Matematyczny umysł z artystyczną duszą. Matematyk z wykształcenia, aktualnie pracownik jednej z krakowskich korporacji, a z zamiłowania niespełniona pisarka i zakręcona książkoholiczka.

wtorek, 12 lipca 2016

Autor: Martin Calder
Tytuł: Lato w Gaskonii
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 350
Ocena: 4/6
    Wakacyjny czas bardzo często sprawia, że ma się ochotę sięgać po książki, dzięki którym w wyobraźni będzie można przenieść się do jakiegoś innego, pełnego klimatu, miejsca. Dlatego też postanowiłam w końcu sięgnąć po lekturę, jaka od pewnego czasu czekała na mojej półce. Przyznam się od razu, że do jej zakupu przede wszystkim zachęciła mnie okładka, która przywodzi na myśl właśnie lato w magicznym miejscu. Nie miałam więc jakiś wielkich oczekiwań co do książki "Lato w Gaskonii" Martina Caldera. Okazało się, że słusznie, bo jest to dosyć przyjemna opowieść o tym, jak bardzo autor pokochał Gaskonię, lecz nie jest to lektura, jaka powala na kolana. Całkiem klimatyczna, ale bez większego szału. 
        Całość opowiadana jest z perspektywy samego autora, który w wieku 22 lat postanowił całe wakacje pracować zagranicą. Wybrał się więc właśnie do Gaskonii, gdzie na farmie należącej do rodziny Cazagnac oddawał się różnym rodzajom pracy, lecz jednocześnie poznawał ten klimatyczny teren, szlifując przy okazji język francuski. Nie można nazwać tej książki biografią, a raczej jest to zapis wspomnień lata, które na zawsze pozostało w pamięci Martina Caldera i dzięki któremu w jego sercu wyryła się też miłość do Gaskonii. Jest to więc opis rodziny, u której pracował, a jaka to przyjęła go niezwykle ciepło i gościnnie, wszelkich prac, jakie wykonywał, miejsc, które miał możliwość odwiedzić, ale też relacji, jakie nawiązał, między innymi z inną pracownicą - Anją. Jeżeli więc macie ochotę poznać tę część Francji, to sięgniecie po "Lato w Gaskonii" na pewno Wam w tym pomoże i być może sprawi, że zechcecie zobaczyć Gaskonię na własne oczy.
        Jak już napisałam, była to przyjemna lektura, ale też nie sprawiła, że mogłabym się nad nią zachwycać wznosząc mnóstwo "ochów i achów". To nie tak, że znalazłam w niej jakieś wielkie negatywy. Raczej chodzi o sam fakt, że przeczytałam ją dla relaksu i nic poza tym - nie wniosła do mojego życia jakiś większych zmian, nie wpłynęła na moje emocje. Była po prostu lekką historią na ten wakacyjny czas, ale taką, o jakiej pewnie szybko zapomnę. To, co mi się w niej podobało to przede wszystkim klimat, bo tego akurat nie zabrakło. Autor opisywał wszelkie miejsca w Gaskonii tak, że miało się wrażenie, iż widzi się je własnymi oczami. Podobało mi się też to, że wielokrotnie podkreślał swoją wręcz miłość do tej części Francji, bo zdecydowanie dało się to poczuć. Sama więc czułam się tak, jakbym znalazła się w Gaskonii, wśród tych wszystkich życzliwych osób i mogła poznać tamte zakątki - a uwierzcie mi, że gdybym tylko miała taką możliwość, chętnie bym to zrobiła. Co więcej, autor wykonał naprawdę kawał dobrej roboty, by przedstawić nie tylko swoje doświadczenia związane z tamtejszym latem, ale też sporo uwagi poświęcił aspektom historycznym związanym z Gaskonią. Co prawda, te fragmenty albo bardziej mnie wkręcały, albo zdarzały się też takie, które lekko zanudzały - dlatego też momentami nie mogłam przebrnąć przez te historyczne ciekawostki. Jednak to zaangażowanie by przedstawić tamto miejsce dokładnie tak, jak autor zapamiętał, sprawiło, że całość jest właśnie niezwykle przyjemna i mimo tych momentów nieco nudnych, czyta się ją całkiem szybko. 
        Bohaterami tej książki są tak naprawdę wszyscy mieszkańcy Gaskonii, począwszy od rodziny Cazagnac poprzez inne osoby, które to autor spotykał na swojej drodze. Wielu z nich opisywał tak ciepło, że nie miało się wątpliwości, iż praca, jaką wykonywał mimo wszystko nie była dla niego udręką, skoro przebywał wśród tak gościnnych ludzi. Ciekawą postacią była też sama Anja, z którą połączyła go pewnego rodzaju więź. Szkoda tylko, że mimo wszystko poświęcił swoim uczuciom o wiele mniej miejscach, niż wszelkim innym opisom. Czytając jednak o tych wszystkich osobach, pomyślałam sobie, że pracując u takiego gospodarza, jakim był Jacques - Henri, sama też czułabym się prawie jak w domu. 
         Podsumowując, "Lato w Gaskonii" to ciepła opowieść o tamtejszym terenie, wspomnienia, jakie autor ciągle nosił w sobie, gdy spędzał tamten czas pracując właśnie w tej malowniczej części Francji, ale jednocześnie nie jest to lektura, jaka sprawi, że zmieni się nagle cały Wasz świat. Jeśli jednak interesują Was książki, dzięki którym chociaż na chwilę macie możliwość przenieść się w myślach do miejsc, które sami chcielibyście odwiedzić, to sięgniecie po wspomnienia zapisane przez Martina Caldera, będą strzałem w dziesiątkę. Być może sami odnajdziecie w sobie Gaskończyka i zapragniecie któregoś dnia na własne oczy zobaczyć tamte miejsca. Co więcej, mogę zapewnić Wam tylko tyle, że książka jest naprawdę dobrą opcją właśnie na ten wakacyjny okres. 
        Niebawem znów postaram się coś tutaj napisać. Jeśli chodzi o książki, postanowiłam nieco zmodyfikować swoje plany i... sięgam aktualnie po thriller. Dawno nie miałam takiego gatunku w rękach, więc pora się przełamać. Póki co - trzymajcie się!

niedziela, 10 lipca 2016

     Jak dobrze wiecie, muzyka stanowi nieodłączny element mojego życia. Niestety, ale nie jestem uzdolniona w tym kierunku, co nie znaczy, że nie uwielbiam słuchać dobrych utworów. A słucham ich praktycznie cały czas - jak tylko zbudzi mnie nowy dzień, w tle od razu rozbrzmiewają dobre dźwięki. Dawno na blogu nie pojawił się żaden muzyczny wpis, stąd dzisiaj postanowiłam to zmienić. Jednak tym razem nie będzie tak melancholijnie, jak zazwyczaj. Postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma utworami, jakie uwielbiam, mogę słuchać nałogowo i które to zaliczyłabym bardziej do "cięższych" brzmień, chociaż dla niektórych i tak będą wydawać się one dosyć lekkie (dobra, dla mnie też, ale nie chcę katować Was czymś, czego nie bylibyście w stanie przesłuchać do końca). No więc by już nie przedłużać zapraszam do przeczytania i odsłuchania poniższych punktów! 

