Matematyczny umysł z artystyczną duszą. Matematyk z wykształcenia, aktualnie pracownik jednej z krakowskich korporacji, a z zamiłowania niespełniona pisarka i zakręcona książkoholiczka.

środa, 17 kwietnia 2019

     Moi Drodzy, dzisiaj przychodzę do Was z wpisem, jakiego dawno tutaj nie było - krótkimi zapowiedziami nowości, jakie niebawem ukażą się nakładem Wydawnictwa IUVI. Być może któraś z przedstawionych poniżej książek przypadnie Wam do gustu. Chociaż zdecydowanie jest to literatura w dużej mierze skierowana do młodzieży, to przecież w końcu każdy nas powinien mieć w sobie coś z tego etapu życia, by nie stać się zgorzkniałymi dorosłymi... ;)

1. Cathy Cassidy - "Wiśniowe serce" 

Autor: Cathy Casidy
Tytuł: Wiśniowe serce
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 278
Premiera: 24.04.2019


"Wiśniowe serce, czyli I tom serii Bombonierki to zwariowana, nieprzewidywalna, pełna emocji i czekolady powieść dla nastolatek! To najsłodsza seria pod słońcem!
Cherry jest niepoprawną marzycielką i… no cóż, powiedzmy, że lubi fantazjować. Chodzi do szkoły, miewa kłopoty z koleżankami, nauczyciele jej nie rozumieją… Klasyka.
Ale w jej życiu zachodzi rewolucyjna zmiana: Cherry przeprowadza się z ojcem do jego dziewczyny i staje się częścią niesamowitej rodziny Tanberry, wielkiej, hałaśliwej i… ciut zwariowanej. Teraz Cherry mieszka we wspaniałym starym domu na szczycie nadmorskiego klifu i wszystko idzie dobrze, dopóki nie zakocha się w chłopaku jednej z przyrodnich sióstr. Nie trzeba chyba dodawać, że ta ostatnia nie jest zachwycona i zrobi wiele, by wyeliminować konkurencję.
Podczas gdy wszyscy są pochłonięci tworzeniem domowej wytwórni czekolady, Cherry  musi wybrać pomiędzy lojalnością wobec zołzowatej siostry a nieodpartym urokiem Shaya..." (źródło: iuvi.pl)


"Wiśniowe serce"

2. Hayley Chewins - "Odwórcone" 

Autor: Hayley Chewins
Tytuł: Odwrócone
Wydawnictwo: IUVI
Liczba stron: 272
Premiera: 24.04.2019

"Odwrócone. Magiczna opowieść o Mistrzach tworzących muzykę oraz odwróconych dziewczętach w milczeniu przemieniających ją w złoto. 

Dwunastoletnia Delphernia całe życie spędziła w klasztorze, którego kamienna kopuła, zgodnie z prawem miasta Blajbakan, odgradza odwrócone dziewczęta od morza, nieba, świata… Na zewnątrz Mistrzowie – wyłącznie chłopcy i mężczyźni – grają muzykę. W środku odwrócone w milczeniu, bez słowa, przemieniają tę muzykę w złoto. Matka Dziewięć nazywa to wytwarzaniem migotu.
Delphernia jednak nie umie wytwarzać migotu. I woli śpiewać, zamiast milczeć.
Gdy do klasztoru przybywa Mistrz, który nie zachowuje się jak Mistrz, dziewczyna ma szansę wyrwać się ze swojego więzienia. Na zewnątrz, poza murami klasztoru, morze dyszy jak dzikie zwierzę, niebo spogląda z góry tysiącami gwiazd przypominających oczy, a tajemniczy ogród ma liście ostre jak szpony. Delphernia poznaje księcia mówiącego cytatami z poezji oraz dziewczynę o zadziwiającej odwadze i niezależności. Uwikłana w rozgrywki złowieszczo milczącego Kuratora i nieprzeniknionej królowej, Delphernia pojmuje, że choć uwolniła się z klasztoru, w Blajbakanie nigdy nie będzie wolna.
Blajbakan zaś nie stanie się wolny bez niej." (źródło: iuvi.pl)

"Odwrócone"



    To już wszystko jeśli chodzi o dzisiejszy wpis - jak więc widzicie są to książki skierowane raczej do młodszej grupy wiekowej, ale tak jak wspomniałam na początku - każda historia może być warta uwagi, czasami może nawet przypominając nam, jak to było, gdy mieliśmy naście lat... Stąd też, być może kogoś z Was zainteresuje któraś z tych książek, a sama natomiast rozważam sięgnięcie przynajmniej po jeden z tych tytułów. Jeżeli tak się stanie, na pewno uraczę Was tutaj recenzją. Póki co - trzymajcie się! 

