Matematyczny umysł z artystyczną duszą. Matematyk z wykształcenia, aktualnie pracownik jednej z krakowskich korporacji, a z zamiłowania niespełniona pisarka i zakręcona książkoholiczka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felieton. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 grudnia 2018

    Nadszedł ostatni dzień roku, dlatego też postanowiłam przygotować dla Was wpis będący swego rodzaju przemyśleniami. Dawno nie było tego na blogu, ba! w końcu blog dopiero niedawno powoli zaczyna się ożywiać, dlatego też pomyślałam, że w takim wpisie będę mogła zawrzeć swoje spostrzeżenia dotyczące podsumowań starego roku oraz noworocznych postanowień, jak także podzielę się z Wami pokrótce moim osobistym podsumowaniem oraz planami i celami na nadchodzący wielkimi krokami rok 2019.
      Mam wrażenie, że za każdym razem, gdy nieuchronnie zbliża się koniec roku, spora część osób postanawia nieco podsumować sobie cały ten czas, który tak szybko przeminął. Jedni robią to w pełni świadomie, zastanawiając się, co udało im się zrealizować, a czego nie byli w stanie jeszcze zrobić, notują sobie wszystkie swoje sukcesy, a także wypunktowują porażki, wyjaśniają często różne sprawy, a wszystko po to, by w ten kolejny rok wejść z tak zwaną "czystą kartą" i od nowa zacząć spełniać swoje plany oraz cele. Inni z kolei niby nie skupiają aż tak swojej uwagi na tym, że rok się kończy, ale podświadomie na pewno przewijają się w ich głowach myśli jaki był dla nich ten rok, co takiego się wydarzyło, jakich ludzi poznali, a którzy to odeszli z ich życia. Są oczywiście też i tacy, dla których nie ma to większego znaczenia - ot, kończy się jeden rok, zaczyna kolejny, co tutaj więcej gdybać... i pewnie ci są najszczęśliwsi, bo nie analizują, nie zastanawiają się, nie dokopują się do wydarzeń, jakie już miały miejsce, a po prostu żyją chwilą i chwytają każdy dzień takim, jakim jest. Osobiście doszłam ostatnimi czasy do pewnego wniosku. Otóż warto chociażby przez chwilę zastanowić się nad tym, jaki był dla mnie dany rok. Usiąść z kubkiem dobrej herbaty i pomyśleć, co takiego wydarzyło się w życiu, co dało mi radość, a co też sprawiło, że być może pewne sprawy odwróciły się do góry nogami czy też niektóre relacje totalnie się posypały. Warto przez chwilę pomyśleć, co zrobić, by uniknąć tych złych rzeczy, a za to by tych dobrych i wspaniałych było jak najwięcej. Jednocześnie uważam, że nie ma sensu zagłębiać się aż tak w każdą rzecz, pluć sobie w brodę za każdy niespełniony cel - nie udało się teraz, trudno, uda się za rok. Bo wiecie... czasami można sobie planować wiele, można mieć cele, marzenia, które stopniowo się realizuje, ale wówczas los potrafi zburzyć tą fasadę pozornego spokoju i satysfakcji z tego, że coś ruszyło do przodu. Czasami nasz osobisty domek z kart, który sobie budujemy, zostaje totalnie rozwiany przez pasmo niepowodzeń bądź przez niewłaściwych ludzi, jakich spotykamy na swojej drodze. Dlatego nawet jeśli nasze plany się nie spełniły, to nie znaczy, że ten rok był tylko zły. Warto pamiętać chociażby o tych drobnych sukcesach, o życzliwych ludziach, którzy nas otaczali - to liczy się bardziej niż wszystko inne... Bo tak naprawdę czas ucieka zbyt szybko, by ciągle stać w miejscu. Warto więc podsumować sobie stary rok, ale bez ciśnienia, że coś "nie wyszło" - nie wyszło, to trudno i żyje się dalej, bo tak naprawdę nowy rok to tylko kolejna cyferka w naszym wieku, nie warto więc marnować czasu na to, co nie jest tego warte.
     Skoro było już krótko o podsumowaniach, to będzie i o słynnych, noworocznych postanowieniach. Już dawno zdałam sobie sprawę z jednego faktu - nie warto czegoś sobie postanawiać, warto określać sobie konkretne cele, nieważne czy robimy to na nowy rok, nowy miesiąc czy tydzień - lista jasnych i przejrzystych celów wydaje się przynajmniej być czymś rozsądniejszym niż rzucone w eter hasło: postanawiam sobie, że od 1 stycznia przestanę robić to, czy tamto. Bo wiecie, może to zabrzmi trochę brutalnie i nieelegancko jak na mnie, ale... każdy wraz z końcem starego roku i początkiem nowego coś sobie postanawia. Głośno mówi, jak to od początku robi przestaje palić czy też zaczyna chodzić na siłkę, a to jeszcze coś innego, a to, czy tamto, ale wiecie co to jest? Zwykłe pieprzenie. Pieprzenie haseł, bo tak trzeba. Pieprzenie o postanowieniach, bo każdy to robi, to ja też muszę. Pieprzenie o rzeczach, o jakich często podświadomie człowiek wie, że nie spełni, ale mówi głośno, chwali się znajomym, bo tak jest teraz modnie. A potem, po tygodniu czy dwóch, nagle tych postanowień już nie ma. Dlatego myślę, że zamiast powtarzać wokół do innych ludzi, co to sobie postanawiamy, po prostu usiądźmy we własnych czterech ścianach, zastanówmy się przez chwilę, co chcielibyśmy zmienić w swoim życiu, wyciągnijmy kartkę i długopis, zapiszmy nasz pomysł, ale taki, jaki wewnętrznie czujemy, że jesteśmy w stanie zrobić, powieśmy sobie tę kartkę w widocznym miejscu i dążmy do osiągnięcia tego celu... I nie musimy zakładać tego celu na cały rok. Może to być cel na miesiąc, by za miesiąc wprowadzić nowy, kolejny, o ile poczujemy, że jesteśmy na siłach to zrealizować. Może to być cel chociażby na tydzień, ale spróbujmy przez ten czas wytrwać w tych naszych planach... I nie musimy mówić o tym głośno, wystarczy, że zrobimy to dla siebie, jeśli czujemy, że "tak, w tym roku chcę w końcu zrobić to czy tamto, a przynajmniej SPRÓBUJĘ". No bo właśnie - w tych całych celach czy chociażby "postanowieniach" ważne jest, byśmy przynajmniej spróbowali je osiągnąć. Dążyli do tego, a nie napalali się na coś, by ten tak zwany słomiany zapał zaraz zniknął. Dlatego też jeśli czujemy potrzebę zmian, wprowadźmy je, ale tylko te, jakie wiemy, że jesteśmy w stanie przynajmniej spróbować realizować, a nie takie, jakie z góry skazane są na porażkę. 
         Tym oto akcentem przechodzę powoli do własnego, krótkiego podsumowania roku 2018 oraz wypisaniu sobie celów na rok 2019. Mając na myśli podsumowanie oraz cele - chodzi głównie o ten mój Chaos myśli, stąd też wygląda to następująco: 

1. Podsumowanie roku 2018 na Chaosie myśli

Zdecydowanie za mało pisałam i totalnie się wypaliłam - wiem to i chciałabym to zmienić, ale o tym za chwilę. Praktycznie ten blog stopniowo przestawał istnieć i tak, jak napisałam swego czasu na fanpage'u - przygotowywałam już nawet wpis o zakończeniu działalności. Jednak pewne sytuacje sprawiły, że postanowiłam wrócić do pisania i powoli odnajduję w sobie motywację oraz to, co niestety przez pewien czas zatraciłam... Tak więc nadal realizuję się na blogu i mam nadzieję, że tak pozostanie. Jakkolwiek zawiodłam Was, Drodzy Czytelnicy, jedyne, co pozostaje mi powiedzieć to przepraszam, tak po prostu... I uwierzcie mi, że samej mnie jest przykro, że odłożyłam swoją pasję na bok dla wielu spraw, jakie nie były tego niestety warte. 

2. Cele na rok 2019 na Chaosie myśli 

Przede wszystkim moim celem jest pisać. Chcę, żeby ten blog ożył, by znowu miał swoje grono czytelników, byście chętnie tutaj wracali i bym sama mogła przelewać w to miejsce swoje myśli, emocje i uczucia. Bardzo chciałabym, by pojawiało się tu jak najwięcej przemyśleń, trochę mniej recenzji, ale również pragnę wrócić do czytania większej ilości lektur niż to było swego czasu, chciałabym także zacząć recenzować filmy oraz seriale, tym samym Wam je polecając (bądź przestrzegając przed fatalnymi ekranizacjami), a przede wszystkim chciałabym więcej twórczości własnej w tym miejscu. Dlatego wypiszę sobie te cele gdzieś dla siebie, powieszę na swojej tablicy korkowej i będę je realizować. 

       Jeżeli jednak chodzi o podsumowanie tego roku w innych kwestiach - nie chcę tutaj dzielić się zbyt dużą dawką informacji o moim prywatnym życiu, ale na pewno mogę stwierdzić jedno: ten rok był nieprzewidywalny, a szczególnie jego końcówka. Pokazało mi to, że czasami ten los potrafi się odmienić tak nagle, że jednego dnia wszystko może być tak jak jest, a innego jest już totalnie inaczej... I na pewno ten rok uświadomił mi jedno: jakkolwiek czasami staramy się dla ludzi wokół nas, nieważne jak mocno pielęgnujemy pewne rzeczy, to może się okazać, ze to wszystko nie było tego warte, że my, ludzie, czasami po prostu się mylimy, a cokolwiek, co robiliśmy okazuje się nie mieć totalnie znaczenia i być całkowicie niedocenionym. Jednak jak wspomniałam nawet wyżej - nieważne, jak bardzo coś się nie udało, życie toczy się dalej, trzeba się więc podnieść i z głową uniesioną wysoko ruszyć do przodu, o.
      Natomiast co do moich osobistych postanowień - posłużę się tutaj cytatem z pięknego utworu Dawida Podsiadło zatytułowanego "Nie kłami", że na pewno już teraz, w ten ostatni dzień roku "zaczynam zamykanie bram" - a tym samym chciałabym wejść w 2019 rok z wewnętrzną siłą i energią, z celami, jakie mam i jakie usilnie pragnę zrealizować i przede wszystkim chcę na ten rok jednego: cieszyć się z każdej chwili i zrobić jak najwięcej dla samej siebie. 

      Przechodząc już do końca tego (myślę, że dość długiego) wpisu, nie obejdzie się bez krótkich życzeń dla Was, Moi Drodzy. Były świąteczne, będą teraz noworoczne, ale że tak powiem, będzie zwięźle i na temat. 

Kochani - życzę Wam przede wszystkim, byście byli szczęśliwi, tak po prostu. Niech ten Nowy Rok będzie dla Was jak najlepszy, byście spełnili wszystkie swoje cele, by otaczali Was sami dobrzy i życzliwi ludzie i byście doceniali każdą chwilę, czerpiąc z niej jak najwięcej, bo jak to napisała Wisława Szymborska:

"Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy."

Stąd też nie marnujcie żadnej z chwil, Moi Drodzy - Szczęśliwego, Nowego Roku!