1. Three Days Grace - "Give me a reason"

"Don't speak
Give me a reason to turn and run..."

     Uwielbiam ten zespół od bardzo dawna. Nie pamiętam dokładnie kiedy zaczęła się moja przygoda z Three Days Grace, ale wiem, że od początku bardzo ich polubiłam. Prawdopodobnie pierwszym utworem, jaki przesłuchałam było "I hate everything about you", a potem cóż - tak to poszło dalej. Jednak z czasem zmienił się skład i zabrakło już Adama Gontiera... Dlatego obecnie jeżeli słucham kawałków Three Days Grace to głównie tych za czasów pierwszego wokalisty, którego głos i te emocje, jakie wplatał w utwory, kupiły mnie od razu i mam do nich niezwykły sentyment.
   Utwór, który polecam Wam dzisiaj przesłuchać pochodzi z mojej ulubionej płyty Three Days Grace, czyli "Transit of Venus". To właśnie do tego albumu najczęściej wracam, nałogowo wałkując go po kilka razy tak, że obecnie znam już chyba teksty każdego utworu z tej płyty na pamięć, tak samo jak kolejność, w jakiej się pojawiają. 
     Jeżeli chodzi o samo "Give me a reason" - urzekło mnie już linią melodyczną, lecz przede wszystkim genialnym tekstem. Niedawno wracając właśnie do albumu, o którym wcześniej wspomniałam, to właśnie ten utwór najbardziej we mnie uderzył. Być może dlatego, że te wszelkie słowa odnosiły się do pewnej sytuacji i chyba sama czekałam właśnie na ten moment, by otrzymać powód, dzięki któremu odwrócę się i ucieknę. Do tego głos Adama naładowany emocji, w których kryje się tyle jakiegoś bólu sprawia, że tym bardziej uwielbiam ten kawałek. 
       Dlatego też polecam Wam przesłuchanie poniższego linku.. Być może i do Was trafi w równie mocnym stopniu, jak trafił do mnie. 



2. Alter Bridge - "Blackbird"

"A blackbird fly away
May you never be broken again."

     Grupę Alter Bridge poznałam też już jakiś czas temu, ale wtedy nie słuchałam tego jakoś nałogowo. Jednak głównie pod wpływem pewnego znajomego na nowo powróciłam do utworów tego zespołu. I cóż - przepadłam, szczególnie jeżeli chodzi o album "Blackbird", z którego pochodzi właśnie kawałek o tym samym tytule. Obecnie zatem często przesłuchuję sobie wspomnianą płytę, bo większość utworów niezwykle do mnie trafia. 
     Jednak ulubionym jest właśnie "Blackbird". Jest co prawda dosyć długi, ale kiedy zaczyna się go słuchać, nie ma znaczenia ten czas, a wręcz wydawać wtedy by się mogło, że jest nadal za krótki. Już sama linia melodyczna ma w sobie coś, co do mnie akurat trafia - od pierwszych sekund uderza w jakiś czuły punkt. Początkowo delikatna, by za parę chwil stać się mocniejsza. Do tego tekst pełen metafor jest świetny, już nawet nie wspominając o wykonaniu, gdzie wokalistka wkłada w to ogrom emocji. 
      Myślę, że na długi czas pozostanie we mnie sentyment do tego utworu, ale generalnie też do grupy Alter Bridge. Za każdym razem, kiedy ich słucham, moje myśli kierują się często ku wielu wspomnieniom, jakie być może skomplikowały niektóre sprawy, a jednak ani trochę ich nie żałuję. Wręcz gdybym mogła powtórzyłabym pewne sytuacje znowu i znowu... I znowu. Dlatego też utwór "Blackbird" bardzo mocno trafia w moją emocjonalność. 
        Polecam Wam więc przesłuchać poniższy link. Kto wie - a nuż, nawet jeśli nie słuchacie na co dzień takiej muzyki, akurat ten utwór przypadnie Wam do gustu. 
       


3. Disturbed - "Stricken"

"I am crippled by all that you've done
Into the abyss will I run."
     
     Mam wrażenie, że ten wpis zaczęłam stopniowo, jeżeli chodzi o moc tych brzmień. Początkowo lekki utwór, później już nieco mocniejszy, by zakończyć to czymś zdecydowanie cięższym. Ale cóż, lubię grupę Disturbed i w chwilach, kiedy ogarnia mnie ogromna frustracja nic tak nie pomaga, jak dobre, mocne brzmiene i głos właśnie tego wokalisty. Chociaż słucham ich tylko od czasu do czasu, to mimo wszystko uwielbiam do nich wracać, bo... to jest po prostu cholernie dobre. 
     Akurat utwór "Stricken" ma w sobie coś, co sprawia, że kiedy nadchodzi moment, że mam ochotę na Disturbed - to zawsze zaczynam właśnie od tego kawałka. Ma dobry, mocny tekst, w którym przelewa się mnóstwo goryczy i można by rzec, że też pewnego rodzaju żalu do jakiejś osoby, która sprawiła, że podmiot tekstu czuje się właśnie tak, a nie inaczej. Co więcej, oczywiście muzyka sama w sobie - genialna. 
    Tak jak już więc wspomniałam, akurat Distrubed bardzo często włączam sobie w momentach, gdy coś mnie wręcz rozsadza od środka. Dlatego też żeby oszczędzić talerze, które przypadkiem mogłyby się rozbić o ścianę (taki mało śmieszny żarcik, a co), włączam sobie utwory tego zespołu, słucham, podśpiewuję i czuję się lepiej.
     Polecam Wam więc przesłuchanie poniższego linku, chociaż zdaję sobie sprawę, że jeżeli nie lubujecie się w cięższych brzmieniach, "Stricken" może nie przypaść Wam do gustu. Jednak czemu by nie spróbować, czyż nie?



     To już wszystko, jeśli chodzi o dzisiejszy, muzyczny wpis. Być może znacie któryś z tych zespołów i również chętnie słuchacie, a może dopiero pierwszy raz w życiu się z nimi spotkaliście. Niemniej, mam nadzieję, że chociaż spróbowaliście dać im szansę - a nuż komuś te utwory przypadły do gustu. ;)
      Niebawem odezwę się z nowymi tekstami - kolejnym felietonem, być może wkrótce recenzją następnej książki, jaką aktualnie sobie czytam w wolnej chwili bądź też znowu z muzycznym wpisem. Póki co - trzymajcie się!

Wszystkie utwory znalezione na: youtube.
Fragmenty tekstów znalezione na: tutaj.

piątek, 8 lipca 2016

"Różnica między brudną, a czystą stroną miłości polega na tym, że czysta strona jest o wiele lżejsza. Sprawia, że masz wrażenie, że szybujesz. Unosi cię i niesie. Czysta strona miłości sprawia, że latasz ponad światem. Szybujesz ponad wszystkim, co złe. (...) Brudna strona miłości nie może cię unieść. Ciągnie cię w dół. Wciąga pod powierzchnię. Zatapia."

Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Ugly love
Wydawnictwo:Otwarte
Liczba stron: 340
Ocena: 6+/6
     Są książki, które pochłania się w raptem jeden dzień i jedną noc. Mają w sobie coś, co sprawia, że nie można się od nich oderwać i chce się jak najszybciej poznać losy bohaterów. Przekłada się więc kolejne kartki, stopniowo rozwalając się od środka na milion kawałków. Kiedy z kolei minie już ostatnia strona, a wraz z nią następuje zamknięcie książki, długo nie można się pozbierać. Po policzku spływa jeszcze łza, w głowie panuje nieporządek, a serce wydaje się, że jeszcze chwila i pęknie od nadmiaru emocji. Taką właśnie książką jest "Ugly love" Colleen Hoover.
     Tate to początkująca pielęgniarka, która dodatkowo kończy jeszcze studia. Los sprawia, że przez jakiś czas musi zamieszkać u swojego brata Corbina z zawodu będącego pilotem. Kiedy więc wprowadza się do jego apartamentowca, czeka na nią dziwna niespodzianka. Pod drzwiami mieszkania śpi pijany mężczyzna. Jak się później okazuje jest to przyjaciel jej brata - Miles, któremu Tate w ten feralny wieczór udziela pomocy na tyle, na ile jest w stanie to zrobić. Wkrótce coraz częściej widuje swojego sąsiada, a ich relacja zaczyna się zaostrzać. Jednak nie są oni w związku, nie traktują się jak przyjaciele, a jedyne co robią, to doznają wspólnie fizycznej przyjemności. Miles od razu narzuca reguły ich gry: "nie pytaj o przeszłość i nie oczekuj przyszłości". Tate stara się ze wszystkich sił dostosować do tej sytuacji, ale czasami trudno jest oszukać własne serce... Jak zatem potoczą się ich losy? Czy to, co między nimi istnieje pozostanie jedynie brudną miłością? Co takiego wydarzyło się w przeszłości mężczyzny? I może jednak zaryzykuje on ponowne otworzenie swojego serca na miłość? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań znajdziecie oczywiście w fenomenalnej książce "Ugly love".
     Od momentu, gdy tylko pojawiła się wzmianka o tej książce, wiedziałam, że któregoś dnia po nią sięgnę. Tak się złożyło, że prywatne obowiązki i różne też książkowe zobowiązania ciągle odkładały mi gdzieś w czasie najnowszą powieść Colleen Hoover. Nastał w końcu jednak dzień, w którym mogłam przenieść się do świata wykreowanego przez autorkę. Bałam się, że książka nie będzie w stanie dorównać tej, jaka całkowicie zawładnęła moim sercem, czyli "Maybe someday". Jednak już od pierwszych stron wiedziałam, że to będzie po prostu dobre. Chociaż tak naprawdę powieść różni się od tych historii stworzonych przez autorkę, jakie dane było mi czytać przede wszystkim faktem, że jest to praktycznie erotyk, nie zmieniło to faktu, że emocje nadal utrzymane są na bardzo wysokim poziomie. Na ogół nie przepadam za literaturą, w której sceny seksu są praktycznie co kilka stron. Jednak tutaj jest inaczej. Dominuje pożądanie i miłość fizyczna, a jednak Hoover opisuje to wszystko w taki sposób, że z jednej strony jest to bardzo zmysłowe i gorące, a z drugiej subtelne i pełne innych uczuć - czasami zakłopotania czy wstydu, a czasami potrzeby bliskości i szczęścia. Dlatego też pochłonęłam tę powieść w mgnieniu oka. Nie mogąc się od niej oderwać, można by rzec, że zarwałam dla niej noc. To już kolejny raz, kiedy jakaś książka sprawia, że nie jestem w stanie zasnąć zanim nie poznam ostatecznych losów bohaterów. Pierwszą taką lekturą było właśnie "Maybe someday". Jak widać, dla mnie autorka w dalszym ciągu trzyma poziom i tworzy takie historie, których się nie czyta - je się pochłania. Całkowicie i tak samo mocno, jak mocno ukazane są emocje. Bo to, co sprawia, że odnalazłam się w "Ugly love" to ogrom uczuć. Od tej książki bije zarówno radość, ale też smutek. Gniew przeplata się ze spokojem, a miłość z cholernym bólem, który rozrywa bohaterów (i w tym czytelnika) od środka.
      Jednak to nie wszystko, co sprawia, że po raz kolejny jestem urzeczona piórem Colleen Hoover. Tak naprawdę ta historia pokazuje, że błędy przeszłości będą się za nami ciągnąć tak długo, aż w końcu sami nie zdecydujemy się z nimi rozprawić. Uświadamia, że czasami trzeba zaryzykować i rozliczyć się z tym, co było, bo może się okazać, że niepotrzebnie dokładamy sobie cierpień i już dawno moglibyśmy zacząć normalnie funkcjonować. Ta powieść pokazuje jednak też, że życie nie zawsze bywa proste. Dotyczyło to nie tylko relacji Milesa z Tate, ale też jego wcześniejszej, wielkiej miłości, jaką była Rachel. Miłości, która potrafiła zamienić się wręcz w nienawiść. Podobało mi się niezmiernie to, że rozdziały związane z teraźniejszością były pisane głównie z perspektywy Tate, natomiast te fragmenty, w której narratorem był Miles ukazywały jego przeszłość. Dzięki temu czytelnik miał okazję zobaczyć co sprawiło, że mężczyzna postanowił już nigdy więcej się nie zakochać. Dlatego też z czystym sercem polecam tę lekturę każdemu, kto gustuje w takim gatunku, a fanów Colleen Hoover chyba nawet szczególnie nie muszę zachęcać do sięgnięcia, bo jeżeli pokochaliście jej poprzednie książki to uwierzcie, że tę pokochacie równie mocno.
       Bohaterowie zostali wykreowani różnorodnie. Każdy z nich posiada specyficzną osobowość. Tate jest dziewczyną, która ma dużo empatii do świata i ludzi, co pasuje też do pracy, jaką wykonuje. Jednocześnie wiem, że sama nie potrafiłabym zgodzić się na taki układ,w jaki wplątała się z Milesem, więc w tym aspekcie nie potrafię jej do końca zrozumieć. Jednak wiem, że była to postać niezwykle wrażliwa i szukająca prawdziwego uczucia. Być może dlatego pozwoliła sobie na seks bez zobowiązań, bo w głębi duszy wiedziała, że stopniowo zakochuje się w Milesie i liczyła na to, że i on poczuje to samo. Z kolei mężczyzna został wykreowany równie ciekawie. Co więcej, czytelnik ma okazję poznać go od momentu, gdy miał osiemnaście lat. Jego życie zostaje tutaj rozłożone wręcz na czynniki pierwsze i dzięki temu można bardziej wgłębić się w jego osobowość i spróbować zrozumieć motywy jego postępowania. Sporo jest tutaj także Rachel, pojawiającej się właśnie w tych rozdziałach, w których Miles wraca do przeszłości. Specyficzny jest też Corbin - brat Tate. Lecz najbardziej zabawną postacią, dzięki której oprócz wzruszeń,podczas czytania towarzyszył mi także śmiech, jest Kapitan - czyli staruszek zajmujący się wciskaniem guzików w windzie. Tak naprawdę zżyłam się z tymi bohaterami. Każdy z nich miał w sobie coś, dzięki czemu chętnie towarzyszyłam im we wszystkich wydarzeiach. I wbrew swoim własnym poglądom, pokochałam tę chemię, jaka tworzyła się między Tate oraz Milesem. Po prostu przepadłam w ogromie uczuć, jakie im towarzyszyły.
         Podsumowując, mogę napisać tylko tyle, że z niecierpliwością czekam na kolejne książki tej autorki i na pewno wkrótce nadrobię zaległości co do innych jej powieści. Uwielbiam styl Colleen Hoover i to, że każda stworzona przez nią historia potrafi wywołać we mnie ogrom emocji sprawiając, że sama rozwalam się na kawałki. Zdecydowanie dołącza do moich ulubionych książek. Na koniec dodam jedynie jeszcze kilka cytatów, jakie szczególnie chwyciły mnie za serce:

  • "Wszystko jest Milesem. Tak właśnie się dzieje, gdy ktoś ci się zaczyna podobać. Na początku jest nikim, a potem nagle staje się wszystkim, czy tego chcesz, czy nie."
  • "Jego wargi na moich ustach są jak wszystko. Jak życie, śmierć i ponowne narodziny - a wszystko to jednocześnie."
  • "Oboje patrzymy w niebo. Przełykam gulę, która stanęła mi w gardle, a wraz  nią wszystkie pytania, jakie chciałam mu zadać. Krople zaczynają padać coraz szybciej, w końcu przechodzą a prawdziwy deszcz, lecz my dalej stoimy w bezruchu z zadartymi głowami, nie rzucamy się biegiem do samochodu. Krople spływają mi po skórze, szyi, moczą włosy i bluzkę. Głowę mam wciąż uniesioną do nieba, ale oczy zamknięte. Nie ma na świecie niczego, co dałoby się porównać z zapachem świeżego deszczu."
  • "To, co nas łączy, nigdy nie było proste. Ktoś mógłby pomyśleć, że ograniczanie się do samego seksu jest najprostsze na świecie, ale przez to mam wątpliwości co do każdego swojego ruchu i każdego słowa, jakie wypływa z moich ust. I analizuję każde jego spojrzenie."
  • "Szybko unoszę rękę i wycieram łzę, która jakimś cudem zaczęła spływać mi policzku. Ostatnia rzecz, jakiej chcę, to żeby widział, że płaczę. Zaszłam już tak daleko, że nie umiem traktować tego, co nas łączy, jak zwykłej przygody erotycznej, ale nie mogę również tego skończyć. Boję się stracić go na dobre, wiec zadowalam się byle czym, chociaż wiem, że zasługuję na więcej. 
  • "Jestem zmęczona ciągłym dreptaniem w miejscu. Jestem zmęczona ciągłym udawaniem, że nie chcę dowiedzieć się o nim wszystkiego. Jestem zmęczona ciągłym udawaniem, że nie jest dla mnie wszystkim. Jedynym, co się liczy."
  • "Ból nigdy całkiem nie minie, Miles. Nigdy. Ale jeśli pozwolisz sobie na miłość, będziesz go czuł jedynie czasami, nie pochłonie całego twojego życia."

        Niebawem odezwę się z felietonem, ale także muzyczny wpisem, a później kolejne recenzje, bo w końcu zabrałam się za czytanie książek, jakie dawno temu zakupiłam, a nie miałam czasu, by po nie sięgnąć. Póki co - trzymajcie się! 

środa, 6 lipca 2016

"Jeśli ktoś staje się dla nas ważny, jeśli dopuszczamy go zbyt blisko, jesteśmy bezbronni wobec bólu, jaki może nam zadać."

Autor: Kathryn Taylor
Tytuł: Powrót do Daringham Hall
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 360
Ocena: 5.5/6
     Często to podkreślam, ale zrobię to ponownie: mam słabość do wszelkich historii miłosnych, a jeżeli taki wątek pojawia się w książce innego gatunku, to najczęściej też jestem już wtedy kupiona. Jednak kilkakrotni w swojej czytelniczej karierze zdążyłam się "sparzyć" romansami. Są takie, które mogą całkowicie mnie do siebie przyciągnąć, ale zdarzają się też te historie, jakie odpychają mnie na kilometr. Dlatego też sięgając po książkę "Powrót do Daringham Hall" Kathryn Taylor bardzo się bałam. Zapytacie czego, a ja odpowiem krótko: rozczarowania. Jednak najlepsze w tym wszystkim jest to, że o żadnych żalach nie może być tutaj mowy, bo ta historia pochłonęła mnie bez reszty, a ja pragnę jak najszybciej sięgnąć po kolejne tomy. Jestem totalnie i bez reszty urzeczona tą książką.
    Daringham Hall to jedno z miejsc w Anglii - piękny pałac - który zamieszkuje rodzina Camdenów. Wywodząca się z arystokratycznego rodu, słynie z szacunku do tradycji, jednocześnie jednak będąc miejscem, w którym odnajduje się każdy mieszkaniec wsi. Życie płynie tam spokojnym nurtem do czasu, gdy Ralph Camden otrzymuje list od niejakiego Benedicta Sterlinga - amerykańskiego biznesmana, który twierdzi, że jest jego synem i tym samym domaga się tytułu baroneta. Wkrótce mężczyzna postanawia wybrać się do Daringham Hall i rozliczyć z ojcem, który w przeszłości zostawił na pastwę losu kobietę spodziewającą się jego dziecka. Jednak Ben w drodze do pałacu zostaje zaatakowany w wyniku czego traci pamięć. Pomocy udziela mu niejaka Kate - miejscowa weterynarz - która za wszelką cenę chce pomóc Benowi wrócić do zdrowia. Nie wie jednak, że ich relacja może nieco się skomplikować... Jak zatem potoczą się ich losy? Czy Ben odzyska pamięć? Jak na wieść o jego obecności zareagują mieszkańcy Daringham Hall? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście sięgając po książkę Kathryn Taylor. 
     Zanim zabrałam się za czytanie, obawiałam się, że będzie to typowy romans, pełen jedynie scen erotycznych, skupiający się głównie na cechach fizycznych bohaterów i bez większego przekazu. Jednak już po kilku pierwszy rozdziałach, poznając się powoli ze stylem autorki, wiedziałam, że ta historia będzie po prostu dobra. Dlatego też nie mogłam oderwać się od tej książki, chcąc jak najszybciej poznać losy bohaterów i tym samym już w tej chwili nie mogę się doczekać, by sięgnąć po kolejne tomy. Spodobało mi się głównie to, że jest to tak naprawdę saga rodzinna, pokazująca, że w tak arystokratycznym rodzie mogą kryć się tajemnice, a gdy tylko ujrzą światło dzienne, są w stanie zmienić losy bohaterów o sto osiemdziesiąt stopni. Wszystko to okraszone nutą namiętności płynącej z wątku miłosnego sprawia jedynie, że czytelnik śledzi losy bohaterów z jeszcze większym zaangażowaniem, a przynajmniej tak było w moim przypadku. Kathryn Taylor stworzyła romans, który jest niezwykle wysublimowany. Wszelkie bardziej gorące sceny ukazane zostały w sposób, jaki przypadł mi do gustu. Są one z jednej strony delikatne, a z drugiej bardzo zmysłowe. Jednak to nie wszystko, co sprawiło, że tak pokochałam Daringham Hall. Ta historia pokazuje jak bardzo nieprzewidywalne bywa życie i w jednej chwili wszystko może się zmienić. Co więcej, uświadamia, że ogrom negatywnych uczuć takich jak nienawiść czy chęć zemsty potrafi zostać przyćmiona przez coś o wiele ważniejszego - prawdziwą miłość. To właśnie ona jest w stanie burzyć powoli pełne chłodu fasady i maskę obojętności. Polecam Wam tę książkę z całego serca. 
      Bohaterowie zostali wykreowani niezwykle ciekawie. Od razu polubiłam Kate. Ta kobieta jest pełna życia, energii i posiada ogromne pokłady empatii. Zawsze chętna do pomocy i wierząca w dobre intencje każdego człowieka, a także pełna emocjonalności tworzy wokół siebie obraz osoby, z jaką bez dwóch zdań znalazłabym nić porozumienia. Z kolei Ben jest nieco oschły. To typowy biznesmen, który dąży do celu za wszelką cenę i nie sądzi, że cokolwiek jest w stanie go powstrzymać. Chociaż spotykając Kate uświadamia sobie, że nawet żądza zemsty może zostać przyćmiona poprzez inne uczucia. Co więcej, polubiłam go, naprawdę. Nie wiem nawet dlaczego, ale nie potrafiłam ujrzeć w nim tylko tej "złej strony". W tej książce występuje też wiele innych postaci. Bardzo polubiłam Davida oraz Annę - ta dwójka świetnie się rozumie i czytając ich dialogi, często na moich ustach pojawiał się uśmiech. Są jednak też tacy bohaterowie, którzy odznaczają się jedynie samymi negatywnymi cechami. Tak czy siak, uważam, że Kathryn Taylor świetnie wykreowała swoje postaci. 
        Muszę wspomnieć jeszcze o czymś, co sprawiło, że ocena tej książki jest taka, a nie inna. Otóż język, jakim posługuje się autorka. Napisałam już nieco wyżej, że gdy tylko poznałam jej styl, wiedziałam, że to coś dla mnie i faktycznie - do ostatniej strony się nie pomyliłam. Pięknie buduje ona zdania, które z jednej strony są takie proste i przyjemne w odbiorze, a z drugiej mają w sobie mnóśtwo emocjonalności. Wszelkie sceny chociażby pocałunków zostały ujęte dokładnie tak, jak sama mogłabym to zrobić. Dlatego trafia to do mnie stu procentach. 
      Podsumowując, polecam tę książkę osobom, które podobnie jak ja, lubią romanse. Myślę, że się nie zawiedziecie i chętnie zostaniecie wplątani do świata stworzonego przez autorkę. Nie muszę chyba wspominać nawet o tym, jak urzekająca jest okładka, prawda? I jak nie przepadam za "twarzami", tak oprawa graficzna tej książki trafia do mnie całkowicie. Stąd też, nie wahajcie się, lecz sięgnijcie po "Powrót do Daringham Hall" szczególnie teraz, latem, bo taka lektura na pewno umili Wasz wakacyjny czas. 
       Niebawem znów napiszę dla Was coś nowego - kolejna książka czeka na przeczytanie, a oprócz niej mnóstwo myśli chce zostać przelanych na papier w postaci felietonu. Póki co - trzymajcie się!

Zdjęcie okładki znalezione: tutaj.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Autor: Sally Andrew
Tytuł: Przepisy na miłość i zbrodnię
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 480
Ocena: 6/6
Premiera: 20 lipca 2016r.

     Często sięgając po jakąś książkę nie mamy pojęcia, czego się spodziewać. Mamy nadzieję, że dana historia okaże się być ciekawa, lecz równie często obawiamy się, iż całkowicie nas zanudzi. Również i ja mam takie momenty, gdy widzę dany tytuł, lecz nie potrafię stworzyć sobie wizji, co też akurat dana historia ma mi do przekazania. Właśnie tak było w przypadku książki "Przepisy na miłość i zbrodnię" autorstwa Sally Andrew. Jednak mimo jakiejś wewnętrznej niepewności, krótki opis zaintrygował mnie na tyle, by sięgnąć po tę historię. I wiecie co? To było najlepsze prawie pięćset stron, jakie miałam okazję czytać w ostatnim czasie. Ta książka jest genialna i śmiało mogę powiedzieć, że jest ona jak takie wspaniałe danie główne, mające wątek kryminalny pełen zagadek, który pomieszany jest z wątek miłosnym, a to wszystko okraszone niezwykłym klimatem Afryki i wspaniałymi przepisami sprawia, że od tej książki nie można się oderwać. 
      Tannie Maria to kobieta, która uwielbia gotować. Od pierwszych stron książki widać, że jest to nie tylko jej pasją, ale wręcz przyrządzanie potraw nadaje sens jej życiu. Od śmierci męża, który często ją bił, to właśnie gotowanie stało się czymś, dzięki czemu Maria jest szczęśliwa. Szczególnie, że jej potrawami zachwycają się często przyjaciele. Mieszka ona bowiem w Małym Karru i tutaj też pracuje, prowadząc w miejscowej gazecie własną rubrykę z przepisami. Wszystko zaczyna się jednak komplikować w momencie, gdy zarząd magazynu postanawia zamienić teksty Marii na porady miłosne... Jednak kobieta wraz z przyjaciółką Hattie wpada na genialny pomysł - to ona będzie udzielać rad, a wraz z nimi podsunie czytelnikom przepisy idealne dla danej sytuacji. Któregoś dnia do redakcji napływa list od kobiety, nad którą znęca się mąż... Wkrótce okazuje się, ze właśnie ta czytelniczka zostaje zamordowana i Maria chcąc nie chcąc wraz z Hattie i drugą współpracownicą - Jessie - zostaje wplątana w zawiłą zagadkę. Kto zamordował kobietę? Czy zrobił to jej mąż, a może ktoś inny? Jakie niebezpieczeństwo czyha na Marię i jej przyjaciółki? I jaką rolę nie tylko w śledztwie, ale głównie w życiu kobiety odegra przystojny policjant Henk? Odpowiedzi na te, jak i mnóstwo innych pytań, znajdziecie oczywiście w książce "Przepisy na miłość i zbrodnię".
       Tak jak już wspomniałam, ta książka jest genialna. Wsiąknęłam w nią od samego początku i z każdą kolejną stroną byłam coraz bardziej zaintrygowana, lecz również urzeczona. Początkowo naprawdę bałam się, że po raz kolejny rozczaruję się historią - bo okaże się ona zbyt przewidywalna albo też przesłodzona... A jednak zostałam zaskoczona niezwykle pozytywnie i tym samym "Przepisy na miłość i zbrodnię" śmiało mogę dołączyć do moich ulubionych książek. Zacznę może od wątku kryminalnego, bo można by rzec, że wokół niego toczy się większość akcji. Dawno nie sięgałam po żadną książkę tego gatunku, dlatego też podeszłam do tego ze spokojem. Jednak ani przez chwilę nie domyśliłam się kto mógł stać za morderstwem młodej kobiety. Pojawiało się mnóstwo nowych tropów, bohaterów, którzy mogli być w jakiś sposób powiązani z ofiarą i wiele nieprzewidywalnych zwrotów akcji, że wprost nie mogłam się od tej książki oderwać. Głównie ostatnie sto stron nabrało totalnego tempa pod względem ilości niespodzianek i do samego końca pełna napięcia czekałam na wielki finał. Jednak w tej książce, jak już napisałam, pojawia się wątek miłosny. Jest on przedstawiony nawet w dwóch przypadkach i każdy z nich przypadł mi do gustu. Zostało to zrobione tak subtelnie, że czytając właśnie te fragmenty, aż cieplej się robiło na sercu. Autorka pięknie pokazała czym jest prawdziwa miłość i że tak naprawdę często boimy się tego uczucia, lecz zawsze powinniśmy zaryzykować i otworzyć swoje serce. Co więcej, podjęty został tutaj także problem kobiet, które są bite przez swoich mężów, co dodatkowo działa na plus, jako że o takich sprawach według mnie powinno się pisać o wiele częściej. 
      Jednak to, co szczególnie mnie urzekło to klimat, jaki bije od tej książki. Uwielbiam, gdy autor potrafi przenieść mnie w wyobraźni do miejsca, w którym rozgrywa się cała akcja. Czytając książkę Sally Andrew czułam się tak, jakbym była tuż obok bohaterów w tej malowniczej Afryce. Miałam momentami wrażenie, że siedzę sobie na werandzie z główną bohaterką, spoglądam na sawannę i popijam orzeźwiającą lemoniadę... Zdecydowanie klimat Małego Karru został przedstawiony fantastycznie, dzięki czemu chociaż na chwilę mogłam się tam przenieść. Co więcej, sporo jest tutaj o gotowaniu. Maria uwielbia to robić, a że pełni też rolę narratorki, dużo miejsca poświęca swoim przepisom. Robi to w taki sposób, że czytając kolejne rozdziały, mimowolnie miałam ochotę upichcić coś równie pysznego (jak np. genialne ciasto czekoladowe). Mam jednak nadzieję, że uda mi się to zrobić, bo tak, Moi Drodzy, na samym końcu książki znajdziecie przepisy na dania, o których mowa w książce. Tym samym autorka jeszcze bardziej u mnie zaplusowała.
      Bohaterowie natomiast są barwni i nie sposób ich nie polubić. Bardzo związałam się z Marią. Miałam wrażenie, że mogłaby być moją krewną - chociażby jakąś dalszą ciocią (swoją drogą zwrot "tannie" oznacza właśnie ciocię), u której chętnie spędzałabym czas, mogąc w dodatku spróbować tych wszystkich pyszności, jakie przygotowywała. Również barwną postacią była Jessie. Myślę, że z taką osobą bez wątpienia bym się dogadała i odnalazła w niej swoją bratnią duszę w postaci dobrej przyjaciółki. Hattie także zyskała moją sympatię, podobnie jak policjant Henk. Natomiast i tak najbardziej zabawny duet stworzyli Anna i Dirk. Stąd też autorka świetnie wykreowała swoje postaci.
      Podsumowując, "Przepisy na miłość i zbrodnię" to książka niezwykła począwszy od stylu, jakim posługuje się autorka, a który sprawia, że czyta się tę historię w mgnieniu oka, poprzez barwnych bohaterów, świetne zwroty akcji, a skończywszy na wspaniałym klimacie całej powieści. Co więcej, czytając ją, czytelnik ma szansę przeżyć ogrom emocji - momenty grozy przeplatają się z ogromną dawką poczucia humoru, które niejednokrotnie sprawiło, że wybuchałam głośnym śmiechem. Jest to też jednak opowieść, jaka sprawia, że robi się ciepło na sercu, a w myślach przenosi się do Małego Karru. Dodając do tego wszystkiego jeszcze piękną okładkę (aż żałuję, że czytałam książkę w wersji elektronicznej), to już w ogóle nic dodać, nic ująć. Polecam Wam z całego serca sięgnięcie po tę lekturę - nie zawiedziecie się.
      Niebawem odezwę się z kolejnym felietonem, bo ostatni wywołał swego rodzaju "burzę" pozytywnych opinii wysyłanych mi często prywatnie a nie pisanych tutaj, na blogu. Natomiast czytam też już kolejną książkę, więc i nowe recenzje wkrótce się pojawią. Póki co - trzymajcie się! 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

Zdjęcie okładki znalezione: tutaj.

niedziela, 3 lipca 2016



     Dzisiaj przychodzę do Was z czymś, czego dawno nie było na blogu. Jednak od pewnego czasu mnóstwo przemyśleń pojawiło się w mojej głowie, dlatego też postanowiłam przenieść je na ten wirtualny papier. Dwa punkty, jakie poruszę w dzisiejszym felietonie dotyczyć będą relacji damsko - męskich, stąd oscylować będą też poniekąd w otoczeniu związków. Od razu jednak zaznaczę, że nie jestem najlepsza w te klocki, a mimo to życie, w tym sytuacje dotyczące znanych mi osób, ale też czasami mnie samej, pokazały mi kilka ciekawych faktów związanych z wszelkiej maści relacjami damsko - męskimi. Dlatego też poczułam wewnętrzną potrzebę rozwinięcia paru myśli, dopisując własne spostrzeżenia. Jednak skupię się dzisiaj głównie na tym, co według mnie jest ciosem poniżej pasa, nieważne czy obie strony podejmują takie decyzje czy wynikają one z inicjatywy tylko jednej osoby. No to co, zaczynamy? Jak najbardziej!

1. Bujanie się w nieskończoność 

     Załóżmy, że jest taka oto sytuacja. Dwoje ludzi jakimś sposobem się poznaje - nieważne gdzie, kiedy, ale istotne, że coraz częściej ze sobą rozmawiają, piszą czy też zaczynają się spotykać. Początkowo nie wykraczają poza zwykłe uprzejmości. Ot, kulturalna rozmowa na poziomie (mniejszym czy większym - nie ma co wnikać, to już indywidualna sprawa), być może obietnica kolejnego spotkania. I faktycznie - z czasem zaczynają częściej spędzać ze sobą czas, a początkowa nieśmiałość gdzieś ulatuje. Pojawiają się pierwsze niewinne gesty, słowa, które w jakiś sposób zapadają w pamięci dając poczucie jakiejś nikłej nadziei... No właśnie, dobre pytanie - na co? Być może na to, że z tej znajomości będzie coś więcej aniżeli jedynie zwykła, koleżeńska relacja.
      Problem jednak pojawia się głównie wtedy, gdy to jedna strona mocniej angażuje się od drugiej, przy czym właśnie ta druga najchętniej "bujałaby się" tak w nieskończoność, czekając na to co przyniesie czas. Oczywiście takie czekanie nie jest złe, bo może się okazać, że życie całkowicie nas zaskoczy. Ale przepraszam bardzo, jeżeli dana relacja trwa już dobrych parę miesięcy i ewidentnie widać, że zmierza ku czemuś więcej, to tego typu zachowanie jest ciosem poniżej pasa. Dlaczego? Wynika to przede wszystkim z szacunku. Do tej drugiej osoby, do jej czasu, który poświęca, by pielęgnować daną znajomość i do jej nadziei, które być może się wytworzyły sugerując, że a nuż w końcu z kimś uda się zbudować szczęśliwy związek.
     Stąd jeżeli jedna strona nie jest na tyle dojrzała, by jasno się określić, a woli jedynie tak się spotykać, dając znaki, ale nie sugerując jednoznacznie czego chce, to wybaczcie, ale coś tutaj jest nie halo. Wtedy ta osoba, której bardziej zaczyna zależeć, powinna wziąć sprawy w swoje ręce. Szczególnie, że nie ma w tym niczego złego. Nie, to nie jest żadne narzucanie. To jedynie oszczędzenie sobie ewentualnego, późniejszego rozczarowania. Jeżeli i tak ma ono nastąpić, niech zatem stanie się to wcześniej, kiedy jeszcze łatwo można zapomnieć, aniżeli w momencie, gdy zaangażuje się aż za mocno.
    Dlatego też dopiero wtedy, gdy postawi się takiego człowieka, że tak to ujmę, pod ścianą, można zobaczyć prawdziwą twarz. Albo postanowi zacząć angażować się w takim samym stopniu, albo... ucieknie - bo tak jest łatwiej. Bo był/była może takim typem człowiek, który po prostu lubi spotykać się bez żadnych zobowiązań myśląc, że jego młodość będzie trwać wiecznie i tak się będzie bujać to z jedną/jednym to z drugą/drugim. Ale pamiętajcie - bujanie się w nieskończoność to nic dobrego, co przynosi jedynie szkodę, szczególnie osobie, jaka się zaangażowała. Bo to ona być może później będzie zastanawiać się, co wyszło nie tak, że po kilku miesiącach znajomości, nagle zaczęła się rozsypywać, pozostawiając po sobie jedynie tuman kurzu i rozczarowanie. I dziwić się, że potem zaufanie do kolejnej relacji maleje...