sobota, 13 kwietnia 2019



Autor: David Baldacci
Tytuł:
Miasto upadłych
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron:
400
Ocena:
6/6

     Jak już niejednokrotnie mogliście zauważyć, jednym z moich ulubionych gatunków książek są wszelkiego rodzaju kryminały. Po ostatnim, niedawno recenzowanym na blogu "Powiększeniu" znowu naszła mnie ochota na sięgnięcie po ten sam gatunek. Tym razem do rąk wpadła mi jedna z nowości - "Miasto upadłych", którą to historię stworzył David Baldacci. Jak się okazało, sięgnięcie po tę książkę było zdecydowanie dobrą decyzją, a te czterysta stron bardzo mnie wciągnęło.
     Baronville to miasto, które zdecydowanie można nazwać upadłym. Dawniej tętniące życiem, obecnie - pokryte rdzą górnicze miasteczko - staje się miejscem, w którym dzieją się dziwne rzeczy... W ciągu raptem dwóch tygodni zamordowane zostają aż cztery osoby. Co więcej, szaleje tam plaga uzależnień od opoidów. Kiedy więc Amos Decker - detektyw przebywający na urlopie - przypadkiem znajduje kolejne dwa ciała, od razu postanawia wkroczyć do akcji i pomóc lokalnej policji w śledztwie. Okazuje się jednak, że morderstwa to tak naprawdę niewielka część intryg, jakie rozgrywają się w Baronville. Czy Decker odkryje kto stoi za wszystkimi morderstwami? Czego jeszcze dowie się podczas śledztwa i najważniejsze - czy uda mu się rozwikłać wszelkie zagadki dotyczące pozornie małego miasteczka? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po "Miasto upadłych". 
     Tradycyjnie zacznę od stylu, jakim posługuje się autor, a który to jest świetny - lekki, jak na kryminał przystało, jednocześnie pisarz nie tylko świetnie buduje akcję i sprawia, że całość trzyma w napięciu do samego końca, ale także potrafi wplatać nieco nostalgiczne sceny, które wywołują też inne emocje niż tylko napięcie, takie jak chociażby smutek i lekkie wzruszenie. Tak naprawdę od pierwszy stron nie mogłam oderwać się od tej historii, z zapartym tchem śledząc każdą sytuację, wszelkie dialogi i próbując samej dojść do rozwiązania tej sprawy. Stąd też, mimo że to moja pierwsza styczność z tym autorem, to jestem pewna, że nie będzie ona ostatnia. 
     Jeżeli chodzi o samą historię - uważam, że autor świetnie przeplatał tutaj wątki zarówno związane z morderstwami, od których w ogóle zaczął się udział Amosa Deckera w całym śledztwie, ale też te, jakie dotyczyły fali uzależnień oraz faktu, że za tym wszystkim także stali "źli ludzie", a w zasadzie wielkie "narkotykowe szajki" i co więcej, ukazał pomiędzy nimi zależność, która sprawiała, że cała ta historia, początkowo totalnie zagmatwana, stopniowo zaczęła nabierać sensu. Tempo, w jakim rozgrywa się całość jest na tyle szybkie, by przekładając kolejne strony, czytelnik się nie znudził, a jednocześnie autor buduje napięcie, a nie wykłada wszystkiego jak na tacy. Do tego, jak już wspomniałam, wplata też lekko nostalgiczne sceny, które jedynie dodają całości emocji sprawiając, że z jednej strony chciałam jak najszybciej poznać zakończenie, a z drugiej, gdy już dotarłam do ostatniej sceny - to właśnie ona rozczuliła mnie najbardziej... Stąd też osobiście jestem zachwycona tą książką i jeżeli tylko macie ochotę na wciągający thriller, to łapcie ten tytuł bez wahania. 
     Bohaterowie zostali wykreowani równie dobrze, co sama fabuła. Bardzo, ale to bardzo polubiłam Amosa Deckera - ten gliniarz był po prostu świetny, a jego podejście i momentami sarkastyczne teksty, szczególnie do ludzi, jacy bardzo chcieli utrudniać mu "węszenie" po miasteczku i rozwiązanie śledztwa, zdecydowanie dodawały całości swego rodzaju pikanterii, jaka w końcu w tym gatunku jest niezwykle wskazana. Jednocześnie, mimo że Decker potrafił być twardy i oschły, to miał on także w sobie wiele ciepłych emocji i bez wątpienia był najzwyczajniej w świecie dobrym, lecz także doświadczonym przez życie, człowiekiem. Również jego partnerka z pracy - Alex - przypadła mi do gustu, chociaż pojawiało się jej tutaj nieco mniej niż właśnie Amosa. Pozostali bohaterowie, w tym też "ci źli" również zostali świetnie wykreowani - każdy z nich miał niepowtarzalny charakterek.
      Podsumowując, uważam, że "Miasto upadłych" to jedna z lepszych książek w gatunku kryminał/thriller, jakie czytałam w ostatnim czasie. Nie mam tutaj nic do zarzucenia, a powiem nawet więcej - zarówno styl autora, stworzona fabuła oraz wykreowani bohaterowie - to wszystko było na wysokim poziomie. Polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie:

wtorek, 9 kwietnia 2019

Autor: Andrew Mayne
Tytuł: Powiększenie
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 384
Ocena: 5.5/6

      Jednym z moich ulubionych gatunków książek są wszelkiego rodzaju kryminały czy thrillery, w tym także psychologiczne. Dlatego też, gdy tylko otrzymałam możliwość zrecenzowania książki "Powiększenie" autorstwa Andrew Mayne, której opis niezwykle mnie zachęcił, nie wahałam się ani chwili, by po nią sięgnąć. Jak się okazało, ta wręcz genialna książka, całkowicie wciąga czytelnika do swojego mrocznego, wręcz lekko mrożącego krew w żyłach, świata. 
      Jeżeli nie czytaliście "Naturalisty", ten akapit może zawierać spoilery wcześniejszej ksiązki autora. Theo Cray, główny bohater i jednocześnie narrator całej historii to naukowiec, który potrafi widzieć więcej niż niejeden doświadczony detektyw. Po sukcesie, jaki osiągnął chwytając mordercę jednej ze studentek, które uczęszczały na jego wykłady, nie ma dnia, by ktokolwiek nie prosił go o pomoc. Kiedy więc z pewną prośbą zwraca się do niego William Bostrom, wydawać by się mogło, że jego historia nie różni się od innych... Mimo to, Theo postanawia znaleźć człowieka, który prawdopodobnie porwał i zamrdował syna Williama, a także nadal to robi to z innymi, małymi chłopcami. Życie byłego profesora znowu przyśpiesza, gdy wpada on w tryb łowcy - zrobi wszystko, by znaleźć mordercę... Jak zatem potoczą się jego losy? Czy uda mu się schwytać tak zwanego Zabaweczkę? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę "Powiększenie". 
     Zacznę od stylu, jakim posługuje się autor. Jest on niezwykle przyjemny w odbiorze - lekki, jednocześnie pełen emocji, które sprawiają, że czytelnik od pierwszych stron zostaje wciągnięty w tę, pełną zagadek, tajemnic i momentami przerażających momentów, historię. Co więcej, autor wprowadza tutaj wiele ciekawostek między innymi o różnych seryjnych mordercach, a także nieco nauki - w tym nie tylko związanej z biologią, którą zajmował się główny bohater, lecz także matematyką, co sprawiło, że mój matematyczny umysł jeszcze bardziej zaciekawił się całą książką. Jedyne, czego może żałuję to fakt, że nie sprawdziłam, iż powstała wcześniej już książka z Theo Cray'em jako głównym bohaterem, dlatego niektóre odnoszenia się do sprawy, którą rozwiązał zanim zajął się Zabaweczką, stanowiły więc dla mnie już spoilery "Naturalisty", po jakiego też chętnie kiedyś bym sięgnęła. 
     Sama historia jest niezwykle wciągająca, pełna emocji i sprawiająca, że czytelnik wręcz przeżywa te wszystkie wydarzenia wraz z głównym bohaterem. Muszę przyznać, że od pierwszych stron nie mogłam się od niej oderwać i toczyłam wewnętrzną walkę: z jednej strony chciałam jak najszybciej zobaczyć, jak zakończy się cała historia, z drugiej zaś chciałam móc czytać ją jak nadłużej. Autor stworzył całość tak, że momentami staje się ona wręcz niepokojąca, a także można by rzec, że ciut nawet odrażająca... A jednak wciąż łapie tego czytelnika w swoje szpony, dostarczając ogromu wrażeń. Stąd też osobiście jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym kryminałem.
    Bohaterowie zostali wykreowani bardzo dobrze. Od samego początku polubiłam główną postać, czyli Theo Cray'a, który można by rzec, że stawał się łowcą tych "złych". Kiedy już wkręcił się w sprawę, robił wszystko, by doprowadzić ją do końca. Do tego posiadał nieprzeciętną inteligencję, co tylko dodatkowo sprawiało, że ten bohater niezwykle mnie intrygował i do siebie przyciągał. Pozostałe postacie również zostały wykreowane w ciekawy sposób. Warto tutaj zwrócić też uwagę na samego Zabaweczkę - autor ukazał go jako człowieka bez wszelkich emocji, który wierzył w swego rodzaju "magię", a jednocześnie kogoś, kogo każdy z nas mógłby znać czy mijać na ulicy nie zdając sobie sprawy z faktu, jakich czynów się dopuszczał.
     Podsumowując, uważam, że książka "Powiększenie" to wciągający kryminał, który trzyma w napięciu do ostatnich stron. Osobiście jestem pozytywnie zaskoczona i jeżeli macie ochotę na książkę z tego gatunku, to serdecznie polecam.

Za mozliwość przeczytania dziękuję serdecznie:
Wydawnictwu W.A.B.

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

    „Niezależnie od tego, ile błędów popełniłeś, jesteś daleko przed wszystkimi, którzy nawet nie próbują.”

Kwiecień - myśl przewodnia
     Tą wieczorową, a w zasadzie już nawet nocną, porą postanowiłam, że coś dla Was tutaj napiszę. Chociaż początkowo świtał mi w głowie muzyczny wpis, bo sporo dobrych utworów ostatnio mi się nazbierało, to gdy tak sobie sprzątałam i nieco próbowałam dziś upiększyć te swoje 9 metrów kwadratowych, przypomniałam sobie, że przecież nowy miesiąc się rozpoczął – a więc pasuje przełożyć kartkę w kalendarzu, który kupiłam między innymi dlatego, bo urzekł mnie kwiatowym motywem oraz krótkim zdaniem na każdy miesiąc. Tym samym przed moimi oczami pojawił się kwiecień przyozdobiony jednymi z moich ulubionych kwiatów – delikatnymi stokrotkami, a wraz z nim cytat, którym rozpoczęłam dzisiejszy wpis. I wiecie co? Zainspirował mnie do tego, by napisać tutaj parę własnych przemyśleń właśnie o tych błędach, próbowaniu, o straconych okazjach, ale także nowych szansach, jakie nieustannie pojawiają się w tym naszym ludzkim życiu.
    Wydawać by się mogło, że to jedno zdanie to banał – zresztą większość sentencji to banały, czyż nie? Jednak właśnie o takich prostych rzeczach niejednokrotnie zapominamy. Każdy z nas jest inny, a tym samym inaczej odbiera różne, życiowe sytuacje. Niektórzy rozmyślają nad nimi przez długi czas, gdy inni machną ręką i już dana „półka” w głowie zostaje zamknięta. Jednak bardzo często zdarza się, że wcale, ale to wcale nie uczymy się na własnych błędach czy też wielokrotnie popełniamy takie, które potem sprawiają, że życie wydaje nam się nie mieć już większego sensu. Równie często próbujemy – walczymy z tymi przeciwnościami losu, staramy się uratować coś, co jest dla nas niezwykle ważne, a mimo to koniec końców okazuje się, że znowu wpadamy w ten dołek zwany błędem.
   Chociaż może czasami odnosimy wrażenie, że to nasze ludzkie życie jest niemalże jak przysłowiowa „syzyfowa praca”, to zastanówmy się, jakie byłoby wtedy, gdybyśmy tylko stali w miejscu i czekali na tak zwany cud, na jakąś nagłą, niespodziewaną zmianę? Czy wielu z nas osiągnęło by dane cele, jeżeli nawet nie kiwnęłoby palcem? Czy w chwili kryzysu, gdybyśmy postanowili po prostu się poddać, to czy nie skończyłoby się to dla nas w tragiczny sposób? Dlatego tak ważne jest próbowanie… Mimo wszelkich przeciwności, pomimo wielu, naprawdę wielu rozczarowań, życie nie będzie miało sensu, jeżeli nie podniesiemy się i nie spróbujemy ponownie i bez względu na to, jak wiele tych prób będziemy musieli jeszcze podjąć.
     Nieważne, co przyniesie los, jak bardzo spróbuje nas „przetestować”, to tylko i wyłącznie od nas samych zależy, co z tym zrobimy i czy odzyskamy czasami utraconą nadzieję bądź też wyciągniemy się z tego przysłowiowego „dołka”, to i tak, jak głosi powyższy cytat – będziemy o wiele dalej niż każdy, kto jedynie tkwi w miejscu i liczy na to, że jego życie odmieni się samo, bo to może brutalne, ale bardzo rzadko, coś zmienia się bez jakiejkolwiek naszej ingerencji.
     Możecie uznać, że plotę głupstwa, że właściwie to piszę tutaj masło maślane, ale powiem Wam jedno – przekonałam się już, co to znaczy gorzki smak rozczarowania. Mimo swojego, tak naprawdę dość krótkiego życia, poznałam już, jak to jest, gdy wszystkie plany, jakie się miało, nagle zaczynają runąć, by koniec końców pozostał z nich jedynie pył, a przed oczami nastała wizja pustej kartki, którą trzeba wypełniać na nowo, bo inaczej człowiek rozpadłby się dokładnie w ten sam pył, co wszelkie jego marzenia.
    Wiem także, co to znaczy próbować, jak i walczyć – o swoje cele, o swoje uczucia i tak naprawdę o samego siebie, ale zrozumiałam także, że nie zawsze ta walka może być wygrana, a wtedy faktycznie trzeba odpuścić… Bo to nie tak, że powinniśmy walczyć za wszelką cenę, jeśli widzimy, że z każdą próbą tak naprawdę te próby wcale nie przynoszą skutków, a to, o co walczymy, nie jest tego warte. Wtedy z kolei warto zamienić tę nierówną, skazaną już niestety na porażkę, walkę w coś innego – może próbę zapomnienia, może pogodzenia się z daną stratą, czy też próbę zrozumienia, że w danym przypadku nie dało się już uniknąć błędu, ani też nie mogliśmy nic więcej zrobić, bo zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy.
    Czasami trudno jest zrozumieć, dlaczego przytrafiło się nam to, czy tamto, dlaczego dokonaliśmy takiego wyboru, który był błędem – niestety, ale decyzji podjętych w przeszłości nie możemy zmienić, za to wciąż mamy wpływ na swoją teraźniejszość, a co za tym idzie – także i przyszłość. Dlatego nie patrzmy na to, ile tych błędów popełniliśmy, jaka jest ich waga, jak bardzo na nas wpłynęły, tylko próbujmy dalej dążyć do tego swojego, dosadnie mówiąc – nieskończonego szczęścia, bo ono gdzieś tam jest – może nie zawsze na wyciągnięcie ręki, może czasami schowane za stromymi zboczami, ale jest i czeka na to, by wypełnić nasze serca na nowo radością. Czeka na nas – na naszą walkę o siebie, o zamknięcie na kłódkę tego, co było złe po to, by następnie móc zacisnąć zęby i zadbać o spełnienie swoich choćby najmniejszych pragnień.
     Dlatego pogódźmy się z tym, co nazywamy błędem i nie dajmy odebrać sobie życia nawet tym największym rozczarowaniom, bo nie warto – tylko jedno mamy to życie i dlatego próbujmy. Każdego dnia. Każdej godziny. Ba! Każdej sekundy - próbujmy być po prostu szczęśliwi – a próbując, już wyprzedzimy każdego, kto te kłody pod nogi nam rzucił i każdego, kto tylko stoi w miejscu i czeka...

wtorek, 26 marca 2019

„Okazało się, że w łkaniu drzemie wielka siła. Siła uzdrawiania, siła wyrzucania bólu i odpuszczania, siła wytrwania w miłości i pogodzenia się ze stratą.”

Autor: Amy Harmon
Tytuł: Inna Blue
Wydawnictwo: Editio
Liczba stron: 304
Ocena: 4.5/6

     Pamiętam jak dawno temu sięgnęłam po raz pierwszy po książkę napisaną przez Amy Harmon. Było to „Prawo Mojżesza” – lektura, jaka bardzo do mnie trafiła i sprawiła, że do dzisiaj wspominam ją z uśmiechem, ale również nutką nostalgii. Dlatego też, gdy tylko pojawiła się możliwość sięgnięcia po inną książkę tej samej autorki, nie wahałam się ani chwili i postanowiłam przeczytać historię zatytułowaną jako „Inna Blue”. Będąc już po jej przeczytaniu mam nieco mieszane uczucia, bo chociaż dużo stron musiałam przebrnąć, by się do niej przekonać, to koniec końców nie była to zła historia, wręcz okazała się być pełna emocji, czyli czegoś, co bardzo cenię we wszelakich powieściach.
    Główna bohaterka, tudzież narratorka całej historii to Blue Echohawk – dziewczyna, która na pozór wydaje się być zbuntowaną licealistką, tak naprawdę wewnątrz będąca niezwykle kruchą istotą próbującą odnaleźć swoją tożsamość. Ma około dziewiętnastu lat i nie jest nawet pewna swojego imienia. Porzucona w wieku dwóch lat, została wychowana przez Jimmy’ego – mężczyznę, który rozbudził w niej pasję do rzeźbiarstwa. Chociaż postawa Blue do otaczającego świata i ludzi pełna jest arogancji, to w środku kryje swoją wrażliwość, jaką w stanie jest dostrzec tylko nowy, młody nauczyciel historii - Darcy Wilson… Między nimi stopniowo rodzi się prawdziwa przyjaźń, gdy z kolei dziewczyna musi stawić czoła wielu trudnym sytuacjom. Jak zatem potoczą się jej losy? Czy odnajdzie w końcu odpowiedzi na nurtujące ją od dawna pytania – kim tak naprawdę jest? Czy relacja między nią, a Wilsonem będzie tylko przyjaźnią czy może czymś więcej? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie sięgając po książkę Amy Harmon.
    Zacznę od stylu, jakim posługuje się autorka. Już po raz kolejny przekonałam się, że niezwykle istotne jest pisać tak, by czytelnika nie zanudzić, mieć lekki w odbiorze język, ale jednocześnie by nie był on totalnie banalny i by raz na jakiś czas pojawiały się zdania, które zapadają w pamięć. Amy Harmon zdecydowanie potrafi pisać właśnie w ten sposób – niby lekko, a jednocześnie niezwykle emocjonalnie, wplatając w swoje historie także zdania, które śmiało można uznać za swego rodzaju sentencje godne zapamiętania. To sprawia, że jej powieści czyta się niezwykle szybko, ale też mimo wszystko zostają w pamięci na dłużej.
    Muszę jednak przyznać, że początkowo nie mogłam się wczuć w tę historię. Wydawało mi się to wszystkie jakieś takie… proste, może nawet ciut przewidywalne, główne postacie takie typowe, mało oryginalne. Myślałam sobie, że być może najzwyczajniej w świecie wyrosłam już z młodzieżówek, że mój odbiór tego typu historii dawniej był inny, bo byłam w zbliżonym, do bohaterów wieku, ale zaraz potem pomyślałam, że w zasadzie wiele starsza to od nich nie jestem. Czytałam więc dalej i dalej, a wraz z przekładaniem kolejnych stron ta historia zaczęła do mnie trafiać. Dostrzegłam coś więcej niż schemat bądź lekką opowiastkę, a do tego coraz większy ładunek emocjonalny sprawiał, że nie mogłam się już od tej historii wręcz oderwać.
    Ta książka tylko pozornie jest prosta i może jawić się jako ukazanie romansu między uczennicą a nauczycielem. Być może tutaj lekki spoiler, ale to nie tak, że autorka poszła w schemat „zakazany owoc najlepiej smakuje” i właśnie to sprawiło, że popatrzyłam na tę książkę nieco inaczej. Ukazuje ona bowiem jak ważna jest w życiu prawdziwa przyjaźń i jak wiele dobrego może nieść bezinteresowna pomoc. Chociaż w dobie dzisiejszych czasów wydawać by się mogło, że cokolwiek, co jest „bezinteresowne” to podejrzane, to autorka pokazała, że czasami kilka prostych gestów, słów czy chociażby bycie dla jakiejś osoby i wysłuchanie jej, może pomóc nieco poukładać czyjś świat. To także historia jaka uświadamia, że nie zawsze to, co widoczne gołym okiem jest prawdziwe. Blue to świetny przykład na to, jak ludzkie osądy często niezgodne są z prawdą – pozornie arogancka dziewczyna okazała się mieć bardzo wrażliwe wnętrze, lecz bała się ukazywać je światu by nie zostać zranioną. Jest to więc też historia o poszukiwaniu  swojego „ja”, ale także o podejmowaniu ciężkich decyzji i myśleniu często o dobru innych nawet kosztem własnego szczęścia.
   Krótko skupiając jeszcze uwagę na bohaterach – tak jak już zresztą wspomniałam, mimo że początkowo wydawali się być zbyt schematyczni, to dostrzegłam w nich coś więcej. Blue to dziewczyna, która ukrywa swoje prawdziwe oblicze tylko po to, by nikt nie mógł jej zranić, gdy z kolei Wilson to mężczyzna jaki widzi więcej niż inni ludzie i który w każdej osobie stara się dostrzec też to co w środku, a nie tylko na zewnątrz. Oprócz nich, pojawili się też inni bohaterowie i muszę przyznać, że każdego z nich autorka dość dobrze wykreowała, a szczególnie polubiłam postać siostry Wilsona która mimo iż jej życie nie było kolorowe w każdym jego aspekcie, to z uśmiechem witała każdy dzień.
     Podsumowując, mimo iż musiałam przebrnąć przez kilkanaście stron, by wczuć się w rytm tej książki, to uważam, że ukazuje ona kilka ważnych wartości. Jeżeli więc macie ochotę na lekką młodzieżówkę, lecz jednocześnie taką, która pełna jest emocji i wielu, naprawdę chwytających za serce, cytatów, to nie wahajcie się i sięgnijcie po książkę „Inna Blue”. 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 
Wydawnictwu Editio 

wtorek, 5 marca 2019



Autor: Gabrielle Bernstein
Tytuł: Przestań się oceniać
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 248
Ocena: -4/6

    Łatwo jest oceniać. Zarówno innych, jak i przede wszystkim siebie. Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu wytyka czyjeś błędy, a także równie często bądź nawet częściej jest krytyczny względem samego siebie. Tak jak każdy człowiek, tak i ja oceniam głównie samą siebie, doszukując się zbyt często tego, co złe, zamiast skupić się na aspektach, które są moją mocną stroną. Dlatego też, gdy otrzymałam możliwość przeczytania książki "Przestań się oceniać", którą napisała Gabrielle Bernstein, nie wahałam się ani chwili, by po nią sięgnąć. Jest to całkiem przyjemna lektura, chociaż może nie wybitna i ciut rozczarowująca, ale na pewno wnosząca jakiś niewielki ułamek wiedzy do tego ludzkiego życia. 
    Autorka poprzez opisanie sześciu kroków chce uświadomić czytelnikowi skąd bierze się osądzanie, a także co zrobić, by wyzbyć się tego nawyku. Ukazuje między innymi co to znaczy uszanować swoje rany, jak ważne jest postawienie miłości na ołtarzu czy też co to znaczy rzucić światło na swój cień. Stara się poprzez tę książkę wpłynąć na myśli czytelnika i sprawić, by po odłożeniu już lektury na półkę, w głowie pozostało, że może warto właśnie teraz zacząć inaczej postrzegać świat, lecz przede wszystkim samego siebie. 
      Styl, jakim posługuje się autorka jest zdecydowanie lekki. Nie jest to książka, którą czyta się jakby była drętwo napisanym poradnikiem. Tutaj przechodzenie przez kolejne strony idzie bardzo szybko. Jednak to, co początkowo wydawało mi się plusem, wraz z kolejnymi rozdziałami, poniekąd zaczynało przypominać mi masło maślane... A co więcej - miałam wrażenie, że autorka nie raz na siłę stara się wplatać w swoje porady swego rodzaju sentencje. Niektóre z nich faktycznie były może i trafne, ale inne z kolei sprawiały, że książka stawała się mało logiczna. Stąd też jest to na pewno lekturka idealna na jakiś wolny wieczór, by w ramach relaksu móc skupić się na książce, ale jednocześnie momentami może sprawiać, że czytelnik poczuje się zdezorientowany, czy też autorka aby na pewno nie przeczy sama sobie. 
     Ciężko tutaj mówić o moich osobistych odczuciach po przeczytaniu tej książki, ponieważ myślę, że spodziewałam się czegoś więcej niż dostałam. To nie tak, że ten poradnik jest zły. Być może sięgałam po tę książkę wręcz z bijącym serduchem i ogromną ciekawości, czy może dzięki poradom autorki dowiem się więcej co zrobić, by mniej krytycznie osądzać samą siebie. W końcu każdy popełnia czasami błędy, ale to nie znaczy, by za każdym razem widzieć winę tylko w sobie. Natomiast otrzymałam w dużej mierze skupienie się wokół tego, co w ogóle przyczynia się do tego, że osądzamy - siebie oraz innych. 
     Według autorki jest to brak miłości, bo właśnie to uczucie, ta wartość w dużej mierze wpływa na człowieka. Co więcej, twierdzi ona także, że ci, którzy krytykują, stale osądzają innych, mają tak naprawdę niskie poczucie własnej wartości i tym samym chcą podnieść swoją samoocenę. Niestety, ale z wieloma tymi przytoczonymi przykładami nie do końca się zgadzam i mam odmienną opinię. 
     Mimo to znalazłam w tej książce także te momenty, które przypadły mi do gustu. Na pewno trafiło do mnie to, że autorka uświadomiła, jak ważna jest akceptacja samego siebie, jak istotne jest także uszanowanie tych swoich ran. Być może czasami czegoś w życiu brakuje - niekoniecznie tylko miłości - co sprawia, że skupiamy się na swoich wadach, na tym, co nam nie wyszło, zamiast zaakceptować fakt, iż nikt nie jest idealny. 
     Podsumowując, książka "Przestań się oceniać" to napisana lekkim językiem lektura idealna na jeden wieczór w ramach relaksu. Być może nie zmienia życia i nie jest wybitnym poradnikiem, ale myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie
Księgarni TaniaKsiążka.pl

sobota, 23 lutego 2019

Autor: Melissa Alvarez
Tytuł: Żyj przytulnie
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 240
Ocena: -5/6

    Każdy z nas, czy zdaje sobie z tego sprawę czy też nie, dąży do tego, by mieć takie swoje miejsce, do którego chętnie się wraca. Dom, mieszkanie czy chociażby mały pokój, który będzie stanowić oazę spokoju, a swoją przytulnością sprawi, że opanują nas jedynie pozytywne emocje. Kiedy więc otrzymałam propozycję zrecenzowania książki "Żyj przytulnie", którą to napisała Melissa Alvarez, nie wahałam się ani chwili. Chciałam zobaczyć, co też autorka ma na myśli mówiąc o przytulnym życiu. Będąc już po lekturze tych ponad dwustu stron, muszę przyznać, że niezwykle przyjemnie czytało mi się tę książkę i kilka rozdziałów naprawdę do mnie trafiło. 
    Książka składa się z ośmiu rozdziałów, a każdy z nich, choćby pozornie wydawało się to niemożliwym, łączy się z pojęciem przytulności. Na początek autorka serwuje nam pojęcie, chyba dość już znane, czyli hygge, a także przedstawia inne, podobne koncepcje kulturowe. Następnie prowadzi nas poprzez odnajdywanie głębszego sensu życia dzięki przytulności, opisuje, czym według niej jest przytulne życie, ukazuje jak ważne jest docenianie codzienności, rozwijanie uważności, a także spędzanie czasu na łonie natury. Przedstawia także pojęcie emocjonalnej przytulności oraz duchowego dobrostanu. Stąd też autorka nie wskazuje jedynie przytulności w sensie miejsca, które takie może być, ale skupia się też na tym, jak ważny jest stan emocjonalny człowieka, by czuł się komfortowo w swoim własnym życiu. 
      Muszę przyznać, że styl, jakim posługuje się autorka, bardzo przypadł mi do gustu. Pisze w lekki sposób, a jednocześnie potrafi zaciekawić czytelnika. Stąd też książka jest idealna na taki wolny wieczór, jeżeli potrzebujemy chwili relaksu oraz zamiast na powieść, mamy ochotę na coś w stylu poradnika, dzięki któremu możemy dowiedzieć się co robić, by nasze życie było bardziej przytulne. Każdy rozdział, autorka dzieli także na podrozdziały, skupiając swoją uwagę na różnych aspektach związanych z tematem głównym rozdziału, a także wplata różnego rodzaju propozycje ćwiczeń dla czytelnika jak np. zaplanuj dzień tylko dla siebie, zrezygnuj z technologii na tydzień czy też stwórz listę swoich oczekiwań. Taka forma książki sprawia, że nie nudzi ona czytelnika. 
     Książka ta jest w jakiś sposób pouczająca. Uświadamia bowiem każdemu z nas, jak ważne jest nie tylko miejsce, które sobie tworzymy, ale przede wszystkim to, co dzieje się w głębi nas samych, bo właśnie to wszystko sprawia, że życie może stać się bardziej przytulne bądź też, niestety, wręcz przeciwnie. Stąd też ta lektura ukazuje, że przytulność to nie tylko piękny, wygodny fotel, dekoracyjne poduszki, dobre oświetlenie mieszkania czy kwiaty w wazonie, ale to także nasze podejście do życia, nastawienie do świata oraz innych ludzi, a także zajrzenie w głąb siebie i poukładanie tych wszystkich spraw, jakie sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Stąd też mnie osobiście ten poradnik przypadł do gustu i stanowił miłe oderwanie od codzienności.
    Jedynym może niuansem, o jakim warto wspomnieć, jest fakt, że w dobie dzisiejszych czasów, sporo już podobnych książek przewinęło się na rynku. Sama koncepcja hygge jest już dość znana od dawna, powstało o niej mnóstwo innych lektur, stąd też osoby, które są już w temacie podobnego stylu życia, tą pozycją mogą się rozczarować i uznać, że być może nie wnosi ona niczego nowego Chociaż z drugiej strony - nie ma dwóch takich samych książek, prawda? A nuż ta okaże się lepsza od innej, mającej podobną tematykę. Dla mnie, czytelnika, który wcześniej nie sięgał po podobną tematykę, książka stanowiła swego rodzaju wieczorny relaks. Stąd też, jeżeli podobnie jak ja, nie mieliście wcześniej styczności z takimi tematami, to "Żyj przytulnie" może miło Was zaskoczyć. 
    Podsumowując, jeżeli w swoim życiu być może lekko się pogubiliście albo biegniecie przez nie tak szybko, że nie pamiętacie już, co to znaczy złapanie chwili oddechu, ta książka będzie idealnym oderwaniem się od tego trybu życia i skupieniem swojej uwagi na tym, co zrobić, by zacząć czuć się komfortowo, a tym samym, by przytulnie żyć. Osobiście - polecam. 

Za możliwość przeczytania dziękuję serdecznie: 
Księgarni TaniaKsiążka.pl

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *