną różę na cześć swojej zmarłej żony, Ziębową - kobietę, która chciałaby zmienić na lepsze cały świat, rodzinę z niepełnosprawnym dzieckiem czy artysta szukający sensu życia. Jest tu także Flora Majewska - była bibliotekarka i kobieta o wielkim sercu, która każdego roku na święta wysyła sąsiadom własnoręcznie zrobioną kartkę. Jednak tego roku, kiedy to podejmuje decyzję o przeniesieniu się do domu spokojnej jesieni, postanawia wysłać do każdego list z jakąś wskazówką bądź radą. Jak te listy wpłyną na sąsiadów? Czy dzięki nim postanowią coś zmienić? Jak przyjmą wiadomość o przeprowadzce Flory? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w książce "Najmilszy prezent". 
       Było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką i muszę przyznać, że od samego początku styl pisania przypadł mi do gustu. Autorka pisze w lekki sposób, ale jednocześnie nie obyło się bez zaznaczania co jakiś czas tych fragmentów, które niosły wraz z sobą swego rodzaju przesłanie. Jednocześnie pisze ona w taki sposób, jaki wzbudza u czytelnika emocje - zarówno te pozytywne, wywołujące uśmiech na twarzy czy nawet momentami sprawiające, że wybucha się radosnym śmiechem, jak również te emocje, które wywołują lekkie wzruszenie. Stąd też książkę, mimo występowania kilku rzeczy, do jakich można się przyczepić, pochłonęłam z ogromnym zainteresowaniem, wraz z każdą, kolejną stroną chcąc jak najszybciej poznać losy bohaterów. 
      Sama fabuła z jednej strony momentami wydaje się być dość niespotykana w obecnym, zabieganym świecie, bo czy często się zdarza, by istniały takie sąsiedztwa, w których ludzie pomagają sobie w razie potrzeby i potrafią zjednoczyć się w słusznej sprawie? Stąd też miałam wrażenie, że w pewnym sensie cała historia jest zbyt wyidealizowana. Z drugiej zaś strony, jeśli bliżej przyjrzy się bohaterom, dostrzega się w nich swego rodzaju autentyczność - dokładnie takie osobowości można by bez problemu spotkać na ulicy. W końcu na pewno w niejednej, sąsiedzkiej społeczności znajdzie się "ta, która wie o wszystkim wszystko i ma zawsze rację", czy ten "małomówny, starszy pan, który od wielu lat nie rozmawia z synem". Każdy z tych bohaterów przedstawia swoją własną historię, ale ona może znaleźć swoje odzwierciedlenie w niejednym, polskim domu. 
         Stąd też mimo tych momentów, gdy miałam wrażenie, że coś staje się już zbyt piękne, by mogło być prawdziwe, a główna bohaterka Flora to jak taki anioł wśród ludzi, cała opowieść niesie wraz z sobą ciepło, a także dodaje otuchy i nadziei. Fakt, może momentami ta historia jest trochę zbyt cukierkowa i wyidealizowana, ale jednocześnie ukazuje wiele, życiowych prawd. Uświadamia, że nawet długo trwające spory mogą zostać rozwiązane, a ludzie, którzy nie rozmawiali ze sobą od lat, są w stanie w końcu się pogodzić. Pokazuje także, że każdy z nas potrzebuje kogoś w swoim życiu - nawet jeśli pozornie wydaje się inaczej. Jednak to, co najbardziej mi się podobało to fakt, że ta historia ukazuje, jak dobro może mnożyć dobro, czego idealnym przykładem jest Flora. Jej listy, pozornie niewielki, świąteczny upominek, jednak zrobione z sercem, sprawiły, że pozostali na chwilę spojrzeli na swoje życie z innej perspektywy. To piękna, ciepła i niosąca nadzieję na lepsze jutro, książka, jaka wywołuje w czytelniku ogrom emocji. 
           Bohaterowie, tak jak już wspomniałam, zdecydowanie są autentyczni i zapewne każdy z nas mógłby spotkać kogoś takiego w swoim życiu. Jednocześnie każdy dom to inna historia, co sprawia, że książka jeszcze bardziej wciąga czytelnika w swój świat. Są tutaj te postaci, do jakich od razu pała się sympatią - oczywiście jedną z nich jest Flora, kobieta o wielkim sercu, ale także młody lekarz, czy Hanna - kobieta, jaka to mimo ciężkiej, życiowej sytuacji, robi wszystko, by jej dzieci były szczęśliwe. Nie można jednak zapomnieć o Nelce - małej dziewczynce, która jest chyba najbardziej uroczą postacią w całej tej książce, a wszelkie fragmenty z jej udziałem wywoływały na mojej twarzy ogromnym uśmiech. Oczywiście pojawiają się także tacy bohaterowie, którzy wręcz irytują, chociażby jak Ziębowa. Tak czy siak uważam, że autorka świetnie wykreowała swoje postaci. 
           Podsumowując, książka "Najmilszy prezent" to historia, która przed okresem świąt jest wręcz idealną opcją, jednak myślę, że to po prostu świetny pomysł na przyjemną lekturę w ramach jakiegoś relaksującego wieczoru. Co więcej, to dopiero pierwszy tom z cyklu "ulica Wierzbowa", stąd już teraz wiem, że zdecydowanie sięgnę po kontynuację tej historii, a Wam z całego serca ją polecam.

sobota, 22 czerwca 2019

"Jeżeli kogoś kochasz, mów o tym. Bo jeśli tego nie zrobisz, pewnego dnia będzie za późno. To nie żadne gdybanie. Naprawdę będzie za późno. Jesteśmy tylko przez chwilę małymi trybikami we wszechświecie. Pewnego dnia nasz czas się kończy i już. Nie ma prób. Nie ma powtórek. Nie ma drugich szans. Jest tylko jedna, więc musisz ją wykorzystać i żyć tak, jak chcesz. Nie ma znaczenia, czy masz wielkie ambicje, czy może wystarcza ci życie, które inni mogliby uznać za przeciętne. Jeżeli jesteś szczęśliwa, przeżyłaś je jak należy..." 
 