2. "Zostańmy przyjaciółmi", czyli "tekst - zabójca" każdej relacji

     Czas przejść teraz do kolejnej sytuacji, jaka według mnie jest poniżej pasa, jeszcze bardziej chyba niż to ciągłe "bujanie się w nieskończoność". Bo jak z pierwszego punktu wynika, że w końcu trzeba postawić kogoś pod ścianą i dowiedzieć się czego chce, a tym samym albo się angażować albo dać sobie spokój, to tak słynne "zostańmy przyjaciółmi" jest już w ogóle czymś, co nie powinno mieć miejsca. Oczywiście skupię się tutaj na sytuacji podobnej do wcześniejszej, czyli takiej, gdzie relacja stopniowo się rozwija.
     Załóżmy więc teraz, że ta dwójka ludzi spotyka się coraz częściej, bo świetnie spędzają ze sobą czas i czują się swobodnie w swoim towarzystwie. Początkowo oczywiście ich relacja pozostaje na poziomie czysto koleżeńskim, ale z czasem być może każde z nich na swój sposób zaczyna się angażować - jedno mniej, drugie bardziej. Spotkania są obfite w coraz śmielsze gesty - pojawia się może nie tylko zwykłe przytulenie czy słowa "jak bardzo jesteś dla mnie ważna/ważny", a z czasem też pocałunki - najpierw może nieśmiałe, lecz wkrótce stają się bardziej znaczące... I tak relacja się rozwija, aż tutaj nagle jedna strona doznaje olśnienia i zamiast się angażować, zaczyna się powoli wycofywać... I nagle bach! Pojawia się słynne "sfriendoznowanie". Nieważne, że ktoś narobił sobie nadziei, chciał lepiej poznać tego człowieka i móc zbudować z nim normalny związek. Nie, to wszystko nie ma znaczenia, bo nagle pojawia się tekst, że jednak po przemyśleniu lepiej, jeżeli "zostaniemy tylko przyjaciółmi". I w tym momencie następuje wielki trzask. Tak, to właśnie pęka czyjeś serce.
     Takie zachowanie jest dla mnie jednym z najgorszych. Nie mówię o sytuacji, kiedy jasno widzimy, że z kimś łączy nas dobra więź, ale nic poza przyjaźnią z tego nie wyniknie (chociaż jeżeli chodzi o przyjaźń między mężczyzną, a kobietą to temat na inny felieton, jednak krótko mówiąc: nie do końca w nią wierzę i dopuszczam ją jedynie w pewnych przypadkach). Kiedy natomiast relacja z każdym spotkaniem, wiadomością czy czymkolwiek innym się rozwija, a obie strony twierdzą, że im na sobie zaczyna zależeć, to nagła zmiana zdania jest dla mnie czymś bardzo bolesnym dla tej osoby, która liczyła na coś więcej. Szczególnie, jeżeli przejawia się ona tym, by pozostać w relacji przyjacielskiej.
      Ale wybaczcie, Moi Drodzy, nie wiem jak Wy widzicie tego typu sytuacje, ale dla mnie stają się one wtedy jasne. Po prostu - "NIE". Nie wierzę w to, że można przyjaźnić się z kimś, na kim nam zależało. Nie daję się sfriendzonować, bo to tak, jakbym była masochistką. Każde rozstanie boli, a pozostawanie w relacji przyjacielskiej, to dokładanie sobie kolejnego cierpienia. Bo nie wyobrażam sobie słuchać potem o perypetiach miłosnych kogoś, z kim wiązałam większe nadzieje. Dlatego dla mnie istnieją dwie drogi - angażujemy się, albo dajemy sobie spokój. Całkowicie się odcinamy. Bo inaczej się nie da. A jeżeli ktoś twierdzi, że da się przyjaźnić z kimś (i mam tutaj na myśli typową, prawdziwą przyjaźń, a nie pozostanie w koleżeńskiej, ale raczej odległej i oschłej relacji), w kim się zakochało bądź co lepsze - z byłym partnerem/partnerką, to dla mnie jest kłamcą wobec samego siebie. Tak się nie da.

     To już wszystko, jeżeli chodzi o dzisiejszy wpis. Czułam wewnętrzną potrzebę, by skupić się właśnie na tych dwóch sytuacjach. Są one podobne, to fakt, ale obydwie dotyczą momentu, gdy relacja zmierza ku związkowi, ale zaczyna się psuć albo przez to, że ktoś nie potrafi się zdecydować albo co gorsze - przez "sfriendzonowanie". Być może się ze mną zgodzicie, a może będziecie mieć całkowicie odmienne zdanie - nie wiem. Jednak chętnie poczytam Wasze sugestie na ten temat.
     Niebawem odezwę się do Was z kolejną recenzją, bo pochłaniam własnie w mgnieniu oka książkę, która jak póki co bardzo mi się podoba. Mam tylko nadzieję, że taka okaże się do samego końca i będę mieć przyjemność o niej pisać. Póki co - trzymajcie się! 

piątek, 1 lipca 2016

Autor: Alessio Puleo
Tytuł: Moje serce należy do Ciebie
Wydawnictwo: Muza SA
Liczba stron: 384
Ocena: -4/6

     Nie lubię rozczarowań. To zdanie mogłoby dotyczyć wielu spraw, lecz w tym momencie związane jest z czytaniem. Wiecie, czasami zanim sięgnę po daną książkę, jakaś magiczna siła sugeruje mi, że ta lektura może okazać się dobra, emocjonalna i sprawi, że nie będę w stanie o niej zapomnieć. Być może spowodowane jest to wieloma rzeczami - tym, że opis fabuły mnie zachęcił, bądź natknęłam się na pozytywne opinie. Dlatego mój ból jest tym większy, gdy okazuje się, że historia nieco rozczarowuje... Nie wiem, czego spodziewałam się po tytule "Moje serce należy do Ciebie" Alessio Puleo, szczególnie, że jest to młodzieżówka. Być może spodziewałam się czegoś, co poruszy moje serce do głębi. Lecz drasnęła je jedynie delikatne, mając swoje plusy, ale też posiadając wiele wad.
     Osiemnastoletnia Ylenii to dziewczyna, która wiedzie pozornie szczęśliwe życie. Niestety, od wielu lat choruje na coś, co żaden lekarz nie jest w stanie wyjaśnić. Jej choroba przejawia się często utratą przytomności, czy też atakami serca... I właśnie ten organ powoli w Ylenii umiera, o czym dowiaduje się jej ojciec przy najnowszej wizycie u lekarza. Chcąc ratować córkę, postanawia przeprowadzić się wraz z całą rodziną do Włoch - kraju, w którym być może odnajdą potencjalnego dawcę do przeszczepu. Ylenii zaczyna nowe życie - z nowymi przyjaźniami, ale też miłością... Poznając Alexa, zakochuje się w nim całkowicie i co więcej z wzajemnością. Jednak dziewczyna, znając swój los, nie chce wplątywać w to chłopaka... Jak zatem potoczą się ich losy? Czy postanowią spróbować? Czy Ylenii znajdzie dawcę? Odpowiedzi na te, jak i wiele innych pytań znajdziecie oczywiście w książce "Moje serce należy do Ciebie".
      Po odłożeniu tej książki na półkę, miałam bardzo mieszane uczucia. Wszystko za sprawą tego, że sporo rzeczy mnie w niej irytowało, a jednak ostatnie rozdziały wciągnęły mnie najbardziej i sprawiły, że się wzruszyłam. Dlatego też, postanowiłam podzielić tę recenzję na część, w której wyliczę pozytywne strony historii stworzonej przez Alessio Puleo, ale też wspomnę o tym, co sprawiało, że początkowo miałam ochotę rzucić tą książkę o ścianę. Myślę, że zacznę od tego, co mi się podobało. Otóż pomysł - tak, on był dobry. Niestety to, że z wykonaniem już wyszło troszkę gorzej, to inna bajka. Generalnie rzecz biorąc książka porusza w pewnym sensie istotny problem - otóż bezsilności, jaka dotyka osobę chorą oraz jej rodzinę, kiedy wiedzą, że tak naprawdę miesiące dzielą od śmierci... Co więcej, autor dotyka problemu przeszczepów oraz bycia dawcą organów. W dobie dzisiejszych czasów, poważna choroba często równa się śmierci, gdyż nawet jeżeli istnieje jakaś iskierka nadziei w postaci chociażby przeszczepu, w starciu z rzeczywistością, jest ona znikoma. Listy oczekujących, brak dostatecznej ilości narządów sprawia, że jedynie prawdziwa wiara i często cud jest w stanie uratować czyjeś życie. Autor poruszył też w pewnym sensie problem związany z nielegalnym handlem narządami - może opisał to pokrótce, ale sam fakt, że zwrócił na to uwagę się chwali. Trzeba przyznać, że styl, jakim posługuje się Alessio Puleo jest przyjemny w odbiorze, przez co książkę czyta się w mgnieniu oka. Mi zajęło to raptem pół dnia. Jednak nie jest to też język, jaki bardzo lubię, czyli ten wręcz "poetycki". Raczej prosty, nie wymagający od czytelnika zbyt dużego zaangażowania szarych komórek. Jednak to, co uratowało tę książkę w moich oczach, to właśnie fakt, że czytając ostatnie strony, z moich oczu mimowolnie popłynęły łzy. Autor dał mi na zakończenie ogromną dawkę emocjonalności, co działa na plus.
      Jednak żeby nie było tak słodko - cóż, niestety książka "Moje serce należy do Ciebie" nie jest arcydziełem. Wręcz do niego jest mu daleko. To po prostu kolejna lekka młodzieżówka, idealna by przeczytać ją dla odstresowania, jednak jak już wspomniałam, nie wymaga od czytelnika jakiegoś ogromnego zaangażowania. Niestety, ale jak wspomniałam - pomysł, który był dobry, nie do końca został zrealizowany tak, by mnie to usatysfakcjonowało. Za dużo w tej książce było pobocznych wydarzeń i absurdalnych momentami sytuacji, które mnie od niej odrzucały. Tutaj pojawia się jakiś wątek z prostytutkami, tutaj koleś zaliczający wszystko co się rusza, chociaż niby był tak bardzo zakochany tylko w jednej... Stąd też czytając niektóre rozdziały, wzdychałam z politowaniem zastanawiając się, dlaczego tak bardzo musi to być kolejna młodzieżówka z absurdalnymi sytuacjami. Również bohaterowie byli dla mnie nieco irytujący, począwszy od Ylenii. Ta dziewczyna z jednej strony taka miła i urocza, z drugiej niezmiernie denerwowała mnie swoim niezdecydowaniem, ale też naiwnością i wybuchami jakiegoś dziwnego, dziecinnego gniewu. Alex w zasadzie był też bohaterem niby niewinnym, a mającym swoje chwile słabości, za które miałam ochotę mocno nim potrząsnąć... Niemniej, mimo wszystko ostatecznie jakoś się wybronił. Co więcej, ta historia jest bardzo przewidywalna i chociaż autorowi udało się wykrzesać ze mnie wzruszenie, to od razu poznałam typowy schemat dla tego typu powieści. Naprawdę szkoda, że postawiłam tej książce wysoką poprzeczkę, a nie usatysfakcjonowała mnie ona w pełni.
      Bohaterowie - jak już wspomniałam - momentami lekko mnie irytowali, w tym Ylenia czy też Alex, lecz mimo to mieli swoje pozytywne cechy. Tak naprawdę najbardziej podobała mi się kreacja ojca dziewczyny. Ten mężczyzna został przedstawiony jako odpowiedzialny rodzic, który zrobi wszystko dla swojego dziecka. Podobnie bardzo ciepłą postacią była Ambra - matka Ylenii. Stąd bohaterowie zostali wykreowani całkiem ciekawie, ale bez większego szału.
       Podsumowując, troszkę się niestety rozczarowałam. Miałam nadzieję, że będzie to historia, jaka poruszy mnie do głębi. Co prawda - drasnęła moje emocje, ale nie tak, jakbym chciała, bo niestety zbyt wiele było w tej książce też minusów, jakie momentami mnie od niej odrzucały. Na pewno jednak polecam ją młodzieży - myślę, że to taka niezobowiązująca lektura, jaka może Wam się spodobać. Szczególnie dlatego, że mimo wszystko jest bardzo przyjemna w odbiorze i czyta się ją w mgnieniu oka. Stąd też będzie idealną pozycją na letnie wieczory.
      Niebawem odezwę się do Was z felietonem, a później kolejne recenzje, bo czytanie idzie mi błyskawicznie, a serducho aż się raduje, że mogę znowu zagłębić się w świat książek. Póki co - trzymajcie się!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *