,

Ach, ta malownicza Argentyna... Czyli recenzja książki "W krainie kolibrów".

17:20

Autor: Sofia Caspari
Tytuł:
W krainie kolibrów
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 632
Ocena: 5.5/6

    Pewnie już niejednokrotnie zdążyliście zauważyć, że mam słabość do pięknych okładek... Co prawda, staram się nie oceniać książki tylko po jej oprawie graficznej, niemniej przyznaję się, że kiedy widzę zachwycającą okładkę, o wiele bardziej ciągnie mnie do danej lektury, by przekonać się, czy okaże się równie dobra bądź całkowicie odwrotnie. Dlatego też gdy tylko zobaczyłam książkę "W krainie kolibrów" Sofii Caspari pomyślałam sobie, że muszę po nią sięgnąć, a co więcej - byłoby cudownie widzieć ją na swojej półce. Moja mama "przypadkiem" dowiedziała się jak bardzo podoba mi się ta książka i wykorzystując okazję, jaką były moje imieniny - "W krainie kolibrów" wzbogaciło moją domową biblioteczkę. To dość pokaźna książka, bo ponad sześćset stron, a jednak pochłonęłam ją niezwykle szybko. Mam jednak lekko mieszane uczucia co do tej lektury, jednak dlaczego - wszystko zaraz Wam wyjaśnię.
     Historia, jaką Sofia Caspari zawarła w swojej książce toczy się w wieku XIX, kiedy to spora część mieszkańców Europy wypływała do Ameryki Południowej wierząc, że tam uda im się spełnić marzenia. Do nich należało między innymi założenie własnego gospodarstwa czy też rozwinięcie jakiejś firmy - cokolwiek to było, miało przynieść tym ludziom pieniądze i spokojne życie. Byli jednak i tacy, którzy przypływając na tak zwany Nowy Ląd mieli już dobrą sytuację materialną, a ich życie pozornie oparte było jedynie na przyjemnościach... Wspominam o tym, ponieważ dwie główne bohaterki tej książki to całkowicie skrajne postacie. Pierwsza z nich - Anna, to kobieta uboga, która postanowiła dołączyć do swojej rodziny oraz ukochanego męża Kaleba, gdyż oni o wiele wcześniej przybyli do Argentyny. Z kolei Viktoria jest żoną bogatego przedsiębiorcy, nie musząca martwić się tak naprawdę o nic i podobnie jak Anna postanowiła opuścić rodzinne strony by dołączyć do swojego męża. Obie kobiety poznają się na statku dzięki Juliusowi - mężczyźnie, który już w pierwszym rozdziale tej książki ratuje życie Anny. Mimo świetnie spędzanego czasu, cała trójka wie, że gdy tylko statek w końcu przybije do lądu, ich drogi prawdopodobnie rozejdą się na zawsze... Jak potoczą się losy Anny? Czy marzenia jej własne oraz rodziny przebywającej już w Argentynie będą miały możliwość się spełnić? Jak wyglądać będzie życie Victorii, pozornie tak pełne przyjemności? Odpowiedzi na te, jak i wiele, naprawdę wiele innych pytań, znajdziecie oczywiście sięgając po książkę "W krainie kolibrów".
    Muszę przyznać, że spodobał mi się klimat tej książki. Przede wszystkim, czytając ją, w wyobraźni przeniosłam się do Argentyny, by wraz z głównymi bohaterkami przeżywać tysiące różnych wydarzeń. Niezwykle spodobały mi się właśnie opisy miejsc, które sprawiały, że cały sercem czułam się związana z Ameryką Południową. Dodatkowo fakt, że fabuła rozgrywała się w wieku XIX jeszcze bardziej mnie do siebie przyciągnęło. Nie było tam wszechobecnej technologii, a ludzie chcąc przedostać się z jednego miejsca na drugie, często musieli przebyć tysiące kilometrów konno, nie raz zdając sobie sprawę, że na pampie czeka ich mnóstwo niebezpieczeństw. Mimo to większość z nich radziła sobie świetnie nie mając internetu, telefonów i wielu innych sprzętów. Dlatego czas i miejsce akcji są dla mnie zdecydowanie na plus, bo pozwoliły mi się oderwać od tego rzeczywistego mi świata i przenieść w myślach w przeszłość, dodatkowo do urokliwej Argentyny. Sporo jest w tej książce odniesień do historii, czego się obawiałam (znając moją średnią skłonność do sięgania po powieści historyczne). Jednak wbrew tym obawom - nie zanudziło mnie to, a wręcz przeciwnie. Świetnie zostało w tej książce pokazane, jak wyglądał okres kolonizacyjny. Europejczycy zasiedlając Amerykę Południową, wypierali rdzennych mieszkańców, chociaż może się to wydawać niesprawiedliwe - w końcu to nie były ich tereny, a mimo to "biali" czuli się jednak tak, jakby od początku Ameryka Południowa należała do nich. Pokazana została poniekąd brutalność Europejczyków względem plemion zamieszkujących tamtejsze tereny (ale trzeba przyznać, że też ze wzajemnością). Nie raz było to dla mnie straszne, jak bardzo ludzie potrafią być podli, myśląc, że będąc takiej a nie innej narodowości, są od kogoś lepsi... Bo to nieprawda, a świadczyły o tym ich czyny. Stąd, o dziwo, podobał mi się wątek historyczny zawarty w tej książce. 
     Jeśli chodzi o losy Anny i Viktorii, bo mimo wszystko, wszystko kręci się głównie wokół tych dwóch kobiet, to także czytało mi się je całkiem dobrze. Początkowo, książka poświęcona jest głównie Annie, jednak z czasem coraz więcej jest w niej zawartych losów Viktorii, jak i nawet pojawiają się wątki, gdy kobiety ponownie się spotykają... Jednak nie chcę za bardzo sopilerować, więc nic więcej nie dodam. Pojawiają się rzecz jasna wątki miłosne, o czym przekonacie się dość szybko czytając tę książkę (bo swoją drogą jest ona zdecydowanie romansem), które również były nie najgorzej opisane. Mimo to książka wywołała we mnie trochę mieszanych uczuć, bo momentami przypominała mi jedną z tych właśnie telenoweli, których akcja rozgrywa się najczęściej w Ameryce Południowej. Dosłownie niektóre wydarzenia były dla mnie jak żywcem wyjęte ze scenariusza jednej z takich telenoweli, gdzie mnóstwo jest tych perypetii rodzinnych, a jak to się kiedyś spotkałam z zabawnym zdaniem, wciąż pozostaje pytanie "Kto jest ojcem Pablito?" :D. Dlatego nieco mnie bawiła ta historia, bo w niektórych momentach została za bardzo przekoloryzowana. 
      Sami bohaterowie zostali wykreowani całkiem ciekawie, gdyż mieli indywidualne cechy charakteru. Niemniej nie z każdym byłabym w stanie jakoś się zżyć. Polubiłam swoją imienniczkę, Annę, ze względu na to, jak silną była kobietą, mimo że los nie zawsze był dla niej łaskawy. Dążyła ku swoim planom, starała się nie poddawać, dlatego czułam względem niej pewnego rodzaju podziw. Natomiast Viktoria początkowo jawiła mi się jako postać taka pozytywna, pełna życia, lecz w pewnym momencie bardzo mnie zawiodła i zobaczyłam w niej jedynie rozkapryszoną i zawistną kobietę, mało różniącą się od dam, w towarzystwie których przebywała, a o jakich mówiła, że stanowią niby nudne i dumne towarzystwo. Co prawda, na końcu się wybroniła, dlatego ostatecznie nawet w miarę ją polubiłam, bo pokazała jednak, że jeśli się chce, to da się zmienić na lepsze. Również Julius oraz Pedro byli jak najbardziej pozytywnymi postaciami, w dodatku muszę przyznać, że chyba byłabym w stanie stracić dla nich głowę... Natomiast byli też bohaterowie, którzy budzili grozę i o dziwo, na ich czele, według mnie, stała kobieta - donia Ofelia. Dużo by jeszcze mówić o pozostałych postaciach, jednak każda z nich, jaka już wspomniałam, została całkiem dobrze wykreowana.
        Dlatego też, mimo że ten romans, jaki znalazł się w książce jest momentami jak wyjęty z telenoweli, dość banalny i często przewidywalny, to książka sama w sobie bardzo mi się spodobała. Przede wszystkim zawdzięcza to opisom miejsc, tej Argentynie, do której mogłam się przenieść i którą nadal, nawet po odłożeniu już "W krainie kolibrów" mam gdzieś w głowie. Poza tym ciekawi bohaterowie, nieco historii i to, o czym jeszcze nie wspomniała, czyli nawet lekki moment grozy, to przyczyny, dla których książka staje się atrakcyjna. 
        Wiecie co? Teraz powinien nastąpić moment, w którym coś zacytuję, jak to mam w zwyczaju, lecz... tym razem będzie inaczej. Myślę, że mogłabym zakreślić sporo fragmentów, które w jakiś sposób mi się spodobały, ale tak bardzo pochłonęła mnie ta książka, ta wspaniała, malownicza Argentyna, że nawet przez myśl mi nie przeszło, by sięgnąć po ołówek... Dlatego też cytatów nie będzie, chyba że kiedyś jeszcze do tej książki powrócę i tym razem coś sobie zaznaczę - wtedy uzupełnię. 
        To już zatem wszystko jeśli chodzi o dzisiejszy wpis, a wraz z nim recenzję "W krainie kolibrów". Polecam po nią sięgnąć, szczególnie teraz, latem, bo to idealna lekturka właśnie na taki wakacyjny czas. Dlatego też, mimo że wydarzenia dzieją się w ciągu wielu lat, to rozpoczynają się latem, a ono kojarzy się z wakacjami... Więc książka ta również bierze u mnie udział w "Wyzwaniu Czytelniczym - Lato 2015", tym razem w kategorii "akcja toczy się w wakacje". 
        Niebawem oczywiście znów się odezwę, chociaż czasu nie mam już tak wiele jak dotychczas, bo sporo nowych obowiązków się namnożyło, to jednak w weekendy planuję sobie wpisy i czasami nadrabiam coś do przodu, by w razie czego, móc opublikować. Póki co - trzymajcie się! 

Zdjęcie okładki znalezione: tutaj.

Spodobało się? Zerknij na to:

18 komentarze

  1. Zrobiłam, jak mówiłaś :x Mam nadzieję, że będą już Twoje posty pojawiać mi się w aktualnościach, co za małe ustrojstwo!

    Uhuhu, cóż za długa recenzja! :D Ale bardzo miło się ją czytało, zwłaszcza, że na książkę poluję odkąd o niej usłyszałam, mam na nią wielką ochotę, a Twoja recenzja jeszcze ją zwiększyła! Myślę, że przeczytam ją w jakieś zimowe popołudnie, gdy za oknem nie będę miała już tropików :) Dziękuję za recenzję, trzymaj się ciepło :D Uporania z obowiązkami :3

    LeonZabookowiec.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, w sumie przeczytanie jej właśnie w takim zimowym czasie to faktycznie świetny pomysł! Ta Argentyna na pewno doda wtedy ciepła. :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Kolejna, pozytywna recenzja tej książki, jaką czytam. Zapisuję sobie jej tytuł na swoją listę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na książkę czaję się już od dawna, więc nie trzeba mnie było do niej przekonywać.

    Pozdrawiam
    blog--ksiazkoholiczki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem zatem jakie na Tobie wywoła wrażenia! :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Hmmm wciąż nie wiem, czy książka jest warta uwagi. Z jednej strony mamy ciekawe tło historyczne i malownicze opisy Argentyny z XIX wieku, ale z drugiej te wstawki rodem z telenoweli trochę mnie przerażają. Polecasz do kupienia czy raczej odradzasz? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm... Cóż, gusta są różne, dlatego to, co mi mogło się podobać, Tobie jednak nie przypadnie do gustu. Mimo wszystko ze swojej strony - polecam. :) Zwłaszcza ze względu na fakt, iż naprawdę miałam wrażenie, że podczas tego weekendu, gdy czytałam "W krainie kolibrów", autentycznie jestem w tej pięknej Argentynie.
      Pozdrawiam! :)

      Usuń
    2. Też myślę, że jednak więcej argumentów jest na plus:-) Mam ochotę ją przeczytać przede wszystkim przez słabość do pięknych okładek. Mam w tej kwestii tak samo jak Ty:-) Także na pewno przeczytam :-)

      Usuń
  5. Argentyna! Uwielbiam podróżować. ;) Recenzja bardzo mi się podoba. Ciekawy tok wydarzeń. Chyba ciekawią nas podobne rzeczy, poniewaz ja tez kocham kolorowe i przyciągające uwagę okładki. Pozdrawiam :)

    http://pocomiwiecejx3.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :)
      O tak, przepiękne okładki od razu przyciągają. :)

      Usuń
  6. Ciągle widzę gdzieś reklamy tej książki ale nie czytałam jeszcze żadnej recenzji. Ale z tego co piszesz warto po nią sięgnąć;)
    A okładka jest piękna;)

    www.ksiazkoholiczka94.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osobiście polecam. I fakt - okładka jest wręcz urzekająca. :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  7. Okładka jest po prostu fantastyczna! :) A książka też zapowiada się ciekawie. Bardzo chętnie przeniosłabym się do tej Argentyny ;).

    OdpowiedzUsuń
  8. Słyszałam wiele o tej książce i liczę na to, że kiedyś trafię na nią w bibliotece. Nie są to może do końca moje klimaty... bo nie przepadam za Argentyną i przeszłością, ale ta powieść zdaje się mieć w sobie "to coś". Więc może kiedyś?

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie przeczytam, nie interesuje mnie ten banalny romans.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie moje klimaty :)

    http://biblioteczka-eileenjoy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja również mam słabość do ładnych okładek! <3 :)
    Zastanawiam się, czy dodać tę książkę na półkę "Chcę przeczytać", ponieważ trochę martwi mnie ten XIX wiek - również nie jestem zbyt dobra z historii (ale cii, bo moja sorka jest chyba przekonana, że to mój przedmiot i ubolewa nad tym, że zrezygnowałam z olimpiady ;) ).
    Twoja recenzja mnie zaciekawiła. Pamiętam jak to było kiedyś za dzieciaka, gdy nie było telefonów i mama wołała na obiad przez okno. :D pogoń za lepszym światem, długie podróże... to coś dla mnie, jednak trochę przeraził mnie ten amerykański romans. dzięki Tobie też mam mieszane uczucia xD
    jejku, spodobała mi się Twoja recenzja. Niby taka długa, a treściwa, nie lałaś wody. I użyłaś zakazanych emotikonek! :D

    http://antosia-czyta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

*Każdy komentarz, czy to pochwała czy też krytyka, niezwykle motywuje mnie do dalszego działania, stąd dziękuję za wszystkie pozostawione przez Was słowa! :)
*Jeśli jednak zamierzasz napisać "fajny blog! może rev?" - lub coś w tym stylu, to naprawdę lepiej nie pisz niczego :)
*Nie bawię się w obserwację za obserwację, więc daruj sobie od razu takie pytania :)

Archiwum

Ostatnie wpisy