Autor: Tammy Robinson
Tytuł:
Twoje fotografie
Wydawnictwo:
IUVI
Liczba stron:
335
Ocena:
6+/6
     Książki, które wzbudzają emocje sprawiając, że czytelnik wraz z bohaterami przeżywa chwile radości, złości, a także smutku czy rozczarowania to takie, jakie cenię najbardziej. Jeżeli dodatkowo dane historie skłaniają do przemyśleń, to stają się tymi wyjątkowymi. Właśnie taka jest powieść Tammy Robinson - "Twoje fotografie" - niepozorna książeczka, która wycisnęła z moich oczu łzy i sprawiła, że na chwilę zatrzymałam się i spojrzałam na swoje życie, doceniając to, że je mam.
     Główna bohaterka książki - Ava - w dniu swoich dwudziestych ósmych urodzin dowiaduje się o wznowie raka, z którym toczyła walkę trzy lata wcześniej. Jednak tym razem diagnoza nie pozostawia już żadnej nadziei - został jej maksymalnie rok życia. Dziewczyna postanawia więc spełnić swoje marzenie i zorganizować... ślub. Istnieje jeden poważny problem - brak pana młodego, lecz Ava postanawia zrobić to dla samej siebie: zamiast pogrzebu, urządzić ceremonię swojego życia. Jednak poprzez pewną akcję zainicjowaną przez jej przyjaciółkę, w całe wydarzenie angażują się media oraz inni ludzie, chcący pomóc Avie zrealizować jej ostatnie marzenie. Co więcej, nagle na jej drodze stają też uczucia - lecz czy kobieta będzie w stanie pokochać tylko po to, by następnie umieć się pożegnać? Jak z tymi wszystkim wydarzeniami poradzą sobie jej bliscy? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po "Twoje fotografie".
      Nie znałam twórczości tej autorki, stąd też sięgając po książkę nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Okazało się jednak, że od pierwszych stron styl, jakim się posługuje niezwykle przypadł mi do gustu. Pisze ona bowiem w sposób dość prosty i łatwy w odbiorze, a jednocześnie nie pamiętam już kiedy to zużyłam tak wiele karteczek indeksujących zaznaczając każdy fragment, jaki do mnie trafiał. Co więcej, autorka pisze w taki sposób, który skłania do przemyśleń i wplata w tę historię taki ogrom emocji, że wręcz w którymś momencie całkowicie przelewają się na czytelnika.
     Tematyka, jakiej dotyczy ta książka jest trudna i niezwykle przygnębiająca, bo nie ukrywajmy, ale raczej choroba, która powoli odbiera czyjeś życie, zjadając wręcz organizm od środka, nie należy do wesołych tematów, tak samo jak wizja odejścia i pogrążonych w żałobie bliskich. Jednak autorka w taki sposób "ugryzła" ten temat, by dał on do myślenia nam, ludziom, którzy często nie doceniają swojego życia. Ta historia pokazuje też, jak ciężko jest się pogodzić z myślą, że raptem kilka miesięcy to czas, jaki pozostał i podczas którego chciałoby się zrobić jak najwięcej, a przede wszystkim pozostawić bliskim jak najlepsze wspomnienia.
     Jednak tym, co najbardziej ta książka uświadamia to fakt, by doceniać każdą chwilę - zwykły zapach kawy o poranku, zachód słońca, czułe pocałunki czy nawet budzik dzwoniący o tej przeklętej piątej rano, bo to, że wciąż dzwoni i budzi nas do pracy przynajmniej pokazuje, że ciągle żyjemy, że wciąż mamy szansę na to, by być szczęśliwymi ludźmi, by układać sobie życie i nawet popełniać błędy, bo przecież nikt nie jest idealny.
      Stąd też historia Avy, tego, jak bardzo kochała swoich bliskich i jak wielkim uczuciem oni ją darzyli, sprawiła, że przez kilkanaście ostatnich stron nie byłam w stanie pohamować łez płynących po moich policzkach. Przekładałam kolejne kartki drżącymi rękami, czując ogrom emocji i wręcz mając wrażenie, jakbym rozumiała ból bohaterów, bo przez całą książkę bardzo zżyłam się z główną bohaterką, jej wszelkimi przemyśleniami i po prostu tym, jaką była osobą. Dlatego polecam tę historię z czystym sercem - to smutna, lecz przepiękna powieść, jaka pokazuje, by doceniać życie.
     Bohaterowie zostali wykreowani świetnie. Jak już wspomniałam, zżyłam się z samą Avą - to dziewczyna, której faktycznie ciężko pogodzić się z tym, że akurat ją spotkał taki los, a jednocześnie mimo to wciąż stara się pozostać pozytywną i próbuje wycisnąć z tych ostatnich chwil jak najwięcej dobrego. Bardzo polubiłam też oczywiście rodziców dziewczyny, jak także jej przyjaciółki - wszyscy bliscy Avy na swój sposób przeżywali swój wewnętrzny ból, próbując pogodzić się z wizją odejścia dziewczyny. Pozostaje także James - postać, którą zapewne nie jedna z nas chciałaby spotkać w realnym życiu i nie, wcale nie został aż tak wyidealizowany - miał też swoje wady, zawahania, a mimo wszystko stał się dla Avy bezpieczną przystanią przy krańcu jej życia. Stąd też kreacja postaci również przypadła mi do gustu.
    Podsumowując, "Twoje fotografie" to przepiękna, do głębi wzruszająca historia, która niesie jednocześnie ze sobą przesłanie, by korzystać z życia jak tylko umiemy i robić wszystko, byśmy byli szczęśliwi, bo nikt z nas nigdy nie wie, co jeszcze nas czeka i jak dużo czasu nam zostało.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

niedziela, 16 czerwca 2019

Autor: Hayley Chewins
Tytuł: Odwrócone
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 272
Ocena: 5/6
     Bardzo rzadko sięgam po fantastykę, a jeszcze rzadziej gdy jest ona skierowana do młodszych czytelników, a jednak gdy tylko ujrzałam okładkę książki "Odwrócone" autorstwa Hayley Chewins, jak także zapoznałam się z krótkim opisem tej historii, pomyślałam sobie - okej, spróbuję, czemu nie? Jak się okazuje, ta niepozorna książka, jest napisana w tak przepiękny, liryczny wręcz sposób, że z całym sercem mogę ją polecić każdemu - nie tylko młodzieży. 
       Dwunastoletnia Delphernia - główna bohaterka książki - całe życie spędziła w klasztorze, będąc jedną z odwróconych dziewcząt. Gdy na zewnątrz Mistrzowie, będący wyłącznie płci męskiej, grają muzykę, wówczas odwrócone w milczeniu mają zamieniać ją w złoto. Jednak Delphernia to jedyna z dziewcząt, która nie potrafi wytworzyć migotu. Co więcej, zamiast milczeć, woli śpiewać - lecz robi to tylko wtedy, gdy wie, że czuwająca nad dziewczętami Matka Dziewięć nie może jej usłyszeć. Kiedy zatem do klasztoru przybywa Mistrz, który wcale nie zachowuje się jak Mistrz, dziewczynka ma wreszcie szansę wyrwać się ze swojego więzienia i zobaczyć na własne oczy jak wygląda Blajbakan. Jednak szybko pojmuje, że chociaż uciekła z klasztoru, to w Blajbakanie nigdy nie będzie wolna... Jak zatem potoczą się jej losy? Kim jest tajemniczy Mistrz? Jakich ludzi Delphernia spotka na swojej drodze? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Odwrócone".
         Jak już wspomniałam na początku, jestem niezwykle pozytywnie zaskoczona stylem, jakim posługuje się autorka. Gdy tylko zaczęłam czytać tę historię, uderzyło we mnie to, jak bardzo... lirycznie jest napisana ta książka. Kompletnie nie spodziewałam się takiego stylu, języka, zdań budowanych w taki sposób, że są one dosyć proste (w końcu to trochę książka przeznaczona w moim odczuciu dla młodzieży), a jednocześnie są tak wręcz poetyckie. Stąd też jestem ciekawa innych książek tej autorki (chociaż to dopiero pierwsza jej powieść, to już czekam na kolejne), bo dawno nie miałam styczności z takim stylem pisania.
         Sama historia również jest ciekawa, chociaż odnoszę wrażenie, że można jeszcze było coś z niej wycisnąć, a przynajmniej nieco rozwinąć jakieś wątki (tak, właśnie po to, bym mogła przez więcej niż niespełna 300 stron zachwycać się językiem, jakim historia została napisania). Tak czy siak, mimo że sama akcja nie jest jakaś nadzwyczaj skomplikowana, a raczej to taki rodzaj książek idealnych do przeczytania w jeden wieczór w ramach relaksu, to jednak dostrzegłam w niej również swego rodzaju przesłania. Przede wszystkim pokazuje ona, że każdy z nas ma prawo być, kim chce - nie można skupiać się na tym, co może chcieliby narzucić nam inni. Jeżeli chcemy coś osiągnąć i mocno będziemy wierzyć w to, że się uda oraz robić wszystko, by tak się właśnie stało, to wówczas nic i nikt nie będzie w stanie nas powstrzymać. To także historia, która uświadamia, że chociaż czasami czujemy się słabi, to każdy w nas ma swego rodzaju siłę, by powalczyć z przeciwnościami losu - wystarczy jedynie uwierzyć w siebie.
       Bohaterowie zostali wykreowani bardzo dobrze. Sama Delphernia początkowo wydawała mi się taką za bardzo wystraszoną, wycofaną dziewczynką, lecz wraz z kolejnymi rozdziałami, czytelnik powoli mógł też dostrzegać, że zaczyna ona wierzyć w siebie i swoje możliwości. Niezwykle natomiast pozytywną postacią była Linna, która stała się przyjaciółką głównej bohaterki. Natomiast Mistrz imieniem Bly przypominał mi nieco introwertyka żyjącego w swoim świecie, ale jego również polubiłam. Stąd też bohaterów oceniam jak najbardziej na plus.
      Podsumowując, "Odwrócone" to książka, która przede wszystkim zaskoczyła mnie tym, w jak przepiękny sposób została napisana - zdecydowanie będę czekać na inne książki tej autorki. To także opowieść, jaką mogę polecić nie tylko młodszym czytelnikom, ale każdemu - to idealna książka na jakiś jeden, letni wieczór, a jednocześnie niosąca przesłanie.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

środa, 22 maja 2019



 "Prawdziwą radość i szczęście przynosi dawanie. Samego siebie, bezinteresowności, życzliwego wsparcia, drobnego gestu, pomocnej dłoni, uśmiechu, obecności, zrozumienia. Czuję wtedy to rozchodzące w środku ciepło,  gdy mogę podzielić się kawałkiem mojego "ja". I co może ważniejsze, nie oczekiwanie niczego w zamian."

Autor: Tomasz Jurkowski
Tytuł: Sięgając gwiazd
Wydawnictwo: Self publishing, Ridero
Liczba stron: 322
Ocena: 5/6
Premiera: 22.05.2019


     Jestem trochę niespełnioną pisarką, dlatego też, za każdym razem podziwiam ludzi, którym udało się stworzyć coś swojego i tym samym bez wahania sięgam po wszelkiego rodzaju debiuty naszych polskich pisarzy. Stąd też, gdy otrzymałam możliwość zrecenzowania książki Tomasza Jurkowskiego - "Sięgając gwiazd", nie wahałam się ani chwili, by zobaczyć, co też takiego przygotował autor na swoją debiutancką powieść. Będąc już po jej przeczytaniu, jeszcze przez kilka chwil po zamknięciu powieści, nie byłam w stanie powrócić do rzeczywistości. 
     Głównym bohaterem książki jest Grzegorz - tydziestokilkuletni singiel, którego bez wahania można określić jako introwertycznego - raczej na ogół trzymającego się z boku, żyjącego w tak zwanym swoim świecie. Kiedy jednak jego życie wywraca się do góry nogami z powodu utraty pracy, nie załamuje się, lecz postanawia spełnić swoje marzenie i napisać książkę. Okazuje się, że te kilkaset stron powieści jest w stanie niezwykle wpłynąć na życie mężczyzny i wręcz sprawić, że nagle, niespodziewanie, fikcja staje się rzeczywistością... Jak zatem potoczą się losy Grzegorza? Co takiego przeżyje mężczyzna? Jak to się w ogóle stało, że nagle to, co na papierze, zaczęło "żyć" w rzeczywistości? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w książce "Sięgając gwiazd". 
      Zacznę od sposobu pisania autora, jego stylu i języka jakim się posługuje. Muszę przyznać, że nie wsiąknęłam w tę historię od razu. Początkowo czytanie szło mi nieco powoli, lecz w pewnym momencie, nawet sama nie wiem kiedy, książka zaczęła wciągać mnie do swojego świata i sprawiać, że chciałam jak najszybciej poznać dalsze losy głównego bohatera. Co więcej, autor pisze w taki niby z jednej strony prosty sposób, a z drugiej strony zaś wplata w tą opowieść tak wiele życiowych fragmentów. Co rusz zaznaczałam sobie jakieś zdanie czy dłuższy opis, jaki idealnie do mnie trafiał i bez wątpienia może posłużyć za ciekawy i pełen prawdy cytat.
       Natomiast co do samej fabuły - wyobraźcie sobie jak to jest czytać książkę o... pisaniu książki i potem przeniesieniu się wręcz jej bohaterów i akcji do świata rzeczywistego? No właśnie - wydaje się to być z jednej strony czymś dziwnym, lecz z drugiej intrygującym i właśnie to czułam czytając historię Grzegorza. Zaintrygował mnie pomysł, jaki wpadł do głowy autorowi, a także jego wykonanie, które jest jak najbardziej na plus, mimo że... zakończenie lekko wsiąknęło mnie w fotel i sprawiło, że przez kilka chwil zastanawiałam się - dlaczego tak, a nie inaczej. 
        Ta historia wciąga do swojego świata i pokazuje, że każdy z nas może sięgnąć gwiazd, jeżeli tylko bardzo chce. Dla mnie jest to opowieść między innymi o spełnianiu marzeń i wierze w to, że czasami nawet niemożliwe, staje się możliwym i dodaje blasku do naszego życia. Jest to także historia pokazująca, że jeden dzień, jedna sprawa może wywrócić nasz dotychczasowy świat do góry nogami, lecz wówczas to tylko od nas zależy czy się poddamy czy może właśnie tak jak Grzegorz - staniemy twarzą twarz z problemem, by następnie odnaleźć w sobie siłę na spełnienie swoich marzeń i dążenie ku ich realizacji. Uważam więc, że to, jak na debiut, naprawdę dobry kawał powieści, która niesie wraz z sobą wiele uniwersalnych prawd.
          Jeżeli chodzi o bohaterów, bo oczywiście jest ich tutaj kilku, zostali wykreowani w ciekawy sposób. Co prawda najwięcej mamy do czynienia z Grzegorzem, mogąc powoli patrzeć jak ulega przemianie. Stopniowo, z nieco zimnego, zdystansowanego faceta trzymającego się na uboczu, staje się spontanicznym gościem, który zaczyna ściągać swoje maski i czytelnik może odkryć jaki tak naprawdę jest mężczyzna i co takiego spotkało go w życiu, że stał się takim, a nie innym człowiekiem. To właśnie taka analiza zachowań głównego bohatera i towarzyszenie mu w tej lekkiej przemianie, bardzo mi się spodobało. 
         Podsumowując, książka "Sięgając gwiazd" to w moim odczuciu udany debiut Tomasza Jurkowskiego. Chociaż po jej zamknięciu, w głowie kotłowało mi milion myśli i do końca chyba nie zrozumiem, dlaczego autor zdecydował się na takie zakończenie, to jak najbardziej uważam, że jest to ponad trzysta stron naprawdę intrygującej lektury. Polecam serdecznie.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 

Autorowi - Tomasz Jurkowski 

czwartek, 2 maja 2019

Autor: Sanjida Kay
Tytuł:
Skradzione dziecko
Wydawnictwo:
W.A.B.
Liczba stron:
368
Ocena:
5.5/6


     Bardzo chciałam wrzucić dla Was przedpremierową recenzję książki "Skradzione dziecko", którą napisała Sanjida Kay, jednak nie zawsze można zrobić to, czego bardzo się chce... Mimo to, nie mogłam się doczekać aż w końcu znajdę chwilę, by przysiąść do laptopa i przenieść na papier emocje, jakie towarzyszyły mi podczas czytania tej naprawdę dobrej, trzymającej w napięciu do samego końca, historii. 
      Zoe Morley i jej mąż Ollie po długim oczekiwaniu na dziecko, w końcu mają zostać przybranymi rodzicami Evie, którą młode małżeństwo pokochało od pierwszego wejrzenia. Po kilku latach okazuje się jednak, że w ich rodzinie pojawia się kolejne dziecko - tym razem ich własne. Kiedy Ben, brat Evie, kończy dwa latka, dziewczynka zaczyna dostawać tajemnicze prezenty, które sądząc po zostawianych przy nich listach, dostarcza ojciec, chcący odzyskać "skradzione" mu siedem lat wcześniej dziecko. Co więcej, atmosfera w rodzinie staje się coraz bardziej ciężka, a główna bohaterka - Zoe - wplątuje się w niebezpieczną relację... Jak zatem potoczą się losy bohaterów? Czy to, co pisze nieznajomy jest prawdą i zrobi wszystko, by odzyskać córkę? Dlaczego w ogóle Evie trafiła do adopcji? I jak ułoży się życie całej rodziny? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Skradzione dziecko". 
     Muszę przyznać, że od pierwszych stron, przypadł mi do gustu styl, jakim posługuje się autorka i być może właśnie to stanowiło kluczową sprawę jeśli chodzi o tempo przeczytania przeze mnie całej historii, bo zajęło mi to w ogólnym rozrachunku może raptem jeden dzień. Autorka stopniowo rozwija całą akcję, co nie oznacza, że jest tutaj nudno - co to, to absolutnie nie. Jednak pisze w taki sposób, że całość nie skupia się od razu na postaci dziewczynki, a wplecione zostały także inne wątki, dzięki czemu ta książka jeszcze bardziej wciąga czytelnika do swojego świata. Dodatkowo, uważam że autorka naprawdę nieźle buduje napięcie i mimo że w połowie książki wydawało mi się, iż domyśliłam się wszystkiego, tak koniec końców zostałam, jak to się mówi, wyprowadzona w pole, a cała moja teoria rozsypała się w drobny pył. Tak więc pozytywnie zaskoczyło mnie to, że ta historia naprawdę do ostatnich stron trzyma czytelnika w napięciu. 
     Sam pomysł na fabułę wydaje się być może lekko oklepany, lecz autorka tak ugryzła temat, że nie ma szans, by całość znudziła czytelnika. Jak zresztą wspomniałam - wywołuje ona uczucie niepokoju, które trwa do ostatnich stron, mimo że początkowo kilkakrotnie wywracałam oczami z powodu niedomyślności głównej bohaterki, sama myśląc, że już rozwikłałam zagadkę - jak się okazało później - błędnie. Dodatkowo to, co podobało mi się w tej książce to nie tylko skupienie się na akcji związanej z tajemniczym "ojcem" małej Evie, ale też wplecione zostały tutaj, moim zdaniem, elementy obyczajówki. Historia przedstawia też zwykłe, codzienne problemy rodziny, która w pewnym momencie chyba sama zagubiła się w tym co jest ważne, a co można odrzucić na dalszy plan. Ta książka pokazuje, że czasami pracoholizm burzy ściany bezpiecznego domu, a także uświadamia, że każdy człowiek często musi zmierzyć się z różnymi pokusami życia i tylko od nas samych zależy, czy pozwolimy na to, by te pokusy zniszczyły to, co do tej pory tak mocno się budowało.
     Bohaterowie zostali wykreowani całkiem dobrze. Chociaż główna postać - Zoe - początkowo troszkę mnie irytowała, to koniec końców jawiła się przede wszystkim jako troskliwa matka, która dla swoich dzieci zrobi wszystko. Mimo bycia artystką, większość swojego czasu poświęcała dzieciom, na dalszy plan odkładając swój talent. Jeśli chodzi o jej męża, to autorka przedstawiła tutaj idealny przykład osoby, która z czasem zaczyna mylić robienie czegoś dla rodziny z własnymi ambicjami i pięciem się coraz bardziej na szczyt kariery. Pozostali bohaterowie, w tym tajemniczy "ojciec" Evie, również zostały ciekawie stworzone, a autorka zbudowała intrygujące profile psychologiczne swoich postaci.
     Podsumowując, książka "Skradzione dziecko" to intrygujący thriller psychologiczny, który porusza dodatkowo istotne problemy związane z życiem rodzinnym, a jednocześnie do samego końca trzyma w napięciu. Osobiście polecam, bo to książka bez dwóch zdań do przeczytania w jeden, wolny wieczór w ramach relaksu.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Wydawnictwu W.A.B.  

sobota, 13 kwietnia 2019



Autor: David Baldacci
Tytuł:
Miasto upadłych
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron:
400
Ocena:
6/6

     Jak już niejednokrotnie mogliście zauważyć, jednym z moich ulubionych gatunków książek są wszelkiego rodzaju kryminały. Po ostatnim, niedawno recenzowanym na blogu "Powiększeniu" znowu naszła mnie ochota na sięgnięcie po ten sam gatunek. Tym razem do rąk wpadła mi jedna z nowości"Miasto upadłych", którą to historię stworzył David Baldacci. Jak się okazało, sięgnięcie po tę książkę było zdecydowanie dobrą decyzją, a te czterysta stron bardzo mnie wciągnęło.
     Baronville to miasto, które zdecydowanie można nazwać upadłym. Dawniej tętniące życiem, obecnie - pokryte rdzą górnicze miasteczko - staje się miejscem, w którym dzieją się dziwne rzeczy... W ciągu raptem dwóch tygodni zamordowane zostają aż cztery osoby. Co więcej, szaleje tam plaga uzależnień od opoidów. Kiedy więc Amos Decker - detektyw przebywający na urlopie - przypadkiem znajduje kolejne dwa ciała, od razu postanawia wkroczyć do akcji i pomóc lokalnej policji w śledztwie. Okazuje się jednak, że morderstwa to tak naprawdę niewielka część intryg, jakie rozgrywają się w Baronville. Czy Decker odkryje kto stoi za wszystkimi morderstwami? Czego jeszcze dowie się podczas śledztwa i najważniejsze - czy uda mu się rozwikłać wszelkie zagadki dotyczące pozornie małego miasteczka? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po "Miasto upadłych". 
     Tradycyjnie zacznę od stylu, jakim posługuje się autor, a który to jest świetny - lekki, jak na kryminał przystało, jednocześnie pisarz nie tylko świetnie buduje akcję i sprawia, że całość trzyma w napięciu do samego końca, ale także potrafi wplatać nieco nostalgiczne sceny, które wywołują też inne emocje niż tylko napięcie, takie jak chociażby smutek i lekkie wzruszenie. Tak naprawdę od pierwszy stron nie mogłam oderwać się od tej historii, z zapartym tchem śledząc każdą sytuację, wszelkie dialogi i próbując samej dojść do rozwiązania tej sprawy. Stąd też, mimo że to moja pierwsza styczność z tym autorem, to jestem pewna, że nie będzie ona ostatnia. 
     Jeżeli chodzi o samą historię - uważam, że autor świetnie przeplatał tutaj wątki zarówno związane z morderstwami, od których w ogóle zaczął się udział Amosa Deckera w całym śledztwie, ale też te, jakie dotyczyły fali uzależnień oraz faktu, że za tym wszystkim także stali "źli ludzie", a w zasadzie wielkie "narkotykowe szajki" i co więcej, ukazał pomiędzy nimi zależność, która sprawiała, że cała ta historia, początkowo totalnie zagmatwana, stopniowo zaczęła nabierać sensu. Tempo, w jakim rozgrywa się całość jest na tyle szybkie, by przekładając kolejne strony, czytelnik się nie znudził, a jednocześnie autor buduje napięcie, a nie wykłada wszystkiego jak na tacy. Do tego, jak już wspomniałam, wplata też lekko nostalgiczne sceny, które jedynie dodają całości emocji sprawiając, że z jednej strony chciałam jak najszybciej poznać zakończenie, a z drugiej, gdy już dotarłam do ostatniej sceny - to właśnie ona rozczuliła mnie najbardziej... Stąd też osobiście jestem zachwycona tą książką i jeżeli tylko macie ochotę na wciągający thriller, to łapcie ten tytuł bez wahania. 
     Bohaterowie zostali wykreowani równie dobrze, co sama fabuła. Bardzo, ale to bardzo polubiłam Amosa Deckera - ten gliniarz był po prostu świetny, a jego podejście i momentami sarkastyczne teksty, szczególnie do ludzi, jacy bardzo chcieli utrudniać mu "węszenie" po miasteczku i rozwiązanie śledztwa, zdecydowanie dodawały całości swego rodzaju pikanterii, jaka w końcu w tym gatunku jest niezwykle wskazana. Jednocześnie, mimo że Decker potrafił być twardy i oschły, to miał on także w sobie wiele ciepłych emocji i bez wątpienia był najzwyczajniej w świecie dobrym, lecz także doświadczonym przez życie, człowiekiem. Również jego partnerka z pracy - Alex - przypadła mi do gustu, chociaż pojawiało się jej tutaj nieco mniej niż właśnie Amosa. Pozostali bohaterowie, w tym też "ci źli" również zostali świetnie wykreowani - każdy z nich miał niepowtarzalny charakterek.
      Podsumowując, uważam, że "Miasto upadłych" to jedna z lepszych książek w gatunku kryminał/thriller, jakie czytałam w ostatnim czasie. Nie mam tutaj nic do zarzucenia, a powiem nawet więcej - zarówno styl autora, stworzona fabuła oraz wykreowani bohaterowie - to wszystko było na wysokim poziomie. Polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

wtorek, 9 kwietnia 2019

Autor: Andrew Mayne
Tytuł: Powiększenie
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 384
Ocena: 5.5/6

      Jednym z moich ulubionych gatunków książek są wszelkiego rodzaju kryminały czy thrillery, w tym także psychologiczne. Dlatego też, gdy tylko otrzymałam możliwość zrecenzowania książki "Powiększenie" autorstwa Andrew Mayne, której opis niezwykle mnie zachęcił, nie wahałam się ani chwili, by po nią sięgnąć. Jak się okazało, ta wręcz genialna książka, całkowicie wciąga czytelnika do swojego mrocznego, wręcz lekko mrożącego krew w żyłach, świata. 
      Jeżeli nie czytaliście "Naturalisty", ten akapit może zawierać spoilery wcześniejszej ksiązki autora. Theo Cray, główny bohater i jednocześnie narrator całej historii to naukowiec, który potrafi widzieć więcej niż niejeden doświadczony detektyw. Po sukcesie, jaki osiągnął chwytając mordercę jednej ze studentek, które uczęszczały na jego wykłady, nie ma dnia, by ktokolwiek nie prosił go o pomoc. Kiedy więc z pewną prośbą zwraca się do niego William Bostrom, wydawać by się mogło, że jego historia nie różni się od innych... Mimo to, Theo postanawia znaleźć człowieka, który prawdopodobnie porwał i zamrdował syna Williama, a także nadal to robi to z innymi, małymi chłopcami. Życie byłego profesora znowu przyśpiesza, gdy wpada on w tryb łowcy - zrobi wszystko, by znaleźć mordercę... Jak zatem potoczą się jego losy? Czy uda mu się schwytać tak zwanego Zabaweczkę? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Powiększenie". 
     Zacznę od stylu, jakim posługuje się autor. Jest on niezwykle przyjemny w odbiorze - lekki, jednocześnie pełen emocji, które sprawiają, że czytelnik od pierwszych stron zostaje wciągnięty w tę, pełną zagadek, tajemnic i momentami przerażających momentów, historię. Co więcej, autor wprowadza tutaj wiele ciekawostek między innymi o różnych seryjnych mordercach, a także nieco nauki - w tym nie tylko związanej z biologią, którą zajmował się główny bohater, lecz także matematyką, co sprawiło, że mój matematyczny umysł jeszcze bardziej zaciekawił się całą książką. Jedyne, czego może żałuję to fakt, że nie sprawdziłam, iż powstała wcześniej już książka z Theo Cray'em jako głównym bohaterem, dlatego niektóre odnoszenia się do sprawy, którą rozwiązał zanim zajął się Zabaweczką, stanowiły więc dla mnie już spoilery "Naturalisty", po jakiego też chętnie kiedyś bym sięgnęła. 
     Sama historia jest niezwykle wciągająca, pełna emocji i sprawiająca, że czytelnik wręcz przeżywa te wszystkie wydarzenia wraz z głównym bohaterem. Muszę przyznać, że od pierwszych stron nie mogłam się od niej oderwać i toczyłam wewnętrzną walkę: z jednej strony chciałam jak najszybciej zobaczyć, jak zakończy się cała historia, z drugiej zaś chciałam móc czytać ją jak nadłużej. Autor stworzył całość tak, że momentami staje się ona wręcz niepokojąca, a także można by rzec, że ciut nawet odrażająca... A jednak wciąż łapie tego czytelnika w swoje szpony, dostarczając ogromu wrażeń. Stąd też osobiście jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym kryminałem.
    Bohaterowie zostali wykreowani bardzo dobrze. Od samego początku polubiłam główną postać, czyli Theo Cray'a, który można by rzec, że stawał się łowcą tych "złych". Kiedy już wkręcił się w sprawę, robił wszystko, by doprowadzić ją do końca. Do tego posiadał nieprzeciętną inteligencję, co tylko dodatkowo sprawiało, że ten bohater niezwykle mnie intrygował i do siebie przyciągał. Pozostałe postacie również zostały wykreowane w ciekawy sposób. Warto tutaj zwrócić też uwagę na samego Zabaweczkę - autor ukazał go jako człowieka bez wszelkich emocji, który wierzył w swego rodzaju "magię", a jednocześnie kogoś, kogo każdy z nas mógłby znać czy mijać na ulicy nie zdając sobie sprawy z faktu, jakich czynów się dopuszczał.
     Podsumowując, uważam, że książka "Powiększenie" to wciągający kryminał, który trzyma w napięciu do ostatnich stron. Osobiście jestem pozytywnie zaskoczona i jeżeli macie ochotę na książkę z tego gatunku, to serdecznie polecam.

Za mozliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Wydawnictwu W.A.B.

wtorek, 26 marca 2019

„Okazało się, że w łkaniu drzemie wielka siła. Siła uzdrawiania, siła wyrzucania bólu i odpuszczania, siła wytrwania w miłości i pogodzenia się ze stratą.”

Autor: Amy Harmon
Tytuł: Inna Blue
Wydawnictwo: Editio
Liczba stron: 304
Ocena: 4.5/6

     Pamiętam jak dawno temu sięgnęłam po raz pierwszy po książkę napisaną przez Amy Harmon. Było to „Prawo Mojżesza” – lektura, jaka bardzo do mnie trafiła i sprawiła, że do dzisiaj wspominam ją z uśmiechem, ale również nutką nostalgii. Dlatego też, gdy tylko pojawiła się możliwość sięgnięcia po inną książkę tej samej autorki, nie wahałam się ani chwili i postanowiłam przeczytać historię zatytułowaną jako „Inna Blue”. Będąc już po jej przeczytaniu mam nieco mieszane uczucia, bo chociaż dużo stron musiałam przebrnąć, by się do niej przekonać, to koniec końców nie była to zła historia, wręcz okazała się być pełna emocji, czyli czegoś, co bardzo cenię we wszelakich powieściach.
    Główna bohaterka, tudzież narratorka całej historii to Blue Echohawk – dziewczyna, która na pozór wydaje się być zbuntowaną licealistką, tak naprawdę wewnątrz będąca niezwykle kruchą istotą próbującą odnaleźć swoją tożsamość. Ma około dziewiętnastu lat i nie jest nawet pewna swojego imienia. Porzucona w wieku dwóch lat, została wychowana przez Jimmy’ego – mężczyznę, który rozbudził w niej pasję do rzeźbiarstwa. Chociaż postawa Blue do otaczającego świata i ludzi pełna jest arogancji, to w środku kryje swoją wrażliwość, jaką w stanie jest dostrzec tylko nowy, młody nauczyciel historii - Darcy Wilson… Między nimi stopniowo rodzi się prawdziwa przyjaźń, gdy z kolei dziewczyna musi stawić czoła wielu trudnym sytuacjom. Jak zatem potoczą się jej losy? Czy odnajdzie w końcu odpowiedzi na nurtujące ją od dawna pytania – kim tak naprawdę jest? Czy relacja między nią, a Wilsonem będzie tylko przyjaźnią czy może czymś więcej? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę Amy Harmon.
    Zacznę od stylu, jakim posługuje się autorka. Już po raz kolejny przekonałam się, że niezwykle istotne jest pisać tak, by czytelnika nie zanudzić, mieć lekki w odbiorze język, ale jednocześnie by nie był on totalnie banalny i by raz na jakiś czas pojawiały się zdania, które zapadają w pamięć. Amy Harmon zdecydowanie potrafi pisać właśnie w ten sposób – niby lekko, a jednocześnie niezwykle emocjonalnie, wplatając w swoje historie także zdania, które śmiało można uznać za swego rodzaju sentencje godne zapamiętania. To sprawia, że jej powieści czyta się niezwykle szybko, ale też mimo wszystko zostają w pamięci na dłużej.
    Muszę jednak przyznać, że początkowo nie mogłam się wczuć w tę historię. Wydawało mi się to wszystkie jakieś takie… proste, może nawet ciut przewidywalne, główne postacie takie typowe, mało oryginalne. Myślałam sobie, że być może najzwyczajniej w świecie wyrosłam już z młodzieżówek, że mój odbiór tego typu historii dawniej był inny, bo byłam w zbliżonym, do bohaterów wieku, ale zaraz potem pomyślałam, że w zasadzie wiele starsza to od nich nie jestem. Czytałam więc dalej i dalej, a wraz z przekładaniem kolejnych stron ta historia zaczęła do mnie trafiać. Dostrzegłam coś więcej niż schemat bądź lekką opowiastkę, a do tego coraz większy ładunek emocjonalny sprawiał, że nie mogłam się już od tej historii wręcz oderwać.
    Ta książka tylko pozornie jest prosta i może jawić się jako ukazanie romansu między uczennicą a nauczycielem. Być może tutaj lekki spoiler, ale to nie tak, że autorka poszła w schemat „zakazany owoc najlepiej smakuje” i właśnie to sprawiło, że popatrzyłam na tę książkę nieco inaczej. Ukazuje ona bowiem jak ważna jest w życiu prawdziwa przyjaźń i jak wiele dobrego może nieść bezinteresowna pomoc. Chociaż w dobie dzisiejszych czasów wydawać by się mogło, że cokolwiek, co jest „bezinteresowne” to podejrzane, to autorka pokazała, że czasami kilka prostych gestów, słów czy chociażby bycie dla jakiejś osoby i wysłuchanie jej, może pomóc nieco poukładać czyjś świat. To także historia jaka uświadamia, że nie zawsze to, co widoczne gołym okiem jest prawdziwe. Blue to świetny przykład na to, jak ludzkie osądy często niezgodne są z prawdą – pozornie arogancka dziewczyna okazała się mieć bardzo wrażliwe wnętrze, lecz bała się ukazywać je światu by nie zostać zranioną. Jest to więc też historia o poszukiwaniu  swojego „ja”, ale także o podejmowaniu ciężkich decyzji i myśleniu często o dobru innych nawet kosztem własnego szczęścia.
   Krótko skupiając jeszcze uwagę na bohaterach – tak jak już zresztą wspomniałam, mimo że początkowo wydawali się być zbyt schematyczni, to dostrzegłam w nich coś więcej. Blue to dziewczyna, która ukrywa swoje prawdziwe oblicze tylko po to, by nikt nie mógł jej zranić, gdy z kolei Wilson to mężczyzna jaki widzi więcej niż inni ludzie i który w każdej osobie stara się dostrzec też to co w środku, a nie tylko na zewnątrz. Oprócz nich, pojawili się też inni bohaterowie i muszę przyznać, że każdego z nich autorka dość dobrze wykreowała, a szczególnie polubiłam postać siostry Wilsona która mimo iż jej życie nie było kolorowe w każdym jego aspekcie, to z uśmiechem witała każdy dzień.
     Podsumowując, mimo iż musiałam przebrnąć przez kilkanaście stron, by wczuć się w rytm tej książki, to uważam, że ukazuje ona kilka ważnych wartości. Jeżeli więc macie ochotę na lekką młodzieżówkę, lecz jednocześnie taką, która pełna jest emocji i wielu, naprawdę chwytających za serce, cytatów, to nie wahajcie się i sięgnijcie po książkę „Inna Blue”. 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 
Wydawnictwu Editio 

wtorek, 5 marca 2019



Autor: Gabrielle Bernstein
Tytuł: Przestań się oceniać
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 248
Ocena: -4/6

    Łatwo jest oceniać. Zarówno innych, jak i przede wszystkim siebie. Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu wytyka czyjeś błędy, a także równie często bądź nawet częściej jest krytyczny względem samego siebie. Tak jak każdy człowiek, tak i ja oceniam głównie samą siebie, doszukując się zbyt często tego, co złe, zamiast skupić się na aspektach, które są moją mocną stroną. Dlatego też, gdy otrzymałam możliwość przeczytania książki "Przestań się oceniać", którą napisała Gabrielle Bernstein, nie wahałam się ani chwili, by po nią sięgnąć. Jest to całkiem przyjemna lektura, chociaż może nie wybitna i ciut rozczarowująca, ale na pewno wnosząca jakiś niewielki ułamek wiedzy do tego ludzkiego życia. 
    Autorka poprzez opisanie sześciu kroków chce uświadomić czytelnikowi skąd bierze się osądzanie, a także co zrobić, by wyzbyć się tego nawyku. Ukazuje między innymi co to znaczy uszanować swoje rany, jak ważne jest postawienie miłości na ołtarzu czy też co to znaczy rzucić światło na swój cień. Stara się poprzez tę książkę wpłynąć na myśli czytelnika i sprawić, by po odłożeniu już lektury na półkę, w głowie pozostało, że może warto właśnie teraz zacząć inaczej postrzegać świat, lecz przede wszystkim samego siebie. 
      Styl, jakim posługuje się autorka jest zdecydowanie lekki. Nie jest to książka, którą czyta się jakby była drętwo napisanym poradnikiem. Tutaj przechodzenie przez kolejne strony idzie bardzo szybko. Jednak to, co początkowo wydawało mi się plusem, wraz z kolejnymi rozdziałami, poniekąd zaczynało przypominać mi masło maślane... A co więcej - miałam wrażenie, że autorka nie raz na siłę stara się wplatać w swoje porady swego rodzaju sentencje. Niektóre z nich faktycznie były może i trafne, ale inne z kolei sprawiały, że książka stawała się mało logiczna. Stąd też jest to na pewno lekturka idealna na jakiś wolny wieczór, by w ramach relaksu móc skupić się na książce, ale jednocześnie momentami może sprawiać, że czytelnik poczuje się zdezorientowany, czy też autorka aby na pewno nie przeczy sama sobie. 
     Ciężko tutaj mówić o moich osobistych odczuciach po przeczytaniu tej książki, ponieważ myślę, że spodziewałam się czegoś więcej niż dostałam. To nie tak, że ten poradnik jest zły. Być może sięgałam po tę książkę wręcz z bijącym serduchem i ogromną ciekawości, czy może dzięki poradom autorki dowiem się więcej co zrobić, by mniej krytycznie osądzać samą siebie. W końcu każdy popełnia czasami błędy, ale to nie znaczy, by za każdym razem widzieć winę tylko w sobie. Natomiast otrzymałam w dużej mierze skupienie się wokół tego, co w ogóle przyczynia się do tego, że osądzamy - siebie oraz innych. 
     Według autorki jest to brak miłości, bo właśnie to uczucie, ta wartość w dużej mierze wpływa na człowieka. Co więcej, twierdzi ona także, że ci, którzy krytykują, stale osądzają innych, mają tak naprawdę niskie poczucie własnej wartości i tym samym chcą podnieść swoją samoocenę. Niestety, ale z wieloma tymi przytoczonymi przykładami nie do końca się zgadzam i mam odmienną opinię. 
     Mimo to znalazłam w tej książce także te momenty, które przypadły mi do gustu. Na pewno trafiło do mnie to, że autorka uświadomiła, jak ważna jest akceptacja samego siebie, jak istotne jest także uszanowanie tych swoich ran. Być może czasami czegoś w życiu brakuje - niekoniecznie tylko miłości - co sprawia, że skupiamy się na swoich wadach, na tym, co nam nie wyszło, zamiast zaakceptować fakt, iż nikt nie jest idealny. 
     Podsumowując, książka "Przestań się oceniać" to napisana lekkim językiem lektura idealna na jeden wieczór w ramach relaksu. Być może nie zmienia życia i nie jest wybitnym poradnikiem, ale myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie
Księgarni TaniaKsiążka.pl

sobota, 23 lutego 2019

Autor: Melissa Alvarez
Tytuł: Żyj przytulnie
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 240
Ocena: -5/6

    Każdy z nas, czy zdaje sobie z tego sprawę czy też nie, dąży do tego, by mieć takie swoje miejsce, do którego chętnie się wraca. Dom, mieszkanie czy chociażby mały pokój, który będzie stanowić oazę spokoju, a swoją przytulnością sprawi, że opanują nas jedynie pozytywne emocje. Kiedy więc otrzymałam propozycję zrecenzowania książki "Żyj przytulnie", którą to napisała Melissa Alvarez, nie wahałam się ani chwili. Chciałam zobaczyć, co też autorka ma na myśli mówiąc o przytulnym życiu. Będąc już po lekturze tych ponad dwustu stron, muszę przyznać, że niezwykle przyjemnie czytało mi się tę książkę i kilka rozdziałów naprawdę do mnie trafiło. 
    Książka składa się z ośmiu rozdziałów, a każdy z nich, choćby pozornie wydawało się to niemożliwym, łączy się z pojęciem przytulności. Na początek autorka serwuje nam pojęcie, chyba dość już znane, czyli hygge, a także przedstawia inne, podobne koncepcje kulturowe. Następnie prowadzi nas poprzez odnajdywanie głębszego sensu życia dzięki przytulności, opisuje, czym według niej jest przytulne życie, ukazuje jak ważne jest docenianie codzienności, rozwijanie uważności, a także spędzanie czasu na łonie natury. Przedstawia także pojęcie emocjonalnej przytulności oraz duchowego dobrostanu. Stąd też autorka nie wskazuje jedynie przytulności w sensie miejsca, które takie może być, ale skupia się też na tym, jak ważny jest stan emocjonalny człowieka, by czuł się komfortowo w swoim własnym życiu. 
      Muszę przyznać, że styl, jakim posługuje się autorka, bardzo przypadł mi do gustu. Pisze w lekki sposób, a jednocześnie potrafi zaciekawić czytelnika. Stąd też książka jest idealna na taki wolny wieczór, jeżeli potrzebujemy chwili relaksu oraz zamiast na powieść, mamy ochotę na coś w stylu poradnika, dzięki któremu możemy dowiedzieć się co robić, by nasze życie było bardziej przytulne. Każdy rozdział, autorka dzieli także na podrozdziały, skupiając swoją uwagę na różnych aspektach związanych z tematem głównym rozdziału, a także wplata różnego rodzaju propozycje ćwiczeń dla czytelnika jak np. zaplanuj dzień tylko dla siebie, zrezygnuj z technologii na tydzień czy też stwórz listę swoich oczekiwań. Taka forma książki sprawia, że nie nudzi ona czytelnika. 
     Książka ta jest w jakiś sposób pouczająca. Uświadamia bowiem każdemu z nas, jak ważne jest nie tylko miejsce, które sobie tworzymy, ale przede wszystkim to, co dzieje się w głębi nas samych, bo właśnie to wszystko sprawia, że życie może stać się bardziej przytulne bądź też, niestety, wręcz przeciwnie. Stąd też ta lektura ukazuje, że przytulność to nie tylko piękny, wygodny fotel, dekoracyjne poduszki, dobre oświetlenie mieszkania czy kwiaty w wazonie, ale to także nasze podejście do życia, nastawienie do świata oraz innych ludzi, a także zajrzenie w głąb siebie i poukładanie tych wszystkich spraw, jakie sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Stąd też mnie osobiście ten poradnik przypadł do gustu i stanowił miłe oderwanie od codzienności.
    Jedynym może niuansem, o jakim warto wspomnieć, jest fakt, że w dobie dzisiejszych czasów, sporo już podobnych książek przewinęło się na rynku. Sama koncepcja hygge jest już dość znana od dawna, powstało o niej mnóstwo innych lektur, stąd też osoby, które są już w temacie podobnego stylu życia, tą pozycją mogą się rozczarować i uznać, że być może nie wnosi ona niczego nowego Chociaż z drugiej strony - nie ma dwóch takich samych książek, prawda? A nuż ta okaże się lepsza od innej, mającej podobną tematykę. Dla mnie, czytelnika, który wcześniej nie sięgał po podobną tematykę, książka stanowiła swego rodzaju wieczorny relaks. Stąd też, jeżeli podobnie jak ja, nie mieliście wcześniej styczności z takimi tematami, to "Żyj przytulnie" może miło Was zaskoczyć. 
    Podsumowując, jeżeli w swoim życiu być może lekko się pogubiliście albo biegniecie przez nie tak szybko, że nie pamiętacie już, co to znaczy złapanie chwili oddechu, ta książka będzie idealnym oderwaniem się od tego trybu życia i skupieniem swojej uwagi na tym, co zrobić, by zacząć czuć się komfortowo, a tym samym, by przytulnie żyć. Osobiście - polecam. 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 
Księgarni TaniaKsiążka.pl

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *