,

Jak to jest z tym studiowaniem? - czyli cienie życia studenta

21:00

Jak to jest z tym studiowaniem?
Grudzień. Wszędzie rozbrzmiewają świąteczne piosenki, wystawy sklepowe już od dawna lśnią blaskiem światełek i innych różności, nawet i śnieg prószy co jakiś czas, a gdzie nie spojrzysz - tam czujesz już święta. Jednak jest jedno takie miejsce, gdzie tego klimatu nie ma. Tak, to właśnie Twoja uczelnia. Budynek, w którym przyszło Ci spędzić kilka dobrych lat życia. Miejsce, na które sam/sama dobrowolnie się zdecydowałeś/aś. To właśnie ona zapewnia Ci świetną rozrywkę na te grudniowe wieczory, podczas których mógłbyś robić mnóstwo przyjemniejszych rzeczy. No ale po co, skoro przecież kolokwia się same nie napiszą, a późniejsza sesja - nie zda. Do wszystkiego trzeba się mniej lub więcej przyłożyć, by zobaczyć efekty - chociaż kto wie, czy powalające, czy jedyne takie, by móc przebrnąć na następny semestr. I nieważne, że tak naprawdę ten materiał na nic nie przyda Ci się później w życiu. Musisz to przejść, bo trzeba. I kropka. 

       Zapomniałam, jak to jest pisać swoje przemyślenia do momentu, gdy w końcu przełamałam zbyt długo trwającą przerwę tekstem o współpracach recenzenckichZebrał on naprawdę sporą ilość wyświetleń oraz Waszych komentarzy, na które swoją drogą mam ochotę odpowiedzieć, ale to w swoim czasie - może w święta uda mi się to wszystko nadrobić. Dlatego też stwierdziłam, że muszę robić to częściej, to znaczy pisać dla Was takie moje, nazwijmy to - felietony. Szczególnie, że naprawdę sporo rzeczy w tym dzisiejszym świecie wręcz woła, by zwrócić na nie swoją uwagę i nieco rozwinąć temat.
     Tym razem chciałabym podzielić się z Wami kilkoma swoimi przemyśleniami odnośnie cieni studiowania. Jednocześnie myślę, że niebawem udostępnię zatem inny tekst - blaski studiów. Bo w końcu wszystko ma zarówno swoje plusy, jak i minusy. Dzisiaj jednak skupmy się na tych drugich, bo frustracja sięgnęła zenitu.

1. Albo nie ma niczego, albo nagle wszystko w tym samym czasie 

   Odkąd pamiętam, każdy semestr był dosyć schematyczny, wyłączając kilka, pojedynczych przypadków. Początek października i część listopada to taka lekka sielanka. No wiecie, dopiero zaczyna się poznawać dany materiał, jakoś trzeba się z nim oswoić. Potem jednak nagle wykładowca zaczyna sobie przypominać, że to przecież czas ucieka, sesja tuż tuż, no bo święta idą, a jak dobrze wiemy, po świętach - egzaminy. No to może wypadałoby zrobić jakieś kolokwium? - myśli sobie taki wykładowca. I wszystko byłoby fajnie, gdyby myślał tak tylko jeden. Ale nie - nie ma tak pięknie. O kolokwiach nagle myślą wszyscy. W tym samym czasie. No bo jak się bawić, to się bawić, nie?
      Nie wiem jak to jest na innych uczelniach, ale myślę, że dosyć podobnie. Najczęściej to własnie koniec listopada i w zasadzie połowa grudnia, tuż przed świętami, to czas najbardziej znienawidzony przez studentów. Czuje się już nieco świąteczny klimat, ale nie można sobie pozwolić na chillout, bo to właśnie wtedy następuje wysyp kolosów. Oczywiście nie można zapomnieć o tym, że student, jak to student, chociaż obiecuje sobie często, że będzie się uczył od początku semestru, to tak naprawdę już wtedy dobrze wie, że mówiąc takie rzeczy sam siebie oszukuje. Nie, nie będzie się uczył od początku (no dobra, z wyjątkiem pewnie jakiś sporadycznych przypadków, które nie mają życia poza nauką :v), a zacznie zaglądać do książek dopiero wtedy, gdy grunt będzie palił mu się pod stopami. No i cóż - pojawi się lekka panika, wyrzucanie sobie, że od następnego semestru będzie się uczyć na bieżąco (uwierzcie mi - nie, nie będzie). Ale koniec końców - zdać trzeba, więc jakkolwiek ciężko by nie było, student weźmie się w garść. Chociaż poleci przy tym trochę "łaciny" na ten "durny" przedmiot, to jakoś trzeba będzie przez niego przebrnąć.
     

2. Topologia? Teoria miary? A może do tego wszystkiego przestrzeń Hilberta? - tak, z pewnością przyda mi się to w życiu

    Ten punkt będzie pisany nieco z mojej perspektywy - czyli studentki matematyki. Wiecie, sporo już na tych studiach licencjackich miałam. Zdarzały się przedmioty łatwiejsze, jak i te, które spędzały sen z powiek. Były takie, które w jakimś stopniu ciekawiły i te, których najchętniej od razu by się pozbyło, bo nie wnosiły niczego twórczego do życia. Miałam nadzieję, że na magisterce będzie inaczej. Ciekawiej. Jakoś bardziej... życiowo. Może też nauczę się czegoś przydatnego. Dowiem się naprawdę ważnych spraw z zakresu finansów i ekonomii, bo w końcu tę specjalizację wybrałam na licencjacie (a dostałam z jej zakresu wtedy niewiele) i zamierzam wybrać przy okazji magisterki. Ale wiecie co? Przeliczyłam się. Bo przecież cholernie interesuje mnie to, jak wygląda wnętrze zbioru domkniętego w topologii dyskretnej czy też fakt, jak określamy funkcjonał w przestrzeni Hilberta, a może do tego policzenie całki względem miary Lebesque'a odmieni moje życie. Nie, nie odmieni. Sprawi jedynie, że przez bite kilka dni będę rozpaczać nad listami zadań, próbując jakoś je zrozumieć tylko po to, by zdać. A potem jeszcze szybciej zapomnieć i nigdy więcej nie wykorzystać tego w realnym życiu.
    Myślę, że nie tylko u mnie wygląda to tak, że kiedy uczycie się jakiś przedmiotów, to często zadajecie sobie pytanie: a po co mi to jest? Zastanawiacie się, co wnosi do Waszego życia dana wiedza, której pewnie i tak nigdy nie wykorzystacie. Bo nie wierzę w to, że będę kiedyś jeszcze udowadniała, że dany zbiór jest mierzalny, skoro wcale nie kręci mnie dalsza droga naukowa i robienie doktoratu. Ale to jest właśnie paradoks studiowania - wybierając dany kierunek często nakręcamy się na to, że dowiemy się wielu fajnych, przydatnych potem do wykonywania danego zawodu, rzeczy. Ostatecznie jednak równie często dostajemy rozczarowanie, nieprzespane noce i zjedzone nerwy na coś, co tak naprawdę nie zmieni naszego życia na lepsze. A jeszcze zabawniejsze jest to, że dobrowolnie zgotowaliśmy sobie taki los.

3. Kolokwia i egzaminy pisemne to za mało? Zróbmy sobie jeszcze ustne! 

     Kolejny z punktów pewnie w sporej mierze znowu będzie związany z moim studiowaniem, chociaż myślę, że dotyczy też wielu, innych kierunków. Kiedy już jakoś przebrniemy przez szereg zaliczeń, dzięki którym zostaniemy dopuszczeni do egzaminu, a później uda nam się zdać ten niewdzięczny test i mamy nadzieję już na chwilę wytchnienia, przypominamy sobie, że czeka nas przecież jeszcze jedno przejście - egzamin ustny. O ile na kierunkach bardziej humanistycznych nie widzę w tym niczego specjalnego, o tyle na matematyce, zadziwiało mnie to od pierwszego roku. I za każdym razem przeklinałam w myślach to, że muszę uczyć się tej głupiej teorii tylko po to, by zostać dopuszczonym do następnego semestru. Parodia.
      Ten, kto wymyślił egzaminy ustne, już sam w sobie chyba lubił stresować ludzi. Bo powiedzmy sobie szczerze, ale myślę, że mało kto, cieszyłby się na myśl o byciu twarzą w twarz z wykładowcą i odpowiadaniu na jego pytania. Nie mówię oczywiście o obronie pracy dyplomowej - to inna kwestia i jak najbardziej trzeba umieć jakoś opanować nerwy prezentując swój temat - ale żeby co semestr użerać się z pytaniami teoretycznymi? Nonsens. Jednak moja matematyka ma to do siebie, że mogę znać teorię, potrzebną do zrobienia zadania, dzięki czemu bez problemu zdam egzamin pisemny, ale to nie wystarcza, co to, to nie. Muszę przecież KONIECZNIE umieć ZACYTOWAĆ słowo w słowo dane TWIERDZENIE, DEFINICJĘ, czy inne badziewie, a jeszcze lepiej - powinnam umieć dane twierdzenie UDOWODNIĆ. Inaczej co? Inaczej - pa pa, uczelnio. Osobiście nie widzę sensu w uczeniu się teorii, którą i tak zapomnę równie szybko, gdy tylko przejdę dany egzamin. I chociaż wiem, że czeka mnie to także przez najbliższe dwa lata, to za każdym razem tak samo mnie frustruje wizja ślęczenia nad twierdzeniami, dowodami, lematami i innymi cudami.

     Tym samym przechodzę już do końca tego nieco ponurego wpisu i sama wracam do moich zadanek. Jakkolwiek mówiłabym, że mi się nie chce, że to bez sensu, to i tak zrobię wszystko, by zdać kolokwia jak najlepiej. Bo moja ambicja mi na nic innego nie pozwala. ;)
        Niebawem pojawiają się tutaj wyniki KONKURSU - postaram się je opublikować w sobotę, równo po trzech dniach od zakończenia. Jak pisałam na fanpage'u - wszystkie Wasze odpowiedzi są świetne, dlatego trudno będzie mi wskazać tylko dwóch zwycięzców. Ale jak mus, to mus. Póki co - trzymajcie się!

Lista zadań nadal czeka, jedynie lekko dotknięta - bo przecież już na początku mózg odmówił posłuszeństwa. A Ty zamiast próbować dalej, irytujesz się na swoje studia i zastanawiasz, po co zgotowałeś sobie taki los. Zamiast więc nauki, klepiesz artykuł, co by nieco ostudzić swoje emocje, chociaż czas ucieka, a terminy kolokwiów zbliżają się nieubłaganie. I chociaż czujesz się nieco lżej, bo wyrzuciłeś/aś negatywne emocje, to i tak za moment wrócisz do książek, do tych wszystkich zdań i będziesz robił wszystko, co w swojej mocy, by jakoś je pojąć. Będziesz warczeć, że to Ci się nigdy nie przyda w życiu, że po co masz to zapamiętać, skoro równie szybko zapomnisz, ale zaciśniesz zęby i będziesz próbował. A dlaczego? Bo dobrze wiesz, że możesz narzekać, marudzić ile wlezie, ale przecież to wszystko jest na TWOJE WŁASNE ŻYCZENIE. Więc skoro wpakowałeś/aś się w to bagno, które Cię irytuje, to Twoja ambicja i tak usilnie ciągnie Cię do przodu. Więc do roboty, Drogi Studencie/Droga Studentko...

Spodobało się? Zerknij na to:

7 komentarze

  1. Moje studia był dość specyficzne i o ile na pierwszym i drugim roku miałam cały dzień zajęty, przez cały tydzień i uczyłam się po nocach, w autobusach i na wykładach, to byłam bardziej zorganizowana niż na trzecim roku, kiedy to laby było tyle, ze nie mogłyśmy w to na początku uwierzyć! Ale też miałam przedmioty które do niczego mi się nie przydały - po co mi socjologia na położnictwie? Do tej pory nie mam pojęcia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerze powiem - wole odpowiadać ustnie. Zwłaszcza że human bardzo konkretny nie jest i często wtedy po prostu łatwiej pokazać wykładowcy że jednak się to rozumie i zna. Przynajmniej ja tak mam XD A jeśli o ekonomię chodzi - żadna uczelnia jej porzadnie nie uczy. Jeden z moich współlokatorow właśnie to studiuje a ja wiem na ten temat więcej niż on XD tzn. Może suchej teorii, takiej bezsensownej, ma więcej ale to ja rozumiem bardziej o czym mówię niż on...

    OdpowiedzUsuń
  3. Tęsknie za czasami, kiedy na studiach część semestru była względnie spokojna. Teraz cały czas mam wszystko na raz i mam już dość w zasadzie od pierwszego tygodnia roku akademickiego siedzę z nosem w podręcznika a o życiu poza mogę tylko marzyć.
    Niepotrzebne przedmioty? Taak, na ekonomii miałam wrażenie, że jest ich więcej niż tych użytecznych. Że nie wspomnę o tych, które po prostu odświeżały wiedzę, którą zdobyliśmy na innych przedmiotach. I znów nauka tego samego, znów siedzenie na obowiązkowych zajęciach i słuchanie czegoś, co było X razy wcześniej...To był zresztą horror mojej magisterki i dlatego na drugim kierunku nie zamierzam jej nawet zaczynać.
    Egzaminy ustne lubię, przynajmniej od razu wiem na czym stoję. Ale to na humanie. Do tej pory nie wiem jak parę lat temu zaliczyłam wnioskowanie statystyczne...

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiesz, powiem Ci, że ja nawet jeszcze nie studiuję i raczej nie mam zamiaru, ale i bez tego nie czuję klimatu świąt. Nic, a nic. Piosenki w radiu coraz bardziej mnie denerwują, a świąteczne gadżety są dla mnie obojętne. Co do Twoich odniesień, ja jestem w czwartej technikum i doskonale rozumiem, że przez pewien czas nie ma nic, a na przykład ten ostatni przyszły tydzień semestru w każdy dzień sprawdzian. Każdego dnia. I odpowiedzi ustne. To nic, że z tego piszemy sprawdziany, odpowiedzieć też musimy. Więc znam ten natłok tak naprawdę wszystkiego na raz. :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Heej, u mnie w czwartek już ubrali choinkę na uczelni, pod uczelnią mam też choinkę miejską, więc jednak trochę tego klimatu jest. ;) Co do studiów, to mam wrażenie, że tak samo było i w liceum, czy gimnazjum - jak nie było nic, tak nie było, a jak się zebrało zaliczeń, to nie wiadomo było w co ręce włożyć. Albo po prostu ja miałam takie szkoły wcześniej, sama nie wiem. Jak pewnie wiesz, studiuję ekonomię, też już na magisterce i też mam czasami takie chwile zwątpienia (serio, filozofia mi się przyda potem w zawodzie?), ale są też przedmioty, które zdecydowanie mi się przydały, bo nieco zmieniły moje poglądy i nakierowały je na odpowiednie tory. Nie ma miesiąca, żebym na studia nie narzekała, bo ja i narzekanie to jedność, ale i tak wiem, że jak już się obronię i przyjdzie wejść w takie 100%-owo dorosłe życie, to zapłaczę jeszcze za studencką labą. ;D

    OdpowiedzUsuń
  6. To uczucie, gdy jesteś dopiero w liceum, a czytając ten tekst zaczynasz się w duszy śmiać i jednocześnie płakać myśląc: "Boże, jak ja Cię rozumiem. I będę przechodzić to samo piekło.". :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Znam to, oj znam. Zwłaszcza, że jestem na studiach niestacjonarnych, co wiąże się z tym, że codziennie pracuję od 8 do 17, a w weekendy mam zjazdy. Gdy wracam z pracy nie mam sił na nic, a na pewno nie na naukę. No ale fakt. Trzeba się przyłożyć. 4 zaliczenia w jeden weekend? "Co to dla Was?" - tak mysli większosc wykladowców. U mnie na razie spokój, ale horror zacznie się w styczniu. Zaliczenia i egzaminy zerowe - wszystko w jednym czasie. No ale co poradzić, sama się na to zdecydowałam. Może kiedys na cos mi się to przyda! ;) A ja dopiero trzeci semestr.

    OdpowiedzUsuń

*Każdy komentarz, czy to pochwała czy też krytyka, niezwykle motywuje mnie do dalszego działania, stąd dziękuję za wszystkie pozostawione przez Was słowa! :)
*Jeśli jednak zamierzasz napisać "fajny blog! może rev?" - lub coś w tym stylu, to naprawdę lepiej nie pisz niczego :)
*Nie bawię się w obserwację za obserwację, więc daruj sobie od razu takie pytania :)

Archiwum

Ostatnie wpisy