    Niebawem powitam rok 2019 nowym wpisem, a na dziś życzę Wam jeszcze jedynie udanej zabawy - nieważne czy na wielkiej imprezie, w gronie rodziny czy przyjaciół czy też przed ekranem telewizora - świętujcie, a co! 

czwartek, 1 lutego 2018

Chaos myśli
     Bardzo długo zabierałam się do tego, by wreszcie opublikować tutaj wpis, w którym wyjaśniam, dlaczego mój Chaos myśli milczał tak długo - zarówno tutaj, na blogu, jak także niewiele lepiej wyglądała sytuacja na fanpage'u, choć w tamtym miejscu kilkakrotnie wyjaśniałam moją nieobecność. Jednak dzisiaj publikuję dla Was wpis pełen szczerości i taki, w którym nie tylko mówię, dlaczego tak po prostu zniknęłam na jakiś czas z internetu, ale też wyjaśniam, co dalej będzie z Chaos myśli. Tak więc zacznijmy od początku...
      Nie piszę ani tutaj ani na fanpage'u. Zniknęły recenzje książek, które to od pewnego czasu były jedyną tematyką poruszaną na blogu, nie ma moich krótkich tekstów, jakie co rusz wrzucałam na fanpage - po prostu nie piszę niczego. Nie pisałam, bo nie miałam kiedy, ale też chyba dlatego, że po prostu straciłam chęci i uznałam, że nie potrafię tego robić tak, jak dawniej... A przynajmniej tak myślałam do pewnego momentu. Otóż do chwili, w której uświadomiłam sobie, że pisanie zawsze będzie jakąś tam częścią mnie. Kiedy ostatnio dostałam od mamy przepiękny notes (tak, to ten w pióra ze zdjęcia), bo jak to sama powiedziała, kiedy go zobaczyła, to od razu wiedziała, że to coś dla mnie na to moje pisanie, to wiecie, pomyślałam sobie wtedy, że w sumie to brakuje mi tego wszystkiego. Bardzo mocno brakuje mi mojego miejsca w internecie, w którym mogłabym umieścić opinię czy to o książce, filmie, serialu czy też wrzucić własne przemyślenia dotyczące przeróżnych spraw. Gdy tak o tym wszystkim myślałam i myślałam to wreszcie coś sobie uświadomiłam. 
      Jako, że jestem osobą szczerą i wyznaję zasadę, że powinno się głośno mówić o tym, co się myśli i czuje, to odsłonię w tym momencie przed Wami bardzo wiele rzeczy, jakie dopiero niedawno do mnie dotarły. Parę linijek wyżej napisałam, że coś sobie uświadomiłam i wiecie co to takiego? A no to, że najgorsze w tym braku pisania był fakt, że sama, dobrowolnie, powoli zaczęłam z tego rezygnować. Zasłaniałam się pracą i studiami, spędzaniem czasu z bliskimi w wolnych chwilach, jakich mam niewiele, tym, że nie mogę pogodzić wszystkiego, a tak naprawdę, nawet jak były momenty, że mogłabym coś napisać to najzwyczajniej w świecie mi się NIE CHCIAŁO. Tak samo mocno nie chciało mi się pisać, jak i czytać. 
      Kiedy otwierałam nową książkę, na samą myśl o czytaniu dostawałam ataku lenistwa. Na widok napływających egzemplarzy recenzenckich robiło mi się niedobrze. Gdy próbowałam sklecić jakiś wpis, uznawałam wówczas, że żadne słowa nie układają się w spójną całość i po prostu wyłączałam ten wirtualny arkusz. Poczułam, że w pewnym momencie to wszystko mi się PRZEJADŁO. Za dużo egzemplarzy recenzenckich, ciągła walka pomiędzy napisaniem recenzji na czas, a czymś innym sprawiło, że poczułam niechęć nie tylko do czytania, ale i pisania. Bo kiedy nie pisałam opinii o jakiejś lekturze, to i miałam wrażenie, że mój blog stał się już tak bardzo książkowy, że próba wrzucenia czegokolwiek innego nie ma najmniejszego sensu. Poddawałam się już na starcie. 
      Faktycznie, łączę ostatni rok studiów z pracą, co na początku nowego semestru naprawdę pochłaniało mnóstwo mojego czasu. Może inaczej by to wyglądało, gdybym oprócz chodzenia na uczelnię i do pracy, nie musiała się uczyć, wtedy być może lepiej gospodarowałabym swoim czasem. Ale jest jak jest, a ja po prostu nie potrafiłam znaleźć w tym wszystkim chwil dla bloga, a nawet jeśli je znajdywałam, to po prostu odechciało mi się pisania. To są główne powody, dlaczego Chaos myśli milczał - częściowo przez natłok obowiązków, a częściowo przez moje własne lenistwo i to, że przejadło mi się czytanie i pisanie. Może brzmi to niefajnie, ale wiecie co? Potrafię się do tego przyznać, a uważam, że umiejętność mówienia o swoich błędach jest o wiele bardziej ceniona niż mydlenie innym oczu półprawdami. 
       Jednak co dalej z Chaosem myśli? Nie, nie rozstaję się z nim. Niedawno w głowie zaczęły kiełkować mi super pomysły na artykuły z serii przemyśleń, a piętrzący się stosik WŁASNYCH książek, czekających od dawna, o dziwo zaczął mnie przyciągać. Właśnie dlatego zrozumiałam, że czegoś, co się kocha, nie da się ot tak porzucić. Kiedy dodatkowo spojrzałam na rok, od kiedy prowadzę swój blog, pomyślałam sobie, że nie chcę zaprzepaścić tak długiego czasu, a przynajmniej jeszcze nie. No i przede wszystkim zdałam sobie sprawę z faktu, że mam Was, Czytelników - nieważne czy jest Was tysiąc, dwustu czy raptem paru - ważne, że JESTEŚCIE. 
       Pojawiały się w mojej głowie jednak myśli, czy pozostać tutaj, na moim Chaosie, czy może spróbować sił na czymś nowym - wiecie, pusta kartka i zacząć wszystko od początku. Po przemyśleniu stwierdziłam, że to jest moje miejsce i to właśnie tutaj nadal będę pisać, a jednocześnie powrót na Chaos myśli może być jakimś tam nowym początku. Dlatego na pewno chcę wprowadzić kilka zmian, czyli:
  • muszę pomyśleć nad wizualną kwestią bloga: zmianą szablonu, uporządkowaniem wpisów, stworzeniem miejsca, które na sto procent odzwierciedli mnie
  • nie chcę pisać już tylko recenzji książek (a na pewno bardzo, bardzo ograniczę współprace recenzenckie, czas na lektury z własnej półki!), a chcę recenzować także filmy czy też seriale, których od pewnego czasu oglądam sporo
  • chcę, by pojawiało się tutaj o wiele więcej przemyśleń niż do tej pory 
  • i... wiecie co? Chcę, by jakikolwiek jeszcze pomysł wpadnie mi do głowy, nieważne czego będzie dotyczyć, mógł się tutaj realizować, no bo przecież to Chaos myśli: mój własny miszmasz wszystkiego, o! 
      Mam jedynie nadzieję, że z pomocą innych i ich wiarą w moje możliwości, uda mi się to wszystko zrobić: że jakoś ogarnę wizualną kwestię bloga, a pisanie... ono już przyjdzie samo!  Tak więc, Kochani - do rychłego "napisania"! :)     

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

      
Czym jest dla mnie pisanie?

     Kilkakrotnie już tworzyłam tutaj posty, w których dzieliłam się z Wami poniekąd tym, dlaczego tak bardzo lubię pisać i nie wyobrażam sobie swojego aktualnego życia bez tworzenia bloga. Dzisiaj jednak znowu chciałam skupić się poniekąd na swoich luźnych przemyśleniach dotyczących pisania, lecz tym razem w nieco szerszym zakresie - chodzi nie tylko o prowadzenie bloga, ale pisanie w ogólnym tego słowa znaczeniu, czyli mam na myśli tworzenie własnych historii bądź tak zwane "dzieła do szuflady", jakie zapewne nigdy nie ujrzą światła dziennego. 
      Ten wpis będzie zatem taką trochę luźną prywatą, bo obnażam poniekąd samą siebie i swoje podejście do pisania, ale z drugiej strony dzięki temu możecie nieco bardziej zobaczyć, co też ta "Pani Chaosu" ma w głowie (lub czego w niej nie ma, he he). Stąd też zapraszam do przeczytania dwóch poniższych punktów. 

1. Kartka jest jak najlepszy przyjaciel 

     Może tytuł tego punktu brzmi dziwnie, ale czasami przekonuję się, że to się sprawdza. To nie tak, że nie mam ludzi, którzy są mi bliscy i jakim mogę powiedzieć dosłownie o wszystkim. Mam wspaniałą rodzinę, chłopaka, przyjaciół - wiem, że cokolwiek się dzieje, mogę zwrócić się ku tym osobom, a one bez wahania mnie wysłuchają czy też udzielą rady lub pomocy. Jednak są takie rzeczy wewnątrz mnie samej, których nie jestem w stanie wypuścić z ust. 
    Jestem raczej osobą emocjonalną, jednocześnie taką, która nadmiernie potrafi coś analizować i przez to tworzyć sobie problemy, jakich tak naprawdę nie ma. Czasami też jakieś jedno słowo czy nawet głupi żart, ale jest w stanie mnie zdekoncentrować i sprawić, że zaczynam nadmiernie myśleć. Wówczas powstają czasami takie chwile słabości czy buzujące we mnie emocje, o jakich nie potrafię i nie raz nie chcę mówić ludziom, bo wiem, że problem leży gdzieś głęboko we mnie i jeżeli sama sobie z nim nie poradzę, to i tak nikt mi w tym nie pomoże. 
    Wtedy też kartka - czy to tradycyjnego papieru czy otworzonego wirtualnie nowego dokumentu w wordzie działa jak balsam dla mojej duszy. Bo kiedy czasami ubiorę w słowa swoje niepewności czy emocje, od razu robi się lżej na sercu. Wiecie, pisanie potrafi uśmierzyć pojawiający się gdzieś głęboko w środku smutek, jaki czasami nawet nie ma konkretnego powodu. Ot, taki rodzaj jakiegoś wewnętrznego bólu, który powstał nawet jeśli jest się bardzo szczęśliwym, a jego przyczyna leży w tym, że psychika czasami nadmiernie analizuje. 
     Dlatego uważam, że kartka papieru jest dla mnie jak przyjaciel, któremu mogę powierzyć swoje sekrety. To własnie na tę kartkę mogę przelać swoje lęki, o jakich boję się mówić głośno, niepewności, które wyżerają mnie od środka czy smutki, jakie pojawiają się czasami mimowolnie. Kartka zawsze mnie wysłucha. Co prawda nie uraczy dobrym słowem czy radą, ale i tak dzięki niej odnajdę chwilowe pocieszenie i lekkość serca. 
     Stąd też są takie teksty, jakie wiem, że nigdy nie ujrzą światła dziennego. To czasami pisane pod wpływem chwili moje własne emocje. To lęki wyrzucane podczas bezsennej nocy, to strach, jaki pojawiał się zbyt często, gdy coś szło nie tak, to smutek czy rany, jakie przelewałam na papier, gdy za oknem deszcz wygrywał własną melodię, a po moich policzkach spływały łzy. Bo ta niepozorna kartka papieru wie o mnie czasami o wiele więcej niż ludzie, którzy mnie otaczają. Zna moje sekrety, popełniane błędy i wszelkie rany. Jednocześnie może, jak wspomniałam - nie uraczy radą, ale też nie wytknie mi tego, jaka jestem i nie zrani jeszcze mocniej. Ona jedynie wysłucha. 

2. Myślowe fantazje doznają urzeczywistnienia w postaci historii 

     Zawsze lubiłam czytać - w zasadzie moja mama śmieje się, że będąc malutką budziłam ją o 5 rano (wybacz, mamo!) i prosiłam, by mi czytała, szczególnie moją jedną, ulubioną bajkę pt. "Urodziny Puszka"... :D Stąd też nic dziwnego, że z czasem w mojej głowie zaczęły robić się różne pomysły na jakieś krótsze bądź dłuższe historie. Jednak jak pozbyć się ich z myśli? Wystarczyło przelać te wszelkie fantazyjne pomysły na papier. 
     Dlatego marzę o tym, by w końcu w pełni się zmotywować i napisać coś swojego. Tak, mam na myśli prawdziwą powieść - zapewne z pogranicza obyczajówki, no może jakiegoś powiedzmy, że romansu, ponieważ najlepiej wychodzi mi jednak opisywanie emocji i uczuć. Do dzisiaj są chwile, kiedy nagle w mojej głowie pojawia się myśl, jakiś zlepek słów i cokolwiek innego bym robiła, własnie w takim momencie wręcz muszę jak najszybciej przelać dany pomysł na papier - zwykły czy to wirtualny tylko po to, by o nim nie zapomnieć. 
      Do tej pory napisałam kilka pojedynczych opowiadań, jakieś wiersze (chociaż i tak nie jestem pewna, czy moje krótkie, mało składne teksty można nazwać poezją), jak zaczęłam kilka większych projektów, ale... no właśnie - tutaj pojawia się mały problem. Nie będę wykręcać się brakiem czasu, a trzeba spojrzeć temu problemowi prosto w oczy: mam trochę słomiany zapał i jak szybko łapię chęci i jestem w stanie napisać kilka rozdziałów, tak równie szybko przestaję tworzyć, bo wydaje mi się, że już nie potrafię, że straciłam wenę. Chyba tak tłumaczę sobie tylko i wyłącznie swoje lenistwo. Bo prawda jest taka, że jeżeli coś się chce, to znajdzie się na to czas - nawet raptem pół godziny dziennie. Problem leży tylko i wyłącznie w tym, że łatwiej jest położyć się i przeleżeć pół wieczoru wgapiając się w sufit aniżeli wziąć się do roboty i tworzyć. 
      Jednak zrozumiałam, że skoro pisanie pozwala mi przenosić te myślowe fantazje poniekąd do urzeczywistnienia ich w historiach, jakie mogą zainteresować innych ludzi, to chyba pora wziąć się naprawdę w garść i zrealizować te swoje projekty do końca. Szczególnie, gdy mimo wszystko od czasu do czasu wrzucam jakieś swoje fragmenty (napisane pod wpływem impulsu) na ten mój fanpage i spotykam się z naprawdę pozytywnym odzewem z Waszej strony. Dlatego muszę w końcu pociągnąć dalej te wszystkie swoje historie, bo za ileś lat mogę żałować, że tego nie zrobiłam, a nie chciałabym poczucia takiego zaprzepaszczenia swoich marzeń. 

     Tym oto akcentem kończę dzisiejszy, krótki wpis, a wraz z nim te trochę prywatne przemyślenia. Ciekawi mnie natomiast jak to jest z Wami i tym pisaniem - nie tylko w kontekście prowadzenia bloga, bo być może Wy również piszecie inne historie czy też tworzycie coś do szuflady. Jak zatem postrzegacie własne pisanie? Dajcie znać, chętnie poczytam! :)
    Niebawem na blogu pojawi się recenzja kolejnej książki, jak także może jakieś informacyjne wpisy ze świata literatury. Póki co - trzymajcie się! 

niedziela, 9 kwietnia 2017

     Drodzy Czytelnicy, Drogie Czytelniczki - tak, szczególnie Wy, Kochane, bo jak widzicie po tytule to właśnie naszą płeć piękną zamierzam dzisiaj wziąć za główny cel tego wpisu. Dawno nie było u mnie żadnych przemyśleń, a dobrze wiem, że te artykuły są najchętniej przez Was czytane. Widać to po wyświetleniach, ale też często słyszę takie głosy od osób z mojego otoczenia, że "przemyślenia są najfajniejsze".
    Tym samym stwierdziłam, że czemu by od czasu do czasu jakichś tutaj nie wrzucić, szczególnie, że życie samo inspiruje do tego, by rozpisywać się na nawet najbardziej błahe tematy. Dzisiaj postanowiłam rozpocząć krótką serię wpisów, którymi ukazuję, co moim zdaniem jest czasami irytujące. Na pierwszy ogień idziemy my, Drogie Panie, dokładnie tak! Postanowiłam Panów i ich "słabe typy" zostawić sobie na drugie danie bądź deserek, a tym razem napisać co nieco o słabych typach nas, kobiet. 
    Co mam na myśli poprzez "słabe typy"? Otóż zachowania niektórych z nas, kochane, jakie to często doprowadzają mężczyzn bądź też inne kobietki do szału. Od razu jednak zaznaczę, że może tutaj być nieco wulgarnie (co też jest niepodobne przecież do tak niewinnej istotki, jak Pani Chaosu, prawda? ^^), ale NIE mam na celu obrażenia nikogo. Żeby było jasne - to tylko moje przemyślenia i nikogo nie chcę nimi urazić. Co więcej - nie opisuję konkretnych osób, a jedynie ogólne zachowania, dlatego wszelkie podobieństwa czy cokolwiek są całkowicie przypadkowe. Dlatego proszę Was o wzięcie ich z dystansem do siebie, co sama też zrobię, bo idealna to nie jestem i dobrze o tym wiem, o! 

1. Niezdecydowane i robiące nadzieję

     Trzeba przyznać, że niezdecydowanie to cecha, jaka często dotyczy nas, kobiet. Być może właśnie dlatego każda z nas, czy też mówi o tym głośno, czy to skrywa, to w głębi duszy marzy o tym, by to mężczyzna był tym zdecydowanym, tym, kto podejmie pierwsze kroki, zacieśni relację czy po prostu będąc już w związku będzie tym, który potrafi decydować. No bo przecież kobietka może być taka krucha, nieogarnięta i wiecznie niezdecydowana. Ta, jasne. 
    Jednak pierwszy typ jaki opisuję to te niezdecydowane kobiety, które robią często nadzieję wielu mężczyznom, by koniec końców wciąż nie wiedzieć, czy powinny się zaangażować w jakąś relację mocniej czy też lepiej byłoby dla nich tak bujać się w nieskończoność. Ten punkt opisuję poniekąd zainspirowana sytuacjami, jakie spotykają mojego dobrego znajomego. Dajmy bowiem na to, że chłopak chciałby się zaangażować i spróbować, ale co otrzymuje w zamian? Robienie dziwnej nadziei, teksty, które świadczą, że dziewczynie niby zależy, po czym nagle zostaje sprowadzony na ziemię ze złamanym sercem. Tak, Kochane, bo to nie tylko mężczyźni potrafią być tymi "złymi", a my same też często nie jesteśmy wobec nich fair. 
    Dlatego uważam, że to naprawdę SŁABY typ kobiety - takiej bawiącej się uczuciami mężczyzn, skaczącymi z kwiatka na kwiatek, wiecznie niezdecydowanymi, czy warto się angażować czy też nie. Sama może nie jestem idealna, ale dobrze wiem, co to znaczy otrzymywać nadzieję, by później została ona odebrana, dlatego nigdy nie byłam w stanie kręcić z kilkoma facetami w jednym czasie, każdemu z nich się przymilając, ale wszystkich koniec końców wystawiając do wiatru. Bo uważam, że jest to najzwyczajniej w świecie nie fair. 

2. Niezależne, prowadzące rozwiązłe "życie miłosne"

    Wiem, że każdy ma swoje sumienie, zasady czy wartości bądź nie ma ich wcale. Ale osobiście mam prawo uważać, że kobiety, które zachowują się w sposób jak tytuł tego punktu ukazują po prostu słabe podejście do życia. Nie mnie je sądzić, nie w tym rzecz, ale nikt nie zabrania mi wyrażać własnej opinii. A jest to opinia nie za bardzo przychylna.
    Zdarzają się bowiem przypadki kobiet, które nie tyle co nie potrafią, co po prostu nie chcą się angażować w nic poważnego, ale jednocześnie nie widzą problemu w tym, by prowadzić rozwiązłe "życie miłosne", czyli mówiąc bezpośrednio: pieprz*ć się z kim popadnie, kiedy popadnie i gdzie popadnie. Smutne to takie trochę, ale cóż, jak już wspomniałam - każdy ma swoje życie i sumienie. Tyle, że o ile każda z nas ma prawo do robienia czegoś zgodnie z własnymi przekonaniami, o tyle skoro już to robimy, to nie czyńmy z siebie jednocześnie hipokrytek. Co mam na myśli? Spokojnie, już wyjaśniam, 
    Słabe zachowanie ujawnia się wtedy, gdy taka oto kobieta, siląca się na bycie niezależną, która nie potrzebuje faceta do szczęścia, ale seks od czasu do czasu się jej przyda, poczuje się urażona, gdy nie daj Boże, jakiś mężczyzna, który być może dziwnym trafem chciałby coś więcej niż jedno nocną przygodę, nazwie taką kobietę nie do końca ładnym epitetem. Wtedy nagle następuje strzępienie języka, poczucie urażenia, ale spójrzmy prawdzie w oczy - robisz jedno, licz się z tym, jak postrzegają Cię inni. Nieważne czemu to robisz - bo boisz się związku, bo dla Ciebie znaczenie ma tylko fizyczna przyjemność, licz się z tym, jak postrzegają Cię niektórzy i nie strzelaj o to focha, skoro dobrowolnie wybrałaś takie, a nie inne podejście do życia. 

3. Feministki od siedmiu boleści 

    Nie wiem, czy to dzisiejsze czasy, czy co to się dzieje na świecie, ale tych kobiet - feministek to się roi i roi, aż niedługo nie pozostaną żadne inne. I nie, tutaj też nie mam na celu mówienia, że dążenie do równouprawnienia, do możliwości posiadania własnego głosu, wolnego wyboru jest złe. Co to, to nie. Tu chodzi jedynie o nieprzeginanie z tym "feminizmem" w niektórych sytuacjach. 
    Sama oczywiście cieszę się, że istnieje równouprawnienie, że jako kobieta mam prawo głosu (chociaż czasami chcące zostać mi zabrane w niektórych kwestiach, ale to aspekt na inny temat), ale jednocześnie nie jestem feministką na siłę bądź też feministką - hipokrytką. Bo to te dwa skrajne przypadki bawią mnie najbardziej i to je uważam za słabe. 
    Feministka na siłę bądź  feministka skrajna, czyli taka, która dąży do bycia silną, niezależną, taką, co to decyduje o sobie, sama otworzy słoik ogórków, a o pomoc nigdy nie poprosi, bo jej duma na to nie pozwoli to moim zdaniem lekkie przegięcie już w jedną stronę. Istnieje różnica między wolnością wyboru, tym, że jako kobieta mogę pracować w równie podobnych branżach, co mężczyźni, a jakie to branże dawniej dla kobiet były niedostępnymi, ale jednocześnie nie będę zgrywać ciągle "twardzielki". No bo litości - jestem kobietą, spójrzmy prawdzie w oczy, ale pozornie słabszą płcią, która czasami potrzebuje silnego, męskiego ramienia, na którym może się oprzeć i jaka potrafi bronić swojej niezależności, ale nie przesadnie i z głową i nawet czasami sobie zapłacze, bo to nic złego.
     Natomiast feministki - hiporytki, czyli te, które uważają, że równouprawnienie w pracy jest spoko, ale za kolację w drogiej restauracji to już koniecznie musi zapłacić facet, które myślą, że ona ma prawo zdecydować, co jest dla niej najlepsze, że nie będzie facetowi pod nos talerza podstawiać, ale oburza się, gdy ten nie przepuści jej w drzwiach. No bo sorry, ale cholera jasna, to jest po prostu zabawne. Chcesz jednego, licz się z drugim albo - znajdź złoty środek i wtedy to jest normalne, a nie po prostu SŁABE. 

4. Zarywające do zajętych mężczyzn 

    Nigdy nie zrozumiem, jak można zachowywać się w tak SŁABY sposób, czy też jak bardzo trzeba być zdesperowanymi, by mimo wszystko próbować zarywać zajętych mężczyzn. Po prostu nie dociera do mnie, czy takie kobiety mają w głowie prawdziwy mózg czy być może jakoś te fale myślowe zostały zakłócone. 
    Sama może nie jestem święta pod wieloma względami, ale jednego sobie nie zarzucę - tego, że kiedykolwiek byłam w stanie i mogłabym próbować podrywać faceta, jaki ma dziewczynę. Rozumiem wszystko - to, że można normalnie rozmawiać z jakimś kolegą, to, że nawet znajduje się z nim tematy do dłuższych konwersacji czy nawet jest się na granicy takiej lekkiej przyjaźni (lekkiej, bo w przyjaźń damsko - męską to też nie do końca wierzę). Wszystko jest okej, ale na stopie czysto koleżeńskiej. Bo nikt nie zabrania drugiej połówce mieć znajomych, nie tylko tej samej płci, ale też przeciwnej. Jednak zagrania pokroju lekkiego flirtu są najzwyczajniej w świecie słabe i nie na miejscu. Bo dobrze wiem, że nie zarywałabym zajętego mężczyzny, bo stawiając się na miejscu jego dziewczyny, na pewno nie byłabym zachwycona, że jakaś koleżanka zarywa mojego faceta. Logiczne, nie?
     Uwierzcie mi, że jeżeli na kimś nam zależy, to mimo wszystko pojawia się ukłucie zazdrości, gdy ukochana osoba ma w gronie znajomych osoby przeciwnej płci. Ale jednocześnie od tego jest zaufanie, by wiedzieć, że nasz facet niczego głupiego nie zrobi, bo nas kocha. Szczególnie, jeżeli sam nie zataja niektórych spraw, a o nich mówi. Jednak jeżeli właśnie wtedy czujesz, że ta jego koleżaneczka dziwnym trafem za bardzo się przymila, to delikatnie mówiąc - szlag Cię trafia. Nie, nie na faceta, ale na tą znajomą. I o ile rozmowy są początkowo czysto koleżeńskie, to jest w porządku, ale o ile nie zaczną przybierać formy flirtu, gdy zdajesz sobie sprawę, że jakaś dziunia próbuje podrywać TWOJEGO faceta, to ho ho, już ona nie wie, z kim zadarła. I powiem Wam w sekrecie, że gdybym zauważyła, że jakaś znajoma zaczyna flirtować z moim facetem, chociaż dobrze wie, że ma on mnie, to jestem cierpliwa, ale do czasu - i wówczas ten czas by minął, a ja sama z milutkiej kobiety byłabym w stanie zamienić się we wredną su*ę, która raz na zawsze rozprawi się z tą zołzą. :P

5. Myślące, że cycki i ładna buzia wszystko załatwią 

   Nie wiem, co czasami my, kobiety sobie myślimy, ale może słodkie oczka i uroczy uśmiech są w stanie załatwić sporo spraw, jednak zastanówmy się - czy na pewno chciałybyśmy mieć świadomość, że udało nam się coś osiągnąć tylko poprzez naszą fizyczność? Cóż - mnie z pewnością by to nie satysfakcjonowało, a wręcz przeciwnie.
    Są jednak takie z nas, które myślą, że jak mają ładną buźkę, to wcale nie muszą mieć też ciekawej osobowości, by poderwać chłopaka, jaki się im podoba (okej - chyba, że facet faktycznie leci tylko i wyłącznie na to, by mieć ładną, ale pustą lalę, to inna sprawa) czy też zdobyć posady, jaka wymaga czegoś więcej niż świecenia cyckami (no, chyba, że szef lubi sobie popatrzeć, a nie obchodzi go jakość wykonywanej pracy). Naprawdę czasami załamuję wówczas ręce myśląc sobie - co my mamy w głowach... 
    Może moje podejście jest inne i nie wiem, może nie zdaję sobie sprawy z siły swojego uwodzącego spojrzenia (dobra, zdaję sobie sprawę, ale ono jest zarezerwowane tylko dla mojego Lubego), a może po prostu uważam, że inteligencja, ciężka praca i starania są w stanie zdziałać więcej niż udawanie uroczej czy naiwnej. Ale cóż, istnieją te słabe przypadki, jakie mimo wszystko wolą myśleć, że buźka załatwi wszystko... I pewnie co smutniejsze - częściej załatwia własnie ona niż ciężka praca czy osobowość. 

    Przechodząc powoli do końca tego wpisu, jeszcze raz podkreślam, by każda z Was wzięła to z dystansem, bo ja sama tak to biorę, szczególnie, że uwierzcie mi, bycie niezdecydowaną pewnie chociaż raz w życiu przerabiałam, podobnie jak czasami silenie się na feminizm. Zainspirowało mnie natomiast do napisania tego artykułu kilka faktów, w tym też spostrzeżenia znajomego, jak to gubi się czasami zrozumieniu nas, kobiet. I wcale się mu nie dziwię, jeżeli pechowo może trafia właśnie na te SŁABE przypadki. 
   Nie popełniajmy więc takich błędów, okej - bądźmy sobą, takimi, jakimi jesteśmy, ale jednocześnie takimi, byśmy nie żałowały niczego. Bo dobrze wiem, że każdy wybiera sobie swoją drogę życia. Sama uważam za słabe zachowania takie jak powyższe, ale może jakaś kobieta stwierdzić, że słabym zachowaniem jest bycie ułożoną i spokojną, mającą własne zasady, kobietą. Może któraś będzie uważać, że słabe jest trzymanie się jakiś wartości i że czyni to mnie nudną  czy sztywną - okej, uszanuję to zdanie, bo każdy może mieć własne i podejdę do takiej opinii z dystansem. :)
    Być może natomiast niektóre z Was się ze mną zgodzą i również zauważają takie zachowania czy to swoich koleżanek czy po prostu jakiś tam kobiet, jakie spotkały na swojej drodze. Nie bójmy się zatem wyrażać własnych opinii.
     Natomiast niebawem kolejne teksty z podobnego klimatu czyli "irytujące typy osób" oraz "słabe typy mężczyzn". Bo przemyślenia dobre są, o! Póki co - trzymajcie się! 

sobota, 18 marca 2017

Jak pokonać zastój czytelniczy?
     Dzisiejsza szczypta przemyśleń zapewne najbardziej zainteresuje osoby, które podobnie jak ja, mogą śmiało zaliczyć się do tak zwanych książkoholików. Być może nie napiszę niczego odkrywczego, a jednak mimo to postanowiłam podzielić się z Wami szczyptą przemyśleń, która wiąże się z myślę, że znanym nam, ulubieńcom książek, zastojem czytelniczym. Wydaje mi się, że każdy czasami ma do czynienia z takimi chwilami, kiedy po prostu nie tyle nie ma czasu na książki, co po prostu wpada w swego rodzaju stan, gdy zwyczajnie w świecie nie może na nowo przełamać się, by sięgnąć po kolejną historię. 
     Zdarza się, że i mnie łapie tego typu zastój czytelniczy - częściowo przerwy w czytaniu wynikają w moim przypadku z braku czasu i różnych zobowiązań. Zdarza się jednak, że najzwyczajniej w świecie mi się nie chce. Sięgam po jakąś książkę z zamiarem zagłębienia się w intrygującą historię, a dziwnym trafem po prostu nie mogę się na niej skupić, bądź też nagle rozprasza mnie tysiąc innych rzeczy. Wiem jednak, że taki zastój czytelniczy można spokojnie przeczekać, bez myślenia sobie - o nie, jednak chyba kiepski ze mnie książkoholik. Co więcej, mam kilka rad dla osób, jakie spotykają się z tym stanem - nie martwcie się, wszystko przechodzi tak szybko, jak się pojawia! ;) 

1. Nie jesteś robotem i nikt nie każe Ci czytać cały czas ani przełamywać rekordy! 

   Wiem, że często już o tym wspominałam, ale chyba nigdy nie przestanie mnie zastanawiać, jak niektórzy są w stanie czytać zadziwiające ilości książek miesięcznie. Jeżeli tylko tak potrafią - to super, jedynie pozazdrościć. Dlatego często wiem, że gdy łapie nas ten zastój czytelniczy, a wszędzie w blogosferze widzimy nowe recenzje oraz to, ile ludzie są w stanie pochłaniać książek, wpadamy w jeszcze większy dół. Myślimy sobie wtedy, że chyba pora wziąć się za jakieś ciekawe lektury, żeby nie odbiegać od tej "normy". 
    Ale... hola, hola, Drodzy Państwo! Kto powiedział, że czytanie ma się dla nas stać czymś w rodzaju bicia rekordów? Czyżbyśmy brali udział w wyścigu: kto więcej, ten lepiej? Zdecydowanie nie! Każdego z nas łapią czasami gorsze chwile czy nawet najzwyklejsze w świecie lenistwo. Nikt jednak nie jest w stanie narzucić nam robienia czegoś, na co nie mamy ochoty. Nie dobijajmy się zatem tym, że rozpoczęte przez nas wyzwanie czytelnicze stoi nietknięte czy też blog ucierpi przez krótki czas z powodu braku recenzji. Bo jeżeli zaczniemy myśleć w ten sposób, to czytanie zamiast sprawiać nam radość i być dobrą opcją na spędzenie wolnego czasu, stanie się uciążliwym obowiązkiem, a my sami coraz częściej będziemy łapać te zastoje czytelnicze, aż w końcu całkowicie rzucimy naszą pasją w kąt. A tego chyba byśmy nie chcieli, prawda? 
     Dlatego przede wszystkim nie porównujmy się z innymi, nie próbujmy na siłę łamać własnych rekordów. Dajmy sobie chwilę przerwy, a sami zobaczycie, że kiedy ten zastój czytelniczy minie i sięgniecie w końcu po odłożoną jakiś czas wcześniej książkę, to czytanie stanie się jeszcze lepsze i bardziej relaksujące. 

2. Egzemplarze recenzenckie stoją nietknięte, a wciąż napływają nowe propozycje - presja czytelnicza rośnie, a zastój nie odpuszcza - co robić? 

   Przede wszystkim jeżeli chodzi o współprace recenzenckie - co za dużo, to niezdrowo. To powiedzenie idealnie tutaj pasuje. Dobrze wiem, że wizja nowości, które możemy przeczytać (często przedpremierowo) kusi, ale jeżeli już złapie nas zastój czytelniczy, na półce czekają wciąż jakieś egzemplarze, które prędzej czy później musimy zrecenzować, to nie ma sensu brnąć w jeszcze większą ilość "darmowych książek". 
     Podobnie, jak w punkcie pierwszym, na pewno poskutkuje to wówczas tym, że z czasem czytanie stanie się dla nas obowiązkiem, a nie przyjemnością. Mając możliwość sięgnięcia po jakąś premierę, musimy traktować to jako fajną opcję, dzięki której mamy szansę poznać nowe historie, a nie jako coś, co koniecznie musimy wziąć, bo to za free, bo w końcu jesteśmy tymi blogerami książkowymi, a bo to, czy tamto. No ludzie - nie rzucajmy się jak sępy na coś tylko dlatego, że mamy z tego jakieś korzyści. Powinniśmy traktować to jako świetną opcję, ale też taką, z jakiej bez problemu możemy zrezygnować, jeżeli w najbliższym czasie wcale nie mamy ochoty na czytanie. 
     Uwierzcie mi - zastój czytelniczy minie, bo w końcu zaczniecie tęsknić za przenoszeniem się w świat książek, a egzemplarze recenzenckie nie uciekną. Przecież jak nie te, to będą inne, a jeżeli nawet jakieś wydawnictwo przestanie rzucać propozycjami, to na jednej współpracy świat się nie kończy. Trzeba znać swój umiar, własne możliwości i nie robić niczego na siłę, bo wówczas czytanie stanie się dla nas katorgą. 

3. Jak długo trwa zastój czytelniczy i jak go tak naprawdę pokonać? 

     W poprzednich akapitach skupiłam się bardziej na kwestiach typu - jeżeli chwycił Cię zastój czytelniczy, a wszędzie wokół mimo wszystko otaczają Cię książki, to jednak sobie je odpuść. Natomiast w tej części chciałabym powiedzieć Wam, jak według mnie można poradzić sobie z tym zastojem czytelniczym. Chociaż na ten kryzys czytelniczy nie ma tak naprawdę jednej, dobrej rady. 
    Jak długo trwa niechęć do sięgnięcia po nową książkę? Wszystko zależy od czynników, jakie to wywołały - jeżeli nadal macie tzw. kaca książkowego po poprzedniej historii, próba sięgnięcia po kolejną powieść może trwać tak długo, jak duże wrażenie wywołała na Was wcześniejsza lektura. Jeżeli natomiast zastój pojawił się dlatego, bo brakowało Wam czasu z powodu ciągłych obowiązków, aż wręcz zapomnieliście, co to znaczy przenieść się do świata wyobraźni - tutaj prognozy są lepsze: zazwyczaj zastój mija w momencie, gdy przełamiecie się i zaczniecie na nowo czytać. Zapewniam Was, że wówczas będziecie w stanie pochłaniać jedną książkę dziennie przez bliżej nieokreślony czas. Jeżeli z kolei zastój czytelniczy wynika jeszcze z innych czynników, w tym zwykłego lenistwa - to cóż, potrwa tak długo, aż nie zatęsknicie za czytaniem, a uwierzcie mi, tę tęsknotę da się nawet wywołać samemu. 
     Przechodząc natomiast do metod, dzięki którym można pokonać zastój czytelniczy, to cóż - sama mam kilka własnych sposób, jak to zrobić:
  • Kiedy zastój łapie mnie z powodu kaca książkowego, tutaj sprawa jest utrudniona - po prostu cierpliwie czekam, aż dana historia ułoży się we mnie na tyle, bym mogła sięgnąć po kolejną opowieść. Zazwyczaj nie trwa to bardzo długo - kilka dni, maksymalnie tydzień, gdy analizuję jeszcze cudowne cytaty wrzucając je gdzie popadnie (najczęściej na fanpage mojego Chaosu myśli), aż w końcu wiem, że mogę sięgnąć po kolejną książkę.
  • Jeżeli  łapie mnie on dlatego, ponieważ miałam dużo zobowiązań, aż zapomniałam, że istnieje coś takiego jak czytanie, wówczas robię sobie szybkie przypomnienie, co to znaczy dobra książka, sięgając po taką, jaka swego czasu zrobiła na mnie wrażenie. Czytam nawet pojedyncze cytaty i wówczas myślę sobie - tak, czas wygrzebać wśród tych obowiązków chociażby pół godzinki dziennie dla dobrej książki! 
  • Gdy zastój czytelniczy pojawia się dlatego, bo chwyta mnie swego rodzaju lenistwo albo po prostu nie mam ochoty na książki, wówczas znajduję sobie tak wiele innych wypełniaczy czasu, by w końcu zatęsknić za tym przenoszeniem się w książkowy świat. Wychodzę z chłopakiem (chociaż dobra - prawda jest taka, że to robię zawsze jak tylko mogę, nieważne czy mam zastój czytelniczy czy też nie :D) czy przyjaciółmi jak najczęściej, oglądam zaległe seriale, wyszukuję nową muzyki czy też nawet leżę i nic nie robię i jakoś sama tak trafia do mnie myśl - ej, dziewczyno, a Twój Chaos myśli czeka na recenzje, gdy z kolei Twój umysł chce jak najwięcej nowych, czytelniczych przygód, może by tak książeczka? No i cóż - najczęściej, na całe szczęście, ulegam wówczas tej czytelniczej tęsknocie. ;)
    Jak więc widzicie, to są moje metody i moje gdybania - na pewno każdy z Was na własny sposób na radzenie sobie z tym brakiem chęci do książek. Nieważne jak to robicie, ważne, by podziałało i byście na nowo mogli przeżywać wraz z różnymi bohaterami tak wiele, cudownych przygód. 

     Mam nadzieję, że ten wpis może nie tyle nawet pomógł Wam rozwikłać problem zastoju czytelniczego, co jednak sprawił, że przez te raptem kilka minut czytania, uśmiech pojawił się na Waszych twarzach. Szczególnie, że to własnie Wy - Drodzy Czytelnicy - inspirujecie mnie i motywujecie do tego, by pisać tutaj jak najczęściej. Niebawem czeka Was kolejna niespodzianka, recenzje, felietony, a póki co - trzymajcie się! 

środa, 28 grudnia 2016

     Jakiś czas temu wylewałam tutaj poniekąd swoje frustracje w felietonie - "Jak to jest z tym studiowaniem? - czyli cienie życia studenta". Swoją drogą, zebrał on naprawdę sporą liczbę Waszych wyświetleń, tym samym pokazując, że powinnam częściej pisać tutaj swoje przemyślenia. Przyszedł zatem czas na drugą stronę medalu zwanego studiowaniem. W końcu nic nigdy nie jest ani czarne, ani białe, dlatego też w dzisiejszym wpisie postanowiłam przedstawić Wam kilka punktów opisujących, moim zdaniem, blaski, jakie wiążą się ze studiami. 

Jak to jest z tym studiowaniem?


1. Ciągła potrzeba rozwijania samego siebie 

     Odkąd pamiętam, może nie tyle lubiłam się uczyć, co jednak czułam potrzebę przyswajania wiedzy. No dobrze - zawsze byłam ambitna, tym samym nie wyobrażałam sobie, bym mogła przyjść do szkoły nieprzygotowana bądź też z nieodrobioną pracą domową. Wiadomo, że pojawiały się przedmioty zarówno łatwiejsze, jak i te trudniejsze, ale z każdym z nich sobie radziłam, chociaż zawsze potrafiłam także znaleźć takie, które interesowały mnie najbardziej. Być może byłam po prostu zdolna, że przyswajanie nawet sporej dawki wiedzy przychodziło mi dosyć łatwo. Stąd też wiedziałam, że nie poprzestanę na liceum, a będę chciała iść dalej, wciąż rozwijając samą siebie. Padło na matematykę i chociaż czasami się na nią irytowałam, to ostatecznie nie żałuję swojego wyboru.
     Nie piszę jednak tego wszystkiego po to, by może w jakiś sposób się tutaj chwalić. Chcę jedynie pokazać, że studiowanie daje możliwość ciągłego pogłębiania swojej wiedzy w danej, wybranej przez nas dziedzinie, ale też w wielu innych, a tym samym rozwijania samego siebie. Bo wiecie, to nie tak, że student uczy się jedynie przedmiotów niezbędnych do zaliczenia. Czasami czuje wewnętrzną potrzebę, by robić coś więcej, a studia mogą mu to umożliwić, otwierając nowe opcje. Sama uczęszczałam na kurs pedagogiczny, a pewnie nie zrobiłabym tego, gdybym nie poszła na studia i nie spotkała się z informacją, że istnieje możliwość odbycia takiego kursu. Poza tym studiowanie otwiera też inne możliwości - pamiętam, że na pierwszym roku udało mi się brać udział w darmowych konwersacjach z języka hiszpańskiego. Co więcej, każdy zawsze może znaleźć coś dla siebie. Nawet, gdy studiuje coś całkowicie innego, to przecież co stoi na przeszkodzie, by poznać coś innego? Zupełnie nic.
    Stąd też, jak widzicie, studiowanie pozwala wciąż się rozwijać. Zarówno w obrębie danego kierunku, ale też w innych dziedzinach, o ile nas zaciekawią i będziemy chcieli poświęcić dla nich swój czas. Dzięki studiowaniu, ciągle odnajdujemy w sobie nowe pasje i zainteresowania. 

2. Nawiązywanie kontaktów - czyli nowe znajomości czy przyjaźnie 

      Studia bardzo często wiążą się ze zmianą miejsca zamieszkania. Wybierając dany kierunek, na ogół patrzymy na uczelnie w większych miastach. Tym samym, opuszczając swoje rodzinne strony i przeprowadzając się gdzieś indziej, chcąc nie chcąc nawiązujemy nowe kontakty. Poznajemy nowych ludzi, z którymi zaczynamy spędzać coraz więcej czasu i często tworzą się między nami prawdziwe przyjaźnie. 
     Wybierając kierunek, jak również uczelnię, od razu stawiałam na Kraków. Między innymi wynikało to z faktu, że pochodząc z Małopolski to miasto jawiło się jako najlepsza opcja. Nic zresztą dziwnego. Po pierwsze  - całkiem blisko, a po drugie - no ludzie, w końcu to Kraków, typowo studenckie miasto, więc czego chcieć więcej? Początkowo jednak obawiałam się, że będę swego rodzaju samotnikiem. No wiecie, niby jestem taka wygadana, ale jak przyjdzie co do czego, to czasami nieśmiałość bierze górę. Szybko jednak okazało się, że poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi, zawiązując świetne znajomości, jak również - przyjaźnie. To właśnie na studiach poznałam swoją obecną, najlepszą przyjaciółkę, z którą teraz, na magisterce, wspólnie wynajmuję pokój. Rozumiemy się niemalże bez słów i chociaż widujemy się w tygodniu praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę, to i tak w weekendy lub nawet w krótkich chwilach, kiedy się nie widzimy, musimy ze sobą rozmawiać. Gdybym nie poszła akurat na te studia, na tę uczelnię, to pewnie nigdy byśmy się nie poznały. Poza tym, obecnie śmiało mogę powiedzieć, że najlepsze, co przydarzyło mi się dzięki studiowaniu, to poznanie tak wielu fantastycznych ludzi. 
       Chociaż czasami różnie bywa z tymi znajomościami - te początkowo dosyć trwałe, z czasem zaczynają się kruszyć, bo dostrzega się rzeczy, jakie irytują, to pozostają też te prawdziwe, wspaniałe. Studiowanie daje więc możliwość poznania podobnych osobowości, z którymi można świetnie spędzać czas i mieć dzięki temu szereg cudownych wspomnień.

3. Zniżki, wszędzie zniżki... Ach, to studenckie życie! 

     Mówi się często, że student to ten wiecznie głodny, który wiąże koniec z końcem. A jednak prawda jest taka, że status studenta i ważna legitymacja dają naprawdę dużo. Począwszy od komunikacji, poprzez punkty gastronomiczne, aż po te bardziej "kulturowe" miejsca. Wówczas, jeżeli tylko rozsądnie zarządza się swoimi finansami, portfel często może być nam wdzięczny.
       Tak, jak napisałam, dzięki legitymacji studenckiej, można zyskać naprawdę sporo. Już nawet patrząc na komunikację miejską, w moim przypadku akurat w Krakowie - bilet semestralny to naprawdę fajna opcja, w dobrej cenie, dzięki której przez pięć miesięcy można jeździć praktycznie z jednego na drugi koniec miasta. Poza tym, oczywiście zniżka obowiązuje też na wszelkie inne bilety, dzięki czemu już powrót do domu czy wypad do innego miasta wychodzi o wiele taniej. Oprócz takich zniżek, naprawdę sporo znajdziemy ich na jedzenie, kawy czy chociażby bilety do np. kina. Niby takie nic, a jednak grosik do grosika i... się uzbiera, a co! Stąd też zniżki to naprawdę fajna sprawa i może tutaj patrzę nieco z materialnego punktu widzenia, no ale skoro jest się już tym studentem, jakoś się utrzymuje w obcy mieście, to fajnie mieć też z tego jakąś korzyść - a no możliwość stopniowego oszczędzania. 
    Dlatego też, dzięki ważnej legitymacji studenckiej, można czasami nieco, może nie tyle podreperować swoje finanse, co po prostu zaoszczędzić na niektórych rzeczach. No, chyba, że się czasami szaleje, co to nagle jedno piwko ze znajomymi, nawet po zniżce, zamieni się nagle w sześć... to już inna sprawa. :P 
      
     Przechodząc już do końca tego wpisu, podkreślam, że studiowanie to także sporo plusów. Te, które wymieniłam są pewnie dopiero kropelkami w oceanie. Na studiach czeka na nas sporo zniżek, dzięki studiom poznajemy mnóstwo wspaniałych ludzi, związując jednocześnie nowe przyjaźnie, a także możemy ciągle rozwijać samych siebie. 
       Niebawem znów postaram się tutaj coś dla Was napisać - szykuję jeszcze parę postów przed końcem roku (no okej, dokładnie trzy - czyli codziennie nowy), może uda mi się to zrealizować. Póki co - trzymajcie się!

czwartek, 8 grudnia 2016

Jak to jest z tym studiowaniem?
Grudzień. Wszędzie rozbrzmiewają świąteczne piosenki, wystawy sklepowe już od dawna lśnią blaskiem światełek i innych różności, nawet i śnieg prószy co jakiś czas, a gdzie nie spojrzysz - tam czujesz już święta. Jednak jest jedno takie miejsce, gdzie tego klimatu nie ma. Tak, to właśnie Twoja uczelnia. Budynek, w którym przyszło Ci spędzić kilka dobrych lat życia. Miejsce, na które sam/sama dobrowolnie się zdecydowałeś/aś. To właśnie ona zapewnia Ci świetną rozrywkę na te grudniowe wieczory, podczas których mógłbyś robić mnóstwo przyjemniejszych rzeczy. No ale po co, skoro przecież kolokwia się same nie napiszą, a późniejsza sesja - nie zda. Do wszystkiego trzeba się mniej lub więcej przyłożyć, by zobaczyć efekty - chociaż kto wie, czy powalające, czy jedyne takie, by móc przebrnąć na następny semestr. I nieważne, że tak naprawdę ten materiał na nic nie przyda Ci się później w życiu. Musisz to przejść, bo trzeba. I kropka. 

       Zapomniałam, jak to jest pisać swoje przemyślenia do momentu, gdy w końcu przełamałam zbyt długo trwającą przerwę tekstem o współpracach recenzenckich. Zebrał on naprawdę sporą ilość wyświetleń oraz Waszych komentarzy, na które swoją drogą mam ochotę odpowiedzieć, ale to w swoim czasie - może w święta uda mi się to wszystko nadrobić. Dlatego też stwierdziłam, że muszę robić to częściej, to znaczy pisać dla Was takie moje, nazwijmy to - felietony. Szczególnie, że naprawdę sporo rzeczy w tym dzisiejszym świecie wręcz woła, by zwrócić na nie swoją uwagę i nieco rozwinąć temat.
     Tym razem chciałabym podzielić się z Wami kilkoma swoimi przemyśleniami odnośnie cieni studiowania. Jednocześnie myślę, że niebawem udostępnię zatem inny tekst - blaski studiów. Bo w końcu wszystko ma zarówno swoje plusy, jak i minusy. Dzisiaj jednak skupmy się na tych drugich, bo frustracja sięgnęła zenitu.

1. Albo nie ma niczego, albo nagle wszystko w tym samym czasie 

   Odkąd pamiętam, każdy semestr był dosyć schematyczny, wyłączając kilka, pojedynczych przypadków. Początek października i część listopada to taka lekka sielanka. No wiecie, dopiero zaczyna się poznawać dany materiał, jakoś trzeba się z nim oswoić. Potem jednak nagle wykładowca zaczyna sobie przypominać, że to przecież czas ucieka, sesja tuż tuż, no bo święta idą, a jak dobrze wiemy, po świętach - egzaminy. No to może wypadałoby zrobić jakieś kolokwium? - myśli sobie taki wykładowca. I wszystko byłoby fajnie, gdyby myślał tak tylko jeden. Ale nie - nie ma tak pięknie. O kolokwiach nagle myślą wszyscy. W tym samym czasie. No bo jak się bawić, to się bawić, nie?
      Nie wiem jak to jest na innych uczelniach, ale myślę, że dosyć podobnie. Najczęściej to własnie koniec listopada i w zasadzie połowa grudnia, tuż przed świętami, to czas najbardziej znienawidzony przez studentów. Czuje się już nieco świąteczny klimat, ale nie można sobie pozwolić na chillout, bo to właśnie wtedy następuje wysyp kolosów. Oczywiście nie można zapomnieć o tym, że student, jak to student, chociaż obiecuje sobie często, że będzie się uczył od początku semestru, to tak naprawdę już wtedy dobrze wie, że mówiąc takie rzeczy sam siebie oszukuje. Nie, nie będzie się uczył od początku (no dobra, z wyjątkiem pewnie jakiś sporadycznych przypadków, które nie mają życia poza nauką :v), a zacznie zaglądać do książek dopiero wtedy, gdy grunt będzie palił mu się pod stopami. No i cóż - pojawi się lekka panika, wyrzucanie sobie, że od następnego semestru będzie się uczyć na bieżąco (uwierzcie mi - nie, nie będzie). Ale koniec końców - zdać trzeba, więc jakkolwiek ciężko by nie było, student weźmie się w garść. Chociaż poleci przy tym trochę "łaciny" na ten "durny" przedmiot, to jakoś trzeba będzie przez niego przebrnąć.
     

2. Topologia? Teoria miary? A może do tego wszystkiego przestrzeń Hilberta? - tak, z pewnością przyda mi się to w życiu

    Ten punkt będzie pisany nieco z mojej perspektywy - czyli studentki matematyki. Wiecie, sporo już na tych studiach licencjackich miałam. Zdarzały się przedmioty łatwiejsze, jak i te, które spędzały sen z powiek. Były takie, które w jakimś stopniu ciekawiły i te, których najchętniej od razu by się pozbyło, bo nie wnosiły niczego twórczego do życia. Miałam nadzieję, że na magisterce będzie inaczej. Ciekawiej. Jakoś bardziej... życiowo. Może też nauczę się czegoś przydatnego. Dowiem się naprawdę ważnych spraw z zakresu finansów i ekonomii, bo w końcu tę specjalizację wybrałam na licencjacie (a dostałam z jej zakresu wtedy niewiele) i zamierzam wybrać przy okazji magisterki. Ale wiecie co? Przeliczyłam się. Bo przecież cholernie interesuje mnie to, jak wygląda wnętrze zbioru domkniętego w topologii dyskretnej czy też fakt, jak określamy funkcjonał w przestrzeni Hilberta, a może do tego policzenie całki względem miary Lebesque'a odmieni moje życie. Nie, nie odmieni. Sprawi jedynie, że przez bite kilka dni będę rozpaczać nad listami zadań, próbując jakoś je zrozumieć tylko po to, by zdać. A potem jeszcze szybciej zapomnieć i nigdy więcej nie wykorzystać tego w realnym życiu.
    Myślę, że nie tylko u mnie wygląda to tak, że kiedy uczycie się jakiś przedmiotów, to często zadajecie sobie pytanie: a po co mi to jest? Zastanawiacie się, co wnosi do Waszego życia dana wiedza, której pewnie i tak nigdy nie wykorzystacie. Bo nie wierzę w to, że będę kiedyś jeszcze udowadniała, że dany zbiór jest mierzalny, skoro wcale nie kręci mnie dalsza droga naukowa i robienie doktoratu. Ale to jest właśnie paradoks studiowania - wybierając dany kierunek często nakręcamy się na to, że dowiemy się wielu fajnych, przydatnych potem do wykonywania danego zawodu, rzeczy. Ostatecznie jednak równie często dostajemy rozczarowanie, nieprzespane noce i zjedzone nerwy na coś, co tak naprawdę nie zmieni naszego życia na lepsze. A jeszcze zabawniejsze jest to, że dobrowolnie zgotowaliśmy sobie taki los.

3. Kolokwia i egzaminy pisemne to za mało? Zróbmy sobie jeszcze ustne! 

     Kolejny z punktów pewnie w sporej mierze znowu będzie związany z moim studiowaniem, chociaż myślę, że dotyczy też wielu, innych kierunków. Kiedy już jakoś przebrniemy przez szereg zaliczeń, dzięki którym zostaniemy dopuszczeni do egzaminu, a później uda nam się zdać ten niewdzięczny test i mamy nadzieję już na chwilę wytchnienia, przypominamy sobie, że czeka nas przecież jeszcze jedno przejście - egzamin ustny. O ile na kierunkach bardziej humanistycznych nie widzę w tym niczego specjalnego, o tyle na matematyce, zadziwiało mnie to od pierwszego roku. I za każdym razem przeklinałam w myślach to, że muszę uczyć się tej głupiej teorii tylko po to, by zostać dopuszczonym do następnego semestru. Parodia.
      Ten, kto wymyślił egzaminy ustne, już sam w sobie chyba lubił stresować ludzi. Bo powiedzmy sobie szczerze, ale myślę, że mało kto, cieszyłby się na myśl o byciu twarzą w twarz z wykładowcą i odpowiadaniu na jego pytania. Nie mówię oczywiście o obronie pracy dyplomowej - to inna kwestia i jak najbardziej trzeba umieć jakoś opanować nerwy prezentując swój temat - ale żeby co semestr użerać się z pytaniami teoretycznymi? Nonsens. Jednak moja matematyka ma to do siebie, że mogę znać teorię, potrzebną do zrobienia zadania, dzięki czemu bez problemu zdam egzamin pisemny, ale to nie wystarcza, co to, to nie. Muszę przecież KONIECZNIE umieć ZACYTOWAĆ słowo w słowo dane TWIERDZENIE, DEFINICJĘ, czy inne badziewie, a jeszcze lepiej - powinnam umieć dane twierdzenie UDOWODNIĆ. Inaczej co? Inaczej - pa pa, uczelnio. Osobiście nie widzę sensu w uczeniu się teorii, którą i tak zapomnę równie szybko, gdy tylko przejdę dany egzamin. I chociaż wiem, że czeka mnie to także przez najbliższe dwa lata, to za każdym razem tak samo mnie frustruje wizja ślęczenia nad twierdzeniami, dowodami, lematami i innymi cudami.

     Tym samym przechodzę już do końca tego nieco ponurego wpisu i sama wracam do moich zadanek. Jakkolwiek mówiłabym, że mi się nie chce, że to bez sensu, to i tak zrobię wszystko, by zdać kolokwia jak najlepiej. Bo moja ambicja mi na nic innego nie pozwala. ;)
        Niebawem pojawiają się tutaj wyniki KONKURSU - postaram się je opublikować w sobotę, równo po trzech dniach od zakończenia. Jak pisałam na fanpage'u - wszystkie Wasze odpowiedzi są świetne, dlatego trudno będzie mi wskazać tylko dwóch zwycięzców. Ale jak mus, to mus. Póki co - trzymajcie się!

Lista zadań nadal czeka, jedynie lekko dotknięta - bo przecież już na początku mózg odmówił posłuszeństwa. A Ty zamiast próbować dalej, irytujesz się na swoje studia i zastanawiasz, po co zgotowałeś sobie taki los. Zamiast więc nauki, klepiesz artykuł, co by nieco ostudzić swoje emocje, chociaż czas ucieka, a terminy kolokwiów zbliżają się nieubłaganie. I chociaż czujesz się nieco lżej, bo wyrzuciłeś/aś negatywne emocje, to i tak za moment wrócisz do książek, do tych wszystkich zdań i będziesz robił wszystko, co w swojej mocy, by jakoś je pojąć. Będziesz warczeć, że to Ci się nigdy nie przyda w życiu, że po co masz to zapamiętać, skoro równie szybko zapomnisz, ale zaciśniesz zęby i będziesz próbował. A dlaczego? Bo dobrze wiesz, że możesz narzekać, marudzić ile wlezie, ale przecież to wszystko jest na TWOJE WŁASNE ŻYCZENIE. Więc skoro wpakowałeś/aś się w to bagno, które Cię irytuje, to Twoja ambicja i tak usilnie ciągnie Cię do przodu. Więc do roboty, Drogi Studencie/Droga Studentko...

piątek, 25 listopada 2016

     Współpraca recenzencka. Dwa słowa, a gdy tylko bloger książkowy się na nie natknie, jego oczy od razu zaczynają się świecić z zaciekawienia. Wydawnictwa, księgarnie, autorzy czy portale czytelnicze tworzą inicjatywy, które zarówno dla tych początkujących blogerów, jak dla tych z pewnym "stażem" wydają się być niezwykle kuszące. Każdy wcześniej czy później zacznie garnąć się do współpracy - wysyła maile, udziela się w obrębie jakiegoś wydawnictwa i tak dalej - a wszystko po to, by móc często sięgać po nowości, w dodatku praktycznie za darmo (no okej - za recenzję, ale jeżeli ktoś lubi czytać, to co to dla niego napisać opinię?). 
     Jednak dzisiaj chciałabym co nieco pokazać Wam, jak sama widzę tę współpracę recenzencką. Bo uwierzcie mi, że chociaż jest to fajna sprawa, to ma też, jak wszystko, nie tylko swoje blaski, ale też cienie. Czasami można się w niej za bardzo pogubić i zatracić samego siebie. Grunt to zatem znaleźć ten tzw. "złoty środek", ale to nie zawsze jest łatwe.

1. Nie zawsze łatwo jest zacząć

    Chociaż pozornie nawiązanie współpracy recenzenckiej z jakimś wydawnictwem bądź autorem wydaje się rzeczą prostą, to w rzeczywistości wcale taką nie jest. Myślisz, że wystarczy, gdy znajdziesz adres e - mailowy, wyślesz jedną wiadomość i od razu otrzymasz odpowiedź? Cóż, żebyś się nie przeliczył, bo może się okazać, że trochę sobie na nią poczekasz, o ile w ogóle ją otrzymasz. 
     Prawda jest taka, że nawiązanie współpracy zależy od wielu czynników. Mam wrażenie, że jednak najczęściej od popularności bloga, co zresztą nie jest żadną niespodzianką ani nie szokuje. No bo to logiczne, że jeżeli daną stronkę wyświetla multum ludzi, to i opinia o danym tytule dotrzesz do szerszego kręgu odbiorców. Jeżeli dodatkowo wydawnictwo jest znane i poważane, to w dużej mierze wybierze właśnie tych blogerów, którzy są w sieci znani. Jednak to nie jest (na całe szczęście - bo mój Chaos myśli aż taki popularny to nie jest) żaden wyznacznik. Niektóre wydawnictwa bez problemu nawiązują współpracę, jeżeli tylko widzą, że osoba jest rzetelna i jej recenzje mają odpowiednią jakość. No bo przyznajmy się szczerze - ale chyba jest różnica pomiędzy poprawnie napisanym tekstem, który skupia się na wielu aspektach danej książki, aniżeli zrobionej "na odczep" recenzji, która pojawiła się tylko dlatego, że ktoś tę lekturę do recenzji otrzymał.
     Stąd też, ze swojego doświadczenia wiem, że zaczynając, trzeba przede wszystkim stworzyć naprawdę dobrą wiadomość - taką, która w jakiś sposób zaintryguje dane wydawnictw, a po drugie - no właśnie, pobuszować w sieci i wybrać te wydawnictwa, z którymi nawiązanie współpracy recenzenckiej wydaje się najbardziej realne. Sama z doświadczenia wiem, że wysyłałam maile do naprawdę wielu wydawnictw, a odpowiedź otrzymywałam od tych pojedynczych. Jednak to wcale mnie nie zrażało - wręcz przeciwnie: cieszyłam się, że w ogóle mam okazję z kimś współpracować.

2. Darmowa książka - czemu by się nie skusić?

     Dużo osób decyduje się na rozpoczęcie współpracy recenzenckiej między innymi dlatego, że oznaczana ona otrzymanie darmowej książki. Jak napisałam we wstępie - okej, jest ona za recenzję, ale przecież po to nawiązuje się współpracę, by otrzymywane egzemplarze czytać i recenzować. Muszę jednak przyznać, że trochę z dystansem podchodzę do tego punktu. 
     Dobrze, sama przyznam się Wam, że to naprawdę super sprawa, móc otrzymać książkę tak naprawdę za darmo i poszerzać swoją biblioteczkę, nie nadszarpując swojego budżetu. Pewnie i to w jakiś sposób skusiło mnie do współpracy recenzenckiej. Szczególnie, że bardzo często zdarzają się mi tytuły, które tak czy siak by mnie do siebie ciągnęły - a skoro nie muszę wydawać na nie pieniędzy, bo i tak otrzymam do zrecenzowania, to czemu by się tego nie podjąć. 
      A jednak uważam, że to nie powinien być wyznacznik. Okej, darmowa książka jest fajną sprawą, ale to nie oznacza, że będę ich brała multum tylko po to, by mieć dany tytuł na półce. Skoro wiem, że muszę ją przeczytać do jakiegoś terminu (ale o tym to za moment), to dla mnie głupota zawalać sobie półkę książkami, które potem tylko chyba przekartkowuję co jakiś rozdział, bo czas mnie goni. Dlatego tytuły do recenzji wybieram z głową i nie rzucam się na wszystko, co często jest mi proponowane. Bo uważam, że to niedorzeczne.
     Może to zabrzmi w pewnym sensie jak nadmierna krytyka z mojej strony i z góry przepraszam, jeśli kogoś z Was to dotknie, ale gdy widzę, że niektórzy toną wręcz w tych egzemplarzach recenzenckich, a potem nagle w ciągu danego miesiąca są w stanie przeczytać je wszystkie, a i pewnie jeszcze więcej, to często zastanawiam się, jak oni to robią. No sorry, ale chyba nie mają życia poza książkami - gdzie tam praca, studia, obowiązki, spędzanie czasu z bliskimi czy znajomymi, albo po prostu robią to właśnie na odczep. No, dopuszczam jeszcze opcję odbycia kursu szybkiego czytania, ale nie wierzę, że każdy go zrobił. 
     Stąd też, jak już podkreśliłam kilkakrotnie, dla mnie ta opcja, że otrzymuję książkę za recenzję to świetna sprawa, ale też uważam, że trzeba wybierać sobie tytuły z głową, a nie rzucać się na wszystko, bo "darmowe". 

3. Deadline, deadline... Jak tu z tym wyrobić?! 

     Mam problem z terminami w wielu kwestiach, nie tylko czytelniczych. Na ogół oczywiście wyrabiam z nimi (no, poza nielicznymi wyjątkami), ale często gdy ten deadline mnie goni, to przyznam Wam się, jest stres. A to właśnie niestety czyni współpraca recenzencka.
    Często można dogadać się z danym wydawnictwem ile mniej więcej czasu potrzebuje się na przeczytanie danej lektury i jej zrecenzowanie. Czasami jednak zdarza się, że to wydawnictwo narzuca konkretny termin np. 14 dni od chwili otrzymania książki. Jako, że są to najczęściej premiery bądź egzemplarze przedpremierowe, wysyłka następuje właśnie w dniu premiery, bądź x - dni wcześniej, jeżeli wydawnictwo chce się doczekać recenzji przedpremierowej. No cóż, raczej nie da się nikogo oszukać (nie żebym sama chciała to robić), że książka dotarła jakoś na tyle późno, że z napisaniem recenzji jesteśmy spóźnieni o miesiąc lub więcej. Dlatego też deadliny to coś, co najmniej lubię we współpracy recenzenckiej. 
        Niestety, ale zauważyłam, że to właśnie przez terminy, czasami zaczynam odczuwać niechęć do czytania. Naprawdę. To brzmi brutalnie, ale tak właśnie jest. Kiedy robiłam to tylko dla siebie, nikt nie czekał na recenzję jakoś bardzo, ja sama mogłam sobie czytać książkę we własnym tempie, dzięki czemu czerpałam z tego 100% przyjemności. Wraz z egzemplarzami recenzenckimi, czasami to uczucie gdzieś ucieka. Zastępowane jest przez myśl: no nie, termin goni, a ja jeszcze nie skończyłam tego czytać, już więcej nie biorę nic! Ale - tutaj wtrącę jeszcze jedną sprawę - na ogół mimo takich zapewnień, nadal bierze się te egzemplarze. Wiem o tym doskonale - to uzależnia. Sprawia, że nie da się czasami oprzeć jakiemuś tytułowi. Chociaż obiecuje się sobie, że przez jakiś czas zrobi się przerwę, to jednak tak nie działa. Tym samym egzemplarze napływają, terminy gonią, a czytanie zniechęca...
     Sama, jak napisałam, mam takie chwile, gdy nie mogę właśnie przez te egzemplarze recenzenckie, już patrzeć na książki ani myśleć o czytaniu. Jednak na ogół szybko mijają i potem znowu z radością wracam do tych wszystkich, wspaniałych lektur. 

4. Tyle tytułów, tak mało czasu - co wybrać i jak recenzować?

    Kiedy już decydujemy się na nawiązanie współpracy recenzenckiej, często musimy się pogodzić z faktem, że do naszych rąk wpadać będą głównie nowości. One jednak bywają różne - myślę, że każdy z Was dobrze o tym wie. Co gorsza, czasami wśród nich znajdują się tytuły, jakie wcale nie intrygują, a coś pasowałoby wybrać, a czasami jest ich za wiele i aż żal niektóre odrzucać.
    Tak jak wspomniałam, nowości. To właśnie one są głównymi lekturami, jakie mamy możliwość przeczytać. No bo to oczywiste, że wraz ze zbliżającą się datą premiery danego tytułu, wydawnictwo chce je jak najbardziej wypromować i tym samym zwiększyć później sprzedaż. To właśnie w dużej mierze od recenzentów zależy, czy znajdą się potencjalni czytelnicy, czy może dana książka praktycznie się nie sprzeda. Wśród tych nowości, sama bardzo często odkrywam świetne historie. Jednak często jest tak dlatego, że zanim zdecyduję się na egzemplarz recenzencki, uważnie czytam opis, rozważam, czy dana książka będzie w stanie do mnie trafić czy lepiej ją sobie odpuścić. Dzięki temu unikam zbędnego rozczarowania, a i też oszczędzam sobie nerwów. Zdarza się jednak, że wybierając dany tytuł, okazuje się on kiepski... I tutaj pojawia się pewnie pytanie - jak to potem recenzować?
    Otóż wielu osobom, z tego co zauważyłam, wydaje się, że gdy nawiążą współpracę recenzencką, to koniecznie muszą pisać tylko na plus. No bo potem pewnie wydawnictwo się rozczaruje, zerwie współpracę i tak dalej. Strasznie mnie irytuje takie podejście. Sama podkreślam od razu, że recenzuję książki w sposób subiektywny, więc to logiczne, że coś może mi się nie do końca podobać. Piszę więc szczere opinie. Okej, staram się znaleźć pozytywne cechy danej książki, nawet jeżeli mi się nie podobała, ale koniec końców, wspomnę też o tym, dlaczego według mnie jest słaba i z jakiego powodu po prostu do mnie nie trafiła. To w końcu moja recenzja. Ktoś może mieć odrębne zdanie. Bo gusta są różne. Ale to, że współpraca, nie znaczy - tylko na plus.
    Dlatego - po pierwsze: warto dobierać sobie tylko te tytuły, które naprawdę nas przyciągają, nie powinno czytać się czegoś na siłę. Po drugie: szczera recenzja, według mnie, to podstawa. 

5. Co wydawnictwo, to inne podejście do blogera

     Przekonałam się o tym niejednokrotnie. Poważnie - są wydawnictwa, z którymi współpracuje mi się super i na całe szczęście te przeważają, ale zdarzają się takie wybryki, przez jakie to najchętniej dałabym sobie spokój z tą całą współpracą recenzencką.
     Nie będę wymieniać tutaj nazwami, ale opowiem Wam o kilku sytuacjach, jakie do tej pory mnie spotykały. Zacznę oczywiście od tych pozytywów. Bardzo lubię, gdy wydawnictwo jest konkretne - pisze, czego wymaga od blogera, określa te swoje zasady, wysyła egzemplarz, ja dostosowuję się do tych reguł i współpraca często nadal się ciągnie, bo po prostu obie strony są zadowolone. Jednocześnie bardzo lubię także, gdy wydawnictwo jest słowne - dotrzymuje obietnic odnośnie tego, co pisze w wiadomościach. Powiecie mi pewnie zaraz, że przecież to chyba niemożliwe, by było inaczej, skoro już decyduje się na współpracę z blogerami, ale uwierzcie mi, że różnie bywa. ;) 
    Mogę Wam jedynie w sekrecie powiedzieć, że bardzo cenię sobie i uwielbiam współpracę z wydawnictwem IUVI. To chyba najmilsi ludzie, z jakimi przyszło mi współpracować - bezkonfliktowi, konkretni i słowni. :) Zresztą wiele innych też wydawnictw, z jakimi współpracowałam lub nadal współpracuję, również miało/ma normalne, dobre podejście do blogera. 
     Natomiast nie powiem głośno, jakie wydawnictwo mnie rozczarowało, ale nakreślę pewną sytuację. Otóż otrzymałam możliwość zrecenzowania książki X, która była w formie pdf-u. Po zrecenzowaniu i wysłaniu linków, miałam także podać adres, gdyż w zamian za recenzję miały zostać wysłane do mnie dwie książki. Fajna sprawa, prawda? Szkoda tylko, że do dzisiaj nie dotarły. Jednak wiecie - nie chodzi o te książki - byłby to fajnie, nie, to też nie jakiś problem, ale o zasadę. O to, że dane wydawnictwo było po prostu niesłowne. Lecz co zabawniejsze - gdy napisałam ponownie, czy linki w ogóle dotarły i tak dalej, to otrzymała odpowiedź zwrotną, jako że mail musiał zostać przeoczony, że przepraszają i na pewno książki zostaną wysłane w taki czy inny dzień. Oczywiście nie dotarły i ja sama nie łudzę się, że po kilku miesiącach w końcu dotrą. ;) Właśnie dlatego z tego typu wydawnictwami raczej współpracować więcej nie zamierzam i nawet gdy dostaję od nich jakąś propozycję, to po prostu nie odpowiadam. 
     Dlatego w świecie blogosfery różnie bywa, ale na całe szczęście, większość wydawnictw dba o recenzentów, tudzież tak naprawdę swoich czytelników. Trzeba tylko zawiązać te odpowiednie współprace, które przyniosą obopólną korzyść.

     Myślę, że tym samym to wszystko, jeżeli chodzi o dzisiejszy wpis. Powiedzmy, że tak ogólnie nakreśliłam, jak to sama widzę współpracę recenzencką. Jest to zdecydowanie fajna sprawa pod wieloma względami - darmowe egzemplarze, czasami różne, fajne akcje organizowane przez wydawnictwa, możliwość jakiegoś szerszego "zaistnienia" w blogosferze. Jednak z drugiej strony - wszystko ma swoje plusy, jak i minusy. Sporo zależy od tego, jak bardzo staramy się nawiązać współpracę, od podejścia wydawnictw do blogerów, a także trzeba pamiętać, że deadliny czasami gonią, oj gonią. 
    Osobiście na pewno nie zrezygnowałabym z tych współpracy, jakie udało mi się nawiązać, bo każda z nich przynosi mi nowe doświadczenia, dzięki nim mam szansę dotrzeć do co dopiero wydanych tytułów i moja biblioteczka staje się coraz większa bez nadszarpywania budżetu.
    Niebawem znów postaram się coś dla Was napisać - na pewno pojawi się recenzja kolejnej książki. Natomiast przypominam Wam o KONKURSIE - klikajcie TUTAJ i bierzcie udział, czekam na Wasze zgłoszenia z niecierpliwością! Póki co - trzymajcie się!

niedziela, 3 lipca 2016



     Dzisiaj przychodzę do Was z czymś, czego dawno nie było na blogu. Jednak od pewnego czasu mnóstwo przemyśleń pojawiło się w mojej głowie, dlatego też postanowiłam przenieść je na ten wirtualny papier. Dwa punkty, jakie poruszę w dzisiejszym felietonie dotyczyć będą relacji damsko - męskich, stąd oscylować będą też poniekąd w otoczeniu związków. Od razu jednak zaznaczę, że nie jestem najlepsza w te klocki, a mimo to życie, w tym sytuacje dotyczące znanych mi osób, ale też czasami mnie samej, pokazały mi kilka ciekawych faktów związanych z wszelkiej maści relacjami damsko - męskimi. Dlatego też poczułam wewnętrzną potrzebę rozwinięcia paru myśli, dopisując własne spostrzeżenia. Jednak skupię się dzisiaj głównie na tym, co według mnie jest ciosem poniżej pasa, nieważne czy obie strony podejmują takie decyzje czy wynikają one z inicjatywy tylko jednej osoby. No to co, zaczynamy? Jak najbardziej!

1. Bujanie się w nieskończoność 

     Załóżmy, że jest taka oto sytuacja. Dwoje ludzi jakimś sposobem się poznaje - nieważne gdzie, kiedy, ale istotne, że coraz częściej ze sobą rozmawiają, piszą czy też zaczynają się spotykać. Początkowo nie wykraczają poza zwykłe uprzejmości. Ot, kulturalna rozmowa na poziomie (mniejszym czy większym - nie ma co wnikać, to już indywidualna sprawa), być może obietnica kolejnego spotkania. I faktycznie - z czasem zaczynają częściej spędzać ze sobą czas, a początkowa nieśmiałość gdzieś ulatuje. Pojawiają się pierwsze niewinne gesty, słowa, które w jakiś sposób zapadają w pamięci dając poczucie jakiejś nikłej nadziei... No właśnie, dobre pytanie - na co? Być może na to, że z tej znajomości będzie coś więcej aniżeli jedynie zwykła, koleżeńska relacja.
      Problem jednak pojawia się głównie wtedy, gdy to jedna strona mocniej angażuje się od drugiej, przy czym właśnie ta druga najchętniej "bujałaby się" tak w nieskończoność, czekając na to co przyniesie czas. Oczywiście takie czekanie nie jest złe, bo może się okazać, że życie całkowicie nas zaskoczy. Ale przepraszam bardzo, jeżeli dana relacja trwa już dobrych parę miesięcy i ewidentnie widać, że zmierza ku czemuś więcej, to tego typu zachowanie jest ciosem poniżej pasa. Dlaczego? Wynika to przede wszystkim z szacunku. Do tej drugiej osoby, do jej czasu, który poświęca, by pielęgnować daną znajomość i do jej nadziei, które być może się wytworzyły sugerując, że a nuż w końcu z kimś uda się zbudować szczęśliwy związek.
     Stąd jeżeli jedna strona nie jest na tyle dojrzała, by jasno się określić, a woli jedynie tak się spotykać, dając znaki, ale nie sugerując jednoznacznie czego chce, to wybaczcie, ale coś tutaj jest nie halo. Wtedy ta osoba, której bardziej zaczyna zależeć, powinna wziąć sprawy w swoje ręce. Szczególnie, że nie ma w tym niczego złego. Nie, to nie jest żadne narzucanie. To jedynie oszczędzenie sobie ewentualnego, późniejszego rozczarowania. Jeżeli i tak ma ono nastąpić, niech zatem stanie się to wcześniej, kiedy jeszcze łatwo można zapomnieć, aniżeli w momencie, gdy zaangażuje się aż za mocno.
    Dlatego też dopiero wtedy, gdy postawi się takiego człowieka, że tak to ujmę, pod ścianą, można zobaczyć prawdziwą twarz. Albo postanowi zacząć angażować się w takim samym stopniu, albo... ucieknie - bo tak jest łatwiej. Bo był/była może takim typem człowiek, który po prostu lubi spotykać się bez żadnych zobowiązań myśląc, że jego młodość będzie trwać wiecznie i tak się będzie bujać to z jedną/jednym to z drugą/drugim. Ale pamiętajcie - bujanie się w nieskończoność to nic dobrego, co przynosi jedynie szkodę, szczególnie osobie, jaka się zaangażowała. Bo to ona być może później będzie zastanawiać się, co wyszło nie tak, że po kilku miesiącach znajomości, nagle zaczęła się rozsypywać, pozostawiając po sobie jedynie tuman kurzu i rozczarowanie. I dziwić się, że potem zaufanie do kolejnej relacji maleje...

2. "Zostańmy przyjaciółmi", czyli "tekst - zabójca" każdej relacji

     Czas przejść teraz do kolejnej sytuacji, jaka według mnie jest poniżej pasa, jeszcze bardziej chyba niż to ciągłe "bujanie się w nieskończoność". Bo jak z pierwszego punktu wynika, że w końcu trzeba postawić kogoś pod ścianą i dowiedzieć się czego chce, a tym samym albo się angażować albo dać sobie spokój, to tak słynne "zostańmy przyjaciółmi" jest już w ogóle czymś, co nie powinno mieć miejsca. Oczywiście skupię się tutaj na sytuacji podobnej do wcześniejszej, czyli takiej, gdzie relacja stopniowo się rozwija.
     Załóżmy więc teraz, że ta dwójka ludzi spotyka się coraz częściej, bo świetnie spędzają ze sobą czas i czują się swobodnie w swoim towarzystwie. Początkowo oczywiście ich relacja pozostaje na poziomie czysto koleżeńskim, ale z czasem być może każde z nich na swój sposób zaczyna się angażować - jedno mniej, drugie bardziej. Spotkania są obfite w coraz śmielsze gesty - pojawia się może nie tylko zwykłe przytulenie czy słowa "jak bardzo jesteś dla mnie ważna/ważny", a z czasem też pocałunki - najpierw może nieśmiałe, lecz wkrótce stają się bardziej znaczące... I tak relacja się rozwija, aż tutaj nagle jedna strona doznaje olśnienia i zamiast się angażować, zaczyna się powoli wycofywać... I nagle bach! Pojawia się słynne "sfriendoznowanie". Nieważne, że ktoś narobił sobie nadziei, chciał lepiej poznać tego człowieka i móc zbudować z nim normalny związek. Nie, to wszystko nie ma znaczenia, bo nagle pojawia się tekst, że jednak po przemyśleniu lepiej, jeżeli "zostaniemy tylko przyjaciółmi". I w tym momencie następuje wielki trzask. Tak, to właśnie pęka czyjeś serce.
     Takie zachowanie jest dla mnie jednym z najgorszych. Nie mówię o sytuacji, kiedy jasno widzimy, że z kimś łączy nas dobra więź, ale nic poza przyjaźnią z tego nie wyniknie (chociaż jeżeli chodzi o przyjaźń między mężczyzną, a kobietą to temat na inny felieton, jednak krótko mówiąc: nie do końca w nią wierzę i dopuszczam ją jedynie w pewnych przypadkach). Kiedy natomiast relacja z każdym spotkaniem, wiadomością czy czymkolwiek innym się rozwija, a obie strony twierdzą, że im na sobie zaczyna zależeć, to nagła zmiana zdania jest dla mnie czymś bardzo bolesnym dla tej osoby, która liczyła na coś więcej. Szczególnie, jeżeli przejawia się ona tym, by pozostać w relacji przyjacielskiej.
      Ale wybaczcie, Moi Drodzy, nie wiem jak Wy widzicie tego typu sytuacje, ale dla mnie stają się one wtedy jasne. Po prostu - "NIE". Nie wierzę w to, że można przyjaźnić się z kimś, na kim nam zależało. Nie daję się sfriendzonować, bo to tak, jakbym była masochistką. Każde rozstanie boli, a pozostawanie w relacji przyjacielskiej, to dokładanie sobie kolejnego cierpienia. Bo nie wyobrażam sobie słuchać potem o perypetiach miłosnych kogoś, z kim wiązałam większe nadzieje. Dlatego dla mnie istnieją dwie drogi - angażujemy się, albo dajemy sobie spokój. Całkowicie się odcinamy. Bo inaczej się nie da. A jeżeli ktoś twierdzi, że da się przyjaźnić z kimś (i mam tutaj na myśli typową, prawdziwą przyjaźń, a nie pozostanie w koleżeńskiej, ale raczej odległej i oschłej relacji), w kim się zakochało bądź co lepsze - z byłym partnerem/partnerką, to dla mnie jest kłamcą wobec samego siebie. Tak się nie da.

     To już wszystko, jeżeli chodzi o dzisiejszy wpis. Czułam wewnętrzną potrzebę, by skupić się właśnie na tych dwóch sytuacjach. Są one podobne, to fakt, ale obydwie dotyczą momentu, gdy relacja zmierza ku związkowi, ale zaczyna się psuć albo przez to, że ktoś nie potrafi się zdecydować albo co gorsze - przez "sfriendzonowanie". Być może się ze mną zgodzicie, a może będziecie mieć całkowicie odmienne zdanie - nie wiem. Jednak chętnie poczytam Wasze sugestie na ten temat.
     Niebawem odezwę się do Was z kolejną recenzją, bo pochłaniam własnie w mgnieniu oka książkę, która jak póki co bardzo mi się podoba. Mam tylko nadzieję, że taka okaże się do samego końca i będę mieć przyjemność o niej pisać. Póki co - trzymajcie się! 

środa, 18 maja 2016

[Wpis z lekka osobisty]


     Idę spać - myślę sobie wczorajszego wieczora o godzinie 23. Przecież i tak już mój mózg nie myśli - dalej rozważam - więc po co go przemęczać. Wstanę wcześnie rano i zacznę się uczyć, o! Sen taki fajny i nagle zryw - och nie, to tylko budzik, trzeba go jak najszybciej wyłączyć. A potem drzemkę jedną, drugą, trzecią... Ojej, czyżby mój plan właśnie się nie udał? No nic, trzeba się jednak zebrać w sobie. Czas ucieka, nauki tak dużo, dociera do świadomości nadmiar rzeczy, za które trzeba się wziąć, bo inaczej będzie krucho. Szybkie śniadanie, dobra kawka i do roboty. Ale tak tylko na chwilę sprawdzę sobie facebook'a, no bo przecież ktoś mógł napisać coś ważnego, nie? I tak przypadkiem trafiam na artykuł znajomej blogerki, potem myślę sobie, że dawno nie czytałam wpisów innej i... czas tak sobie mija. I jak dobrze widać - aż sama piszę coś u siebie. Och God, why? - krzyczę w myślach - co jest nie tak z moją motywacją? 
     Dzisiejszy wpis będzie dosyć krótki i może częściowo jest napisany pół - żartem, a szczególnie ten wstęp, chociaż w pewnym sensie właśnie powinnam robić coś ważnego, a jak widać postanowiłam wrócić na chwilę z tego "stanu zawieszenia" bloga. Ale to tylko jednorazowo - pewnie do końca maja już nic się tutaj nie pojawi. Sens w tym, że pomyślałam sobie, że nie tylko ja mam czasami problem z tym, by zmotywować się do działania. Nie mówię tutaj oczywiście o tym działaniu, dzięki któremu dążę do osiągnięcia celów, które realizuje się całkiem łatwo i przyjemnie. Mam na myśli bardziej to, że przychodzą chwile, gdy uświadamiamy sobie nadmiar swoich obowiązków i w tym oto momencie oczy robią się wielkie z przerażenia, puls przyspiesza, a my mimo to zamiast wziąć się do pracy. robimy wszystko, by to odciągnąć. Stąd dzisiaj podzielę się z Wami kilkoma swoimi sposobami na to, by jakoś odnaleźć motywację. 



1. Odkładane na później obowiązki nie znikają. 

     Wiem, nie napiszę niczego odkrywczego, ale taka jest prawda. To, że będziemy sobie odkładać obowiązki na później, bo "mam jeszcze czas" wcale nie sprawi, że znikną, a jedynie to my później wpadniemy w stan paniki i nie będziemy wiedzieć za co się zabrać. Dlatego ważne jest, by wyzbyć się takiego myślenia. Jednak pocieszę Was - sama mam z tym problem. Często kiedy widzę jakąś tam "datę", myślę sobie, że to w sumie jeszcze daleko, więc przecież mam sporo czasu, by wszystko ogarnąć. Tym samym odkładam te obowiązki "na później", a czas wypełniam czymś innym, co de facto wcale nie jest specjalnie twórcze i produktywne. A potem co się dzieje? Oczywiście pluję sobie w brodę, że przez to powszechne lenistwo, znowu robię wszystko na ostatnią chwilę i panikuję. Chociaż najczęściej udaje się jednak ogarnąć obowiązki, to presja czasu wcale nie pomaga. 
    Dlatego nauczyłam się już, by przestać myśleć w ten sposób i jak mam coś zrobić, to tak rozplanowuję sobie czas, by go nie zabrakło, a wręcz przeciwnie - może nawet nieco go zostało "w zapasie". Ten zapas tworzę sobie oczywiście na nieprzewidziane, czasami spontaniczne sytuacje - bo niektórym z nich niestety mimo wszelkich wizji obowiązków, nie jestem w stanie się oprzeć. Grunt to jednak zapamiętać sobie to tytułowe zdanie i po prostu działać, próbując jakoś odsunąć od siebie głosik w głowie mówiący: "spokojnie, weźmiesz się za to za godzinę, przecież lepiej obczaić fejsa!". 

2. Wypisz co osiągniesz, gdy od razu weźmiesz się do pracy. 

     O co chodzi? Otóż spojrzę na to powiedzmy "okiem studentki". Patrzę na goniące terminy i myślę sobie, jak cholernie nie chce mi się uczyć, jak myślę, że praca licencjacka sama się poprawi i odda w terminie i w ogóle... Ale za chwilę uświadamiam sobie, że jak będę marnować czas i czegoś nie ogarnę, to potem to się tak będzie za mną ciągnąć w nieskończoność. No więc co robię? Biorę dużą kartkę, długopis i wypisuję, co osiągnę, gdy zabiorę się od razu do pracy, po czym kartkę przypinam oczywiście do tablicy korkowej, którą mam przed swoimi oczami - tak, by nie zgubić tych ważnych punktów. Piszę więc listę rzeczy, jakie czekają mnie, gdy zdam sesję, skończę pracę w terminie, obronię się w czerwcu - i tak wizja wakacji, czy nawet i pracy podczas tego letniego okresu, ale jednocześnie powrotu na blog czy też pisania własnej książki sprawia, że moja motywacja od razu się zwiększa. Bo wiem, że jak zrobię coś TERAZ (chociaż podkreślam znowu - cholernie mi się nie chce), to PÓŹNIEJ będę miała czas na to, co CHCĘ, a nie MUSZĘ robić. To brzmi całkiem rozsądnie, czyż nie? 
     Dlatego, jeśli spada na Was chmara obowiązków i za nic w świecie nie macie ochoty się za nie zabrać, polecam Wam zrobienie sobie takiej listy rzeczy, jakie osiągniecie, gdy jednak postanowicie najpierw zabrać się za te mniej przyjemne rzeczy. Mówię Wam, to naprawdę motywuje. Tylko muszą to być konkretne, ważne sprawy - takie, o jakich marzycie od dawna. Widząc, że możecie je osiągnąć, jeśli tylko wcześniej poukładacie inne sprawy, od razu lenistwo gdzieś ucieknie. 

3. Planuj, co zrobisz każdego dnia. 

     W tym punkcie chodzi o fakt, byście od razu, po wstaniu z łóżka i ogarnięciu się, usiedli przy biurku, znowu wzięli jakąś kartkę i długopis, po czym wypisali sobie plany na ten jeden, konkretny dzień. Oczywiście nie chodzi tutaj o planowanie w stylu: "w godzinie od tej do tamtej zrobię to czy to", bo to nie ma sensu. Nigdy tak nie zaplanujemy czasu, by idealnie wbić się w konkretną godzinę. Ale wypisując powiedzmy kilka rzeczy, jakie chcecie zrobić, bardziej się zmotywujecie. Ważne, by były one całkowicie osiągalne - więc jeśli zdajecie sobie sprawę, że zrobienie jakiegoś projektu potrwa dłuższą chwilę, to do listy dopiszcie coś jeszcze, ale co zajmie z kolei mniej czasu, tak, by na pewno móc osiągnąć swoje cele. Podobnie - jeśli do zrobienia macie niewiele, listę zwiększcie, bo prawdopodobnie uda się Wam zrealizować wszystkie sprawy. 
     Sama stosuję ten system i on mi pomaga. Jak widzę, że w danym dniu planuję zrobienie tego czy tamtego, jakoś tak szybciej mi się do tego zabrać. Szczególnie, że po zrobieniu już danej rzeczy, odhaczam ją sobie z listy i tym samym rośnie we mnie poziom satysfakcji, że oto ja - ta, która uwielbia zostawiać wszystko na ostatnią chwilę - jednak potrafiła się zmotywować do działania i tym samym później zyskuje chwilę "dla siebie". 

     Zmierzam powoli do końca tego wpisu. Być może nie odkryłam niczego pisząc te trzy punkty, ale poczułam wewnętrzną chęć podzielenia się nimi z Wami i tak naprawdę dzięki temu zmotywowałam samą siebie, by po wrzuceniu wpisu w końcu wziąć się do pracy. Zatem - może nie wspomniałam o tym wyżej - ale... dobrze jest też wyłączyć facebook, a najlepiej wi - fi w telefonie, co by żadne powiadomienia z messengera nie przychodziły. Sama często robię tak, że serio odcinam się od internetu na kilka godzin, bo wtedy praca idzie mi o wiele szybciej. 
     Jak wspomniałam wyżej, odezwę się prawdopodobnie dopiero końcem maja, czy początkiem czerwca. Czeka mnie bowiem najgorsze siedem do dziewięciu dni w tym miesiącu, więc do roboty i nie ma, że boli! Póki co - trzymajcie się! :) 

Zdjęcia znalezione: tutaj.

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *