, ,

"Może kiedyś"... A może jednak właśnie teraz? - czyli recenzja wspaniałej książki Colleen Hoover.

19:30

  "W angielskim alfabecie jest tylko dwadzieścia sześć liter. Można by pomyśleć, że  z tyloma literami niewiele można zrobić. Można by pomyśleć, że kiedy wymiesza się je i połączy w słowa, mogą one wywołać tylko ograniczoną liczbę uczuć. A jednak tych uczuć może być nieskończenie wiele i ta piosenka jest tego dowodem. Nigdy nie zrozumiem, w jaki sposób kilka prostych słów połączonych ze sobą może kogoś zmienić, a jednak ten utwór i jego słowa całkowicie mnie odmieniają."


Autor: Colleen Hoover
Tytuł: Maybe someday
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 381
Ocena: 6+/6
   
     Lubię historie miłosne. Ba! Wręcz uwielbiam, muszę się do tego przyznać, ale naprawdę z chęcią czytam wszelkie, czasami może zbyt ckliwe, książki. Są jednak takie opowieści, które stanowią wulkan emocji, sprawiając, że przerzucając kolejne strony, coraz więcej uczuć buzuje w czytelniku, aż w pewnym momencie właśnie te emocje biorą górę. Myślałam, że przy "Hopeless", już żadna książka nie zaskoczy mnie na tyle swoją emocjonalnością. Myliłam się. Kolejna książka Colleen Hoover po jaką sięgnęłam, czyli "Maybe someday" totalnie mnie rozwaliła. Nie mogłam się od niej oderwać na tyle, że przy akopaniamencie burzy czytałam ją pół nocy, a przez większość tego czasu, łzy płynęły po moich policzkach... Ale zacznijmy od początku.
   Sydney i Ridge. Dwoje ludzi. Całkowicie inne historie, a jednak wspólna pasja, którą jest muzyka. Ona - studiuje, pracuje, mieszka ze swoją najlepszą przyjaciółką Tori, a także jest w związku z Hunterem. Do tego pisze niesamowite teksty piosenek. On z kolei mimo tego, że nie słyszy od urodzenia, gra na gitarze tak, że wzrusza każdego. Jest w szczęśliwym związku, mieszka z najlepszym przyjacielem... Mogłoby się wydawać, że ich życie to istna sielanka. Wszystko zmienia się w jednej chwili, kiedy w dniu swoich dwudziestych drugich urodzin Sydney dowiaduje się, że przez cały czas jej chłopak zdradzał ją z... najlepszą przyjaciółką! Dzięki pomocy Ridge'a, przez pewien czas, nie ląduje na "bruku", gdyż wynajmuje pokój w jego mieszkaniu. Co więcej, razem zaczynają tworzyć - on grając, ona pisząc teksty, aż... zaczyna między nimi iskrzyć. Jednak jest jeszcze Maggie - dziewczyna, którą Ridge kocha nad życie. Jak potoczą się ich losy? Czy Sydney uda się pogodzić z bolesnym ciosem, jaki otrzymała od osób, którym ufała? Czy między nią a Ridge'em powstanie coś głębszego czy może jednak ich "może kiedyś" nigdy nie nadejdzie? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie oczywiście, jeśli postanowicie sięgnąć po tę wspaniałą ksiażkę.
    Myślałam, że gdy zacznę pisać tę recenzję, już jakoś się pozbieram. Jednak nadal mam w głowie całą tą historię, którą pochłonęłam w jeden dzień i właściwie noc i wciąż czuję się tak bardzo rozbita. Co prawda, jestem osobą wrażliwą i często jakieś książki mnie wzruszają, ale żadna do tej pory nie zrobiła tego w ten sposób, co "Maybe someday". Jak już wspomniałam we wstępie, przez większość czasu łzy po prostu płynęły po moich policzkach. Czytałam kolejne zdania, przekładałam następne kartki, a literki ciągle rozmazywały mi się przed oczami, pojedyncze krople moich łez spadały na kartkę nieco rozmazując jeszcze bardziej cały tekst... Już dawno nie spotkałam się z historią, która wywołałaby we mnie aż takie wzruszenie. Sama nie wiem czym było to spowodowane: poczułam może jakąś wewnętrzną pustkę bądź to połączenie muzyki sprawiło, że ta opowieść stała się jeszcze większym wulkanem emocji, ale zapadła mi w pamięci i myślę, że na pewno jeszcze kiedyś do niej powrócę. Być może jakiejś deszczowej nocy, gdy krople będą uderzać o parapet, moje łzy tym samym rytmem będą płynąć, ponownie śledząc losy Sydney oraz Ridge'a. Polecam tę książkę każdemu, kto lubi historie miłosne, ale tak naprawdę nie tylko takie, bo ta książka nie opowiada jedynie o rozterkach jakie przeżywali główni bohaterowie. To opowieść o życiu z wszelkimi jego zaletami i wadami. To historia ludzi, którzy nie zawsze mieli kolorowo, lecz się nie poddali, robili wszystko, by osiągnąć swoje marzenia, jak chociażby Ridge. Niesłyszący od urodzenia, a potrafił grać sercem tak, że nikt nie przechodził wobec jego utworów obojętnie. To historia pokazująca jednocześnie, że nic nie jest tak naprawdę czarno - białe i w tym naszym, czasami cholernie kruchym, życiu, często spotkamy się z sytuacjami, gdzie jakiekolwiek wyjście, wydaje się być bolesne. Dlatego przeczytajcie "Maybe someday" i dostarczcie sobie ten wulkan emocji!
    Jeśli chodzi o bohaterów, polubiłam większość z nich. Bardzo zżyłam się z Sydney - ta dziewczyna była silniejsza, niż mogłoby się wydawać. Nie dość, że została zdradzona przez osoby, którym ufała bezgranicznie, to w dodatku nie chciała dopuszczać do siebie myśli, że może coś czuć do Ridge'a, bo wiedziała, że nie zrani jego dziewczyny tak, jak jej to uczyniono. Ridge momentami lekko mnie irytował, ale tylko przez parę takich chwil, kiedy... sam tak naprawdę nie wiedział czego chce. Jednak mimo wszystko również bardzo go polubiłam, wręcz podziwiałam fakt, jak świetnie sobie radził z wieloma przeciwnościami losu, które spotykały go tak naprawdę od samego dzieciństwa. Mieszane uczucia miałam w stosunku do Warrena - najlepszego przyjaciela Ridge'a. Były momenty, kiedy mnie rozbrajał, a jego poczucie humoru zdecydowanie wywoływało uśmiech na mojej twarzy. Jednak były też takie chwile, kiedy miałam ochotę osobiście mu przywalić. Jeszcze o wielu bohaterach mogłabym pisać, ale już się nie rozdrabniając, a ogólnie mówiąc, Colleen Hoover znowu świetnie wykreowała swoje postacie. Każdy z nich miał specyficzne cechy charakteru, musiał mierzyć się z różnymi własnymi słabościami, posiadał zarówno zalety jak i wady... Po prostu każdy był jedyny w swoim rodzaju.
      Oczywiście ogromnym plusem jest sam ten "eksperyment", który zrobiła autorka współpracując z Griffinem Petersonem. "Maybe someday" to nie tylko książka opowiadająca o losach poszczególnych bohaterów, ale co więcej - to historia, gdzie piosenki, które tworzył Ridge z Sydney, można było sobie odsłuchać. Nagrał je oczywiście wspomniany już Griffin Petterson, dlatego kiedy jakiś tekst pojawiał się w książce, od razu włączałam sobie w tle właśnie ten utwór. To jeszcze bardziej pogłębiało ten niesamowity efekt, jaki niosła ze sobą książka. Świetny pomysł by połączyć literaturę z muzyką, więc mi zdecydowanie skradł on serce.
       Mogłabym chyba tak wymieniać jeszcze mnóstwo "ochów i achów", bo większych minusów się nie doszukałam. Ta książka niosła ze sobą tysiące emocji. Przede wszystkim ogromne wzruszenie, ale także mnóstwo śmiechu. Wszystko dzięki dobrze wykreowym bohaterom, muzyce, jaka towarzyszyła tej historii, prostemu, a jednocześnie tak bardzo emocjonalnemu językowi, wszelkim sytuacjom, życiowym doświadczeniom umieszczonym w tej historii... Po prostu ta książka jako całość tych wszystkich rzeczy jakie wymieniłam, jak i wielu innych, o których zapomniałam wspomnieć, jest genialna. Mój numer jeden jeśli chodzi o romanse, a Colleen Hoover staje się już całkowicie moją ulubioną pisarką, tak więc czym prędzej muszę sięgnąć po inne jej książki.
       Dlatego oczywiście wrzucam kilka cytatów, które szczególnie poruszyły moje, naprawdę rozbite podczas czytania, serce. Co prawda, będąc już przy końcu tej recenzji czuję, że pozbierałam się z tych kawałków. Dodatkowo, wrzucam także mój ulubiony utwór z tej książki, czyli tytułowe "Maybe someday", które najbardziej do mnie przemówiło, kiedy przesłuchiwałam wszystkie kawałki.
  • "Ogarnia mnie tak ogromny smutek, że nawet nie próbuję już powstrzymać łez. Płaczę z powodu czegoś, co tak naprawdę nigdy nie miało szansy żyć. Śmierci naszej miłości."
  • "Nauczyłem się jednak, że sercu nie można nakazać kiedy, kogo i jak ma pokochać. Serce robi, co chce. Od nas zależy najwyżej to, czy pozwolimy naszemu życiu i głowie dogonić serce."
  • "Ktoś mi kiedyś powiedział, że cierpienie stanowi doskonałą inspirację. Niestety, miał rację."
  • "Jestem pewien, że ludzie napotykają na swojej drodze osoby, które do nich idealnie pasują. Niektórzy nazywają je pokrewnymi duszami. Inni - prawdziwymi miłościami. Są tacy, którzy uważają, że człowiek może spotkać w życiu więcej niż jedną taką osobę. Zaczynam wierzyć, że to prawda."
  • "I pierwszy raz, kiedy wyszedłem ze swojej sypialni, by zobaczyć, jak stoisz w moim mieszkaniu, przemoczona do suchej nitki przez deszcz - mój Boże, nie wiedziałęm, że serce moze tak bić." 
  • "Pożądanie pochłania każdą cząstkę ciebie, wyostrzając wszystkie zmysły."
  • "Często usiłujemy ukryć  nasze uczucia przed tymi, którzy powinni je poznać. Ludzie skrywają emocje, zupełnie jakby ujawnienie ich było czymś złym."
  • "Człowiek nie ma władzy nad swoim sercem, Warren. Może mieć władzę jedynie nad swoimi czynami."
     To już wszystko jeśli chodzi o dzisiejszy wpis, a wraz z nim recenzję tej niezwykle wciągającej, ale przede wszystkim emocjonalnej książki. Podobnie jak pozostałe dzieła Colleen Hoover, również "Maybe someday" bierze udział w "Wyzwaniu Czytelniczym - Lato 2015", tym razem w kategorii "Książka z romansem w tle". Idealnie pasuje mi do tego punktu wyzwania, a poza tym... nawet jeśli nie brałabym w nim udziału, z pewnością bym ją przeczytała, nie żałując ani sekundy czasu, który poświęciłam dla tej historii. Oczywiście poniżej wrzucam jeszcze utwór, o którym wspomniałam wyżej. Być może Wam się spodoba. Trzymajcie się!



Zdjęcie okładki znalezione: tutaj.
Utwór znaleziony na: youtube

Spodobało się? Zerknij na to:

19 komentarze

  1. Przez Ciebie moja lista książek do przeczytania rośnie do gigantycznych rozmiarów!! Podziwiam Cię też za to ile serca wkładasz w recenzje :)

    http://donttalk-act.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa!
      Ach, znam to - też czytając sporo recenzji, ciągle dokładam sobie książek do czytania. :)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  2. Bardzo ciekawa i długa recenzja. Szkoda, że w mojej bibliotece trudno trafić na takie książki, bo chętnie bym je wypożyczała :(

    Zapraszam do mnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      Rozumiem, też mam czasami z tym problem, dlatego na ile budżet pozwala, na tyle kupuję własne bądź niektóre udaje się wygrać. :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Słyszałam o tej książce wiele ciepłych słów, widzę, że Ty oceniłaś ją podobne jak inni, nie wiem sama czy chcę teraz po nią sięgnąć, czy może poczekam, aż jej sława na chwilę przeminie i się za nią zabiorę, boję się, że za dużo będę od niej oczekiwać i nie będę w stanie podejść do niej bez "wszyscy mówią, ze jest super!", boję się, że okaże się pozbawiona tego uroku :<
    http://leonzabookowiec.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Twojej obawy, bo miałam tak przy książce "Powód, by oddychać" i... chyba moje oczekiwania po przeczytaniu różnych recenzji były zbyt duże, dlatego czułam niedosyt. Lepiej przeczekać. :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Albo sięgnę po inną powieść autorki, jest przecież sporo wydanych w Polsce :D

      Usuń
  4. Uwielbiam styl Hoover i jak tylko będę miała okazje to przeczytam "Maybe Somday". Mam nadzieję że się nie zawiodę ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nie. Ta ksiażka to naprawdę wulkan emocji! :)

      Usuń
  5. Kolejna pozycja na mojej liście do przeczytania :) Z każdym dniem ta lista rośnie, ale Colleen Hoover będzie na jej początku ;) Najpierw jednak muszę się uporać z recenzjami do Sztukatera (choćby z połową z nich)

    Pozdrawiam,
    Literacki Świat JoKo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobnie - ciągle lista książek rośnie i rośnie. Ale Colleen Hoover mnie do siebie przekonała na tyle, że w wolnym czasie sama zamierzam sięgnąć po jeszcze inne jej książki. :)

      Usuń
  6. Oj tak! Całkowicie zgadzam się z Twoją oceną. Do tej książki nie powinno się tylko zachęcać. Ona powinna być obowiązkowa. Cudowna lektura. Teraz pozostało nam czekać na kolejną książkę tej autorki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to książka, którą trzeba przeczytać, jest genialna.
      Pozdrawiam! :)

      Usuń
  7. Dobra. Czuję, że w mojej głowie zaczyna się aktywować program nastawiony na masowy zakup książek Hoover. Długo się opierałam, ale chyba mój czas nastał.
    niedobra Ty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, wybacz w takim razie, że przeze mnie nieco uszczupli Ci się zawartość portfela, skoro zamierzasz zakup książek Colleen Hoover. Jednak nadal serdecznie polecam! :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  8. Ja to zatrzymałam się na "Hopeless", choć mam w planach pozostałe książki autorki :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Uwielbiam książki tej autorki, po fenomenalnym Hopeless i po przeczytaniu rewelacyjnego MS, muszę przeczytać Pułapkę uczuć i kolejną jej część <3

    http://majkabloguje.blogspot.com

    Buziaki ! :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Heeej! Zostałaś nominowana do LBA na moim blogu: http://majkabloguje.blogspot.com

    Buziaki! :*

    OdpowiedzUsuń
  11. Mnie "Hopeless" nie powaliło na kolana, ale mam nadzieję, że z "Maybe someday" będzie inaczej. Po przeczytaniu Twojej recenzji utwierdzam się w przekonaniu, iż zakup tej książki nie był błędem i zabiorę się za nią już niebawem. :)
    Pozdrawiam,
    Kalorka czyta

    OdpowiedzUsuń

*Każdy komentarz, czy to pochwała czy też krytyka, niezwykle motywuje mnie do dalszego działania, stąd dziękuję za wszystkie pozostawione przez Was słowa! :)
*Jeśli jednak zamierzasz napisać "fajny blog! może rev?" - lub coś w tym stylu, to naprawdę lepiej nie pisz niczego :)
*Nie bawię się w obserwację za obserwację, więc daruj sobie od razu takie pytania :)

Archiwum

Ostatnie wpisy